wszechświat
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-07-24
Wakacje na orbicie

Fot. Getty/Flash Press Media

Podróże w kosmos dla prywatnych osób do tej pory zarezerwowane były tylko dla najbogatszych. Wkrótce może się to zmienić.

Juliusz Verne, pisząc w 1865 r. powieść „Z Ziemi na Księżyc”, postanowił wysłać swoich bohaterów w przestrzeń kosmiczną za pomocą ogromnej armaty. Pierwsi astronauci umieszczeni w pocisku-kapsule wyruszali „na wyprawę godną XIX w.”, jak uzasadniał to Impey Barbicane, główny bohater i jeden z inicjatorów powieściowego przedsięwzięcia. Sam start należał jednak do drastycznych. „Hukowi kolumbiady podczas wystrzału towarzyszyło prawdziwe trzęsienie ziemi […] Żaden z widzów nie utrzymał się na nogach; wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci, zostali powaleni jak kłosy podczas burzy; hałas wzmógł się nie do opisania, a wiele osób zostało niebezpiecznie ranionych” – pisał autor. Łamiąc wszelkie prawa fizyki i biologii, bohaterowie dotarli jednak na miejsce.

Obecnie kosmicznych wypraw na miarę XXI w. zapowiada się co najmniej kilka, wystarczy wymienić choćby planowaną misję na Marsa czy budowę baz na Księżycu. Współczesnym Barbicane’em zdaje się zaś Richard Branson, brytyjski biznesmen, a nade wszystko żądny przygód wizjoner. Jego ambicją jest organizowanie lotów w kosmos, na które stać będzie większość z nas. Na początek proponuje loty suborbitalne.

Dziewicze imperium

Branson to typ ekscentryka. Buntownik z ogromną charyzmą i nieprzeciętnym nosem do interesów. Według miesięcznika „Forbes”, czwarty najbogatszy człowiek w Wielkiej Brytanii. Fortuny dorobił się na nieszablonowych pomysłach, a jednym z ostatnich jest wysyłanie ludzi w kosmos w celach turystycznych. Kiedy mówił o tym kilkanaście lat temu, inni pukali się w czoło. Dziś jego koncern Virgin Group zrzesza prawie 400 firm, a oczko w głowie Bransona, Virgin Galactic, świętuje triumfy. I ma ku temu powody.

Dwudziestego dziewiątego kwietnia 2013 r. sukcesem zakończył się pierwszy prywatny lot komercyjny samolotu z napędem rakietowym. O godz. 7:02 czasu lokalnego, z portu kosmicznego Mojave w Kalifornii (Mojave Air and Space Port) wystartował statek SpaceShipTwo (SS2), który wykorzystując pojedynczy hybrydowy silnik rakietowy, po raz pierwszy przekroczył prędkość dźwięku (około 1225 km/h). To duże osiągnięcie, choć konstruktorzy zapewniają, że docelowo statek będzie pędził z prędkością 4200 km/h.

By zminimalizować tarcia i przeciążenia, na wysokość kilkunastu kilometrów wyniósł go samolot transportowy WhiteKnightTwo (WK2) służący za latającą platformę startową. Jego twórcy nadali mu pseudonim Enterprise, na cześć serialu „Star Trek”. Dopiero osiągnąwszy pułap 14 km, SpaceShipTwo odłączył się i samodzielnie kontynuował podróż.

Podczas próby obecny był oczywiście Branson, który nie krył zadowolenia. W przeciwieństwie do startu opisanego przez Verne’a nikt nie został ranny, a pomysłodawca mógł spokojnie podziwiać majestatycznie wnoszące się maszyny ozdobione logo Virgin.

