ziemia
Autor: Krystyna Matuszewska | dodano: 2012-05-28
GMO korzyści bez zagrożeń

Rozmowa z prezesem Polskiej Izby Nasiennej, doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego - prof. Karolem Duczmalem.

„WiŻ": Twierdzi pan, że „strach przed GMO [ang. Genetically Modified Organisms] wynika z niewiedzy społeczeństwa i rozpowszechniania opinii, które nie są merytoryczne".

PROF. KAROL DUCZMAL: W ubiegłym roku brałem udział w konsultacjach w sprawie ustawy o nasiennictwie. Pan prezydent przysłuchiwał się debacie naukowców. Niemal wszyscy - z jednym wyjątkiem - przyjęli to samo stanowisko: „Dobra modyfikacja genetyczna służy ludziom. Dowodów na szkodliwość nie ma". Gdy pojawił się argument mówiący o potencjalnym zagrożeniu, prof. Tomasz Twardowski zwrócił uwagę na żyrandol wiszący nad głową prezydenta: „Panie prezydencie, siedzi pan pod żyrandolem! Żyrandol może się urwać, jest więc potencjalne zagrożenie. Co mamy z tym zrobić - zlikwidować żyrandol?". Wybuchnęliśmy śmiechem i na tym dyskusja się skończyła.

Może niesłusznie? Ekolodzy przedstawiają liczne argumenty przeciw organizmom GMO. Na przykład: Zbyt krótko prowadzimy tego typu doświadczenia, aby można było ocenić ich wszystkie potencjalne konsekwencje. Modyfikacja genetyczna nie zachodzi w warunkach naturalnych.

Odpowiem krótko: Zachodzi. Rzadko bo rzadko, ale jednak zachodzi. Przecież to, co rośnie na naszych polach, nie jest tym samym, co rosło 10 tys. lat wcześniej.

Tak, ale o zmianach zadecydowały procesy naturalne, a nie laboratoryjne eksperymenty.

Lepiej nazwijmy te procesy „tradycyjnymi". Dla nas są one tradycyjne, bowiem przebiegają powoli, a ich skutków nie dostrzegamy w ciągu jednego pokolenia.

W każdym razie jest to długi proces, niejako akceptowany przez przyrodę, która na pewno eliminowała organizmy zmodyfikowane w jakiś przypadkowy, „niewłaściwy" sposób.

Oczywiście że tak, ale poza tym, że zmiany następowały wolniej, nie ma innej istotnej różnicy. Wracając do innych zarzutów - ja nie wiem, co to znaczy „wszystkie potencjalne konsekwencje".  Wystarczy dwuletni okres doświadczeń, aby przekonać się o braku zagrożenia, np. ze strony alergenów. Tymczasem zmodyfikowaną żywność w ciągu 15 lat uprawiano na około setkach milionów hektarów, a jej konsumentem był nie pojedynczy człowiek, tylko miliardy ludzi. Jak dotąd nie zdarzyło się, żeby ktoś umarł czy zachorował...  Czy kupuje pani w sklepie wieprzowinę?

Zdarza się.

Więc pani też powinna być zmodyfikowana, bo karma trzody chlewnej składa się obecnie ze zmodyfikowanej soi. Kurczaki są żywione soją i również powinny być zmodyfikowane, a przecież nie są. Oczywiście żartuję. Soja niezmodyfikowana występuje w bardzo małych ilościach i jest bardzo droga. Jeśli zabraknie soi, zabraknie kurczaków. Kropka. Żadną inną paszą się ich nie nakarmi, a jeżeli - to będą rosły tak wolno, że chów przestanie być opłacalny. Kurczaki bardzo chętnie jedzą soję.

Skąd ją importujemy?

Głównie z Brazylii i Argentyny - są tam ogromne pola, ogromne plony i jest tanio. Polska nie jest tu wyjątkiem, tak postępują wszystkie kraje - kupują to, co jest dobre i tanie.

Przytoczę kolejny zarzut: Produkty GMO przed dopuszczeniem do sprzedaży w myśl reguły zasadniczej równoważności (składników odżywczych odmiany GMO i odmiany naturalnej) nie muszą być weryfikowane pod kątem szkodliwości. Tym samym rezygnuje się z badań, które mogłyby wykryć niepożądane cechy, niezwiązane akurat z tą regułą.

