człowiek
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-08-26
Bogactwo w genach

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Niektórzy potrafią upadać wiele razy i szybko się podnosić, dochodząc w końcu do fortuny; innych pieniądze się nie trzymają. Co decyduje o osiągnięciu sukcesu?

Roman Abramowicz to rosyjski oligarcha, który dorobił się fortuny na prywatyzacji państwowych spółek zaraz po upadku Związku Radzieckiego. Posiada w sumie 16 nieruchomości w czterech krajach świata, siedem luksusowych samochodów, w tym dwa kuloodporne Maybachy 62, każdy wyposażony w indywidualny system bezpieczeństwa (po milionie dolarów za sztukę), prywatny Boeing 767 mogący zabrać na pokład 375 osób, a także największy na świecie jacht Eclipse, wyceniany na miliard dolarów, na którego pokładzie znajdują się dwa baseny, specjalne lasery przeciw paparazzi, lądowisko dla helikopterów i łódź podwodna na wypadek konieczności szybkiej ewakuacji.

Jako kibic pozwolił sobie na zakup londyńskiego klubu Chelsea, a odsetki pobiera z 22 kont bankowych, na których trzyma 72 mln funtów. Ogółem majątek Abramowicza wyceniany jest na 12,1 mld dolarów. Sporo, ale i tak niewiele w porównaniu z 73 mld dolarów, jakimi włada Carlos Slim Helú, meksykański potentat telekomunikacyjny i wg obliczeń miesięcznika „Forbes” najbogatszy człowiek świata.

Obydwaj panowie zaczynali niemal od zera. Abramowicz pracował jako mechanik w lokalnej rosyjskiej fabryce, a pierwszy biznes założył za pieniądze otrzymane w dniu ślubu od teściów. Carlos Slim z kolei, najmłodszy syn z wielodzietnej rodziny libańskich emigrantów, za drobne prace kupował akcje rokujących banków (pierwsze nabył już jako 12-letni chłopiec).

Co sprawiło, że udało im się zbić niebywałe fortuny? Niektórzy naukowcy twierdzą, że… geny.

Zaprogramowani na sukces

Pod kierownictwem Tima Spectora z londyńskiego King’s College, specjalizującego się w badaniu wpływu genów na nasze życie, grupa naukowców przez kilka lat prowadziła badania na ponad 1700 parach bliźniąt. Doszli do wniosku, że przedsiębiorczość jest dziedziczna i niejako wysysamy ją z mlekiem matki. Środowisko i wychowanie miało dla badanych dużo mniejsze znaczenie niż materiał genetyczny. Spector uważa, że to właśnie geny narzucają nam wszystkie nasze wybory: od zainteresowań zawodowych po łatwość nawiązywania kontaktów, co z kolei przekłada się na sukces.

W pełni zgadza się z tym dr Jan-Emmanuel De Neve z University College w Londynie, który niedawno opublikował pracę w czasopiśmie „Quarterly Leadership”, w której opisuje odkryty przez siebie genotyp rs4950, odpowiedzialny rzekomo za nasze zdolności przywódcze. De Neve nie ma wątpliwości, że już w kołysce wiadomo, czy będziemy liderami czy podporządkowanymi.

Ekonomista prof. Gregory Clark z University of California twierdzi prowokacyjnie, że o postępie cywilizacyjnym decyduje jakość materiału ludzkiego. Jeszcze dalej poszli Oded Galor z Brown University w Providence i Quamrul Ashraf z Williams College w Williamstown w Massachusetts, którzy na łamach pisma „Nature” przekonują, że geny decydują także o bogactwie całych narodów. Do takich wniosków doszli, porównując poziom gospodarczy krajów z ich ukształtowaną przez tysiąclecia różnorodnością genetyczną.

Czy rzeczywiście genetyczne uwarunkowania należy traktować bezrefleksyjnie, a osiągnięcie sukcesu zaprogramowała za nas natura, i to zanim przyszliśmy na świat? Niekoniecznie.

Milionerzy z przypadku

Ludzie na całym świecie od lat starają się zrozumieć fenomen bogactwa i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jedni potrafią upadać wiele razy i szybko się podnosić, a innych pieniądze się nie trzymają. Łatwo powiedzieć, że gdybym miał pieniądze, to… Tymczasem przykłady ludzi, którzy wzbogacili się z dnia na dzień, pokazują, że nie każdy sobie radzi z dużą ilością gotówki.

