ziemia
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-04-24
Krwawe safari

Afrykańskie słonie, nosorożce, a nawet lwy i goryle już wkrótce mogą zniknąć z powierzchni Ziemi. Na Czarnym Lądzie szaleją kłusownicy. I na razie są górą.

W połowie lutego świat obiegł dramatyczny apel Lee White’a, sekretarza gabońskiej agencji ds. parków narodowych, ostrzegającego przed zgubnym działaniem kłusowników, którzy dosłownie masakrują miejscową populację słoni. Najgorsza sytuacja jest na północy kraju, w Parku Narodowym Minkebe, gdzie w ciągu ostatnich dziewięciu lat kłusownicy zabili ponad 11 tys. tych ssaków. Według najbardziej pesymistycznych szacunków to nawet 77% tamtejszej populacji. – Jeśli sytuacja się szybko nie zmieni, gatunek może nie przetrwać – ostrzega White.

Niestety, problem dotyczy całego kontynentu. Na przykład w Demokratycznej Republice Konga żyje obecnie 7–10 tys. słoni afrykańskich leśnych, czyli zaledwie 10% populacji sprzed 20 lat. W sąsiednim Kongu, w otulinie Parku Narodowego Nouabale Ndoki ginie tysiąc słoni rocznie. W Republice Środkowoafrykańskiej także wybito większość do niedawna 80-tysięcznej populacji. Nie lepiej dzieje się w Tanzanii – tylko w rezerwacie Selous Game jest zabijanych w ciągu miesiąca 50 osobników.

Jak szacuje Przyrodnicza Agencja Śledcza (EIA – Environmental Investigation Agency), zajmująca się monitorowaniem niszczenia środowiska naturalnego i zagrożonych gatunków zwierząt, na początku XX w. w Afryce żyło 5–10 mln słoni. Dziś ich liczbę szacuje się na 470–690 tys.; w niektórych krajach wyginęły całkowicie. To nie wszystko. Ekolodzy twierdzą, że corocznie z powierzchni Ziemi znika 8% populacji słoni afrykańskich, podczas gdy tempo ich rozrodu wynosi 6%, co oznacza, że jeśli nic się nie zmieni, to za 25 lat te wielkie ssaki znikną z Afryki lub zobaczymy je co najwyżej w zoo. A ich brak odbije się na ekosystemie – jedna trzecia gatunków drzew w Afryce Zachodniej wytwarza nasiona zyskujące zdolność do kiełkowania dopiero po przejściu przez układ pokarmowy słoni.

Słonie zabija się przede wszystkich dla ich ciosów, których cena rynkowa osiąga kilka tysięcy dolarów za kilogram. Jeden waży od 10 do nawet 60 kg, zatem na dorodnym zwierzęciu można zarobić około 200 tys. dolarów. To właśnie z powodu łatwego zarobku w przemyt kości słoniowej zaangażowani są nie tylko kłusownicy, ale i armie rządowe, źle opłacani strażnicy parków, brutalne partyzantki oraz mafia.

Większość łupów trafia do Azji, w której kość słoniowa od wieków ma wyjątkowe znaczenie. W Japonii wyrabia się z niej tradycyjne pieczęcie (tzw. hanko), a na Filipinach kosztowne figurki Santo Niño, małego Jezusa. Dwie trzecie przemycanej kości słoniowej trafia jednak do Chin, gdzie służą do wyrobu ozdób. Chociaż na handel tym surowcem trzeba mieć tam licencję, prowokacja stacji BBC sprzed kilku miesięcy pokazała, że zaledwie w co trzecim sklepie sprzedawcy potrafią udokumentować pochodzenie towaru.

Jeszcze gorzej dzieje się w Tajlandii – tam do niedawna handel był zupełnie legalny, wystarczyło zadeklarować, że surowiec pochodzi z miejscowych zwierząt, padłych z przyczyn naturalnych. W marcu pod naciskiem WWF, wzywającej do wprowadzenia zakazu (podpisanej przez ponad 600 tys. osób z całego świata), władze zapowiedziały zmianę prawa.

