Strona główna

Dwóch na czarnym lądzie

Numer 10/2020
Członkowie wyprawy Rogozińskiego do zatoki Kameruńskiej w Afryce zachodniej. Członkowie wyprawy Rogozińskiego do zatoki Kameruńskiej w Afryce zachodniej. BEW
Wśród europejskich odkrywców, którzy w XIX w. zapragnęli poznać wnętrze Afryki Subsaharyjskiej, nie zabrakło też naszych rodaków.
Biały Nil w okolicy Dżuby, stolicy Sudanu Południowego (zdjęcie lotnicze).Biblioteka Narodowa w Warszawie Biały Nil w okolicy Dżuby, stolicy Sudanu Południowego (zdjęcie lotnicze).
Leon CienkowskiBiblioteka Narodowa w Warszawie Leon Cienkowski
Stefan Szolc-RogozińskiBiblioteka Narodowa w Warszawie Stefan Szolc-Rogoziński
Wodospad Rusumo na rzece Kagera, uchodzącej do Jeziora Wiktorii i uznawanej za górny bieg Nilu.BEW Wodospad Rusumo na rzece Kagera, uchodzącej do Jeziora Wiktorii i uznawanej za górny bieg Nilu.
Pasza Muhammad Ali władał Egiptem przez cztery dekady.Andrea Campeanu/Reuters/Forum Pasza Muhammad Ali władał Egiptem przez cztery dekady.
Bagna Sudd w Sudanie Południowym ciągną się na długości 400 km wzdłuż Nilu Białego.Domena Publiczna Bagna Sudd w Sudanie Południowym ciągną się na długości 400 km wzdłuż Nilu Białego.
Klemens Tomczek– towarzysz Szolc-Rogozińskiego podczas wyprawy do Kamerunu.Biblioteka Narodowa w Warszawie Klemens Tomczek– towarzysz Szolc-Rogozińskiego podczas wyprawy do Kamerunu.
Leopold Janikowski – towarzysz Szolc-Rogozińskiego podczas wyprawy do Kamerunu.Shutterstock Leopold Janikowski – towarzysz Szolc-Rogozińskiego podczas wyprawy do Kamerunu.
Widok z lotu ptaka na Dżubę, stolicę Sudanu Południowego, leżącą nad Nilem Białym.Shutterstock Widok z lotu ptaka na Dżubę, stolicę Sudanu Południowego, leżącą nad Nilem Białym.
Fotografie z ­książki Leopolda Janikowskiego „W ­dżunglach Afryki: wspomnienia z polskiej wyprawy afrykańskiej w latach 1882–1890”.Biblioteka Narodowa w Warszawie Fotografie z ­książki Leopolda Janikowskiego „W ­dżunglach Afryki: wspomnienia z polskiej wyprawy afrykańskiej w latach 1882–1890”.

W pierwszej połowie XIX w. nikt nie miał pojęcia, gdzie znajdują się źródła Nilu Białego. Wiedziano jedynie, że potężna rzeka płynie z odległych południowych krain, być może nawet zaczyna się gdzieś na równiku. Oczywiście już w starożytności próbowano się tego dowiedzieć. W 66 r. rzymska ekspedycja, wysłana w tym celu przez cesarza Nerona, dotarła do gigantycznych mokradeł As-Sudd, ciągnących się wzdłuż rzeki na długości ok. 400 km i regularnie przez nią zalewanych. Rzymianie nie zdołali ich pokonać i zawrócili. Mimo to w kolejnym stuleciu grecki geograf i astronom Ptolemeusz żyjący w Aleksandrii napisał śmiało w swoim wielotomowym dziele „Geografia”, że Nil wypływa z pokrytych śniegiem „Gór Księżycowych”, leżących w Afryce Wschodniej. Oparł się na relacjach greckiego kupca Diogenesa, twierdzącego, że dotarł do źródeł rzeki, wędrując od wschodniego brzegu kontynentu.