Weźmy choćby słynne loterie. Z badań statystycznych wynika, że średnio połowa zwycięzców przepuszcza wszystko w ciągu pierwszych pięciu lat. Kiedy prześledzono losy loteryjnych milionerów w Stanach Zjednoczonych, okazało się, że zaledwie 3% zadbała o swoją przyszłość, reszta po dwóch latach pozostała bez grosza. Inne badania, przeprowadzone przez ekonomistów z uniwersytetów Kentucky, Pittsburgh i Vanderbilt, skupiły się na konkretnej loterii (w tym przypadku Florida’s Fantasy 5). Zebrali dane od 35 tys. osób, które w latach 1993–2002 wygrały znaczne sumy pieniędzy, a następnie porównali je z danymi stanowego rejestru bankructw. Okazało się, że po pięciu latach aż 1900 szczęśliwców nie miało za co żyć.

Wśród nich był np. William „Bud” Post, który w 1988 r. wygrał 16,2 mln dolarów, przepuścił wszystko i po roku był już bankrutem. Aż do śmierci w 2006 r. utrzymywał się z bonów żywnościowych rozdawanych przez opiekę społeczną. Również Evelyn Adams, która wygrała dwukrotnie, łącznie 5,4 mln dolarów, dzisiaj mieszka w przyczepie i klepie biedę.

Czemu tak się dzieje? Do bogactwa trzeba bowiem dojrzeć, uważa Dariusz Czeranowski, psycholog biznesu i wieloletni trener. – Bogacenie się jest zazwyczaj pewnym procesem, któremu towarzyszą lepsze i gorsze momenty. Polega on nie tylko na gromadzeniu majątku, ale również na zdobywaniu wiedzy i umiejętności zarządzania kapitałem. Bogacenie się rozłożone w czasie jest zatem bezpieczniejsze, choćby dlatego że mniejsze jest zagrożenie, że „woda sodowa uderzy nam do głowy”. Kiedy człowiek sam dochodzi do majątku, uczy się nie tylko oszczędzać, ale racjonalnie gospodarować tym, co udało mu się zgromadzić. Natomiast jeśli to nie jest proces, tylko akt, tzn. wczoraj ktoś był biedny, a dzisiaj stał się multimilionerem, to rzadko jest do tego przygotowany, również emocjonalnie – twierdzi.

Trudno się z tym nie zgodzić. Nadal jednak otwarta pozostaje kwestia owych umiejętności, które popychają ludzi do bogacenia się.

Czym skorupka za młodu

Jeśli bezkrytycznie przyjmiemy genetyczną determinantę naszych sukcesów, powinniśmy zauważyć pewną prawidłowość. Mianowicie skoro geny bogactwa są dziedziczone, to współcześni miliarderzy powinni dziedziczyć fortuny po swoich równie przedsiębiorczych przodkach. Tymczasem taka reguła nie istnieje. Weźmy choćby Stany Zjednoczone. Aż 83% amerykańskich milionerów prawie nic nie odziedziczyło, lecz dorobiło się majątku samodzielnie. Lloyd Blankfein, prezes banku Goldman Sachs, jest synem listonosza, który zaczynał od sprzedawania wody na stadionie. Oprah Winfrey pochodzi z rozbitej rodziny patologicznej i pracowała w sklepie spożywczym. Warren Buffett zaczynał z 25 dolarami w kieszeni. Także Howard Schultz, prezes słynnej sieci Starbucks, jest synem biednego kierowcy. Milionerzy nowej ery to najczęściej nie rozpieszczeni dziedzice fortun, jak chcieliby niektórzy, ale pracoholicy, którzy majątki zawdzięczają głównie sobie. Sztandarowym przykładem jest zmarły niedawno Steve Jobs, szef Apple’a.

Większy wpływ na sukces może mieć wychowanie. Potwierdza to Olav Sorenson z Yale University, powtarzając na wykładach, że największy kapitał emocjonalny, który pozwala w przyszłości sprawdzać się w biznesie, wynosi się z domu. Rozpoznawalne na całym świecie klany krezusów, m.in. Marsów, Fordów czy Rothschildów z pokolenia na pokolenie przygotowują swoje dzieci do zarządzania rodzinnym majątkiem. Dzielą się z nimi swoimi doświadczeniami i wyciągają wnioski z własnych porażek. Jednak nawet w takiej sytuacji zdarzają się mniej pojętni uczniowie. W Wielkiej Brytanii do dziś wspomina się George’a Williama Coventry’ego, dziesiątego hrabiego Coventry, który cały rodzinny spadek roztrwonił na nietrafione inwestycje i bary. Skończył jako portier. Raczej niezbyt pochlebnie o rodzinie wypowiedziałaby się 90-letnia Liliane Bettencourt, dziedziczka imperium kosmetycznego L’Oréal i zarazem najbogatsza kobieta Europy, obecnie ubezwłasnowolniona i uznana za chorą psychicznie.

