człowiek
Autor: Łukasz Malinowski | dodano: 2012-07-06
Długie łodzie wikingów

Umożliwiły odkrycia geograficzne, brawurowe łupieskie wyprawy i transakcje handlowe. Kunsztem wykonania i konstrukcją zachwycały pisarzy, naukowców i żeglarzy.

Langskipy stały się symbolem okresu wikingów. Często określano je także jako snekkja, czyli „cienkie długie przedmioty wystające z wody". W powszechnej świadomości funkcjonują jednak jako drakkary, czyli smoki. Naprawdę tak nazywano tylko największe okręty, z dziobnicami wyrzeźbionymi na kształt smoczych głów. Mniejsze statki również ozdabiano - wedle gustu właściciela i rzemieślnika, zawsze tak, by dziobnica przypominała głowę groźnej bestii albo zwinnego ptaka i budziła strach obcych i zazdrość pobratymców.

Wbrew utartej opinii długie łodzie, wyposażone w jeden maszt galery, nie nadawały się do pełnomorskiej żeglugi, ale raczej do wojennych wypraw, a prawdziwi żeglarze odnosili się do nich z pogardą. Nienaturalnie wydłużone, o wąskich burtach i płytkim zanurzeniu, świetnie sprawdzały się za to w żegludze śródlądowej. Budziły grozę wśród zamieszkujących nad brzegami rzek ludzi, którym widok smoczych głów kojarzył się z pożogą i zniszczeniem. Na takich statkach bardzo rzadko wypuszczano się na pełne morze. Na wielkich falach statek o podobnych proporcjach po prostu by się złamał. Dlatego żeglowano wzdłuż brzegów, a gdy zbliżał się sztorm, wyciągano łódź na ląd.

Jeśli zatem nie długą łodzią Eryk Rudy dopłynął do Grenlandii, a Leif Szczęśliwy do Ameryki, to czym? Największym osiągnięciem normańskiego szkutnictwa były pełnomorskie statki handlowe knörr, które dzisiaj nazwalibyśmy transportowymi. Bardziej pękate od swoich długich kuzynów, świetnie nadawały się do walki z falami i do przewożenia towaru. Ich wyporność wynosiła 40-80 t, a największe z nich mogły zabrać w rejs oceaniczny do 40 t ładunku. Właśnie tymi statkami ok. 1000 roku wyruszyła wyprawa kolonizacyjna Karlsefniego do Winlandii. Nimi też Grenlandczycy przewieźli na Winlandię bydło, załogę i prowiant i zabrali tony drewna w drodze powrotnej.

Łodzie miały niewielkie zanurzenie (do jednego metra), dzięki czemu nie przecinały fal, ale niemal prześlizgiwały się po powierzchni wody. Knorry były przede wszystkim żaglowcami, choć wyposażonymi w wiosła. Część specjalistów uważa, że mogły rywalizować z każdym żaglowcem o podobnych rozmiarach, jaki kiedykolwiek pływał po morzu. Mniejsze statki handlowo-transportowe określano mianem ferja (prom); cechowały je podwyższone burty, które ułatwiały składowanie towarów.

Niczym koń dla rycerza
Skandynawowie używali też okrętów wielu innych rodzajów. Pamiętajmy, że powstawały one indywidualnie i każdy był niepowtarzalnym dziełem budowniczego wykonanym według potrzeb zleceniodawcy. Nie można było spotkać dwóch takich samych jednostek. Najwięcej odnalezionych przez archeologów statków ma zarówno cechy knorra, jak i drakkara. Tylko najbogatsi mogli sobie pozwolić na zakup statku do wyłącznie jednego rodzaju żeglugi. Pozostali potrzebowali konstrukcji uniwersalnych, które nadawały się zarówno do dalekomorskich wypraw handlowych, jak i do okazjonalnych łupieskich eskapad.

Takie statki ogólnego przeznaczenia nazywane były skúta, a ich głównymi zaletami była szybkość i stosunkowo duża ładowność. Poza tymi okrętami istniała niezliczona ilość mniejszych łodzi, które posiadali biedniejsi. Trudno sobie było bowiem wyobrazić, by mieszkaniec skandynawskiego wybrzeża nie miał czym pływać. Wszak rybołówstwo było jego głównym źródłem utrzymania.