Ofiary ludzkiej głupoty

W jeszcze gorszej kondycji jest populacja nosorożców czarnych, które kłusownicy zabijają dla ich rogów. Ogłuszone zwierzę pozbawiają rogu za pomocą piły mechanicznej. Pozostawione na pastwę losu wykrwawia się w ciągu kilku godzin. Róg nosorożca jeszcze kilkanaście lat temu wykorzystywano (głównie w Jemenie) do wytwarzania rękojeści ceremonialnych sztyletów (tzw. jambiya). Dziś najczęściej róg miele się na proszek i wysyła do Azji. Wietnamczycy wierzą, że jest to doskonałe lekarstwo na raka; Chińczycy uważają, że wzmacnia potencję. W innych jeszcze krajach zmielony róg stosuje się do leczenia chorób nerek, skóry, wątroby oraz serca. Z tych powodów jego cena jest nieprzyzwoicie wysoka. Na czarnym rynku za kilogram sproszkowanego „medykamentu” płaci się blisko 60 tys. dolarów, więcej niż za złoto czy kokainę. Kuszący biznes, jeśli weźmie się pod uwagę, że ewentualne sankcje są mniej dotkliwe niż te grożące za handel narkotykami.

Tymczasem nie ma żadnych dowodów, że ów pożądany proszek w jakikolwiek sposób przyczynia się do poprawy zdrowia. Potwierdzili to zresztą naukowcy ze Szwajcarii (w 1983 r., koncern Hoffmann-La Roche), Wielkiej Brytanii (w 2008 r., Londyńskie Towarzystwo Zoologiczne), a nawet sami Azjaci (w 2010 r., malezyjski zespół onkologów z Kuala Lumpur).

Naukowcy sobie, a wierzenia sobie. Nosorożce czarne mogą wyginąć w ciągu kilku najbliższych lat. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN – International Union for Conservation of Nature) od 1960 r. wybito 97,6% ich populacji.

Sytuacja stała się tak zła, że zwierzęta coraz częściej chirurgicznie pozbawia się rogów, aby nikogo nie kusiły. Strażnicy rezerwatów przyrody otrzymali rozkaz „strzelać, by zabić”, jeśli zobaczą kłusowników. Przykładem jest choćby Park Narodowy Mkomazi w Tanzanii. Żyje tam zaledwie 15 nosorożców, podczas gdy 40 lat temu było ich ponad 200. Każdy dostał do całodobowej ochrony uzbrojonego ochroniarza.

Nieco lepsza, choć niewiele, jest sytuacja innych nosorożców (np. białych). Organizacja African Wild Found oblicza, że w całej Afryce w latach 70. żyło łącznie 65 tys. nosorożców. Dziś pozostało ich 18 tys., a trzy z pięciu gatunków są krytycznie zagrożone wyginięciem.

Pokusa szybkiego zarobku

Niedawno zambijskie władze zakazały polowania na lwy i inne zagrożone gatunki z rodziny kotowatych (m.in. tygrysy i lamparty), gdyż zdały sobie sprawę, że 3 mln dolarów rocznie zarabianych przez kraj na urządzanych polowaniach to nic w porównaniu ze stratami, jakie poniosą, jeśli nie przyjadą turyści zamierzający oglądać dziką zwierzynę. Z drugiej strony rząd prezydenta Mugabe w Zimbabwe zawyża statystyki dotyczące populacji zwierząt, aby zarabiać na krwawych safari dla myśliwych z całego świata.

Korupcja i wojna to podstawowe problemy Afryki, które stymulują kłusownictwo. – Proceder ten uprawiają nie tylko dobrze zorganizowane organizacje przestępcze, lecz także milicje rebeliantów w krajach ogarniętych niepokojami, traktujące handel kością i mięsem jako dodatkowy dochód. W tej sytuacji ochrona zwierząt w parkach narodowych przerasta możliwości zwykłych strażników przyrody – ostrzegał w lutym John Scanlon, sekretarz generalny CITES, konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (tzw. konwencji waszyngtońskiej). Skupiał się on, co prawda, na przypadkach handlu kością słoniową, ale problem dotyczy wszystkich afrykańskich zwierząt zagrożonych wyginięciem.

Tereny objęte konfliktami trudno kontrolować pod względem bezpieczeństwa ekologicznego. Ciemną stroną rewolucji egipskiej jest fakt, że tamtejsza władza znacznie się osłabiła i przestała kontrolować przejścia graniczne. To sprawiło, że egipskie bazary to dzisiaj jeden z głównych kanałów przerzutowych nielegalnych towarów.