Skoro więc o nauce mowa, to może edukacja? Oczywiście to ogromnie ważny czynnik, ale w żaden sposób nieprzesądzający o odniesieniu sukcesu. W przeciwnym wypadku profesorowie ekonomii i zarządzania powinni wykładać jedynie dla przyjemności. Dość sarkastycznie ujął to Thomas Sargent, noblista z ekonomii sprzed dwóch lat, który prowokacyjnie rzucił pod adresem swoich uniwersyteckich kolegów: „Skoro jesteście tacy mądrzy, to dlaczego nie jesteście bogaci?”. Bill Gates (właściciel Microfostu), Mark Zuckerberg (właściciel Facebooka) czy Evan Williams (właściciel Twittera) nie skończyli studiów, co nie przeszkodziło im w dorobieniu się fortun.

Mało tego, wielu miliarderów miało ogromne problemy nawet z ukończeniem szkoły. Weźmy chociaż Richarda Bransona, czwartego najbogatszego człowieka w Wielkiej Brytanii, właściciela koncernu Virgin. Swoich pomysłów nie zawdzięczał bynajmniej pilnej nauce, bo w szkole mu nie szło. Edukację zakończył w wieku 15 lat, a do tego czasu został wyrzucony z kilkunastu szkół. Dyrektor ostatniego z liceów powiedział mu, że zostanie albo kryminalistą, albo milionerem. Nie mylił się.

Jeszcze większe problemy miał Ingvar Kamprad, założyciel sieci sklepów IKEA. Zaczynał od rozwożenia rowerem zapałek, a w szkole z powodu ciężkiej dysleksji ledwo zdawał z klasy do klasy. Miał ogromne trudności z pisaniem i czytaniem, czego odbiciem jest choćby sama nazwa jego firmy. Dla łatwiejszego jej zapamiętania stworzył akronim z nazwy swojego imienia, nazwiska, farmy, na której się wychowywał, i parafii, do której uczęszczał (Ingvar, Kamprad, Elmtaryd, Agunnaryd).

Jak zostać krezusem

Geny, wychowanie, edukacja… a może odpowiednia motywacja? Tak twierdzi np. słynny amerykański psycholog, David McClelland. W 1964 r. w indyjskim mieście Kakinada przeprowadził eksperyment, do którego zaprosił 52 przypadkowo dobrane osoby pochodzące z klasy średniej. Przez trzy miesiące spotykał się z nimi, wmawiając im, że mogą odnieść sukces finansowy. Nie prowadził przy tym żadnych akcji edukacyjnych, koncentrował się jedynie na podsycaniu aspiracji. Badania powtórzono na innych kontynentach, bo wyniki były ewenementem. Uczestnicy sesji motywacyjnych w ciągu dwóch lat zaczęli wyróżniać się pod względem biznesowym na tle lokalnych społeczności. Udowodniono tym samym, że połowa sukcesu to… uwierzyć w sukces.

Potwierdza to Dariusz Czeranowski, psycholog biznesu, choć dodaje zaraz, że cech osobowych, które decydują o biznesowym potencjale, jest znacznie więcej. – W moim przekonaniu ludzi sukcesu niezależnie od branży charakteryzuje nieprzeciętny poziom motywacji i determinacji. Do tego duża odporność na niepowodzenia, elastyczność, duża doza kreatywności, twórczego myślenia i nieszablonowych działań, a także umiejętności interpersonalne, które pozwalają zjednywać sobie ludzi – wylicza.

Oczywiście nie powinno się też zapominać o zwykłym szczęściu. Takie osoby jak Harry Coover – wynalazca znanego na świecie Super Glue, Roy Plunkett – wynalazca teflonu, Robert Chesebrough – wynalazca wazeliny, czy Percy Spencer – wynalazca kuchenki mikrofalowej, nie wzbogaciliby się na własnych pomysłach, gdyby nie to, że ich odkrycia powstały przez przypadek. No tak – ale szczęściu trzeba umieć pomóc.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 09/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1866 r. według obliczeń Pluton osiągnął aphelium swojej orbity. Następne takie zdarzenie będzie miało miejsce w sierpniu 2113 roku.
Warto przeczytać
Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-08-26
Bogactwo w genach

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Niektórzy potrafią upadać wiele razy i szybko się podnosić, dochodząc w końcu do fortuny; innych pieniądze się nie trzymają. Co decyduje o osiągnięciu sukcesu?