Siedemnaście wieków później Góry Księżycowe wciąż znajdowały się na mapach i wciąż uważano, że właśnie w nich należy szukać źródeł Nilu. W 1839 r. pasza Muhammad Ali, od ćwierć wieku władający niepodzielnie Egiptem i Sudanem, postanowił wysłać wyprawę w górę Nilu Białego, sądząc, że w ten sposób rzeka doprowadzi go do złota, którego nieprzebrane ilości miały się znajdować w Górach Księżycowych. W każdym razie tak mówiły legendy na temat tego tajemniczego pasma górskiego. Na czele ekspedycji stanął turecki oficer Selim Qabudan, zwany też Selimem Bimbashim. Kiedy pierwsza wyprawa zakończyła się niepowodzeniem, zorganizowano drugą, a po niej trzecią.

Do źródeł Nilu Białego nie udało się dotrzeć, ale uczestnicy ekspedycji dopłynęli naprawdę daleko, bo aż do wielkich progów skalnych przecinających rzekę w pobliżu dzisiejszej Dżuby, stolicy Sudanu Południowego. Progi znajdują się ok. 1200 km na południe od Chartumu i uniemożliwiają dalszą żeglugę w górę nurtu. Ale ani Bimbashi, ani jego ludzie nie byli przygotowani na kontynuowanie poszukiwań pieszo. Przetarli jednak szlak na południe i można powiedzieć, że otworzyli Nil Biały na świat. Pozostało wykonanie ostatniego, najważniejszego kroku: znalezienie złota.

Z Warszawy przez Petersburg

I tu właśnie pojawia się postać polskiego przyrodnika Leona Cienkowskiego, który w 1848 r. wziął udział w ekspedycji zorganizowanej na zaproszenie władcy Egiptu przez Rosyjskie Towarzystwo Geograficzne. Pasza Ali liczył na to, że to, co nie udało się jego ludziom, uda się rosyjskim geologom. Cienkowski, urodzony w Warszawie w 1822 r., studiował nauki przyrodnicze na uniwersytecie w Petersburgu. Teoretycznie po jego ukończeniu powinien natychmiast wrócić do Królestwa Polskiego, gdzie miał obowiązek przepracować sześć lat jako nauczyciel. Wystarał się jednak o pozwolenie na pozostanie w stolicy imperium, dzięki czemu mógł w 1846 r. obronić rozprawę o historii „rozwoju roślin szyszkowych”. W ten sposób został magistrem botaniki, co jednak nie wpłynęło specjalnie na poprawę jego losu. Klepał biedę i bez powodzenia szukał pracy w placówkach naukowych, nic nie wyszło ze starań o otrzymanie docentury na macierzystej uczelni.

I wtedy przyszła niespodziewana propozycja wzięcia udziału w wyprawie do źródeł Nilu Białego, gdzie „pasza Egiptu Mechmed-Ali pragnął urządzić eksploatacyją złotego piasku i w tym celu udał się do rządu rossyjskiego z prośbą o przysłanie kompetentnego górnika. Polecenie udania się do Egiptu otrzymał pułkownik inżynierów górniczych Kowalewski, a cesarska akademija nauk, korzystając ze sposobności, dodała do ekspedycyi przyrodnika w osobie Cienkowskiego i zaopatrzyła go w 700 rubli, cesarskie zaś towarzystwo gieograficzne dodało ze swej strony 500 rs.” – pisał August Wrześniowski, inny polski XIX-wieczny biolog (profesor Uniwersytetu Warszawskiego zasłużony w krzewieniu ewolucjonizmu) we wspomnieniu o Cienkowskim, opublikowanym zaraz po jego śmierci w 1887 r. na łamach czasopisma „Wszechświat”.

Z tekstu Wrześniowskiego dowiadujemy się, że podróżnicy opuścili Petersburg w połowie listopada 1847 r., a na początku lutego następnego roku wyruszyli w podróż Nilem. Najpierw płynęli statkiem parowym, a następnie barkami. Mniej więcej po dwóch tygodniach dotarli do Korosko, dziś zalanego przez Jezioro Nassera, a wcześniej przez ponad 3 tys. lat ważnego miejsca przesiadkowego w drodze na południe. Tu w czasach faraonów można było wsiąść na wielbłądy i podróżować dalej pustynnym szlakiem omijającym wielkie zakole Nilu wraz z trzema znajdującymi się na nim kataraktami.