Był to kolejny z setek testów, jakie firma prowadzi od kilku lat. Obydwa typy maszyn zaprojektował dla Virgin Galactic zespół Scaled Composites, laureat nagrody Ansari X Prize, przeznaczonej dla pierwszej prywatnej firmy, której uda się skonstruować pojazd zdolny do co najmniej dwukrotnego przekroczenia granicy kosmosu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ostatnie próby zakończą się jesienią i pierwsi pasażerowie wyruszą na wycieczkę jeszcze w tym roku. Początkowo loty będą się odbywać z portu kosmicznego Mojave (Kalifornia), jednak potem zostaną przeniesione do stałego portu w Nowym Meksyku, gdzie Virgin Galactic wybudowała własny port kosmiczny (Spaceport America).

Plan wycieczki będzie wyglądał następująco. Na pokład SpaceShipTwo wejdzie sześciu pasażerów (plus dwóch pilotów). Samolotem WhiteKnightTwo wzniosą się na wysokość 15 km, a następnie poszybują samodzielnie na pułap prawie 110 km (dokładnie 109,73 km), przekraczając tym samym linię Kármána (100 km), uznawaną za umowną granicę kosmosu. Każdy lot potrwa 2,5 godz., z czego 3–6 min pasażerowie spędzą w stanie nieważkości. Będzie można rozpiąć pasy i cieszyć się brakiem grawitacji, oglądać gwiazdy bez właściwego dla obserwacji w atmosferze migotania i na własne oczy zobaczyć krzywiznę Ziemi.

Przed wyruszeniem w podróż każdy z pasażerów przejdzie obowiązkowe trzydniowe badania i szkolenie. – Chodzi o to, by wyeliminować ewentualne problemy zdrowotne, bo w momencie kiedy SpaceShipTwo odłączy się od WhiteKnightTwo, przez kolejne kilka minut będzie wznosił się pionowo z prędkością 3,5-krotnie większą od prędkości dźwięku – mówił na konferencji Amerykańskiej Unii Astronomicznej w San Francisco Will Pomerantz z Virgin Galactic.

Koszt takiej przyjemności to 250 tys. dolarów od osoby. Choć samych lotów jeszcze nie ma, w kolejce czekają już setki chętnych. I to nie byle jakich. Virgin Galactic ujawnia, że bilety zarezerwowali już m.in. Brad Pitt, Angelina Jolie, Stephen Hawking, Micheal Shumacher, Tom Hanks, Ashton Kutcher, Justin Bieber czy Katy Perry. Każdy więc może polecieć w kosmos z którymś z celebrytów.

Bardzo prawdopodobne, że firma Richarda Bransona będzie pierwszą prywatną kosmiczną agencją turystyczną regularnie wysyłającą w kosmos cywilów. Oczywiście nie jedyną, bo konkurenci już depczą jej po piętach.

Silna rywalizacja

Prace nad rozwojem kosmicznej turystyki prowadzi na całym świecie kilkanaście firm. Kalifornijskie przedsiębiorstwo XCOR Aerospace najprawdopodobniej już na początku przyszłego roku ruszy z lotami maszyną o nazwie Lynx, swojego rodzaju dwuosobowym samolotem, w którym pasażer zajmuje miejsce obok pilota. Lynx będzie startować i lądować samodzielnie, w pozycji poziomej. Po przekroczeniu pułapu 100 km spędzi 4 min w stanie nieważkości, po czym wróci na lądowisko. Lot nie potrwa dłużej niż 35 min, czyli znacznie krócej niż w przypadku Virgin Galactic, ale i cena jest mocno konkurencyjna – 95 tys. dolarów.

Nad swoimi rakietami i pojazdami pracują także Starchaser, Blue Origin, Armadillo Aerospace, Copenhagen Suborbitals, a nawet rumuńska ARCA. Powoli powstają także nowe kosmodromy, czyli porty kosmiczne, które zajmą się obsługą maszyn wynoszących turystów w przestrzeń kosmiczną. Nowe obiekty budują specjaliści m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Szwecji, Rosji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Singapuru.