Nieprawda - nowe produkty muszą być sprawdzone przez specjalne urzędy (w USA jest to FDA - Agencja ds. Żywności i Leków, a w Unii Europejskiej EFSA - Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności). Dopiero gdy one potwierdzą brak szkodliwości, Komisja Europejska może zgodzić się na wprowadzenie żywności czy nasion do obrotu. Parlament Europejski poprzedniej kadencji w związku z wątpliwościami ekologów zalecił nawet powtórzenie badań nad produktami GMO, wydając na ten cel pół miliarda euro. Ponownie nie stwierdzono ich szkodliwości. Publicznie jednak nigdy nie oświadczymy, że jakiś rodzaj żywności jest zupełnie nieszkodliwy. Jeśli zje pani marchewkę - to ta marchewka też może zaszkodzić. Zawsze będziemy stosować porównanie do żywności niemodyfikowanej genetycznie, która jest dostępna na rynku, i powiemy, że żywność zmodyfikowana na pewno nie jest bardziej szkodliwa. Z tym że ta modyfikowana jest przebadana bardzo dokładnie, a tamtej się nie bada, tylko z góry zakłada, że powinna być dobra. W USA proces rejestracji odbywa się szybciej - na ogół po dwóch latach od stwierdzenia braku przeciwwskazań produkt zostaje dopuszczony do obrotu. W Europie sprawa jest bardziej upolityczniona i stąd odpowiednie procedury zabierają nawet 10 lat. UE w ciągu 15 lat dopuściła do obrotu tylko jedną odmianę kukurydzy - MON 810. W ubiegłym roku pojawiła się druga roślina - ziemniak przemysłowy Amflora, którego używa się do produkcji papieru. Wracając do weryfikacji - badania prowadzone są rzetelnie, nie można przecież dopuścić, aby komuś - nie daj Boże - coś się stało, nie mówiąc już o sytuacji firmy, którą po takim wypadku czekałoby rychłe bankructwo. Zdarzają się też jednak doświadczenia robione źle, jak choćby przeprowadzone w Ameryce z pewnym gatunkiem motyla, który zdechł w trakcie badań.

I to był zapewne powód do alarmu?

Tak, ale warto wyjaśnić, na czym sprawa polegała. Motyla karmiono jedynie zmodyfikowaną genetycznie soją, no i w końcu zdechł, bo... motyl nie jada soi.

Biedny.

Szczura z kolei próbowano karmić zmodyfikowanym ogórkiem i... też zdechł, bo normalnie szczur ogórka nie zje, a jak mu wciskali, to nie miał wyboru. Ważne jest, że nauka uznaje tylko takie badania, które znajdują potwierdzenie w wielu innych. Jeżeli jakiś naukowiec uzyska wynik, którego nikt nie potwierdza, to do kosza z takim badaniem! W skali ogólnoświatowej literatury mamy około 12 prac, które mówią o szkodliwości - i dziesiątki tysięcy, które tej szkodliwości nie wykazują.

Kolejna obawa: Uprawa roślin GMO wiąże się z ryzykiem przeniesienia ich nasion lub pyłku na pola z tradycyjnymi uprawami. Czy nie grozi to powstaniem jakichś nowych, zmutowanych roślin?

W Polsce i w Europie mamy tylko jeden gatunek kukurydzy - z czym ma się więc ona skrzyżować? Pierwotnie roślina ta zawiązywała kolby wielkości palca. W wyniku prac hodowlanych udało się uzyskać kukurydzę dającą kolby o długości do 20 cm. Przy takich plonach jak dawniej niewielu z nas stać by było na wołowinę (kukurydza wchodzi w skład paszy dla bydła). Inaczej jest z rzepakiem, który może krzyżować się z wieloma roślinami. Tyle że od dawna wiemy, iż należy izolować poszczególne uprawy, by uniknąć powstawania krzyżówek.

Ale jeżeli posadzimy rzepak zmodyfikowany w pobliżu niezmodyfikowanego, zwiększymy ryzyko.