Roman Abramowicz to rosyjski oligarcha, który dorobił się fortuny na prywatyzacji państwowych spółek zaraz po upadku Związku Radzieckiego. Posiada w sumie 16 nieruchomości w czterech krajach świata, siedem luksusowych samochodów, w tym dwa kuloodporne Maybachy 62, każdy wyposażony w indywidualny system bezpieczeństwa (po milionie dolarów za sztukę), prywatny Boeing 767 mogący zabrać na pokład 375 osób, a także największy na świecie jacht Eclipse, wyceniany na miliard dolarów, na którego pokładzie znajdują się dwa baseny, specjalne lasery przeciw paparazzi, lądowisko dla helikopterów i łódź podwodna na wypadek konieczności szybkiej ewakuacji.

Jako kibic pozwolił sobie na zakup londyńskiego klubu Chelsea, a odsetki pobiera z 22 kont bankowych, na których trzyma 72 mln funtów. Ogółem majątek Abramowicza wyceniany jest na 12,1 mld dolarów. Sporo, ale i tak niewiele w porównaniu z 73 mld dolarów, jakimi włada Carlos Slim Helú, meksykański potentat telekomunikacyjny i wg obliczeń miesięcznika „Forbes” najbogatszy człowiek świata.

Obydwaj panowie zaczynali niemal od zera. Abramowicz pracował jako mechanik w lokalnej rosyjskiej fabryce, a pierwszy biznes założył za pieniądze otrzymane w dniu ślubu od teściów. Carlos Slim z kolei, najmłodszy syn z wielodzietnej rodziny libańskich emigrantów, za drobne prace kupował akcje rokujących banków (pierwsze nabył już jako 12-letni chłopiec).

Co sprawiło, że udało im się zbić niebywałe fortuny? Niektórzy naukowcy twierdzą, że… geny.

Zaprogramowani na sukces

Pod kierownictwem Tima Spectora z londyńskiego King’s College, specjalizującego się w badaniu wpływu genów na nasze życie, grupa naukowców przez kilka lat prowadziła badania na ponad 1700 parach bliźniąt. Doszli do wniosku, że przedsiębiorczość jest dziedziczna i niejako wysysamy ją z mlekiem matki. Środowisko i wychowanie miało dla badanych dużo mniejsze znaczenie niż materiał genetyczny. Spector uważa, że to właśnie geny narzucają nam wszystkie nasze wybory: od zainteresowań zawodowych po łatwość nawiązywania kontaktów, co z kolei przekłada się na sukces.

W pełni zgadza się z tym dr Jan-Emmanuel De Neve z University College w Londynie, który niedawno opublikował pracę w czasopiśmie „Quarterly Leadership”, w której opisuje odkryty przez siebie genotyp rs4950, odpowiedzialny rzekomo za nasze zdolności przywódcze. De Neve nie ma wątpliwości, że już w kołysce wiadomo, czy będziemy liderami czy podporządkowanymi.

Ekonomista prof. Gregory Clark z University of California twierdzi prowokacyjnie, że o postępie cywilizacyjnym decyduje jakość materiału ludzkiego. Jeszcze dalej poszli Oded Galor z Brown University w Providence i Quamrul Ashraf z Williams College w Williamstown w Massachusetts, którzy na łamach pisma „Nature” przekonują, że geny decydują także o bogactwie całych narodów. Do takich wniosków doszli, porównując poziom gospodarczy krajów z ich ukształtowaną przez tysiąclecia różnorodnością genetyczną.

Czy rzeczywiście genetyczne uwarunkowania należy traktować bezrefleksyjnie, a osiągnięcie sukcesu zaprogramowała za nas natura, i to zanim przyszliśmy na świat? Niekoniecznie.

Milionerzy z przypadku

Ludzie na całym świecie od lat starają się zrozumieć fenomen bogactwa i znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jedni potrafią upadać wiele razy i szybko się podnosić, a innych pieniądze się nie trzymają. Łatwo powiedzieć, że gdybym miał pieniądze, to… Tymczasem przykłady ludzi, którzy wzbogacili się z dnia na dzień, pokazują, że nie każdy sobie radzi z dużą ilością gotówki.