Kolejny problem to polowania. Każdego roku 18,5 tys. myśliwych przyjeżdża do 23 afrykańskich krajów zezwalających na odstrzał grubego zwierza, zostawiając łącznie ponad 200 mln dolarów. Dla wielu polityków to pokusa większa niż ochrona przyrody. Tymczasem biura podróży z całego świata oferują możliwość odstrzału dzikich zwierząt, w tym tzw. wielkiej piątki (słonia, nosorożca, lwa, bawoła i lamparta). Również w Polsce nie ma problemu, aby zorganizować safari, trzeba mieć jedynie zasobny portfel (nosorożec – 100 tys. zł, słoń – 30–35 tys. zł, lew – 20–26 tys. zł, bawół – 14 tys. zł, lampart – 8 tys. zł).

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2013 »
Drukuj »
Komentarze
Dodany przez: www.wiz.pl | 2013-05-08
Szanowny Panie, dziękujemy za zainteresowanie naszym artykułem – zawsze cenimy uwagi  naszych czytelników, nawet jeśli czasem ich forma i styl pozostawia nieco do życzenia. Słusznie wytknął nam Pan błąd w ilustracji tekstu i odmianie słowa „bawół”. Czujemy się jednak  w obowiązku wyjaśnić kilka kwestii, by nie wprowadzać opinii publicznej w błąd. Nie ma Pan racji, że nosorożców białych jest mniej niż nosorożców czarnych. Potwierdza to organizacja African Wild Found. Z jej raportów wynika, że nosorożców białych żyje dziś w Afryce blisko 18 tys., podczas gdy populacja nosorożców czarnych wynosi zaledwie 4880 sztuk (stan na 2012 r.). Trudno nam też zgodzić się z sugestią, że najlepszym sposobem ochrony zagrożonych gatunków jest urządzanie na nie polowań, lub z twierdzeniem, że określenie „wielka piątka” należy pisać wielką literą. Zawracamy też uwagę, że na naszej stronie internetowej znajduje się jedynie fragment artykułu, który ma zachęcić Czytelnika do sięgnięcia po wydanie papierowe naszego pisma. Gdyby zapoznał się Pan z całym tekstem, zapewne poznałby Pan wiele odpowiedzi na nurtujące Pana pytania (np. jaka jest relacja gospodarki łowieckiej do turystyki czy skąd nadwyżki zagrożonych gatunków w jednym państwie, podczas gdy w drugim są na skraju wyginięcia). Wszystkie dane zawarte w tekście opierają się na raportach m.in. Przyrodniczej Agencji Śledczej (EIA), Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), CITIES,  World Wide Fund for Nature (WWF) czy wspomnianej już African Wild Found. Redakcja  
Dodany przez: swietypop | 2013-05-01
poza tym na odstrzał nosorozca czeka się 5 lat i na całym świecie leganie zabijanych jest ok.12 szt. rocznie
Dodany przez: swietypop | 2013-05-01
co za badziewna gazeta! Jak można takie świństwa wyppisywać! Nosorożców są 2 gatunki, przy czym białych jest 2x mniej niż czarnych. Poza tym koszt odstrzału Wielkiej Piątki to w zależności od państwa i gatunku nosorożca wynosi 1,5-2 miliony złotych. tam, gdzie poluje się na Wielką Piatkę jest tych zwierząt najwięcej i tylko tam ich liczba wzrasta zyski z polowań są podstawą ochrony tych gatunków w Kenii, gdy zakazano polowań na słonie w ciągu 3 lat populacja ich spadła dwukrotnie w artylule o Afryce są zdjęcia słoni indyjskich, zła odmiana rzeczownika bawół, Wielka Piątka się piszę z dużej litery, gospodarka łowiecka nie przeszkadza turystyce, gdyż wycieczki turystow są tylko w parkach narodowych najlepszy przykład to RPA
Aktualne numery
10/2020
09/2020
Kalendarium
Wrzesień
27
W 1905 r. Albert Einstein opublikował pracę o równoważności masy i energii.
Warto przeczytać
Co wspólnego mają suknia ślubna i kombinezon sapera?    
Dlaczego dla marynarzy bardziej niebezpieczne od rekinów są krewetki?
Kiedy kurczak najlepiej sprawdza się jako broń artyleryjska?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-04-24
Krwawe safari

Afrykańskie słonie, nosorożce, a nawet lwy i goryle już wkrótce mogą zniknąć z powierzchni Ziemi. Na Czarnym Lądzie szaleją kłusownicy. I na razie są górą.

