wszechświat
Autor: Krzysztof Szymborski | dodano: 2012-06-05
Pluton a Sprawa Polska

Trudno się dziwić, że prosty lud traktuje astronomów z mieszaniną podziwu i podejrzliwości. Tacy to nie tylko potrafią policzyć, ile jest gwiazd na niebie, ale nawet wiedzą, jak się każda z nich nazywa. Mało tego, jako "wykształciuchy" uważają się też za upoważnionych do wygłaszania sądów o tym, czy dany obiekt niebieski jest np. kwazarem lub pulsarem, czy też - i tu sprawa zaczyna już być poważna - "czarną dziurą" albo "czerwonym karłem." Bezkarne rzucanie podobnych inwektyw na ciała, bądź co bądź, niebieskie powinno budzić niepokój. Kto za tym stoi? Pod tym względem lud jest w zgodzie z postmodernistami, którzy uważają, że wiedza jest po prostu projekcją władzy.

Kiedy pod koniec sierpnia Międzynarodowa Unia Astronomiczna na spotkaniu, które z pewnością nieprzypadkowo odbyło się tuż za naszą granicą w czeskiej Pradze, oświadczyła, że Pluton nie jest od tej chwili członkiem układu planetarnego i zdegradowała go do statusu "planety karłowatej", światowa opinia publiczna żywo zareagowała. - Decyzja ta - oznajmił dyrektor amerykańskiego Narodowego Centrum Edukacji o Ziemi i Kosmosie, Jeff Goldstein - wywołała duże emocje. Kiedy powiadomiłem o niej mego czteroletniego syna, ten się rozpłakał.

Ukryte przesłanie

Dziennikarz z Florydy - Bruce Michaud - potraktował tę informację mniej osobiście i dowodził na łamach "St. Petersburg Times" (nie mylić z nadbałtyckim miastem o tej samej nazwie), że za decyzją MUA kryje się spisek uknuty przez rząd amerykański, który korzysta na niej w dwójnasób (a jak wiadomo, cui prodest scelus is fecit - ten popełnił zbrodnię, komu przyniosła korzyść). Amerykanie z jednej strony zaoszczędzą pieniądze, które musieliby wydać na wysłanie sondy kosmicznej do najdalszej planety Układu Słonecznego, z drugiej zaś zmniejszą jeszcze bardziej bezrobocie, wydając te pieniądze na korektę podręczników i map nieba.

Jest to oczywiście przykład chybionej interpretacji potwierdzającej jedynie amerykańską megalomanię. Ukryte przesłanie, jakim była eksmisja Plutona z Układu, adresowane było oczywiście do nas, rodaków Mikołaja Kopernika. Przecież to my jesteśmy właśnie zaabsorbowani społeczno-polityczną rekonstrukcją, w której główną rolę odgrywa słowo "układ". Jest to jednak przesłanie silnie zakodowane i trzeba sporego intelektualnego wysiłku, by je poprawnie odczytać. No i zareagować. Nie twierdzę, że wiem, co Międzynarodowa Unia Astronomiczna chciała nam powiedzieć. Nie jestem nawet pewien, czy wpadłem na właściwy trop. Jednak pewne możliwości interpretacyjne narzucają się same.

Przeciwnicy układu

Sprawą pierwszą, jak mi się wydaje, jest kwestia aktywnego uczestnictwa w procesie demokratycznym. Jak donoszą media, decyzję o degradacji Plutona podjęto na podstawie 300 (słownie: trzystu!) głosów zainteresowanych naukowców. Przy takiej frekwencji wyborczej (astronomów jest przecież na świecie dobrych parę tysięcy - sam znam z pięciu), zdeterminowana garstka ekstremistów może narzucić swoją wolę "milczącej większości". A potem może już być za późno i "żadne krzyki i płacze nie przekonają nas... etc., etc.".

Przechodząc jednak do meritum sprawy, "aferę Plutona" można interpretować na dwa sposoby. Zgodnie z pierwszym, zwolennikami i egzekutorami owej reformy mogli być okopani na swych uprzywilejowanych pozycjach obrońcy status quo, powiedzieć można "ludzie Układu", którzy prewencyjnie usunęli z elitarnej grupy planet Plutona jako przedstawiciela pomniejszych ciał niebieskich, jakich w otoczeniu naszego Słońca jest bez liku, lecz noszą one jedynie nic niemówiące biurokratyczne numery w rodzaju UB313 (można się jedynie domyślać, kto sporządził tę listę).

Na rzecz takiej interpretacji przemawia fakt, że zgromadzonym w Pradze astronomom jako konkurencyjną opcję przedstawiono możliwość powiększenia liczby planet do 12 przez kooptację takich koalicjantów, przepraszam - obiektów astronomicznych, jak Charon, Ceres i wspomniany UB313, ochrzczony na tę okoliczność Xeną. A to byłby dopiero początek prawdziwej demokratyzacji.