Tym prastarym szlakiem karawanowym ruszył również Cienkowski z towarzyszami. Nie wspominał mile tego etapu podróży. „Tem większą była dla niego męczarnią, że zapadł na ciężką zimnicę. Nieraz opowiadał mi swoje cierpienia, jak musiał zdążać za karawaną przywiązany do wielbłąda, na którym w napadzie choroby dosiedzieć nie mógł, a na ugaszenie pragnienia mógł jedynie otrzymać nieco zgniłej wody ze skórzanego worka wiezionego na wielbłądzie; jak spotkawszy roślinę lub owada, czy jaszczurkę, pomimo znużenia i osłabienia musiał zatrzymywać wielbłąda, zsiadać, włączać nowy okaz do zbiorów, a następnie gonić karawanę, która tymczasem już się znacznie oddaliła” – czytamy we wspomnieniu Wrześniowskiego.

Męki na gemelu

Sam Cienkowski prowadził podczas wyprawy dziennik, którego fragmenty opublikował kilka lat później w „Gazecie Warszawskiej”. Pisał barwnie, malowniczo, jak sprawny reporter. Oto jak opisywał podróż wielbłądami: „Po drodze Arabowie bawią nas opowiadaniami. Tu oto koło tej góry chabir zamiast na prawo, wziął się na lewo; zabłądziła karawana, chamsin zawiał i wszyscy wymarli. Dalej pod innym pagórkiem leżą kości Turka i jego oblubienicy, z całej karawany ich dwoje i niewolnik pozostali. Była tylko jedna zemzemija wody, więc niewolnik musiałby umrzeć z pragnienia. Życie drogie mu było, zabił swojego pana, a sam doszedł do Nilu, kochanka przeniosła śmierć z pragnienia nad pożycie z mordercą swojego przyjaciela”.

I jeszcze jeden fragment: „Już dłużej w żaden sposób na wielbłądzie wysiedzieć nie mogłem – zmieniałem go na osła, kłapoucha znowu na gemela – osioł w innem, wielbłąd znowu w innem krzyż masakrują. Brniemy po głębokim piasku, po nagich ogromnych parowach; nieszczęśliwe gemele padają, stąpając przez kamieniste obłamy, rżą osły z trudnością wyciągając nogi z sypkiego piasku; zgłodniali Abadije na próżno wołają Abd-el Kedera. Pali znój 40 stopniowy, mglisto w głowie, gorący wiatr wypija ostatnią kroplę wilgoci w ciele; wycieńczony, przestraszony podróżny napróżno wodzi tęsknem wzrokiem chcąc spotkać coś żyjącego; wszędzie tylko kamieni góry, piasek i bielejące szkielety wielbłądów! Ale oto jednym głosem krzyknęli Abadije, wszyscy z przymróżonemi oczyma patrzą na granicę widnokręgu; ryk dręczonych pragnieniem gemelów zlał się z rozlegającym się wszędzie El bachar, el moja! (rzeka, woda!). Tylko oko Araba i wielbłąda, dzieci pustyni, widzi na takiej niepojętej dla Europejczyka odległości. Kogo męczyło afrykańskie pragnienie, kogo wysuszał gorący Samum, ten pojmuje przyspieszony krok wielbłąda i krzyk Araba na widok ubóstwianego Nilu” (wszystkie cytaty z „Gazety Warszawskiej” z 1853 r., nr 115).