Weźmy choćby słynne loterie. Z badań statystycznych wynika, że średnio połowa zwycięzców przepuszcza wszystko w ciągu pierwszych pięciu lat. Kiedy prześledzono losy loteryjnych milionerów w Stanach Zjednoczonych, okazało się, że zaledwie 3% zadbała o swoją przyszłość, reszta po dwóch latach pozostała bez grosza. Inne badania, przeprowadzone przez ekonomistów z uniwersytetów Kentucky, Pittsburgh i Vanderbilt, skupiły się na konkretnej loterii (w tym przypadku Florida’s Fantasy 5). Zebrali dane od 35 tys. osób, które w latach 1993–2002 wygrały znaczne sumy pieniędzy, a następnie porównali je z danymi stanowego rejestru bankructw. Okazało się, że po pięciu latach aż 1900 szczęśliwców nie miało za co żyć.

Wśród nich był np. William „Bud” Post, który w 1988 r. wygrał 16,2 mln dolarów, przepuścił wszystko i po roku był już bankrutem. Aż do śmierci w 2006 r. utrzymywał się z bonów żywnościowych rozdawanych przez opiekę społeczną. Również Evelyn Adams, która wygrała dwukrotnie, łącznie 5,4 mln dolarów, dzisiaj mieszka w przyczepie i klepie biedę.

Czemu tak się dzieje? Do bogactwa trzeba bowiem dojrzeć, uważa Dariusz Czeranowski, psycholog biznesu i wieloletni trener. – Bogacenie się jest zazwyczaj pewnym procesem, któremu towarzyszą lepsze i gorsze momenty. Polega on nie tylko na gromadzeniu majątku, ale również na zdobywaniu wiedzy i umiejętności zarządzania kapitałem. Bogacenie się rozłożone w czasie jest zatem bezpieczniejsze, choćby dlatego że mniejsze jest zagrożenie, że „woda sodowa uderzy nam do głowy”. Kiedy człowiek sam dochodzi do majątku, uczy się nie tylko oszczędzać, ale racjonalnie gospodarować tym, co udało mu się zgromadzić. Natomiast jeśli to nie jest proces, tylko akt, tzn. wczoraj ktoś był biedny, a dzisiaj stał się multimilionerem, to rzadko jest do tego przygotowany, również emocjonalnie – twierdzi.

Trudno się z tym nie zgodzić. Nadal jednak otwarta pozostaje kwestia owych umiejętności, które popychają ludzi do bogacenia się.

Czym skorupka za młodu

Jeśli bezkrytycznie przyjmiemy genetyczną determinantę naszych sukcesów, powinniśmy zauważyć pewną prawidłowość. Mianowicie skoro geny bogactwa są dziedziczone, to współcześni miliarderzy powinni dziedziczyć fortuny po swoich równie przedsiębiorczych przodkach. Tymczasem taka reguła nie istnieje. Weźmy choćby Stany Zjednoczone. Aż 83% amerykańskich milionerów prawie nic nie odziedziczyło, lecz dorobiło się majątku samodzielnie. Lloyd Blankfein, prezes banku Goldman Sachs, jest synem listonosza, który zaczynał od sprzedawania wody na stadionie. Oprah Winfrey pochodzi z rozbitej rodziny patologicznej i pracowała w sklepie spożywczym. Warren Buffett zaczynał z 25 dolarami w kieszeni. Także Howard Schultz, prezes słynnej sieci Starbucks, jest synem biednego kierowcy. Milionerzy nowej ery to najczęściej nie rozpieszczeni dziedzice fortun, jak chcieliby niektórzy, ale pracoholicy, którzy majątki zawdzięczają głównie sobie. Sztandarowym przykładem jest zmarły niedawno Steve Jobs, szef Apple’a.

Większy wpływ na sukces może mieć wychowanie. Potwierdza to Olav Sorenson z Yale University, powtarzając na wykładach, że największy kapitał emocjonalny, który pozwala w przyszłości sprawdzać się w biznesie, wynosi się z domu. Rozpoznawalne na całym świecie klany krezusów, m.in. Marsów, Fordów czy Rothschildów z pokolenia na pokolenie przygotowują swoje dzieci do zarządzania rodzinnym majątkiem. Dzielą się z nimi swoimi doświadczeniami i wyciągają wnioski z własnych porażek. Jednak nawet w takiej sytuacji zdarzają się mniej pojętni uczniowie. W Wielkiej Brytanii do dziś wspomina się George’a Williama Coventry’ego, dziesiątego hrabiego Coventry, który cały rodzinny spadek roztrwonił na nietrafione inwestycje i bary. Skończył jako portier. Raczej niezbyt pochlebnie o rodzinie wypowiedziałaby się 90-letnia Liliane Bettencourt, dziedziczka imperium kosmetycznego L’Oréal i zarazem najbogatsza kobieta Europy, obecnie ubezwłasnowolniona i uznana za chorą psychicznie.