Oczywiście, ale sprzedając nasiona rzepaku, i tak musimy zapewnić odmianową czystość na poziomie co najmniej 99%. Trzeba tak uprawiać rośliny, aby uzyskać czysty materiał. Gdy zasiejemy dwie odmiany rzepaku, to one też nam się skrzyżują - więc należy je oddzielić, tworząc pasy ochronne, a samosiejki niszczyć mechanicznie. Od tego mamy pługi i brony. To standardowe działania, stosowane zresztą od wielu, wielu lat. Wie o nich każdy rolnik.

Czy jednak rozwój upraw GMO nie prowadzi do zaniku bioróżnorodności?

Zanik bioróżnorodności - na polu uprawnym - występuje i bez GMO, przyczyną są po prostu współczesne formy produkcji żywności. Zmniejsza się obszar nieużytków, zastępowanych przez pola uprawne. Kiedyś w zbożu rosło mnóstwo rozmaitych chwastów, a obecnie pola są czyste - można więc powiedzieć, że w trosce o wysokie plony niszczymy bioróżnorodność. Ludzi będzie przybywać i produkcja też musi się zwiększyć. Aby plony były wysokie, rośliny uprawne powinny być wydajne. To, że GMO jest wydajne, nie ulega wątpliwości. GMO jest więc po prostu kolejnym etapem rozwoju rolnictwa i postępu biologicznego.

Podobno w uprawie roślin GMO zużywa się więcej herbicydów (pestycydów działających na chwasty) niż w uprawach tradycyjnych, gdyż GMO są na nie odporne.
Nieprawda, zużywa się ich mniej, i to właśnie dlatego, że rośliny modyfikowane są odporne na ich działanie. Nie ma tutaj reguł, każdy gatunek ma inne wymagania - jednego rodzaju herbicydów używamy przed siewem; innego po siewie. Jedynym wyjątkiem jest herbicyd Roundup, który dla roślin genetycznie modyfikowanych stosujemy w większych ilościach.

Czy ubocznym skutkiem laboratoryjnych modyfikacji genetycznych może być wystąpienie nieoczekiwanych mutacji i zmian w modyfikowanym organizmie?

Tak, podobnie jak w wypadku każdej innej, także „naturalnej" modyfikacji genetycznej. Jeśli rodzi się dziecko, to ono będzie w pewnym sensie genetycznie zmodyfikowane, a nie takie samo jak któryś z rodziców. To jest naturalny proces. Gdy krzyżujemy dwa organizmy - powstaje trzeci, który nie jest identyczny z rodzicami.

Nie ma więc nowego problemu?

Nie ma. Prawa Mendla są klarowne - jeśli krzyżujemy dwa organizmy (homozygotyczne), to pierwsze pokolenie jest pozornie identycznie, a drugie będzie zróżnicowane. Prawa Mendla dotyczą w równym stopniu roślin GM, jak i tych niezmodyfikowanych.

Przejdźmy do problemów z pogranicza gospodarki, etyki i polityki: Nasiona GMO są opatentowane, co prowadzi do uzależnienia rolników od wielkich korporacji produkujących te nasiona. Uzależnienie od korporacji może się z kolei wiązać z zależnością gospodarczą i polityczną państw słabo rozwiniętych od gospodarki państw UE oraz USA i prowadzić do upadku tradycyjnego rolnictwa.

Kwestia uzależnienia dotyczy bardziej prawa patentowego niż etyki. „Nasiona GMO są opatentowane"? - oczywiście, podobnie jak nasiona większości odmian niezmodyfikowanych. Nie ma nic za darmo. Częściej jednak mamy do czynienia z tzw. „prawem do odmiany". Różnica (w pewnym uproszczeniu) polega tylko na tym, że odmiany opatentowanej nie wolno używać do krzyżowania bez uprzedniego zapłacenia właścicielowi, podczas gdy w przypadku „prawa do odmiany" krzyżować można bezpłatnie, a właściciel otrzyma zapłatę, gdy pojawią się korzyści (nie zawsze krzyżówki są udane).

A ryzyko uzależnienia się rolników od wielkich korporacji?