Rok 2013 to data graniczna, jeśli chodzi o otwarcie kosmosu dla osób cywilnych. Do tej pory załogowe misje na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) czy na Księżyc były domeną agencji rządowych. Oczywiście zdarzało się, że wraz z przeszkolonymi astronautami leciał ktoś jeszcze – ale pierwszy raz za własne pieniądze i dla przyjemności zdarzyło się to dopiero w 2001 r. dzięki uprzejmości Rosjan. W sumie w ciągu kilku lat zabrali rakietami Sojuz siedmioro pasażerów, którzy za około tygodniowy pobyt na stacji kosmicznej płacili od 20 do 35 mln dolarów. Zawsze były to loty z profesjonalną załogą astronautów.

Organizowaniem wycieczek z Rosjanami zajmowała się amerykańska firma Space Adventures, skupiająca się dziś na tym, by wysyłać ludzi w podróże dokoła Księżyca (jedna osoba zarezerwowała już nawet bilet). Jej przedstawiciele mówią, że pierwszy lot odbędzie się w 2015 r. Nad wysyłaniem turystów wokół Księżyca myślą także firmy Golden Spike, Excalibur Almaz i Constellation Services International. Wizjonerzy wieszczą rychłe pojawienie się na powierzchni naszego naturalnego satelity kosmicznych hoteli.

Co innego NASA. Amerykanie nigdy nie zgodzili się na zabranie żadnego milionera, argumentując, że sprzęt na pokładzie jest zbyt cenny, by dopuszczać do niego nieprzeszkolone osoby.

Wbrew powszechnemu mniemaniu zagospodarowywanie niszy lotów w przestrzeń kosmiczną przez prywatne konsorcja wcale nie jest działaniem konkurencyjnym dla światowych agencji kosmicznych. Wręcz przeciwnie. Często to same agencje rządowe stymulują ich rozwój, tworząc programy partnerskie lub dofinansowując badania. Obecnie pokonanie grawitacji kosztuje krocie – blisko pół miliarda dolarów za każdy start. Statki kosmiczne zużywają miliony litrów paliwa, przechowywanego w gigantycznych jednorazowych zbiornikach. Bez współpracy z prywatnymi inwestorami trudno byłoby o techniczny przełom.

Przykładem jest choćby konkurs NASA, która zainwestowała ponad miliard dolarów w rozwój komercyjnej kosmicznej turystyki. Zwycięzca ma do końca maja 2014 r. opracować załogowe maszyny, które oprócz bogatych pasażerów będą mogły transportować na Międzynarodową Stację Kosmiczną astronautów (NASA korzystała z promów kosmicznych do 2011 r.). Obecnie konkurują ze sobą już tylko trzy firmy, które w zeszłym roku dostały dotacje na badania: Boeing (460 mln dolarów), Space X (440 mln dolarów) oraz Sierra Nevada Corporation (212,5 mln dolarów).

Każdy z wymienionych koncernów sporo już osiągnął. Boeing testuje kapsułę CST-100, a Space X w ubiegłym roku wysłał na ISS statek Dragon (obecnie trwają prace nad jego wersją pasażerską). Sierra Nevada Corporation, która w lutym br. wygrała przetarg na zaopatrywanie sił powietrznych USA w samoloty zwiadowcze, pracuje z kolei nad wahadłowcem Dream Chaser. Gra jest warta świeczki, bo zwycięzca nie tylko zyska uznanie, lecz również podpisze z NASA kontrakt na transport astronautów na co najmniej 20 lat.

O tym, że presja konkurencji jest duża, świadczą losy firmy Rocketplane Limited Inc, która w 2010 r. ogłosiła upadłość. Chociaż prognozy lotów suborbitalnych wiele obiecywały (współpracę reklamową zadeklarował Microsoft, indyjska telewizja Bindass chciała wynająć maszynę na zorganizowanie podniebnego reality-show, a specjaliści od PR planowali organizować suborbitalne śluby), kary finansowe za niedotrzymywanie umów doprowadziły firmę do bankructwa.

Będzie taniej?

