Kilkanaście kilometrów na północ od Gekon na Alasce w połowie
lat 90. XX wieku wycięto szmat tajgi i postawiono las radiowych
masztów wycelowanych prosto w niebo. Rozpoczęto tam program HAARP
(High frequency Active Auroral Research Program), co można przetłumaczyć
jako Projekt Aktywnego Badania Zorzy za pomocą Wysokich Częstotliwości.
Badania finansują amerykańskie siły powietrzne i marynarka wojenna
z typową dla tych instytucji atmosferą tajności. Nic dziwnego,
że HAARP od razu wzbudził wielkie kontrowersje. W internecie aż
huczy od plotek o konstruowaniu tam tajnej i potężnej broni wykorzystującej
te same siły natury, które są źródłem zórz polarnych.
Strach ma barwy tęczy
Jedni obawiają się, że bombardowanie silnymi impulsami radiowymi
jonosfery (najwyższej warstwy ziemskiej atmosfery, gdzie powstają
zorze) może doprowadzić do osłabienia pola magnetycznego, które
chroni Ziemię przed cząstkami kosmicznymi. Inni wieszczą, że
skutkiem ubocznym eksperymentów będą trzęsienia ziemi, wybuchy
wulkanów i zmiany w pogodzie. Niektórzy każdą katastrofę naturalną
w ostatnich latach wiążą już z HAARP, np. potężne tsunami na
Oceanie Indyjskim pod koniec 2004 roku. Amerykańskie badania
przyrównuje się do zabawy dziecka, które znalazło śpiącego niedźwiedzia
i potrąca go ostrym kijem, z zaciekawieniem czekając na to, co
się stanie.
Podobne lęki
towarzyszyły nam przed wiekami. W wierzeniach Północy zorza zawsze
wywoływała grozę. Sądzono, że to odblask
płomieni z królestwa śmierci, siedliska dusz zmarłych. Gdy
pojawiała się zorza, Eskimosi z Alaski ukrywali swoje dzieci.
Wierzyli,
że świetlna kurtyna może nagle spaść na ziemię i zabrać dziecku
głowę. W Norwegii uważano, że każdemu, kto za długo przygląda
się zorzy, grozi niebezpieczeństwo. Nawet ludzie nauki w dawnych
wiekach na ogół tłumaczyli zorze katastrofami - np. ogniem,
którego źródłem mogły być odległe pożary lub wybuchające wulkany. Dziś
już wiadomo, że... faktycznie jest się czego bać. Wprawdzie
nie samej zorzy, będącej wspaniałym i całkiem nieszkodliwym widowiskiem,
lecz zjawisk w jonosferze, których zorza jest odległym echem.
Ich źródłem są chmury naładowanych cząstek, zwane wiatrem słonecznym,
głównie protony i elektrony, które wyrzucane są ze Słońca i
pędzą
w kosmosie z prędkością od 300 do 1 tys. km/s. Kiedy docierają
do naszej planety, nie uderzają bezpośrednio w jej powierzchnię,
bo Ziemia otoczona jest polem magnetycznym, które odchyla tor
ich ruchu. Cząstki zaczynają się poruszać spiralnie wzdłuż
linii sił magnetosfery, podobnie jak woda w rzece płynie wzdłuż
koryta.
Dopiero w okolicach biegunów magnetycznych linie wnikają w
naszą planetę i jak po sznurku prowadzą chmury wiatru słonecznego
do
zderzenia z atmosferą. Obszary, w których dochodzi do kolizji,
przypominają kształtem owale o średnicy tysięcy kilometrów
zawieszone ponad 100 km nad biegunami magnetycznymi.
Elektrony
- główny
składnik wiatru słonecznego - przed zderzeniem z atmosferą
rozpędzają się do prędkości nawet 60 tys. km/s. Tę energię
uzyskują w polu
magnetycznym Ziemi. Każdy elektron, zanim zostanie całkowicie
wyhamowany, zderza się z cząsteczkami powietrza wielokrotnie
(nawet 300 razy) i swoją drogę znaczy światłem wzbudzonych
atomów gazu. Nocne niebo na Północy można więc przyrównać
do gigantycznego
ekranu telewizora, na którym jest wyświetlana zorza polarna.
W kineskopie elektrony zderzają się z substancją zwaną luminoforem
i wywołują jej świecenie. W przypadku zorzy rolę luminoforu
spełnia atmosfera Ziemi, a źródłem elektronów jest nie lampa,
lecz odległe
Słońce. Kosmiczna pogoda
Żaden z elektronów nie ma szansy dolecieć do powierzchni Ziemi i wyrządzić
krzywdy ludziom. Atmosfera jest na to zbyt gęsta. Jednak w czasie największych
nawałnic wiatru słonecznego wstrzymywane są loty samolotów poza kręgiem
polarnym, bo na wysokości kilkunastu kilometrów pasażerowie mogą być narażeni
na sporą dawkę kosmicznego promieniowania. Chmury cząstek emitowanych ze
Słońca są zwykle potężnie namagnesowane. Ich własne pole magnetyczne nakłada
się na ziemskie pole - wzmacnia je lub osłabia w zależności od kierunku
namagnesowania chmury. Ten wpływ bywa tak silny, że przy powierzchni Ziemi
wariują wskazówki kompasów i zamiast wskazywać północ, kręcą się bezradnie
we wszystkie strony. Zmienne pole magnetyczne wzbudza prąd w przewodnikach
(to tzw. zjawisko indukcji Faradaya). Te wzbudzane prądy i napięcia mogą
być przyczyną awarii sieci energetycznych, zakłóceń w kablach telefonicznych,
a także rozszczelniania się nafto- i gazociągów, którymi dziś opleciona
jest kula ziemska.
13 marca 1989
roku 9 mln Kanadyjczyków w prowincji Quebec zostało odciętych
od prądu na skutek awarii, której przyczyną był właśnie
wielki rozbłysk na Słońcu. Co więcej, z chwilą kiedy osłabieniu ulega
bariera ziemskiego pola magnetycznego, łatwiej pokonują ją cząstki
wiatru słonecznego.
Mocniej bombardują górne warstwy atmosfery, które w ten sposób ulegają
„podgrzaniu” i rozszerzają się, sięgając dalej w kosmos, a to szkodzi
satelitom krążącym na najniższych orbitach. Wskutek wzmożonego
tarcia o atmosferę
mogą nawet spaść na Ziemię, jeśli operatorzy w porę nie dokonają korekty
ich orbity. Poważne problemy mają również stacje radiowe i telewizyjne.
W czasie złej kosmicznej pogody - tj. wzmożonej aktywności Słońca, kiedy
nad Daleką Północą pojawiają się silne zorze - zmienia się liczba elektronów
w jonosferze, która odpowiada za odbicie i rozchodzenie się na dalekie
odległości fal radiowych. Sygnały niektórych stacji są zakłócane, innych
tłumione, a niektórych wzmacniane. Stan jonosfery ma też wpływ na komunikację z satelitami, m.in.
na dokładność wskazań satelitarnego systemu lokalizacji GPS. Trudno
się więc dziwić, że wojsko jest zainteresowane badaniami jonosfery
i zórz polarnych. Jeśli zrozumiemy, co się tam w górze dzieje,
lepiej będziemy mogli prognozować wpływ kosmicznej pogody na Ziemię.
Dlatego powstają takie projekty jak HAARP, mające na celu „drażnienie”
jonosfery w sposób kontrolowany. Na czym to polega? Emitowane przez
anteny na Alasce impulsy radiowe o częstości kilku megaherców są
pochłaniane przez jonosferę i lokalnie ją „podgrzewają”, tworząc
w niej prądy niczym w gotującej się wodzie. Czy w takim eksperymencie
można powtórzyć niszczycielski wpływ Słońca albo nawet go spotęgować,
tworząc coś w rodzaju broni jonosferycznej, zdolnej niszczyć satelity
albo zakłócać działanie elektronicznego sprzętu przeciwnika? Ci,
którzy w to wierzą, twierdzą, że nieprzypadkowo nadajnik znajduje
się na Alasce, nad którą w razie konfliktu leciałyby rakiety balistyczne
z Rosji.
Naukowcy związani
z HAARP przekonują jednak, że skala eksperymentu musiałaby być
tysiące razy większa. Nadajnik nadaje
z mocą ledwie MW, a docelowo ma osiągnąć moc 3,6 MW, z jaką w
przybliżeniu nadaje Radio Głos Ameryki. To umożliwia podgrzanie
tylko maleńkiego
fragmentu jonosfery wprost nad nadajnikiem. HAARP dostarcza energii
ledwie kilogramowi elektronów, nie ma szans wywołać znaczących
zakłóceń w jonosferze, bo to tak jakby wrzucić kilowatowy grzejnik
do Wisły i oczekiwać, że zmieni on bieg rzecznego prądu. Niedawno
naukowcy przyznali, że udało im się po raz pierwszy wywołać sztuczne
świecenie w jonosferze. Było to w czasie, kiedy na niebie widniała
naturalna zorza. Kiedy nadajnik był włączany, na niebie pojawiały
się dodatkowe zielonkawe plamki. Zarejestrowały je kamery, były
ledwo widoczne gołym okiem. Prawdopodobnie fale radiowe przyspieszały
część elektronów, które wywoływały naturalne zjawisko.
Obdarzeni
bujną wyobraźnią mogą już planować kontrolowane efekty świetlne
wysoko nad głowami, które mogłyby zainteresować firmy reklamowe
lub służby odpowiadające za oświetlenie miast. Na razie jednak
badacze mają bardziej przyziemne zmartwienie – nie udało im
się powtórzyć wyników eksperymentu. Na oficjalnej internetowej
stronie
HAARP znajduje się informacja, że planowane są eksperymenty,
w których inicjować się będzie przepływ zmiennych prądów w ziemskiej
jonosferze emitujących fale radiowe o niskich częstotliwościach
(od kilku do kilkudziesięciu herców). Jonosfera pełniłaby wtedy
funkcję gigantycznej wirtualnej anteny do wysyłania tych fal
w
dowolne miejsce na kuli ziemskiej. Ten rodzaj promieniowania
elektromagnetycznego potrafi penetrować wnętrze Ziemi i oceany
do głębokości wielu kilometrów.
Armia mogłaby je wykorzystać do komunikacji z łodziami podwodnymi
lub do poszukiwań podziemnych instalacji wroga.
Muzyka zorzy
Od dawna kontrowersyjnym tematem było istnienie tajemniczych dźwięków,
które wiele osób miało słyszeć podczas intensywnych zórz. Próby
rejestracji akustycznej nie przyniosły jednak rezultatów i
wydawało się, że jest to efekt subiektywnych wrażeń. Świadkowie
przyrównywali dźwięki do szelestu folii aluminiowej, szmeru
odległego strumienia lub skrzypienia butów na zmrożonym śniegu.
Na pytanie, czym jest ta muzyka i jaka jest jej natura, do
dziś nie ma precyzyjnej odpowiedzi. Jedno jest pewne: dźwięki
nie mogą pochodzić bezpośrednio z miejsca świecenia zorzy,
a więc z wysokości ponad 100 km - musiałyby nadchodzić bowiem
z wielominutowym opóźnieniem, a świadkowie słyszą zorzę w tym
samym czasie, w którym ją obserwują. Podczas występowania zjawiska
ogromne liczby elektronów wiatru słonecznego dostają się do
atmosfery i wzrasta znacznie pole elektryczne przy powierzchni
Ziemi (a te oddziaływania przenoszą się już z prędkością światła).
Przyczyną dźwięków mogą więc być lokalne wyładowania elektryczne
w powietrzu. Być może silne pola elektromagnetyczne wywołują
jakieś procesy bezpośrednio w mózgu człowieka.
W
wojskowych laboratoriach testowane jest oddziaływanie na człowieka
impulsów elektromagnetycznych o częstotliwościach gigahercowych.
Taki sygnał może spowodować minimalne perturbacje temperatury w
tkankach, a to z kolei może wywoływać wewnątrz ciała lokalne fale
akustyczne o częstotliwościach 5 do 15 kHz, a więc w zakresie słyszalnym.
Głos wytwarzany taką metodą powstawałby wewnątrz organizmu człowieka
niczym „głos wewnętrzny”. Być może tutaj leży rozwiązanie zagadki
fenomenu muzyki zorzy polarnej. Tymczasem z powodzeniem można rejestrować
fale radiowe o niskich częstotliwościach, których źródłem są zorze.
Na stronie www-pw.physics.uiowa.edu/mcgreevy zgromadzono nagrania
wykonane za pomocą przenośnych urządzeń radiowych. Są tam także
wskazówki dla amatorów własnych nagrań radiowych zorzy.
Gdzie obserwować
Aby zobaczyć i być może usłyszeć zorzę polarną, nie trzeba wyjeżdżać
do Arktyki czy Antarktyki. Już od jesieni zorze są doskonale
widoczne w Norwegii, Szwecji i Finlandii, choć w okresie niskiej
aktywności Słońca występują rzadko. Można je dostrzec czasem
także w Polsce, chociaż nigdy nie dorównają temu, co widać na
Dalekiej Północy. Na stronie www.spaceweather.com można zaprenumerować
bezpłatną prognozę występowania zórz polarnych rozsyłaną pocztą
elektroniczną z wyprzedzeniem 1-2-dniowym. Prognozy są tworzone
na podstawie ciągłych obserwacji powierzchni Słońca.
Zorza bez magnetosfery? To możliwe!
Teleskop Hubble’a sfotografował wiele „nieziemskich” zórz polarnych:
na Jowiszu (z prawej), Saturnie, Uranie, Neptunie czy Io. Nic
w tym dziwnego: planety te mają to, czego potrzeba do wystąpienia
zjawiska: atmosferę i pole magnetyczne. Co ciekawe, Misja Europejskiej
Agencji Kosmicznej Mars Express odkryła zorzę na Marsie! Poświata
o rozmiarach około 30 km unosiła się na wysokości 140 km nad
planetą. Skąd wzięła się zorza nad pozbawionym globalnego pola
magnetycznego Marsem? Prawdopodobnie wywołało ją oddziaływanie
wiatru słonecznego ze szczątkowym polem, wytwarzanym lokalnie
przez marsjańskie skały. Marsjańska zorza świeci głównie światłem
ultrafioletowym i jest blisko stukrotnie słabsza od ziemskiej.
Podobną poświatę można też dostrzec niekiedy nad Wenus.
Wszystkie kolory zorzy
Niebieskawe i fioletowe zwykle poniżej 120 km. Bardzo silne chmury
wiatru słonecznego wywołują czerwone zorze na wysokościach 90-100
km. Kolory zawsze mają związek ze składem atmosfery ziemskiej.
Na czerwono i zielono świeci tlen, kolor ciemnoczerwony i purpurowy
pochodzi od atomów azotu. Żółty jest wynikiem mieszania się barwy
zielonej i czerwonej. Gołym okiem zwykle dostrzegamy zorze jako
zielonkawe i białe, ale klisza fotograficzna lepiej rejestruje
barwy. Światło zorzy jest na tyle słabe, że w oku ludzkim rejestrowane
jest przez bardziej czułe, ale „niewidzące kolorów” pręciki.
Zapewne mniej wrażliwe na światło czopki zaczynają rejestrować
kolory dopiero podczas silniejszych zórz polarnych.
Kiedy najczęściej widać zorze
Aktywność zórz ma związek z 11-letnim cyklem występowania plam
na Słońcu. W okresie minimum aktywności Słońca zorze bywają słabsze
o blisko 20-30%. Ostatnio najwięcej plam obserwowano w latach
2000-02 (w listopadzie 2001 roku zorza była widoczna nawet w
Meksyku). Następne maksimum spodziewane jest w latach 2011-13.
Najlepszy okres do obserwacji w europejskiej części to jesień
i wczesna wiosna (w północnej Skandynawii – październik, luty
i marzec). Jeśli udało się zaobserwować wyjątkowo efektowne świecenia,
następnego równie pięknego pokazu trzeba spodziewać się po 27-28
dniach. Ma to związek z okresem obrotu Słońca i ustawieniem się
tymi samymi obszarami do Ziemi. Zorze najczęściej występują około
północy lokalnego czasu, ale także wczesnym wieczorem i późno
w nocy.
|