W tej chwili rolnicy także zaopatrują się w firmach nasiennych, które z kolei kupują nowo wyhodowane odmiany w firmach hodowlanych. Rolę właściciela w stosunku do polskich hodowców pełni urzędnik z Warszawy. Z kolei w przypadku państw słabo rozwiniętych najistotniejszym problemem jest walka z głodem. Europa jest na tyle zasobna, że mogłaby się obyć bez odmian zmodyfikowanych genetycznie. Ale państwa afrykańskie czy azjatyckie już nie. Jeżeli ich mieszkańcy mają chodzić z pełnymi brzuchami, muszą sadzić rośliny zapewniające lepsze i większe plony, a więc GM.

Czyli GMO to także kwestia polityczna?

Gospodarka i polityka zawsze od siebie zależały. Kiedyś w Europie nie było cukru produkowanego z buraków - do słodzenia stosowano miód, a po odkryciu Ameryki cukier z trzciny cukrowej. Gdy Napoleon chciał uderzyć w Anglię, zablokował import trzciny cukrowej do Europy, w wyniku czego zainteresowano się burakiem cukrowym. Obecnie w Europie mamy wysokie cło na cukier trzcinowy, możemy więc powiedzieć, że hamujemy postęp w ubogich krajach Ameryki i Afryki. Aktualnie panuje moda na gospodarstwa ekologiczne. Na polskim rynku mamy 1-2% żywności z tych gospodarstw, w przyszłości może będziemy mieć 4%. A kto wyprodukuje pozostałe 96%? Spójrzmy na to realistycznie: żywność ekologiczna jest za droga. Przed wprowadzeniem nawozów sztucznych plony z hektara były na poziomie 2-3 kwintali; dzisiaj mamy 70. Gdy rośliny były już odpowiednio nawożone, kolejnym etapem rozwoju stała się mechanizacja rolnictwa, a potem zwalczanie chorób i szkodników. Pojawiły się pestycydy. Ludzi jednak ciągle przybywa, więc trzeba było znaleźć jeszcze lepsze sposoby na zwiększenie plonów. Udało się to osiągnąć poprzez genetyczne modyfikacje. Na razie wzbudzają one strach, ale kiedyś to się zmieni.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 04/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2014
10/2014
Kalendarium
Listopad
1
W 1952 r. na atolu Eniwetok Amerykanie przeprowadzili pierwszą próbną eksplozję bomby wodorowej.
Warto przeczytać
Mikołaj w przedziwny sposób trafia ze współczesnej Warszawy w sam wir dramatycznych wydarzeń powstania warszawskiego.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Krystyna Matuszewska | dodano: 2012-05-28
GMO korzyści bez zagrożeń

Rozmowa z prezesem Polskiej Izby Nasiennej, doradcą prezydenta Bronisława Komorowskiego - prof. Karolem Duczmalem.

„WiŻ": Twierdzi pan, że „strach przed GMO [ang. Genetically Modified Organisms] wynika z niewiedzy społeczeństwa i rozpowszechniania opinii, które nie są merytoryczne".

PROF. KAROL DUCZMAL: W ubiegłym roku brałem udział w konsultacjach w sprawie ustawy o nasiennictwie. Pan prezydent przysłuchiwał się debacie naukowców. Niemal wszyscy - z jednym wyjątkiem - przyjęli to samo stanowisko: „Dobra modyfikacja genetyczna służy ludziom. Dowodów na szkodliwość nie ma". Gdy pojawił się argument mówiący o potencjalnym zagrożeniu, prof. Tomasz Twardowski zwrócił uwagę na żyrandol wiszący nad głową prezydenta: „Panie prezydencie, siedzi pan pod żyrandolem! Żyrandol może się urwać, jest więc potencjalne zagrożenie. Co mamy z tym zrobić - zlikwidować żyrandol?". Wybuchnęliśmy śmiechem i na tym dyskusja się skończyła.

Może niesłusznie? Ekolodzy przedstawiają liczne argumenty przeciw organizmom GMO. Na przykład: Zbyt krótko prowadzimy tego typu doświadczenia, aby można było ocenić ich wszystkie potencjalne konsekwencje. Modyfikacja genetyczna nie zachodzi w warunkach naturalnych.

Odpowiem krótko: Zachodzi. Rzadko bo rzadko, ale jednak zachodzi. Przecież to, co rośnie na naszych polach, nie jest tym samym, co rosło 10 tys. lat wcześniej.

Tak, ale o zmianach zadecydowały procesy naturalne, a nie laboratoryjne eksperymenty.