Statek dla wikinga był niczym koń dla średniowiecznego rycerza. Zapewniał nie tylko prestiż, ale także przewagę w bitwie. Stanowił prawdziwy skarb skandynawskiego arystokraty, a jego walory opiewali skaldowie. Jak rycerze nadawali swoim ogierom imiona, tak wikingowie wymyślali dla statków niepokojąco brzmiące nazwy. Z przekazów źródłowych znane są Bizon, Żuraw, Rumak z Wiosłami czy Kroczący Zamaszyście. Dwie pierwsze nawiązywały do kształtu dziobnic, pozostałe opiewały szybkość statku. Słynny okręt wojenny norweskiego króla Olafa Tryggvasona (995-1000) nazywał się Długi Wąż. Według Snorriego Sturlusona był on rekordowo długi, zbudowany na wzór drakkara, a jego dziobnica i tylnica były pozłacane.

Zwyczajem pogańskich Skandynawów było zabieranie do grobu tego, co było dla nich najcenniejsze. Największych wodzów chowano zatem razem z ich statkami. Taki pochówek dowodził nie tylko prestiżu, ale miał również metaforyczne znaczenie. Za życia statek służył wikingowi do podróży do odległych krain, po śmierci miał go przewieźć do krainy umarłych.

Niekiedy, jakby na złość archeologom, zmarły był wraz ze swoim statkiem palony. Czasami statek służył za trumnę i był przysypywany ziemią. Tak tworzono olbrzymi kopiec. Zdarzało się również, że okręt, jako rzecz cenną, pozostawiano spadkobiercom, a jego obecność w pochówku zaznaczano symbolicznie. Nad grobem na kształt statku układano wzór z kamieni.

Smukłe i szybkie
Swoją wyjątkowość wikińskie statki zawdzięczały nadzwyczaj rozwiniętej, północnoeuropejskiej technice. Zmuszeni do codziennego zmagania się z falami Bałtyku i Atlantyku, Skandynawowie o wiele lepiej znali kaprysy mórz niż śródziemnomorscy żeglarze. Sekret doskonałości ich statków leżał przede wszystkim w konstrukcji. Szkielet tworzył dębowy kil, do którego przymocowywano wygięte poprzeczne wręgi. Następnie tzw. metodą klepkową nakładano poszycie. Gwoździ używano tylko do zbijania pasów, natomiast całe poszycie przywiązywano do wręg giętkimi korzeniami świerkowymi. Dzięki temu zarówno szkielet, jak i kadłub były elastyczne. Dawało to niesamowite możliwości - statek wyginał się i skręcał pod naporem wody niczym żywa istota.

Napęd większości wikińskich statków stanowił żagiel i wiosła. W przypadku najmniejszych łodzi używano tylko wioseł, z kolei duże statki oceaniczne bazowały głównie na żaglu, a kilka wioseł przy dziobie i rufie służyło jedynie do manewrowania okrętem w przystani i na wodach zamkniętych. Pojedynczy maszt umieszczano tuż przed śródokręciem w skomplikowanej obudowie rozciągniętej między wręgami a pokładem. Można go było opuszczać i demontować, a kiedy stał pionowo, zaklinowywano go dębowym klockiem. Niekiedy na szczycie masztu montowano platformę obserwacyjną, czyli „bocianie gniazdo". Kwadratowy żagiel z lnu był zwykle malowany w pasy. Wikingowie umieli refować żaglem, czyli skracać go, w zależności od wiatru. Manewrowano nim za pomocą dwóch lin.

Liczba wioseł była różna i zależała od wielkości okrętu. Najmniejsze jednostki nazywano sexaeringr, czyli łodziami sześciowiosłowymi. Łodzie wyposażone w maksymalnie dwanaście par wioseł napędzali wioślarze (każdy obsługiwał jedną parę). Większe okręty miały tak ciężkie wiosła i szeroki pokład, że jeden mężczyzna mógł operować tylko jednym wiosłem. Najpotężniejsze z takich galer, jak królewski Długi Wąż, mogły mieć nawet 34 pary wioseł. Wielkość takich jednostek określano na podstawie podwójnych ławek wioślarskich. Najpopularniejsze skandynawskie łodzie wojenne to dwudziestoławkowce, ich załogę stanowiło zatem 40 wioślarzy, którzy równocześnie byli żołnierzami i wolnymi ludźmi. Wioślarze siedzieli przodem do rufy.

Długość i szerokość okrętu bywała różna. Największe spośród drakkarów miały po 30 ławek, liczyły ok. 30 m długości, przy maksymalnej szerokości sięgającej tylko 4 m! Statki oceaniczne były o wiele bardziej proporcjonalne. Większość z nich miała długość 14-17 m i szerokość 4-5 m.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2017
11/2017
Kalendarium
Grudzień
16
W 1910 r. na lotnisku we francuskim Issy-les-Moulineaux swój pierwszy i jedyny lot odbył pierwszy na świecie samolot z silnikiem odrzutowym Coandă 1910.
Warto przeczytać
Odkrycia Svante Pääbo zrewolucjonizowały antropologię i doprowadziły do naniesienia poprawek w naszym drzewie genealogicznym. Stały się fundamentem, na którym jeszcze przez długie lata budować będą inni badacze

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Łukasz Malinowski | dodano: 2012-07-06
Długie łodzie wikingów

Umożliwiły odkrycia geograficzne, brawurowe łupieskie wyprawy i transakcje handlowe. Kunsztem wykonania i konstrukcją zachwycały pisarzy, naukowców i żeglarzy.