Czy dożyjemy czasów, kiedy na podróż w kosmos będzie stać większość z nas? Na razie nawet 95 tys. dolarów (najtańsza oferta na rynku) nie jest kwotą na każdą kieszeń. Jednak patrząc na przykład rozwoju lotnictwa i biorąc pod uwagę konkurencyjność rynku, niewykluczone. Firma XCOR Aerospace na początek chce uruchomić cztery loty dziennie, Virgin Galactic – dwa.

Zdaniem Johna Spencera, nagrodzonego przez NASA twórcę organizacji Space Tourism Society, kosmiczna turystyka zachowa ekskluzywny charakter jeszcze przez 3–5 lat. Z pewnością na rynku pojawią się w końcu swego rodzaju „tanie linie lotnicze”, pytanie jednak brzmi – na ile komfortowo czułbyś się ze świadomością, że twój kontakt z kosmosem zostałby ograniczony do minimum podyktowanego zasobnością twego portfela? – pytał Spencer na jednym ze swoich wykładów. Wydatki z pewnością też nie zejdą poniżej pewnego poziomu, bo paliwo i zapewnienie najwyższego poziomu bezpieczeństwa kosztuje.

Choć rynek turystyki kosmicznej rozwija się coraz szybciej, nadal jest w powijakach. Co ciekawe, zazwyczaj nierychliwa Komisja Europejska już chciałaby prawnie uregulować kilka dotyczących go kwestii. Pomysł ujednolicenia prawa w zakresie orbitalnej turystyki na terenie Wspólnoty pojawił się na jednym z posiedzeń pod koniec lutego. Sugestie dotyczyły m.in. obowiązku ubezpieczeń, rejestracji i autoryzacji usług kosmicznych, jak egzekwować przestrzeganie prawa, a także kwestii ochrony środowiska. Wielu komentatorów nie kryło ironii, konkludując, że większą bolączką od samej ceny biletu na turystykę kosmiczną może się w końcu okazać załatwianie ubezpieczenia na podróż i przebrnięcie przez ustawione przez urzędników zasieki…    

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Maj
26
W 1969 r. zakończyła się misja Apollo 10.
Warto przeczytać
Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-07-24
Wakacje na orbicie

Fot. Getty/Flash Press Media

Podróże w kosmos dla prywatnych osób do tej pory zarezerwowane były tylko dla najbogatszych. Wkrótce może się to zmienić.

Juliusz Verne, pisząc w 1865 r. powieść „Z Ziemi na Księżyc”, postanowił wysłać swoich bohaterów w przestrzeń kosmiczną za pomocą ogromnej armaty. Pierwsi astronauci umieszczeni w pocisku-kapsule wyruszali „na wyprawę godną XIX w.”, jak uzasadniał to Impey Barbicane, główny bohater i jeden z inicjatorów powieściowego przedsięwzięcia. Sam start należał jednak do drastycznych. „Hukowi kolumbiady podczas wystrzału towarzyszyło prawdziwe trzęsienie ziemi […] Żaden z widzów nie utrzymał się na nogach; wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci, zostali powaleni jak kłosy podczas burzy; hałas wzmógł się nie do opisania, a wiele osób zostało niebezpiecznie ranionych” – pisał autor. Łamiąc wszelkie prawa fizyki i biologii, bohaterowie dotarli jednak na miejsce.

Obecnie kosmicznych wypraw na miarę XXI w. zapowiada się co najmniej kilka, wystarczy wymienić choćby planowaną misję na Marsa czy budowę baz na Księżycu. Współczesnym Barbicane’em zdaje się zaś Richard Branson, brytyjski biznesmen, a nade wszystko żądny przygód wizjoner. Jego ambicją jest organizowanie lotów w kosmos, na które stać będzie większość z nas. Na początek proponuje loty suborbitalne.