Lepiej nazwijmy te procesy „tradycyjnymi". Dla nas są one tradycyjne, bowiem przebiegają powoli, a ich skutków nie dostrzegamy w ciągu jednego pokolenia.

W każdym razie jest to długi proces, niejako akceptowany przez przyrodę, która na pewno eliminowała organizmy zmodyfikowane w jakiś przypadkowy, „niewłaściwy" sposób.

Oczywiście że tak, ale poza tym, że zmiany następowały wolniej, nie ma innej istotnej różnicy. Wracając do innych zarzutów - ja nie wiem, co to znaczy „wszystkie potencjalne konsekwencje".  Wystarczy dwuletni okres doświadczeń, aby przekonać się o braku zagrożenia, np. ze strony alergenów. Tymczasem zmodyfikowaną żywność w ciągu 15 lat uprawiano na około setkach milionów hektarów, a jej konsumentem był nie pojedynczy człowiek, tylko miliardy ludzi. Jak dotąd nie zdarzyło się, żeby ktoś umarł czy zachorował...  Czy kupuje pani w sklepie wieprzowinę?

Zdarza się.

Więc pani też powinna być zmodyfikowana, bo karma trzody chlewnej składa się obecnie ze zmodyfikowanej soi. Kurczaki są żywione soją i również powinny być zmodyfikowane, a przecież nie są. Oczywiście żartuję. Soja niezmodyfikowana występuje w bardzo małych ilościach i jest bardzo droga. Jeśli zabraknie soi, zabraknie kurczaków. Kropka. Żadną inną paszą się ich nie nakarmi, a jeżeli - to będą rosły tak wolno, że chów przestanie być opłacalny. Kurczaki bardzo chętnie jedzą soję.

Skąd ją importujemy?

Głównie z Brazylii i Argentyny - są tam ogromne pola, ogromne plony i jest tanio. Polska nie jest tu wyjątkiem, tak postępują wszystkie kraje - kupują to, co jest dobre i tanie.

Przytoczę kolejny zarzut: Produkty GMO przed dopuszczeniem do sprzedaży w myśl reguły zasadniczej równoważności (składników odżywczych odmiany GMO i odmiany naturalnej) nie muszą być weryfikowane pod kątem szkodliwości. Tym samym rezygnuje się z badań, które mogłyby wykryć niepożądane cechy, niezwiązane akurat z tą regułą.

Nieprawda - nowe produkty muszą być sprawdzone przez specjalne urzędy (w USA jest to FDA - Agencja ds. Żywności i Leków, a w Unii Europejskiej EFSA - Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności). Dopiero gdy one potwierdzą brak szkodliwości, Komisja Europejska może zgodzić się na wprowadzenie żywności czy nasion do obrotu. Parlament Europejski poprzedniej kadencji w związku z wątpliwościami ekologów zalecił nawet powtórzenie badań nad produktami GMO, wydając na ten cel pół miliarda euro. Ponownie nie stwierdzono ich szkodliwości. Publicznie jednak nigdy nie oświadczymy, że jakiś rodzaj żywności jest zupełnie nieszkodliwy. Jeśli zje pani marchewkę - to ta marchewka też może zaszkodzić. Zawsze będziemy stosować porównanie do żywności niemodyfikowanej genetycznie, która jest dostępna na rynku, i powiemy, że żywność zmodyfikowana na pewno nie jest bardziej szkodliwa. Z tym że ta modyfikowana jest przebadana bardzo dokładnie, a tamtej się nie bada, tylko z góry zakłada, że powinna być dobra. W USA proces rejestracji odbywa się szybciej - na ogół po dwóch latach od stwierdzenia braku przeciwwskazań produkt zostaje dopuszczony do obrotu. W Europie sprawa jest bardziej upolityczniona i stąd odpowiednie procedury zabierają nawet 10 lat. UE w ciągu 15 lat dopuściła do obrotu tylko jedną odmianę kukurydzy - MON 810. W ubiegłym roku pojawiła się druga roślina - ziemniak przemysłowy Amflora, którego używa się do produkcji papieru. Wracając do weryfikacji - badania prowadzone są rzetelnie, nie można przecież dopuścić, aby komuś - nie daj Boże - coś się stało, nie mówiąc już o sytuacji firmy, którą po takim wypadku czekałoby rychłe bankructwo. Zdarzają się też jednak doświadczenia robione źle, jak choćby przeprowadzone w Ameryce z pewnym gatunkiem motyla, który zdechł w trakcie badań.