Langskipy stały się symbolem okresu wikingów. Często określano je także jako snekkja, czyli „cienkie długie przedmioty wystające z wody". W powszechnej świadomości funkcjonują jednak jako drakkary, czyli smoki. Naprawdę tak nazywano tylko największe okręty, z dziobnicami wyrzeźbionymi na kształt smoczych głów. Mniejsze statki również ozdabiano - wedle gustu właściciela i rzemieślnika, zawsze tak, by dziobnica przypominała głowę groźnej bestii albo zwinnego ptaka i budziła strach obcych i zazdrość pobratymców.

Wbrew utartej opinii długie łodzie, wyposażone w jeden maszt galery, nie nadawały się do pełnomorskiej żeglugi, ale raczej do wojennych wypraw, a prawdziwi żeglarze odnosili się do nich z pogardą. Nienaturalnie wydłużone, o wąskich burtach i płytkim zanurzeniu, świetnie sprawdzały się za to w żegludze śródlądowej. Budziły grozę wśród zamieszkujących nad brzegami rzek ludzi, którym widok smoczych głów kojarzył się z pożogą i zniszczeniem. Na takich statkach bardzo rzadko wypuszczano się na pełne morze. Na wielkich falach statek o podobnych proporcjach po prostu by się złamał. Dlatego żeglowano wzdłuż brzegów, a gdy zbliżał się sztorm, wyciągano łódź na ląd.

Jeśli zatem nie długą łodzią Eryk Rudy dopłynął do Grenlandii, a Leif Szczęśliwy do Ameryki, to czym? Największym osiągnięciem normańskiego szkutnictwa były pełnomorskie statki handlowe knörr, które dzisiaj nazwalibyśmy transportowymi. Bardziej pękate od swoich długich kuzynów, świetnie nadawały się do walki z falami i do przewożenia towaru. Ich wyporność wynosiła 40-80 t, a największe z nich mogły zabrać w rejs oceaniczny do 40 t ładunku. Właśnie tymi statkami ok. 1000 roku wyruszyła wyprawa kolonizacyjna Karlsefniego do Winlandii. Nimi też Grenlandczycy przewieźli na Winlandię bydło, załogę i prowiant i zabrali tony drewna w drodze powrotnej.

Łodzie miały niewielkie zanurzenie (do jednego metra), dzięki czemu nie przecinały fal, ale niemal prześlizgiwały się po powierzchni wody. Knorry były przede wszystkim żaglowcami, choć wyposażonymi w wiosła. Część specjalistów uważa, że mogły rywalizować z każdym żaglowcem o podobnych rozmiarach, jaki kiedykolwiek pływał po morzu. Mniejsze statki handlowo-transportowe określano mianem ferja (prom); cechowały je podwyższone burty, które ułatwiały składowanie towarów.

Niczym koń dla rycerza
Skandynawowie używali też okrętów wielu innych rodzajów. Pamiętajmy, że powstawały one indywidualnie i każdy był niepowtarzalnym dziełem budowniczego wykonanym według potrzeb zleceniodawcy. Nie można było spotkać dwóch takich samych jednostek. Najwięcej odnalezionych przez archeologów statków ma zarówno cechy knorra, jak i drakkara. Tylko najbogatsi mogli sobie pozwolić na zakup statku do wyłącznie jednego rodzaju żeglugi. Pozostali potrzebowali konstrukcji uniwersalnych, które nadawały się zarówno do dalekomorskich wypraw handlowych, jak i do okazjonalnych łupieskich eskapad.

Takie statki ogólnego przeznaczenia nazywane były skúta, a ich głównymi zaletami była szybkość i stosunkowo duża ładowność. Poza tymi okrętami istniała niezliczona ilość mniejszych łodzi, które posiadali biedniejsi. Trudno sobie było bowiem wyobrazić, by mieszkaniec skandynawskiego wybrzeża nie miał czym pływać. Wszak rybołówstwo było jego głównym źródłem utrzymania.