Dziewicze imperium

Branson to typ ekscentryka. Buntownik z ogromną charyzmą i nieprzeciętnym nosem do interesów. Według miesięcznika „Forbes”, czwarty najbogatszy człowiek w Wielkiej Brytanii. Fortuny dorobił się na nieszablonowych pomysłach, a jednym z ostatnich jest wysyłanie ludzi w kosmos w celach turystycznych. Kiedy mówił o tym kilkanaście lat temu, inni pukali się w czoło. Dziś jego koncern Virgin Group zrzesza prawie 400 firm, a oczko w głowie Bransona, Virgin Galactic, świętuje triumfy. I ma ku temu powody.

Dwudziestego dziewiątego kwietnia 2013 r. sukcesem zakończył się pierwszy prywatny lot komercyjny samolotu z napędem rakietowym. O godz. 7:02 czasu lokalnego, z portu kosmicznego Mojave w Kalifornii (Mojave Air and Space Port) wystartował statek SpaceShipTwo (SS2), który wykorzystując pojedynczy hybrydowy silnik rakietowy, po raz pierwszy przekroczył prędkość dźwięku (około 1225 km/h). To duże osiągnięcie, choć konstruktorzy zapewniają, że docelowo statek będzie pędził z prędkością 4200 km/h.

By zminimalizować tarcia i przeciążenia, na wysokość kilkunastu kilometrów wyniósł go samolot transportowy WhiteKnightTwo (WK2) służący za latającą platformę startową. Jego twórcy nadali mu pseudonim Enterprise, na cześć serialu „Star Trek”. Dopiero osiągnąwszy pułap 14 km, SpaceShipTwo odłączył się i samodzielnie kontynuował podróż.

Podczas próby obecny był oczywiście Branson, który nie krył zadowolenia. W przeciwieństwie do startu opisanego przez Verne’a nikt nie został ranny, a pomysłodawca mógł spokojnie podziwiać majestatycznie wnoszące się maszyny ozdobione logo Virgin.

Był to kolejny z setek testów, jakie firma prowadzi od kilku lat. Obydwa typy maszyn zaprojektował dla Virgin Galactic zespół Scaled Composites, laureat nagrody Ansari X Prize, przeznaczonej dla pierwszej prywatnej firmy, której uda się skonstruować pojazd zdolny do co najmniej dwukrotnego przekroczenia granicy kosmosu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, ostatnie próby zakończą się jesienią i pierwsi pasażerowie wyruszą na wycieczkę jeszcze w tym roku. Początkowo loty będą się odbywać z portu kosmicznego Mojave (Kalifornia), jednak potem zostaną przeniesione do stałego portu w Nowym Meksyku, gdzie Virgin Galactic wybudowała własny port kosmiczny (Spaceport America).

Plan wycieczki będzie wyglądał następująco. Na pokład SpaceShipTwo wejdzie sześciu pasażerów (plus dwóch pilotów). Samolotem WhiteKnightTwo wzniosą się na wysokość 15 km, a następnie poszybują samodzielnie na pułap prawie 110 km (dokładnie 109,73 km), przekraczając tym samym linię Kármána (100 km), uznawaną za umowną granicę kosmosu. Każdy lot potrwa 2,5 godz., z czego 3–6 min pasażerowie spędzą w stanie nieważkości. Będzie można rozpiąć pasy i cieszyć się brakiem grawitacji, oglądać gwiazdy bez właściwego dla obserwacji w atmosferze migotania i na własne oczy zobaczyć krzywiznę Ziemi.

Przed wyruszeniem w podróż każdy z pasażerów przejdzie obowiązkowe trzydniowe badania i szkolenie. – Chodzi o to, by wyeliminować ewentualne problemy zdrowotne, bo w momencie kiedy SpaceShipTwo odłączy się od WhiteKnightTwo, przez kolejne kilka minut będzie wznosił się pionowo z prędkością 3,5-krotnie większą od prędkości dźwięku – mówił na konferencji Amerykańskiej Unii Astronomicznej w San Francisco Will Pomerantz z Virgin Galactic.