I to był zapewne powód do alarmu?

Tak, ale warto wyjaśnić, na czym sprawa polegała. Motyla karmiono jedynie zmodyfikowaną genetycznie soją, no i w końcu zdechł, bo... motyl nie jada soi.

Biedny.

Szczura z kolei próbowano karmić zmodyfikowanym ogórkiem i... też zdechł, bo normalnie szczur ogórka nie zje, a jak mu wciskali, to nie miał wyboru. Ważne jest, że nauka uznaje tylko takie badania, które znajdują potwierdzenie w wielu innych. Jeżeli jakiś naukowiec uzyska wynik, którego nikt nie potwierdza, to do kosza z takim badaniem! W skali ogólnoświatowej literatury mamy około 12 prac, które mówią o szkodliwości - i dziesiątki tysięcy, które tej szkodliwości nie wykazują.

Kolejna obawa: Uprawa roślin GMO wiąże się z ryzykiem przeniesienia ich nasion lub pyłku na pola z tradycyjnymi uprawami. Czy nie grozi to powstaniem jakichś nowych, zmutowanych roślin?

W Polsce i w Europie mamy tylko jeden gatunek kukurydzy - z czym ma się więc ona skrzyżować? Pierwotnie roślina ta zawiązywała kolby wielkości palca. W wyniku prac hodowlanych udało się uzyskać kukurydzę dającą kolby o długości do 20 cm. Przy takich plonach jak dawniej niewielu z nas stać by było na wołowinę (kukurydza wchodzi w skład paszy dla bydła). Inaczej jest z rzepakiem, który może krzyżować się z wieloma roślinami. Tyle że od dawna wiemy, iż należy izolować poszczególne uprawy, by uniknąć powstawania krzyżówek.

Ale jeżeli posadzimy rzepak zmodyfikowany w pobliżu niezmodyfikowanego, zwiększymy ryzyko.

Oczywiście, ale sprzedając nasiona rzepaku, i tak musimy zapewnić odmianową czystość na poziomie co najmniej 99%. Trzeba tak uprawiać rośliny, aby uzyskać czysty materiał. Gdy zasiejemy dwie odmiany rzepaku, to one też nam się skrzyżują - więc należy je oddzielić, tworząc pasy ochronne, a samosiejki niszczyć mechanicznie. Od tego mamy pługi i brony. To standardowe działania, stosowane zresztą od wielu, wielu lat. Wie o nich każdy rolnik.

Czy jednak rozwój upraw GMO nie prowadzi do zaniku bioróżnorodności?

Zanik bioróżnorodności - na polu uprawnym - występuje i bez GMO, przyczyną są po prostu współczesne formy produkcji żywności. Zmniejsza się obszar nieużytków, zastępowanych przez pola uprawne. Kiedyś w zbożu rosło mnóstwo rozmaitych chwastów, a obecnie pola są czyste - można więc powiedzieć, że w trosce o wysokie plony niszczymy bioróżnorodność. Ludzi będzie przybywać i produkcja też musi się zwiększyć. Aby plony były wysokie, rośliny uprawne powinny być wydajne. To, że GMO jest wydajne, nie ulega wątpliwości. GMO jest więc po prostu kolejnym etapem rozwoju rolnictwa i postępu biologicznego.

Podobno w uprawie roślin GMO zużywa się więcej herbicydów (pestycydów działających na chwasty) niż w uprawach tradycyjnych, gdyż GMO są na nie odporne.
Nieprawda, zużywa się ich mniej, i to właśnie dlatego, że rośliny modyfikowane są odporne na ich działanie. Nie ma tutaj reguł, każdy gatunek ma inne wymagania - jednego rodzaju herbicydów używamy przed siewem; innego po siewie. Jedynym wyjątkiem jest herbicyd Roundup, który dla roślin genetycznie modyfikowanych stosujemy w większych ilościach.

Czy ubocznym skutkiem laboratoryjnych modyfikacji genetycznych może być wystąpienie nieoczekiwanych mutacji i zmian w modyfikowanym organizmie?