W połowie lutego świat obiegł dramatyczny apel Lee White’a, sekretarza gabońskiej agencji ds. parków narodowych, ostrzegającego przed zgubnym działaniem kłusowników, którzy dosłownie masakrują miejscową populację słoni. Najgorsza sytuacja jest na północy kraju, w Parku Narodowym Minkebe, gdzie w ciągu ostatnich dziewięciu lat kłusownicy zabili ponad 11 tys. tych ssaków. Według najbardziej pesymistycznych szacunków to nawet 77% tamtejszej populacji. – Jeśli sytuacja się szybko nie zmieni, gatunek może nie przetrwać – ostrzega White.

Niestety, problem dotyczy całego kontynentu. Na przykład w Demokratycznej Republice Konga żyje obecnie 7–10 tys. słoni afrykańskich leśnych, czyli zaledwie 10% populacji sprzed 20 lat. W sąsiednim Kongu, w otulinie Parku Narodowego Nouabale Ndoki ginie tysiąc słoni rocznie. W Republice Środkowoafrykańskiej także wybito większość do niedawna 80-tysięcznej populacji. Nie lepiej dzieje się w Tanzanii – tylko w rezerwacie Selous Game jest zabijanych w ciągu miesiąca 50 osobników.

Jak szacuje Przyrodnicza Agencja Śledcza (EIA – Environmental Investigation Agency), zajmująca się monitorowaniem niszczenia środowiska naturalnego i zagrożonych gatunków zwierząt, na początku XX w. w Afryce żyło 5–10 mln słoni. Dziś ich liczbę szacuje się na 470–690 tys.; w niektórych krajach wyginęły całkowicie. To nie wszystko. Ekolodzy twierdzą, że corocznie z powierzchni Ziemi znika 8% populacji słoni afrykańskich, podczas gdy tempo ich rozrodu wynosi 6%, co oznacza, że jeśli nic się nie zmieni, to za 25 lat te wielkie ssaki znikną z Afryki lub zobaczymy je co najwyżej w zoo. A ich brak odbije się na ekosystemie – jedna trzecia gatunków drzew w Afryce Zachodniej wytwarza nasiona zyskujące zdolność do kiełkowania dopiero po przejściu przez układ pokarmowy słoni.

Słonie zabija się przede wszystkich dla ich ciosów, których cena rynkowa osiąga kilka tysięcy dolarów za kilogram. Jeden waży od 10 do nawet 60 kg, zatem na dorodnym zwierzęciu można zarobić około 200 tys. dolarów. To właśnie z powodu łatwego zarobku w przemyt kości słoniowej zaangażowani są nie tylko kłusownicy, ale i armie rządowe, źle opłacani strażnicy parków, brutalne partyzantki oraz mafia.

Większość łupów trafia do Azji, w której kość słoniowa od wieków ma wyjątkowe znaczenie. W Japonii wyrabia się z niej tradycyjne pieczęcie (tzw. hanko), a na Filipinach kosztowne figurki Santo Niño, małego Jezusa. Dwie trzecie przemycanej kości słoniowej trafia jednak do Chin, gdzie służą do wyrobu ozdób. Chociaż na handel tym surowcem trzeba mieć tam licencję, prowokacja stacji BBC sprzed kilku miesięcy pokazała, że zaledwie w co trzecim sklepie sprzedawcy potrafią udokumentować pochodzenie towaru.

Jeszcze gorzej dzieje się w Tajlandii – tam do niedawna handel był zupełnie legalny, wystarczyło zadeklarować, że surowiec pochodzi z miejscowych zwierząt, padłych z przyczyn naturalnych. W marcu pod naciskiem WWF, wzywającej do wprowadzenia zakazu (podpisanej przez ponad 600 tys. osób z całego świata), władze zapowiedziały zmianę prawa.

Ofiary ludzkiej głupoty

W jeszcze gorszej kondycji jest populacja nosorożców czarnych, które kłusownicy zabijają dla ich rogów. Ogłuszone zwierzę pozbawiają rogu za pomocą piły mechanicznej. Pozostawione na pastwę losu wykrwawia się w ciągu kilku godzin. Róg nosorożca jeszcze kilkanaście lat temu wykorzystywano (głównie w Jemenie) do wytwarzania rękojeści ceremonialnych sztyletów (tzw. jambiya). Dziś najczęściej róg miele się na proszek i wysyła do Azji. Wietnamczycy wierzą, że jest to doskonałe lekarstwo na raka; Chińczycy uważają, że wzmacnia potencję. W innych jeszcze krajach zmielony róg stosuje się do leczenia chorób nerek, skóry, wątroby oraz serca. Z tych powodów jego cena jest nieprzyzwoicie wysoka. Na czarnym rynku za kilogram sproszkowanego „medykamentu” płaci się blisko 60 tys. dolarów, więcej niż za złoto czy kokainę. Kuszący biznes, jeśli weźmie się pod uwagę, że ewentualne sankcje są mniej dotkliwe niż te grożące za handel narkotykami.

Tymczasem nie ma żadnych dowodów, że ów pożądany proszek w jakikolwiek sposób przyczynia się do poprawy zdrowia. Potwierdzili to zresztą naukowcy ze Szwajcarii (w 1983 r., koncern Hoffmann-La Roche), Wielkiej Brytanii (w 2008 r., Londyńskie Towarzystwo Zoologiczne), a nawet sami Azjaci (w 2010 r., malezyjski zespół onkologów z Kuala Lumpur).

Naukowcy sobie, a wierzenia sobie. Nosorożce czarne mogą wyginąć w ciągu kilku najbliższych lat. Według danych Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN – International Union for Conservation of Nature) od 1960 r. wybito 97,6% ich populacji.

Sytuacja stała się tak zła, że zwierzęta coraz częściej chirurgicznie pozbawia się rogów, aby nikogo nie kusiły. Strażnicy rezerwatów przyrody otrzymali rozkaz „strzelać, by zabić”, jeśli zobaczą kłusowników. Przykładem jest choćby Park Narodowy Mkomazi w Tanzanii. Żyje tam zaledwie 15 nosorożców, podczas gdy 40 lat temu było ich ponad 200. Każdy dostał do całodobowej ochrony uzbrojonego ochroniarza.

Nieco lepsza, choć niewiele, jest sytuacja innych nosorożców (np. białych). Organizacja African Wild Found oblicza, że w całej Afryce w latach 70. żyło łącznie 65 tys. nosorożców. Dziś pozostało ich 18 tys., a trzy z pięciu gatunków są krytycznie zagrożone wyginięciem.

Pokusa szybkiego zarobku

Niedawno zambijskie władze zakazały polowania na lwy i inne zagrożone gatunki z rodziny kotowatych (m.in. tygrysy i lamparty), gdyż zdały sobie sprawę, że 3 mln dolarów rocznie zarabianych przez kraj na urządzanych polowaniach to nic w porównaniu ze stratami, jakie poniosą, jeśli nie przyjadą turyści zamierzający oglądać dziką zwierzynę. Z drugiej strony rząd prezydenta Mugabe w Zimbabwe zawyża statystyki dotyczące populacji zwierząt, aby zarabiać na krwawych safari dla myśliwych z całego świata.

Korupcja i wojna to podstawowe problemy Afryki, które stymulują kłusownictwo. – Proceder ten uprawiają nie tylko dobrze zorganizowane organizacje przestępcze, lecz także milicje rebeliantów w krajach ogarniętych niepokojami, traktujące handel kością i mięsem jako dodatkowy dochód. W tej sytuacji ochrona zwierząt w parkach narodowych przerasta możliwości zwykłych strażników przyrody – ostrzegał w lutym John Scanlon, sekretarz generalny CITES, konwencji o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem (tzw. konwencji waszyngtońskiej). Skupiał się on, co prawda, na przypadkach handlu kością słoniową, ale problem dotyczy wszystkich afrykańskich zwierząt zagrożonych wyginięciem.

Tereny objęte konfliktami trudno kontrolować pod względem bezpieczeństwa ekologicznego. Ciemną stroną rewolucji egipskiej jest fakt, że tamtejsza władza znacznie się osłabiła i przestała kontrolować przejścia graniczne. To sprawiło, że egipskie bazary to dzisiaj jeden z głównych kanałów przerzutowych nielegalnych towarów.

Kolejny problem to polowania. Każdego roku 18,5 tys. myśliwych przyjeżdża do 23 afrykańskich krajów zezwalających na odstrzał grubego zwierza, zostawiając łącznie ponad 200 mln dolarów. Dla wielu polityków to pokusa większa niż ochrona przyrody. Tymczasem biura podróży z całego świata oferują możliwość odstrzału dzikich zwierząt, w tym tzw. wielkiej piątki (słonia, nosorożca, lwa, bawoła i lamparta). Również w Polsce nie ma problemu, aby zorganizować safari, trzeba mieć jedynie zasobny portfel (nosorożec – 100 tys. zł, słoń – 30–35 tys. zł, lew – 20–26 tys. zł, bawół – 14 tys. zł, lampart – 8 tys. zł).