Koszt takiej przyjemności to 250 tys. dolarów od osoby. Choć samych lotów jeszcze nie ma, w kolejce czekają już setki chętnych. I to nie byle jakich. Virgin Galactic ujawnia, że bilety zarezerwowali już m.in. Brad Pitt, Angelina Jolie, Stephen Hawking, Micheal Shumacher, Tom Hanks, Ashton Kutcher, Justin Bieber czy Katy Perry. Każdy więc może polecieć w kosmos z którymś z celebrytów.

Bardzo prawdopodobne, że firma Richarda Bransona będzie pierwszą prywatną kosmiczną agencją turystyczną regularnie wysyłającą w kosmos cywilów. Oczywiście nie jedyną, bo konkurenci już depczą jej po piętach.

Silna rywalizacja

Prace nad rozwojem kosmicznej turystyki prowadzi na całym świecie kilkanaście firm. Kalifornijskie przedsiębiorstwo XCOR Aerospace najprawdopodobniej już na początku przyszłego roku ruszy z lotami maszyną o nazwie Lynx, swojego rodzaju dwuosobowym samolotem, w którym pasażer zajmuje miejsce obok pilota. Lynx będzie startować i lądować samodzielnie, w pozycji poziomej. Po przekroczeniu pułapu 100 km spędzi 4 min w stanie nieważkości, po czym wróci na lądowisko. Lot nie potrwa dłużej niż 35 min, czyli znacznie krócej niż w przypadku Virgin Galactic, ale i cena jest mocno konkurencyjna – 95 tys. dolarów.

Nad swoimi rakietami i pojazdami pracują także Starchaser, Blue Origin, Armadillo Aerospace, Copenhagen Suborbitals, a nawet rumuńska ARCA. Powoli powstają także nowe kosmodromy, czyli porty kosmiczne, które zajmą się obsługą maszyn wynoszących turystów w przestrzeń kosmiczną. Nowe obiekty budują specjaliści m.in. ze Stanów Zjednoczonych, Szwecji, Rosji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy Singapuru.

Rok 2013 to data graniczna, jeśli chodzi o otwarcie kosmosu dla osób cywilnych. Do tej pory załogowe misje na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) czy na Księżyc były domeną agencji rządowych. Oczywiście zdarzało się, że wraz z przeszkolonymi astronautami leciał ktoś jeszcze – ale pierwszy raz za własne pieniądze i dla przyjemności zdarzyło się to dopiero w 2001 r. dzięki uprzejmości Rosjan. W sumie w ciągu kilku lat zabrali rakietami Sojuz siedmioro pasażerów, którzy za około tygodniowy pobyt na stacji kosmicznej płacili od 20 do 35 mln dolarów. Zawsze były to loty z profesjonalną załogą astronautów.

Organizowaniem wycieczek z Rosjanami zajmowała się amerykańska firma Space Adventures, skupiająca się dziś na tym, by wysyłać ludzi w podróże dokoła Księżyca (jedna osoba zarezerwowała już nawet bilet). Jej przedstawiciele mówią, że pierwszy lot odbędzie się w 2015 r. Nad wysyłaniem turystów wokół Księżyca myślą także firmy Golden Spike, Excalibur Almaz i Constellation Services International. Wizjonerzy wieszczą rychłe pojawienie się na powierzchni naszego naturalnego satelity kosmicznych hoteli.

Co innego NASA. Amerykanie nigdy nie zgodzili się na zabranie żadnego milionera, argumentując, że sprzęt na pokładzie jest zbyt cenny, by dopuszczać do niego nieprzeszkolone osoby.

Wbrew powszechnemu mniemaniu zagospodarowywanie niszy lotów w przestrzeń kosmiczną przez prywatne konsorcja wcale nie jest działaniem konkurencyjnym dla światowych agencji kosmicznych. Wręcz przeciwnie. Często to same agencje rządowe stymulują ich rozwój, tworząc programy partnerskie lub dofinansowując badania. Obecnie pokonanie grawitacji kosztuje krocie – blisko pół miliarda dolarów za każdy start. Statki kosmiczne zużywają miliony litrów paliwa, przechowywanego w gigantycznych jednorazowych zbiornikach. Bez współpracy z prywatnymi inwestorami trudno byłoby o techniczny przełom.