Tak, podobnie jak w wypadku każdej innej, także „naturalnej" modyfikacji genetycznej. Jeśli rodzi się dziecko, to ono będzie w pewnym sensie genetycznie zmodyfikowane, a nie takie samo jak któryś z rodziców. To jest naturalny proces. Gdy krzyżujemy dwa organizmy - powstaje trzeci, który nie jest identyczny z rodzicami.

Nie ma więc nowego problemu?

Nie ma. Prawa Mendla są klarowne - jeśli krzyżujemy dwa organizmy (homozygotyczne), to pierwsze pokolenie jest pozornie identycznie, a drugie będzie zróżnicowane. Prawa Mendla dotyczą w równym stopniu roślin GM, jak i tych niezmodyfikowanych.

Przejdźmy do problemów z pogranicza gospodarki, etyki i polityki: Nasiona GMO są opatentowane, co prowadzi do uzależnienia rolników od wielkich korporacji produkujących te nasiona. Uzależnienie od korporacji może się z kolei wiązać z zależnością gospodarczą i polityczną państw słabo rozwiniętych od gospodarki państw UE oraz USA i prowadzić do upadku tradycyjnego rolnictwa.

Kwestia uzależnienia dotyczy bardziej prawa patentowego niż etyki. „Nasiona GMO są opatentowane"? - oczywiście, podobnie jak nasiona większości odmian niezmodyfikowanych. Nie ma nic za darmo. Częściej jednak mamy do czynienia z tzw. „prawem do odmiany". Różnica (w pewnym uproszczeniu) polega tylko na tym, że odmiany opatentowanej nie wolno używać do krzyżowania bez uprzedniego zapłacenia właścicielowi, podczas gdy w przypadku „prawa do odmiany" krzyżować można bezpłatnie, a właściciel otrzyma zapłatę, gdy pojawią się korzyści (nie zawsze krzyżówki są udane).

A ryzyko uzależnienia się rolników od wielkich korporacji?

W tej chwili rolnicy także zaopatrują się w firmach nasiennych, które z kolei kupują nowo wyhodowane odmiany w firmach hodowlanych. Rolę właściciela w stosunku do polskich hodowców pełni urzędnik z Warszawy. Z kolei w przypadku państw słabo rozwiniętych najistotniejszym problemem jest walka z głodem. Europa jest na tyle zasobna, że mogłaby się obyć bez odmian zmodyfikowanych genetycznie. Ale państwa afrykańskie czy azjatyckie już nie. Jeżeli ich mieszkańcy mają chodzić z pełnymi brzuchami, muszą sadzić rośliny zapewniające lepsze i większe plony, a więc GM.

Czyli GMO to także kwestia polityczna?

Gospodarka i polityka zawsze od siebie zależały. Kiedyś w Europie nie było cukru produkowanego z buraków - do słodzenia stosowano miód, a po odkryciu Ameryki cukier z trzciny cukrowej. Gdy Napoleon chciał uderzyć w Anglię, zablokował import trzciny cukrowej do Europy, w wyniku czego zainteresowano się burakiem cukrowym. Obecnie w Europie mamy wysokie cło na cukier trzcinowy, możemy więc powiedzieć, że hamujemy postęp w ubogich krajach Ameryki i Afryki. Aktualnie panuje moda na gospodarstwa ekologiczne. Na polskim rynku mamy 1-2% żywności z tych gospodarstw, w przyszłości może będziemy mieć 4%. A kto wyprodukuje pozostałe 96%? Spójrzmy na to realistycznie: żywność ekologiczna jest za droga. Przed wprowadzeniem nawozów sztucznych plony z hektara były na poziomie 2-3 kwintali; dzisiaj mamy 70. Gdy rośliny były już odpowiednio nawożone, kolejnym etapem rozwoju stała się mechanizacja rolnictwa, a potem zwalczanie chorób i szkodników. Pojawiły się pestycydy. Ludzi jednak ciągle przybywa, więc trzeba było znaleźć jeszcze lepsze sposoby na zwiększenie plonów. Udało się to osiągnąć poprzez genetyczne modyfikacje. Na razie wzbudzają one strach, ale kiedyś to się zmieni.