człowiek
dodano: 2016-04-25
Piękne i bestie

Mówi się, że kobiety łagodzą obyczaje. Ta prawda nijak się miała do żon największych zbrodniarzy, których ambicje nieraz popychały ich mężów do odrażających czynów.

 

Kamil Nadolski

 

„Ja, która stoję teraz jako «pani na zamku» przy oknie rezydencji na Hradczanach (w Pradze), jestem tylko narzędziem bez znaczenia. Jednak muszę wypełniać mój obowiązek i nie mogę żyć własnym życiem, nawet gdyby chodziło tylko o zewnętrzne pozory” – pisała w pamiętniku Lina Heydrich, żona Reinharda Heydricha, jednego z głównych oficerów Trzeciej Rzeszy. Towarzyszenie mężowi w jego zawodowej karierze uważała za swój obowiązek. Mało tego, była przekonana, że wszystkie żony esesmanów powinny, poprzez względnie normalne życie rodzinne, nadać zbrodniom, jakie popełniali ich mężowie, pozór normalnej aktywności zawodowej. O tym, jakie piętno odcisnęło to na samej pani Heydrich, świadczy relacja jednego z ocalałych więźniów. Po śmierci męża w 1942 r. kobieta przejęła folwark Máslovice, gdzie jako wdowa po wysokim rangą oficerze miała do dyspozycji więźniów z Flossenbürga. Po jego wyzwoleniu Otto Trojan, ocalony z obozu, zeznał: „Heydrichowa była pozbawiona jakichkolwiek uczuć i śmiała się tylko, gdy esesman Ilmer do krwi wychłostał po plecach naszego towarzysza Adolfa Neumanna, który tego nie przeżył, i to tylko dlatego, że Neumann nie był w stanie prowadzić w pełni załadowanej taczki przyspieszonym krokiem”.

Przypadek pani Heydrich i setek jej podobnych wzięła właśnie na warsztat socjolożka Gudrun Schwarz. W swojej najnowszej książce „Kobieta u jego boku. Małżonki we wspólnocie rodów SS” rozprawia się z mitem niemieckich kobiet, które towarzyszyły mężom w czasie wojny, rzekomo nie wiedząc o popełnianych przez nich zbrodniach. – Poprzez swoją lojalność, swoją obserwację, swoją wiedzę i aprobatę okrucieństw, rabowania i mordowania [...] żony esesmanów stawały się sprawczyniami – konkluduje Schwarz.

Żona Franza Stangla, komendanta obozu w Treblince, a wcześniej w Sobiborze, nie martwiła się losem ludzi tam mordowanych, lecz przeszkadzało jej, że mąż przez swoją pracę częściej się z nią kłócił. Irene Mengele, choć nie mieszkała na osiedlu SS w Auschwitz, często przyjeżdżała tam w odwiedziny. Z zainteresowaniem przyglądała się przez okno, jak „dezynfektorzy” wsypywali granulat z trującym gazem do szybów na dachu budynku do połowy zagłębionego w ziemi. Gdy cyklon B został już wsypany do króćców, po kilku sekundach rozlegał się krzyk, stłumiony przez betonowe ściany. Magda Goebbels poświęciła dla zbrodniczej ideologii wszystko, nawet własne dzieci. Vera Eichmann kradła i kłamała w obronie męża, Margarete Himmler nie znosiła sprzeciwu i lubiła mówić ludziom, co i jak mają robić. Wreszcie Fanny Fritzsch, żona zastępcy komendanta obozów Auschwitz-Birkenau i Flossenbürg, jeszcze wiele lat po wojnie broniła esesmanów, twierdząc, że wszystko, co mówi się o Auschwitz i zagładzie Żydów, to kłamstwo.

 

Miłość niczym kult

 

W latach 1931–1945 członkowie SS zawarli blisko 240 tys. małżeństw. Kobiety, które poślubili, czerpały z wojny realne korzyści: zatrudniały więźniów obozów koncentracyjnych jako służbę domową, uczestniczyły w korupcyjnych układach gospodarczych, jakie powstały we wszystkich obozach, okradały żydowską ludność okupowanych terytoriów, mieszkały w przejętych domach oraz rekwirowały sprzęty i ubrania ich dawnych żydowskich właścicieli. Większość z nich godziła się na zbrodnie popełniane w imię utrzymania dającej przywileje pozycji. A skoro ten wycinek władzy, jaką dawały esesmanom działania wojenne, tak bardzo wpływał na kobiety, łatwo sobie wyobrazić, jakim magnesem dla wielu z nich musiała być dyktatura totalna, dająca niczym nieskrępowaną swobodę, i to przez długi czas.

Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Adolf Hitler, który cieszył się u kobiet ogromnym powodzeniem. Führer dostawał więcej listów miłosnych niż niejedna gwiazda rocka, o czym świadczy fakt, że do ich czytania zatrudnił specjalnego archiwistę. Tylko w 1934 r. przysłano ich aż 12 tys. Hitler jednak pozostawał niewzruszony, w kółko powtarzając, że jego jedyną miłością są Niemcy. Choć wiele kobiet przewinęło się przez jego życie, tylko jedną dopuścił do siebie naprawdę blisko.

Gdy poznał Evę Braun, miała zaledwie 17 lat. Wysportowana, naiwna blondynka zauroczyła dyktatora. Młodsza o 23 lata odwzajemniała tę fascynację i szybko została kochanką Führera. Choć pragnęła być najważniejszą kobietą w jego życiu, rozbiła się o mur zimnej kalkulacji: Hitler uważał, że nie powinien pokazywać się publicznie z żadną kobietą. Przez lata Eva żyła więc w jego cieniu, a ich związek trzymano w tajemnicy. Małżeństwo zawarli dopiero 29 kwietnia 1945 r. w oblężonym Berlinie. Następnego dnia popełnili samobójstwo. Hitler połknął kapsułkę z cyjankiem i strzelił sobie w głowę. Zanim Eva połknęła swoją, zapisała w pamiętniku: „Umrę tak, jak żyłam. Nie będzie to dla mnie trudne”. Zwłoki młodej pary oblano benzyną i podpalono. Tak skończyła się miłość, która miała trwać wiecznie.

Lojalność kobiety, która choć była przez Hitlera poniżana i próbowała z tego powodu dwukrotnie odebrać sobie życie, robi wrażenie na wielu historykach. Podobnie zachowała się Clara Petacci, kochanka i towarzyszka Benita Mussoliniego. Włoski duce był dla niej niedoścignionym ideałem. Nie przeszkadzało jej to, że był żonaty, miał pięcioro dzieci i ani myślał o rozwodzie, a przecież sama rozstała się dla niego z mężem. Znosiła ciągłe zdrady, wahania nastrojów, a nawet to, że kiedy się nią znudził, chciał odprawić z kwitkiem. 28 kwietnia 1945 r. obydwoje zostali schwytani przez partyzantkę i rozstrzelani. Podobno, stojąc przed plutonem egzekucyjnym, Petacci chwyciła Mussoliniego za rękę i zapytała: „Jesteś zadowolony, że zostałam z tobą do końca?”.

Za obiektem swoich westchnień szalała również Nadieżda Krupska. Kiedy Lenin, wybranek jej serca, został w 1898 r. zesłany na Syberię, bez wahania rzuciła wszystko i wyjechała z nim na wygnanie. Tam też wzięli ślub. I choć w późniejszych latach przywódca bolszewickiej rewolucji miał wiele kochanek, a nawet poważnie zakochał się w pięknej Inessie Armand, uczucie Nadieżdy nie wygasło. Wiele razy deklarowała, że jest w stanie usunąć się w cień, byleby uszczęśliwić swojego męża. Lenin nigdy się na to nie zgodził i pomimo różnych przejść ich związek okazał się wyjątkowo trwały.

Szczyt służalczej wierności jednak osiągnęła Gerda Bormann, żona zastępcy Hitlera. Kiedy mąż poinformował ją listownie, że zakochał się w innej kobiecie, pani Bormann całkiem poważnie pogratulowała mu, a przy okazji poradziła, by uważał na to, żeby obie – ona i kochanka – nie zaszły w ciążę w tym samym czasie: „Tak żeby zawsze miał do dyspozycji jedną mobilną kobietę”.