Statek dla wikinga był niczym koń dla średniowiecznego rycerza. Zapewniał nie tylko prestiż, ale także przewagę w bitwie. Stanowił prawdziwy skarb skandynawskiego arystokraty, a jego walory opiewali skaldowie. Jak rycerze nadawali swoim ogierom imiona, tak wikingowie wymyślali dla statków niepokojąco brzmiące nazwy. Z przekazów źródłowych znane są Bizon, Żuraw, Rumak z Wiosłami czy Kroczący Zamaszyście. Dwie pierwsze nawiązywały do kształtu dziobnic, pozostałe opiewały szybkość statku. Słynny okręt wojenny norweskiego króla Olafa Tryggvasona (995-1000) nazywał się Długi Wąż. Według Snorriego Sturlusona był on rekordowo długi, zbudowany na wzór drakkara, a jego dziobnica i tylnica były pozłacane.

Zwyczajem pogańskich Skandynawów było zabieranie do grobu tego, co było dla nich najcenniejsze. Największych wodzów chowano zatem razem z ich statkami. Taki pochówek dowodził nie tylko prestiżu, ale miał również metaforyczne znaczenie. Za życia statek służył wikingowi do podróży do odległych krain, po śmierci miał go przewieźć do krainy umarłych.

Niekiedy, jakby na złość archeologom, zmarły był wraz ze swoim statkiem palony. Czasami statek służył za trumnę i był przysypywany ziemią. Tak tworzono olbrzymi kopiec. Zdarzało się również, że okręt, jako rzecz cenną, pozostawiano spadkobiercom, a jego obecność w pochówku zaznaczano symbolicznie. Nad grobem na kształt statku układano wzór z kamieni.

Smukłe i szybkie
Swoją wyjątkowość wikińskie statki zawdzięczały nadzwyczaj rozwiniętej, północnoeuropejskiej technice. Zmuszeni do codziennego zmagania się z falami Bałtyku i Atlantyku, Skandynawowie o wiele lepiej znali kaprysy mórz niż śródziemnomorscy żeglarze. Sekret doskonałości ich statków leżał przede wszystkim w konstrukcji. Szkielet tworzył dębowy kil, do którego przymocowywano wygięte poprzeczne wręgi. Następnie tzw. metodą klepkową nakładano poszycie. Gwoździ używano tylko do zbijania pasów, natomiast całe poszycie przywiązywano do wręg giętkimi korzeniami świerkowymi. Dzięki temu zarówno szkielet, jak i kadłub były elastyczne. Dawało to niesamowite możliwości - statek wyginał się i skręcał pod naporem wody niczym żywa istota.

Napęd większości wikińskich statków stanowił żagiel i wiosła. W przypadku najmniejszych łodzi używano tylko wioseł, z kolei duże statki oceaniczne bazowały głównie na żaglu, a kilka wioseł przy dziobie i rufie służyło jedynie do manewrowania okrętem w przystani i na wodach zamkniętych. Pojedynczy maszt umieszczano tuż przed śródokręciem w skomplikowanej obudowie rozciągniętej między wręgami a pokładem. Można go było opuszczać i demontować, a kiedy stał pionowo, zaklinowywano go dębowym klockiem. Niekiedy na szczycie masztu montowano platformę obserwacyjną, czyli „bocianie gniazdo". Kwadratowy żagiel z lnu był zwykle malowany w pasy. Wikingowie umieli refować żaglem, czyli skracać go, w zależności od wiatru. Manewrowano nim za pomocą dwóch lin.

Liczba wioseł była różna i zależała od wielkości okrętu. Najmniejsze jednostki nazywano sexaeringr, czyli łodziami sześciowiosłowymi. Łodzie wyposażone w maksymalnie dwanaście par wioseł napędzali wioślarze (każdy obsługiwał jedną parę). Większe okręty miały tak ciężkie wiosła i szeroki pokład, że jeden mężczyzna mógł operować tylko jednym wiosłem. Najpotężniejsze z takich galer, jak królewski Długi Wąż, mogły mieć nawet 34 pary wioseł. Wielkość takich jednostek określano na podstawie podwójnych ławek wioślarskich. Najpopularniejsze skandynawskie łodzie wojenne to dwudziestoławkowce, ich załogę stanowiło zatem 40 wioślarzy, którzy równocześnie byli żołnierzami i wolnymi ludźmi. Wioślarze siedzieli przodem do rufy.

Długość i szerokość okrętu bywała różna. Największe spośród drakkarów miały po 30 ławek, liczyły ok. 30 m długości, przy maksymalnej szerokości sięgającej tylko 4 m! Statki oceaniczne były o wiele bardziej proporcjonalne. Większość z nich miała długość 14-17 m i szerokość 4-5 m.