Przykładem jest choćby konkurs NASA, która zainwestowała ponad miliard dolarów w rozwój komercyjnej kosmicznej turystyki. Zwycięzca ma do końca maja 2014 r. opracować załogowe maszyny, które oprócz bogatych pasażerów będą mogły transportować na Międzynarodową Stację Kosmiczną astronautów (NASA korzystała z promów kosmicznych do 2011 r.). Obecnie konkurują ze sobą już tylko trzy firmy, które w zeszłym roku dostały dotacje na badania: Boeing (460 mln dolarów), Space X (440 mln dolarów) oraz Sierra Nevada Corporation (212,5 mln dolarów).

Każdy z wymienionych koncernów sporo już osiągnął. Boeing testuje kapsułę CST-100, a Space X w ubiegłym roku wysłał na ISS statek Dragon (obecnie trwają prace nad jego wersją pasażerską). Sierra Nevada Corporation, która w lutym br. wygrała przetarg na zaopatrywanie sił powietrznych USA w samoloty zwiadowcze, pracuje z kolei nad wahadłowcem Dream Chaser. Gra jest warta świeczki, bo zwycięzca nie tylko zyska uznanie, lecz również podpisze z NASA kontrakt na transport astronautów na co najmniej 20 lat.

O tym, że presja konkurencji jest duża, świadczą losy firmy Rocketplane Limited Inc, która w 2010 r. ogłosiła upadłość. Chociaż prognozy lotów suborbitalnych wiele obiecywały (współpracę reklamową zadeklarował Microsoft, indyjska telewizja Bindass chciała wynająć maszynę na zorganizowanie podniebnego reality-show, a specjaliści od PR planowali organizować suborbitalne śluby), kary finansowe za niedotrzymywanie umów doprowadziły firmę do bankructwa.

Będzie taniej?

Czy dożyjemy czasów, kiedy na podróż w kosmos będzie stać większość z nas? Na razie nawet 95 tys. dolarów (najtańsza oferta na rynku) nie jest kwotą na każdą kieszeń. Jednak patrząc na przykład rozwoju lotnictwa i biorąc pod uwagę konkurencyjność rynku, niewykluczone. Firma XCOR Aerospace na początek chce uruchomić cztery loty dziennie, Virgin Galactic – dwa.

Zdaniem Johna Spencera, nagrodzonego przez NASA twórcę organizacji Space Tourism Society, kosmiczna turystyka zachowa ekskluzywny charakter jeszcze przez 3–5 lat. Z pewnością na rynku pojawią się w końcu swego rodzaju „tanie linie lotnicze”, pytanie jednak brzmi – na ile komfortowo czułbyś się ze świadomością, że twój kontakt z kosmosem zostałby ograniczony do minimum podyktowanego zasobnością twego portfela? – pytał Spencer na jednym ze swoich wykładów. Wydatki z pewnością też nie zejdą poniżej pewnego poziomu, bo paliwo i zapewnienie najwyższego poziomu bezpieczeństwa kosztuje.

Choć rynek turystyki kosmicznej rozwija się coraz szybciej, nadal jest w powijakach. Co ciekawe, zazwyczaj nierychliwa Komisja Europejska już chciałaby prawnie uregulować kilka dotyczących go kwestii. Pomysł ujednolicenia prawa w zakresie orbitalnej turystyki na terenie Wspólnoty pojawił się na jednym z posiedzeń pod koniec lutego. Sugestie dotyczyły m.in. obowiązku ubezpieczeń, rejestracji i autoryzacji usług kosmicznych, jak egzekwować przestrzeganie prawa, a także kwestii ochrony środowiska. Wielu komentatorów nie kryło ironii, konkludując, że większą bolączką od samej ceny biletu na turystykę kosmiczną może się w końcu okazać załatwianie ubezpieczenia na podróż i przebrnięcie przez ustawione przez urzędników zasieki…