 

Zakusy na państwowe pieniądze

 

Nie wszystkie kobiety były tak uległe i bezkrytycznie oddane. Dla części z nich bycie u władzy stało się doskonałym sposobem na realizowanie własnych marzeń i wyleczenie kompleksów. Chciały błyszczeć. Czasem dosłownie. Imelda Marcos, żona Ferdinanda Marcosa, dyktatora Filipin w latach 1965–1986, wydawała na ubrania miliony dolarów, kiedy naród w tym czasie głodował. Jako laureatka konkursów piękności lubiła się pokazać. W swojej garderobie miała ponad 3 tys. par butów, 2 tys. sukienek i blisko 500 biustonoszy, w tym kupiony na specjalne zamówienie... kuloodporny. Kobieta tak bardzo przyzwyczaiła się do luksusów, że kiedy uciekała z mężem przed buntem, zabrała z państwowego skarbca od 15 do 35 mld dolarów, ulokowanych w dziełach sztuki, papierach wartościowych, złocie i klejnotach. Tego rekordu nie pobiła nawet Leïla Ben Ali, z domu Trabelsi, żona dyktatora Tunezji Ben Alego, która kilka lat temu, uciekając przed rozwścieczonym tłumem rodaków, zabrała ze skarbca 1,5 t złota.

Historia dała wiele przykładów na to, jak władza zmienia i demoralizuje ludzi, a władza absolutna zmienia i demoralizuje ludzi absolutnie, parafrazując słowa lorda Actona. Nie inaczej było z żonami zbrodniarzy i dyktatorów. Prędzej czy później wszystkie popadały w megalomanię. Na temat przemiany Eleny Ceauşescu do dziś krążą legendy. „Matka Narodu”, jak lubiła być tytułowana, postanowiła np. dodać sobie nieco do swojego wykształcenia. Kiedy zamarzył jej się tytuł doktora nauk chemicznych, zastraszeni profesorowie natychmiast go jej przyznali, choć w rzeczywistości jej jedyny kontakt z chemią ograniczał się do pracy sprzątaczki w laboratorium, którą podjęła jako młoda dziewczyna. Nie do końca wiadomo też, czy było to przed jej epizodem w roli prostytutki, czy po nim. To i tak dobrze, bo byli i tacy, którzy chcieli obdarzyć panią Ceauşescu Nagrodą Nobla. Nikt nie śmiał się przeciwstawić małżonce człowieka, który stworzył jeden z najbardziej represyjnych reżimów komunistycznych. Pomysły Eleny sięgały nawet sypialni obywateli: ustaliła, że Rumuni powinni współżyć trzy, cztery razy w tygodniu, a każda para powinna dostarczyć krajowi od czterech do pięciu nowych obywateli.

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie” 5/2016

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2016 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2017
08/2017
Kalendarium
Wrzesień
19
W 1982 r.  - pierwsze znane użycie emotikonów :-) i :-(
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2016-04-25
Piękne i bestie

Mówi się, że kobiety łagodzą obyczaje. Ta prawda nijak się miała do żon największych zbrodniarzy, których ambicje nieraz popychały ich mężów do odrażających czynów.

 

Kamil Nadolski

 

„Ja, która stoję teraz jako «pani na zamku» przy oknie rezydencji na Hradczanach (w Pradze), jestem tylko narzędziem bez znaczenia. Jednak muszę wypełniać mój obowiązek i nie mogę żyć własnym życiem, nawet gdyby chodziło tylko o zewnętrzne pozory” – pisała w pamiętniku Lina Heydrich, żona Reinharda Heydricha, jednego z głównych oficerów Trzeciej Rzeszy. Towarzyszenie mężowi w jego zawodowej karierze uważała za swój obowiązek. Mało tego, była przekonana, że wszystkie żony esesmanów powinny, poprzez względnie normalne życie rodzinne, nadać zbrodniom, jakie popełniali ich mężowie, pozór normalnej aktywności zawodowej. O tym, jakie piętno odcisnęło to na samej pani Heydrich, świadczy relacja jednego z ocalałych więźniów. Po śmierci męża w 1942 r. kobieta przejęła folwark Máslovice, gdzie jako wdowa po wysokim rangą oficerze miała do dyspozycji więźniów z Flossenbürga. Po jego wyzwoleniu Otto Trojan, ocalony z obozu, zeznał: „Heydrichowa była pozbawiona jakichkolwiek uczuć i śmiała się tylko, gdy esesman Ilmer do krwi wychłostał po plecach naszego towarzysza Adolfa Neumanna, który tego nie przeżył, i to tylko dlatego, że Neumann nie był w stanie prowadzić w pełni załadowanej taczki przyspieszonym krokiem”.

Przypadek pani Heydrich i setek jej podobnych wzięła właśnie na warsztat socjolożka Gudrun Schwarz. W swojej najnowszej książce „Kobieta u jego boku. Małżonki we wspólnocie rodów SS” rozprawia się z mitem niemieckich kobiet, które towarzyszyły mężom w czasie wojny, rzekomo nie wiedząc o popełnianych przez nich zbrodniach. – Poprzez swoją lojalność, swoją obserwację, swoją wiedzę i aprobatę okrucieństw, rabowania i mordowania [...] żony esesmanów stawały się sprawczyniami – konkluduje Schwarz.