Niestety relacja Cienkowskiego obejmuje tylko pierwszych kilka miesięcy wyprawy, która łącznie trwała ponad dwa lata i „w umyśle podróżnika pozostawiła niczem niezatarte, najmilsze wspomnienia” – jak relacjonował Wrześniowski, który owych wspomnień słuchał zapewne wielokrotnie, gdy w latach 1855–1859 drogi obu naukowców przecięły się w Petersburgu, gdzie Cienkowski po obronieniu pracy doktorskiej wykładał na uniwersytecie. Jego afrykańska eskapada zakończyła się porażką; nie odnaleziono ani Gór Księżycowych, ani „złotego piasku”, ani też źródeł Nilu. Ale należał do pionierów. Dopiero kilkanaście lat później pojawiła się główna fala odkrywców: John Hanning Speke i James Grant ustalili, że Nil wypływa z Jeziora Wiktorii (1862 r.), a Samuel Baker i jego żona Florence dotarli nad Jezioro Alberta, gdzie stwierdzili, że rzeka przepływa także przez nie (1864 r.). Ostatecznie cały górny bieg Nilu Białego – od Jeziora Wiktorii przez Jezioro Alberta i dalej na północ, ku granicy z Sudanem – zrekonstruował Henry Morton Stanley podczas swojej słynnej ekspedycji transafrykańskiej, zorganizowanej w latach 1874–1877.

Leon Cienkowski nie odnalazł jednak w sobie żyłki podróżnika odkrywcy. Wolał zbierać i analizować okazy botaniczne (zajmował się głównie glonami) w zaciszu laboratoriów uczelnianych. Miał wątłe zdrowie. W Petersburgu ciągle chorował, przyczyny upatrując w zimnym, wilgotnym klimacie carskiej stolicy. W końcu zrezygnował z pracy na uczelni i przeniósł się najpierw do Nicei, potem do Szwajcarii, okresowo mieszkając też w Dreźnie i Berlinie. Cały czas był czynny naukowo, dużo publikował, a po otworzeniu Szkoły Głównej Warszawskiej w 1862 r. dostał propozycję objęcia katedry botaniki, którą przyjął uradowany, bo pragnął wrócić do rodzinnego miasta. Jednak powrót nie był mu pisany. Trzy lata czekał na dopełnienie formalności i rozpoczęcie wykładów. Ostatecznie zrezygnował, widząc, że szanse na to są nikłe. Pojechał do Odessy, gdzie również zaoferowano mu katedrę botaniki na tamtejszym uniwersytecie. Po kilku latach przeniósł się do Charkowa i tam pracował na uczelni aż do śmierci w 1887 r.

Kusząca „propozycya”

We wrześniu 1881 r. w ukazującym się w Warszawie tygodniku „Wędrowiec” pojawił się krótki tekst zwieńczony intrygującym tytułem „Propozycya”. Oto jego treść: „Zamierzając w kwietniu roku przyszłego wyruszyć do kamerońskiej zatoki (Afryka Zach.) i pozostawiwszy w górach tegoż imienia stacyą geograficzną, puścić się na wschód kontynentu dla stwierdzenia istnienia jeziór Liba i ich hydrograficznego połączenia z zachodnim oceanem, z radością powitałbym pomiędzy zjednoczonymi siłami mej wyprawy towarzysza podróży z ojczystej niwy, który zechciałby podzielić ze mną trudy i owoce. Przeciąg czasu niezbędny dla ekspedycyi oceniam na jeden rok mniej więcej, udział zaś materyalny wynosić będzie 2000 rs. (5000 franków). (…) Jeżeli projekt przejdzie w czyn uwieńczony rezultatami, to w chórze opinii świata naukowego usłyszymy za powiększenie w nim liczby imion polskich, zapewne i «Bóg zapłać» od naszego społeczeństwa. Pozostawiając bliższe porozumienie się szerszej korespondencyi, składam adres swój w redakcyi «Wędrowca»” („Wędrowiec”, 22 września 1881, nr 247).

„Propozycya” nie była anonimowa. Jej autorem był Stefan Szolc-Rogoziński, przedstawiający się jako oficer marynarki, a także członek towarzystwa geograficznego w Paryżu oraz klubu afrykańskiego w Neapolu. Choć notka ukazała się w prawym dolnym rogu jednej z ostatnich stron czasopisma, odzew na nią był nadspodziewanie duży. Chętnych do wyprawy do „kamerońskiej zatoki” nie brakowało. Dlatego w jednym z kolejnych numerów czasopisma Szolc-Rogoziński szczegółowo opisał cel naukowy wyprawy: zagadkowe jeziora Liba nanoszone na mapy Afryki na terenie dzisiejszego Kamerunu w odległości 200–300 km od wybrzeży Zatoki Gwinejskiej.