Skoro więc o nauce mowa, to może edukacja? Oczywiście to ogromnie ważny czynnik, ale w żaden sposób nieprzesądzający o odniesieniu sukcesu. W przeciwnym wypadku profesorowie ekonomii i zarządzania powinni wykładać jedynie dla przyjemności. Dość sarkastycznie ujął to Thomas Sargent, noblista z ekonomii sprzed dwóch lat, który prowokacyjnie rzucił pod adresem swoich uniwersyteckich kolegów: „Skoro jesteście tacy mądrzy, to dlaczego nie jesteście bogaci?”. Bill Gates (właściciel Microfostu), Mark Zuckerberg (właściciel Facebooka) czy Evan Williams (właściciel Twittera) nie skończyli studiów, co nie przeszkodziło im w dorobieniu się fortun.

Mało tego, wielu miliarderów miało ogromne problemy nawet z ukończeniem szkoły. Weźmy chociaż Richarda Bransona, czwartego najbogatszego człowieka w Wielkiej Brytanii, właściciela koncernu Virgin. Swoich pomysłów nie zawdzięczał bynajmniej pilnej nauce, bo w szkole mu nie szło. Edukację zakończył w wieku 15 lat, a do tego czasu został wyrzucony z kilkunastu szkół. Dyrektor ostatniego z liceów powiedział mu, że zostanie albo kryminalistą, albo milionerem. Nie mylił się.

Jeszcze większe problemy miał Ingvar Kamprad, założyciel sieci sklepów IKEA. Zaczynał od rozwożenia rowerem zapałek, a w szkole z powodu ciężkiej dysleksji ledwo zdawał z klasy do klasy. Miał ogromne trudności z pisaniem i czytaniem, czego odbiciem jest choćby sama nazwa jego firmy. Dla łatwiejszego jej zapamiętania stworzył akronim z nazwy swojego imienia, nazwiska, farmy, na której się wychowywał, i parafii, do której uczęszczał (Ingvar, Kamprad, Elmtaryd, Agunnaryd).

Jak zostać krezusem

Geny, wychowanie, edukacja… a może odpowiednia motywacja? Tak twierdzi np. słynny amerykański psycholog, David McClelland. W 1964 r. w indyjskim mieście Kakinada przeprowadził eksperyment, do którego zaprosił 52 przypadkowo dobrane osoby pochodzące z klasy średniej. Przez trzy miesiące spotykał się z nimi, wmawiając im, że mogą odnieść sukces finansowy. Nie prowadził przy tym żadnych akcji edukacyjnych, koncentrował się jedynie na podsycaniu aspiracji. Badania powtórzono na innych kontynentach, bo wyniki były ewenementem. Uczestnicy sesji motywacyjnych w ciągu dwóch lat zaczęli wyróżniać się pod względem biznesowym na tle lokalnych społeczności. Udowodniono tym samym, że połowa sukcesu to… uwierzyć w sukces.

Potwierdza to Dariusz Czeranowski, psycholog biznesu, choć dodaje zaraz, że cech osobowych, które decydują o biznesowym potencjale, jest znacznie więcej. – W moim przekonaniu ludzi sukcesu niezależnie od branży charakteryzuje nieprzeciętny poziom motywacji i determinacji. Do tego duża odporność na niepowodzenia, elastyczność, duża doza kreatywności, twórczego myślenia i nieszablonowych działań, a także umiejętności interpersonalne, które pozwalają zjednywać sobie ludzi – wylicza.

Oczywiście nie powinno się też zapominać o zwykłym szczęściu. Takie osoby jak Harry Coover – wynalazca znanego na świecie Super Glue, Roy Plunkett – wynalazca teflonu, Robert Chesebrough – wynalazca wazeliny, czy Percy Spencer – wynalazca kuchenki mikrofalowej, nie wzbogaciliby się na własnych pomysłach, gdyby nie to, że ich odkrycia powstały przez przypadek. No tak – ale szczęściu trzeba umieć pomóc.