Żona Franza Stangla, komendanta obozu w Treblince, a wcześniej w Sobiborze, nie martwiła się losem ludzi tam mordowanych, lecz przeszkadzało jej, że mąż przez swoją pracę częściej się z nią kłócił. Irene Mengele, choć nie mieszkała na osiedlu SS w Auschwitz, często przyjeżdżała tam w odwiedziny. Z zainteresowaniem przyglądała się przez okno, jak „dezynfektorzy” wsypywali granulat z trującym gazem do szybów na dachu budynku do połowy zagłębionego w ziemi. Gdy cyklon B został już wsypany do króćców, po kilku sekundach rozlegał się krzyk, stłumiony przez betonowe ściany. Magda Goebbels poświęciła dla zbrodniczej ideologii wszystko, nawet własne dzieci. Vera Eichmann kradła i kłamała w obronie męża, Margarete Himmler nie znosiła sprzeciwu i lubiła mówić ludziom, co i jak mają robić. Wreszcie Fanny Fritzsch, żona zastępcy komendanta obozów Auschwitz-Birkenau i Flossenbürg, jeszcze wiele lat po wojnie broniła esesmanów, twierdząc, że wszystko, co mówi się o Auschwitz i zagładzie Żydów, to kłamstwo.

 

Miłość niczym kult

 

W latach 1931–1945 członkowie SS zawarli blisko 240 tys. małżeństw. Kobiety, które poślubili, czerpały z wojny realne korzyści: zatrudniały więźniów obozów koncentracyjnych jako służbę domową, uczestniczyły w korupcyjnych układach gospodarczych, jakie powstały we wszystkich obozach, okradały żydowską ludność okupowanych terytoriów, mieszkały w przejętych domach oraz rekwirowały sprzęty i ubrania ich dawnych żydowskich właścicieli. Większość z nich godziła się na zbrodnie popełniane w imię utrzymania dającej przywileje pozycji. A skoro ten wycinek władzy, jaką dawały esesmanom działania wojenne, tak bardzo wpływał na kobiety, łatwo sobie wyobrazić, jakim magnesem dla wielu z nich musiała być dyktatura totalna, dająca niczym nieskrępowaną swobodę, i to przez długi czas.

Doskonale zdawał sobie z tego sprawę Adolf Hitler, który cieszył się u kobiet ogromnym powodzeniem. Führer dostawał więcej listów miłosnych niż niejedna gwiazda rocka, o czym świadczy fakt, że do ich czytania zatrudnił specjalnego archiwistę. Tylko w 1934 r. przysłano ich aż 12 tys. Hitler jednak pozostawał niewzruszony, w kółko powtarzając, że jego jedyną miłością są Niemcy. Choć wiele kobiet przewinęło się przez jego życie, tylko jedną dopuścił do siebie naprawdę blisko.

Gdy poznał Evę Braun, miała zaledwie 17 lat. Wysportowana, naiwna blondynka zauroczyła dyktatora. Młodsza o 23 lata odwzajemniała tę fascynację i szybko została kochanką Führera. Choć pragnęła być najważniejszą kobietą w jego życiu, rozbiła się o mur zimnej kalkulacji: Hitler uważał, że nie powinien pokazywać się publicznie z żadną kobietą. Przez lata Eva żyła więc w jego cieniu, a ich związek trzymano w tajemnicy. Małżeństwo zawarli dopiero 29 kwietnia 1945 r. w oblężonym Berlinie. Następnego dnia popełnili samobójstwo. Hitler połknął kapsułkę z cyjankiem i strzelił sobie w głowę. Zanim Eva połknęła swoją, zapisała w pamiętniku: „Umrę tak, jak żyłam. Nie będzie to dla mnie trudne”. Zwłoki młodej pary oblano benzyną i podpalono. Tak skończyła się miłość, która miała trwać wiecznie.

Lojalność kobiety, która choć była przez Hitlera poniżana i próbowała z tego powodu dwukrotnie odebrać sobie życie, robi wrażenie na wielu historykach. Podobnie zachowała się Clara Petacci, kochanka i towarzyszka Benita Mussoliniego. Włoski duce był dla niej niedoścignionym ideałem. Nie przeszkadzało jej to, że był żonaty, miał pięcioro dzieci i ani myślał o rozwodzie, a przecież sama rozstała się dla niego z mężem. Znosiła ciągłe zdrady, wahania nastrojów, a nawet to, że kiedy się nią znudził, chciał odprawić z kwitkiem. 28 kwietnia 1945 r. obydwoje zostali schwytani przez partyzantkę i rozstrzelani. Podobno, stojąc przed plutonem egzekucyjnym, Petacci chwyciła Mussoliniego za rękę i zapytała: „Jesteś zadowolony, że zostałam z tobą do końca?”.

Za obiektem swoich westchnień szalała również Nadieżda Krupska. Kiedy Lenin, wybranek jej serca, został w 1898 r. zesłany na Syberię, bez wahania rzuciła wszystko i wyjechała z nim na wygnanie. Tam też wzięli ślub. I choć w późniejszych latach przywódca bolszewickiej rewolucji miał wiele kochanek, a nawet poważnie zakochał się w pięknej Inessie Armand, uczucie Nadieżdy nie wygasło. Wiele razy deklarowała, że jest w stanie usunąć się w cień, byleby uszczęśliwić swojego męża. Lenin nigdy się na to nie zgodził i pomimo różnych przejść ich związek okazał się wyjątkowo trwały.

Szczyt służalczej wierności jednak osiągnęła Gerda Bormann, żona zastępcy Hitlera. Kiedy mąż poinformował ją listownie, że zakochał się w innej kobiecie, pani Bormann całkiem poważnie pogratulowała mu, a przy okazji poradziła, by uważał na to, żeby obie – ona i kochanka – nie zaszły w ciążę w tym samym czasie: „Tak żeby zawsze miał do dyspozycji jedną mobilną kobietę”.

 

Zakusy na państwowe pieniądze

 

Nie wszystkie kobiety były tak uległe i bezkrytycznie oddane. Dla części z nich bycie u władzy stało się doskonałym sposobem na realizowanie własnych marzeń i wyleczenie kompleksów. Chciały błyszczeć. Czasem dosłownie. Imelda Marcos, żona Ferdinanda Marcosa, dyktatora Filipin w latach 1965–1986, wydawała na ubrania miliony dolarów, kiedy naród w tym czasie głodował. Jako laureatka konkursów piękności lubiła się pokazać. W swojej garderobie miała ponad 3 tys. par butów, 2 tys. sukienek i blisko 500 biustonoszy, w tym kupiony na specjalne zamówienie... kuloodporny. Kobieta tak bardzo przyzwyczaiła się do luksusów, że kiedy uciekała z mężem przed buntem, zabrała z państwowego skarbca od 15 do 35 mld dolarów, ulokowanych w dziełach sztuki, papierach wartościowych, złocie i klejnotach. Tego rekordu nie pobiła nawet Leïla Ben Ali, z domu Trabelsi, żona dyktatora Tunezji Ben Alego, która kilka lat temu, uciekając przed rozwścieczonym tłumem rodaków, zabrała ze skarbca 1,5 t złota.

Historia dała wiele przykładów na to, jak władza zmienia i demoralizuje ludzi, a władza absolutna zmienia i demoralizuje ludzi absolutnie, parafrazując słowa lorda Actona. Nie inaczej było z żonami zbrodniarzy i dyktatorów. Prędzej czy później wszystkie popadały w megalomanię. Na temat przemiany Eleny Ceauşescu do dziś krążą legendy. „Matka Narodu”, jak lubiła być tytułowana, postanowiła np. dodać sobie nieco do swojego wykształcenia. Kiedy zamarzył jej się tytuł doktora nauk chemicznych, zastraszeni profesorowie natychmiast go jej przyznali, choć w rzeczywistości jej jedyny kontakt z chemią ograniczał się do pracy sprzątaczki w laboratorium, którą podjęła jako młoda dziewczyna. Nie do końca wiadomo też, czy było to przed jej epizodem w roli prostytutki, czy po nim. To i tak dobrze, bo byli i tacy, którzy chcieli obdarzyć panią Ceauşescu Nagrodą Nobla. Nikt nie śmiał się przeciwstawić małżonce człowieka, który stworzył jeden z najbardziej represyjnych reżimów komunistycznych. Pomysły Eleny sięgały nawet sypialni obywateli: ustaliła, że Rumuni powinni współżyć trzy, cztery razy w tygodniu, a każda para powinna dostarczyć krajowi od czterech do pięciu nowych obywateli.

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie” 5/2016