Szolc-Rogoziński słusznie zauważał w swoim artykule, że w ciągu ćwierćwiecza mapy Afryki zmieniły się nie do poznania. Od wyprawy Cienkowskiego upłynęła cała epoka – na mapach z lat 40. XIX w. wnętrze Czarnego Lądu na południe od Sahary to, z niewielkimi wyjątkami, jedna wielka biała plama, a na mapach z lat 70. białych plam jest już niewiele, a jedną z nich stanowi obszar Kamerunu. Propozycja Szolc-Rogozińskiego pojawia się zaledwie cztery lata po zakończeniu przełomowej wyprawy Stanleya, który przemierzył Afrykę ze wschodu na zachód, wyruszając z Zanzibaru i docierając do ujścia rzeki Kongo. To moment, gdy europejskie mocarstwa przystępują do rywalizacji o wyrwanie dla siebie jak największego kawałka Afryki.

Fascynacja Afryką zrodziła się u Szolc-Rogozińskiego za sprawą rejsu, który odbył w 1880 r. jako absolwent rosyjskiej szkoły marynarki wojennej na jednym z carskich okrętów. Opłynął wtedy pół świata, pokonując trasę z Morza Bałtyckiego do Władywostoku. Dziewiętnastolatkowi spodobały się odległe egzotyczne krainy, które oglądał z pokładu pancernej fregaty. Najbardziej utkwiły mu w głowie obrazy z afrykańskich wybrzeży. Wkrótce po rejsie rozstał się z marynarką wojenną i rozpoczął przygotowania do wyprawy naukowej na Czarny Ląd.

W oku cyklonu

Najtrudniejsze, jak zwykle, okazało się zebranie funduszy. Większość z tych, którzy początkowo obiecywali dofinansowanie, wycofało się rakiem. Nawet własny ojciec odmówił Stefanowi wsparcia. Za to, co zdołał uciułać, kupił od rybaków we Francji niewielki żaglowiec „Lucie-Marguerite”, a po przystosowaniu go do podróży dalekomorskich w grudniu 1882 r. wypłynął nim z Hawru w stronę Zatoki Gwinejskiej w towarzystwie czterech ochotników, którzy odpowiedzieli na anons w „Wędrowcu”. Pięć miesięcy później, pod koniec kwietnia 1883 r., dotarli do celu, którym była niewielka wyspa Mondoleh u wybrzeży Kamerunu. Szolc-Rogoziński kupił ją od miejscowego wodza m.in. za sześć sztuk broni myśliwskiej, trzy skrzynki dżinu oraz pewną liczbę kapeluszy, czapek i chustek jedwabnych. Z czterech jego towarzyszy wkrótce zostało dwóch: geolog Klemens Tomczek i meteorolog Leopold Janikowski. Ten ostatni był z nich najstarszy – miał 27 lat, Tomczek i Rogoziński skończyli 22 lata.

Szybko rozdzielono zadania. Janikowski został na Mondoleh, by budować stację geograficzną, a Szolc- -Rogoziński i Tomczek popłynęli na kontynent z zamiarem zbadania sieci hydrograficznej i geologicznej przybrzeżnych krain Kamerunu. Przemierzyli wpadające do oceanu rzeki Meme, Rio del Rey, Mungo i Wouri, wchodząc w kontakt z ludem Duala i jego przywódcami. Dotarli do jeziora wulkanicznego Barombi Mbo, zamieszkanego przez wiele endemicznych gatunków ryb pielęgnicowatych i z tej przyczyny wciąż intensywnie badanego przez znawców ichtiofauny jezior tropikalnych.

Niepowodzeniem zakończyły się jednak próby eksploracji terenów położonych daleko od oceanu. Nie odszukali więc jezior Liba, do których tak bardzo chciał dotrzeć Szolc-Rogoziński (i tak by ich nie odnalazł, ponieważ okazały się one wymysłem kartografów). Wrócili na Mondoleh na początku 1884 r., który okazał się dla nich tragiczny. W maju zmarł na malarię Tomczek, a zaraz potem w południowym Kamerunie pojawili się Niemcy, którzy chcieli uczynić z tego kraju protektorat, co z kolei nie podobało się Brytyjczykom.