Możliwa jest wszakże i druga interpretacja, według której Pluton od początku nie był Prawdziwą Planetą (PP, w sugestywnym skrócie) i znalazł się na uprzywilejowanej pozycji tylko dlatego, że miał znajomości we właściwych kręgach - jak wiadomo jest jedyną (byłą) planetą odkrytą przez Amerykanów. Odwołując się do technicznych kruczków, udało się więc tę czarną owcę przegonić i w Układzie pozostali sami swoi. Dodatkową korzyścią było to, że udało się zapobiec infiltracji Układu przez jakieś UB.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 10/2006 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2019
08/2019
Kalendarium
Wrzesień
15
W 1857 r. niemiecki astronom Karl Theodor Robert Luther odkrył planetoidę (47) Aglaja.
Warto przeczytać
Podobnie jak setki tysięcy turystów przyjeżdżasz w 1938 roku do Niemiec. Na parkingu we Frankfurcie podchodzi do ciebie Żydówka i prosi, byś zabrał stąd jej nastoletnią córkę, bo tu nie przeżyje. Co robisz?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Krzysztof Szymborski | dodano: 2012-06-05
Pluton a Sprawa Polska

Trudno się dziwić, że prosty lud traktuje astronomów z mieszaniną podziwu i podejrzliwości. Tacy to nie tylko potrafią policzyć, ile jest gwiazd na niebie, ale nawet wiedzą, jak się każda z nich nazywa. Mało tego, jako "wykształciuchy" uważają się też za upoważnionych do wygłaszania sądów o tym, czy dany obiekt niebieski jest np. kwazarem lub pulsarem, czy też - i tu sprawa zaczyna już być poważna - "czarną dziurą" albo "czerwonym karłem." Bezkarne rzucanie podobnych inwektyw na ciała, bądź co bądź, niebieskie powinno budzić niepokój. Kto za tym stoi? Pod tym względem lud jest w zgodzie z postmodernistami, którzy uważają, że wiedza jest po prostu projekcją władzy.

Kiedy pod koniec sierpnia Międzynarodowa Unia Astronomiczna na spotkaniu, które z pewnością nieprzypadkowo odbyło się tuż za naszą granicą w czeskiej Pradze, oświadczyła, że Pluton nie jest od tej chwili członkiem układu planetarnego i zdegradowała go do statusu "planety karłowatej", światowa opinia publiczna żywo zareagowała. - Decyzja ta - oznajmił dyrektor amerykańskiego Narodowego Centrum Edukacji o Ziemi i Kosmosie, Jeff Goldstein - wywołała duże emocje. Kiedy powiadomiłem o niej mego czteroletniego syna, ten się rozpłakał.

Ukryte przesłanie

Dziennikarz z Florydy - Bruce Michaud - potraktował tę informację mniej osobiście i dowodził na łamach "St. Petersburg Times" (nie mylić z nadbałtyckim miastem o tej samej nazwie), że za decyzją MUA kryje się spisek uknuty przez rząd amerykański, który korzysta na niej w dwójnasób (a jak wiadomo, cui prodest scelus is fecit - ten popełnił zbrodnię, komu przyniosła korzyść). Amerykanie z jednej strony zaoszczędzą pieniądze, które musieliby wydać na wysłanie sondy kosmicznej do najdalszej planety Układu Słonecznego, z drugiej zaś zmniejszą jeszcze bardziej bezrobocie, wydając te pieniądze na korektę podręczników i map nieba.

Jest to oczywiście przykład chybionej interpretacji potwierdzającej jedynie amerykańską megalomanię. Ukryte przesłanie, jakim była eksmisja Plutona z Układu, adresowane było oczywiście do nas, rodaków Mikołaja Kopernika. Przecież to my jesteśmy właśnie zaabsorbowani społeczno-polityczną rekonstrukcją, w której główną rolę odgrywa słowo "układ". Jest to jednak przesłanie silnie zakodowane i trzeba sporego intelektualnego wysiłku, by je poprawnie odczytać. No i zareagować. Nie twierdzę, że wiem, co Międzynarodowa Unia Astronomiczna chciała nam powiedzieć. Nie jestem nawet pewien, czy wpadłem na właściwy trop. Jednak pewne możliwości interpretacyjne narzucają się same.

Przeciwnicy układu

Sprawą pierwszą, jak mi się wydaje, jest kwestia aktywnego uczestnictwa w procesie demokratycznym. Jak donoszą media, decyzję o degradacji Plutona podjęto na podstawie 300 (słownie: trzystu!) głosów zainteresowanych naukowców. Przy takiej frekwencji wyborczej (astronomów jest przecież na świecie dobrych parę tysięcy - sam znam z pięciu), zdeterminowana garstka ekstremistów może narzucić swoją wolę "milczącej większości". A potem może już być za późno i "żadne krzyki i płacze nie przekonają nas... etc., etc.".

Przechodząc jednak do meritum sprawy, "aferę Plutona" można interpretować na dwa sposoby. Zgodnie z pierwszym, zwolennikami i egzekutorami owej reformy mogli być okopani na swych uprzywilejowanych pozycjach obrońcy status quo, powiedzieć można "ludzie Układu", którzy prewencyjnie usunęli z elitarnej grupy planet Plutona jako przedstawiciela pomniejszych ciał niebieskich, jakich w otoczeniu naszego Słońca jest bez liku, lecz noszą one jedynie nic niemówiące biurokratyczne numery w rodzaju UB313 (można się jedynie domyślać, kto sporządził tę listę).

Na rzecz takiej interpretacji przemawia fakt, że zgromadzonym w Pradze astronomom jako konkurencyjną opcję przedstawiono możliwość powiększenia liczby planet do 12 przez kooptację takich koalicjantów, przepraszam - obiektów astronomicznych, jak Charon, Ceres i wspomniany UB313, ochrzczony na tę okoliczność Xeną. A to byłby dopiero początek prawdziwej demokratyzacji.

Możliwa jest wszakże i druga interpretacja, według której Pluton od początku nie był Prawdziwą Planetą (PP, w sugestywnym skrócie) i znalazł się na uprzywilejowanej pozycji tylko dlatego, że miał znajomości we właściwych kręgach - jak wiadomo jest jedyną (byłą) planetą odkrytą przez Amerykanów. Odwołując się do technicznych kruczków, udało się więc tę czarną owcę przegonić i w Układzie pozostali sami swoi. Dodatkową korzyścią było to, że udało się zapobiec infiltracji Układu przez jakieś UB.