Szolc-Rogoziński i Janikowski znaleźli się w oku cyklonu. Opowiedzieli się po stronie Brytyjczyków, pomagając im zawierać traktaty z lokalnymi wodzami; przy okazji sami kupowali też od nich ziemię. W grudniu 1884 r. wspięli się, jako trzecia wyprawa z Europy, na wulkan Kamerun, wznoszący się na wysokość 4095 m n.p.m. wprost z wód Zatoki Gwinejskiej. W tym samym czasie na konferencji w Berlinie decydowały się losy Kamerunu i całej Afryki. Państwa europejskie dzieliły ją między siebie. Akt końcowy konferencji z 26 lutego 1885 r. stanowił, że cały Kamerun, w tym także wyspa Mondoleh, przypadła Niemcom. Szolc-Rogoziński i Janikowski nie mieli tu czego szukać. W marcu 1885 r. wsiedli na statek do Londynu, skąd przez Paryż wrócili na ziemie polskie, przywożąc z Afryki cenne zbiory etnograficzne. Szczególnie Janikowski odkrył w sobie żyłkę etnografa.

Ani Szolc-Rogoziński, ani Janikowski długo nie wytrzymali poza Afryką. Ten pierwszy wrócił do niej już półtora roku później. Na należącej do Hiszpanii wulkanicznej wyspie Fernando Po (dziś wchodzi w skład Gwinei Równikowej i nosi nazwę Bioko), leżącej 25 km od wybrzeży Kamerunu, kupił plantację kakao, mając nadzieję, że dochody z niej pozwolą na sfinansowanie kolejnych ekspedycji w głąb afrykańskiego lądu. W 1888 r. przyjechał na krótko do Warszawy, by ożenić się z pisarką i tłumaczką Heleną Pajzderską (pseudonim literacki Hajota), i wkrótce po ślubie oboje popłynęli na Fernando Po, gdzie wdrapali się na najwyższą górę wyspy – wulkan Pico Basile – oraz wybrali się do Nigerii. Jednak z uprawy kakao nic nie wyszło. Hajota wróciła więc do Polski, a Szolc-Rogoziński pojechał jeszcze na włóczęgę po Egipcie. Także Janikowski nie mógł zapomnieć o Afryce. Wrócił do niej w 1887 r. i przez prawie trzy lata mieszkał w Górach Kryształowych na pograniczu Gabonu i Gwinei Równikowej. W Polsce pojawił się z kolejnymi zdobyczami etnograficznymi.

Życie Szolc-Rogozińskiego zakończyło się nagle i tragicznie. W 1896 r. zginął w Paryżu pod kołami omnibusu. Janikowski pożegnał go wspomnieniowym tekstem w tym samym „Wędrowcu”, w którym 15 lat wcześniej ukazała się „Propozycya”. Sam dożył sędziwego wieku, a czterdzieści lat później, w 1936 r., wydał książkę wspomnieniową „W dżunglach Afryki”, w której napisał, że jednym z głównych celów wyprawy do Kamerunu było „wyszukanie odpowiedniego terenu dla kolonizacji polskiej jako przyszłej ostoi dla tych, którym nie tylko materialnie, ale i duchowo było za ciasno pod rządami zaborców”. Kamerun miał się zatem stać wedle Janikowskiego naszą drugą ojczyzną, a gdy po I wojnie światowej pierwsza ojczyzna odzyskała niepodległość – naszym terytorium zamorskim, do czego w II Rzeczypospolitej dążyła wpływowa Liga Morska i Kolonialna, powołując się na wyprawę Szolc-Rogozińskiego i czyniąc z niego pioniera polskiego kolonializmu.

***

Dziennikarz naukowy specjalizujący się w naukach o Ziemi i dyscyplinach pokrewnych, tłumacz literatury popularnonaukowej. Ukończył geografię na Uniwersytecie Warszawskim. Stały współpracownik „Wiedzy i Życia” i „Polityki”.

01.10.2020 Numer 10/2020

Czytaj także

Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną