ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2013-09-25
Witajcie na cieplejszej planecie

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Czy klimat ziemski się ociepla? Tak. Czy przyczyną tego ocieplenia jest działalność człowieka? Nie tylko, ale wiele wskazuje na to, że co najmniej od paru dekad to my odgrywamy w nim główną rolę. Czas przygotować się do życia w cieplejszym świecie.

Naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), uhonorowanego Pokojową Nagrodą Nobla w 2007 r., potrafią budować napięcie niczym autorzy seriali sensacyjnych. Swój najnowszy raport, na który czekaliśmy sześć lat, podzielili na trzy odcinki i zdecydowali, że premiera każdego z nich odbędzie się oddzielnie, na dodatek w innym mieście. Pierwszą część zaprezentowali pod koniec września tego roku w Sztokholmie, kolejne dwie przedstawią wiosną przyszłego roku – najpierw w marcu w Jokohamie, potem w kwietniu w Berlinie. A na koniec, w ostatnich dniach października 2014 r., czeka nas jeszcze wielki finał w Kopenhadze, kiedy to kolejna grupa badaczy ogłosi w specjalnym dokumencie, jaka ważna nauka płynie dla świata z tego kolektywnego dzieła, pod którym podpisze się kilkaset osób.

W gruncie rzeczy autorów sążnistego, liczącego kilka tysięcy stron raportu jest znacznie więcej. Co roku ukazują się bowiem setki prac naukowych dotyczących ziemskiego klimatu. Te obserwacje, analizy czy symulacje komputerowe są następnie zbierane i podsumowywane przez trzy grupy robocze działające w ramach IPCC, które z lawiny doniesień próbują wyłowić globalne trendy. Do tego potrzebny jest dystans. Właśnie  dlatego raporty klimatycznej rady mędrców ukazują się tak rzadko. Ten jest dopiero piąty od 1990 r.

Nie ma drugiego dzieła naukowego, przy którym pracowałoby wspólnie tylu badaczy. Ma to swoje zalety i wady. W pracy zbiorowej jest niewiele miejsca na śmiałe wizje i odważne hipotezy. Dominuje ostrożność. Podczas kolejnych spotkań negocjuje się niemal każde słowo. Jak w dyplomacji czy rozmowach biznesowych, chodzi o to, aby nie powiedzieć za dużo. I aby precyzyjnie oddzielić to, co wiemy na pewno albo prawie na pewno o klimacie, od tego, co nam się tylko wydaje. Konsekwencje błędów i braku precyzji mogą być przykre dla autorów raportu.

Wszyscy mówią o klimacie

Klimat to bowiem gorący polityczny temat. Rozmawiają o nim brytyjscy lordowie, generałowie z Pentagonu, prezydenci państw, aktorzy w Hollywood, ekonomiści, przedsiębiorcy, działacze organizacji ekologicznych, a nawet psychologowie próbujący zrozumieć, dlaczego jedni potępiają w czambuł hipotezę globalnego ocieplenia, a inni z kolei bezkrytycznie ją akceptują.

Naukowcy powinni być usatysfakcjonowani. Rzadko kiedy ich badania wywołują tak wielki rezonans społeczny. Z pobieżnej analizy haseł odnoszących się do gorących tematów nauki, które internauci z całego świata wklepują w wyszukiwarkę Google (ich popularność sprawdziliśmy za pomocą google’owego narzędzia AdWords), wynika, że zarówno emisje dwutlenku węgla, jak i zmiany klimatyczne należą obecnie do tematów szczególnie bliskich internautom. Bardziej nawet niż GMO czy zapłodnienie in vitro (IVF), choć oczywiście daleko im do piłki nożnej albo Jezusa, nie wspominając o seksie i miłości.

Ta popularność klimatu jest w dużej mierze zasługą cyklicznych raportów opracowywanych przez IPCC. W tym roku mija dokładnie ćwierć wieku od powstania tego przedziwnego zespołu naukowego. Przedziwnego, bo choć zarządzanego przez samych badaczy, to jednak znajdujących się pod formalną kuratelą rządów. Ich przedstawiciele – zwykle są to również naukowcy – zbierają się raz do roku na sesjach plenarnych, aby wybrać władze organizacji, zatwierdzić jej plan pracy i budżet, a także formalnie zaakceptować raporty. IPCC nie jest zatem zwykłą wspólnotą badaczy, lecz czymś w rodzaju ciała doradczego, w którym naukowcy odgrywają decydującą rolę, ale poza nimi swoje opinie mogą prezentować także eksperci zgłoszeni przez poszczególne rządy i organizacje pozarządowe. Na co dzień zespołem kieruje wąski sztab składający się z kilkunastu osób. Tylko oni są na etatach. Reszta, czyli kilkuset naukowców przygotowujących poszczególne części raportu, nie dostaje z tego tytułu żadnego wynagrodzenia.

Niepowtarzalność IPCC polega także na tym, że w ramach zespołu nie prowadzi się badań naukowych. Za to pracowicie podsumowuje się ich wyniki, a następnie formułuje wnioski dla polityków i decydentów. Badacze proponują rozmaite drogi postępowania i zalecają różne środki zaradcze, które mają uchronić Ziemię przed gwałtownymi zaburzeniami klimatu. Najważniejsze ustalenia i zalecenia są umieszczane w kilkunastostronicowych podsumowaniach, które poprzedzają każdą z trzech części raportu. Większość zainteresowanych czyta tylko te skróty, a ich główne tezy, nagłośnione przez media, wędrują w świat. Dlatego treść owych wstępniaków wywołuje najwięcej gorących sporów podczas sesji plenarnych. Zanim zostaną zaaprobowane i ogłoszone urbi et orbi, głosuje się nad każdym zdaniem, co trwa w nieskończoność. W przypadku poprzedniego, czwartego raportu taki maraton trwał cztery dni.

Wołanie na puszczy

Niektórzy porównują IPCC do konsylium lekarskiego, które po zdiagnozowaniu choroby powinno jeszcze zaproponować sposoby leczenia pacjenta. Jednak w odróżnieniu od lekarzy naukowcy nie mają mocy sprawczej – mogą wyłącznie alarmować, przedstawiać mniej lub bardziej czarne scenariusze, wskazywać skutki uboczne, ostrzegać przed konsekwencjami. I na tym ich rola się kończy. Światowa społeczność może te diagnozy i zalecenia potraktować poważnie lub też wyrzucić je do kosza. Może uznać przestrogi badaczy za przesadne, wskazując, że są rzeczy groźniejsze niż zmiana klimatu, choćby kryzys ekonomiczny. Wszak psychologia uczy, że dla człowieka ważniejsze są troski bliskie i realne niż te odległe w czasie i na razie niezbyt odczuwalne.

Autorzy raportów IPCC robią, co mogą. Starają się nas przekonać, że potężniejący z roku na rok efekt cieplarniany stanowi zagrożenie już dziś. Jest jak nowotwór, z którym walkę trzeba zacząć od razu, bo inaczej rozwinie się i narobi nieodwracalnych szkód. Jednak nawet te argumenty na razie trafiają do niewielu. Pod tym względem misję IPCC można uznać za porażkę. Naukowcom udało się rozbudzić zainteresowanie ziemskim klimatem i jego niepokojącymi zmianami, ale wciąż nie potrafią zachęcić ludzkości do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Ich zalecenia są puszczane mimo uszu.

Takie zalecenie, przedstawione jasno i dobitnie, pojawiło się już w pierwszym raporcie IPCC z 1990 r. Jego autorzy pisali: „Jesteśmy pewni, że działalność człowieka jest przyczyną obserwowanego obecnie wyraźnego wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych: dwutlenku węgla, metanu, CFC i tlenku azotu. Konsekwencją będzie nasilenie się efektu cieplarnianego i dodatkowe podgrzanie powierzchni globu. Jesteśmy przekonani, że w ponad połowie odpowiada za to dwutlenek węgla; aby ustabilizować jego stężenie na dzisiejszym poziomie, należałoby niezwłocznie zredukować emisję gazu o ponad 60%”.

Autorzy tamtego raportu po raz pierwszy odważyli się na przedstawienie scenariuszy przyszłości. Wykorzystali do tego modele matematyczne. Pokazały one, że jeśli ludzie nie zmienią postępowania, w kolejnym stuleciu temperatury na Ziemi będą się podnosiły średnio o 0,3ºC na dekadę, a poziom mórz – o 6 cm na dekadę. Za 100 lat świat będzie cieplejszy o 3ºC, a lustro wody oceanicznej wyższe o 65 cm.

Co ciekawe, na początku lat 90. naukowcy zachowali ostrożność w ocenie przyczyn wzrostu temperatur w dobiegającym końca XX w. Szacowali, że podniosły się one o 0,3–0,6ºC, ale dalecy byli od wniosku, że jest to skutek działalności ludzi. Sądzili raczej, że za wzrost odpowiadają głównie naturalne wahania klimatu. Według nich zainicjowane przez człowieka globalne ocieplenie miało dopiero nadejść. Ten pogląd ulegnie rewizji w kolejnych raportach. W przedostatnim, opublikowanym w 2007 r., możemy już przeczytać: „Za bardzo prawdopodobne należy uznać to, że gazy cieplarniane były w ostatnich 50 latach dominującą przyczyną wzrostu temperatur. Prawdopodobieństwo, że ocieplenie odnotowane w tym okresie zostało wywołane tylko zmianami naturalnymi, jest bardzo małe”.

Zaczęło się w Villach

Dziś o IPCC i jego raportach jest głośno na całym świecie. Na początku było jednak cicho i skromnie. Informacja o powstaniu zespołu nie trafiła na pierwsze strony gazet. O nowej inicjatywie dyskutowali głównie sami klimatolodzy. Wielu powątpiewało w sens powoływania specjalnego zespołu, który miałby się zająć zweryfikowaniem tylko jednej hipotezy – tej, że emitowane przez nas gazy cieplarniane mogą wywołać katastrofę klimatyczną na Ziemi. Wszak astronomowie nie utworzyli międzynarodowego zespołu oceniającego wartość teorii Wielkiego Wybuchu, a biolodzy nie zrobili tego samego w odniesieniu do teorii ewolucji – argumentowano.

Lecz ci sami naukowcy dobrze wiedzieli, że w pojedynkę nie poradzą sobie z badaniami ziemskiego klimatu. Satelity, komputery i gęstniejąca sieć coraz nowocześniejszej aparatury pomiarowej dawały szansę na zebranie olbrzymiej liczby danych o zjawiskach zachodzących na lądach, w morzach i przede wszystkim w powietrzu, które mogły mieć wpływ na klimat. Klimatolodzy dostali do ręki „złoty róg”. Aby z niego skorzystać, trzeba było nawiązać współpracę międzynarodową i podzielić się pracą.

W połowie lat 60. uruchomiono Global Atmospheric Research Programme, w ramach którego naukowcy z wielu krajów po raz pierwszy wspólnie badali atmosferę, prowadząc eksperymenty terenowe i tworząc modele pogodowe. Natomiast w 1980 r. ruszył World Climate Research Programme – najważniejszy do dziś międzynarodowy program badawczy mający na celu poznanie mechanizmów rządzących klimatem. Aby móc go lepiej przewidywać, badane są m.in. atmosfera, oceany, lodowce lądowe, lód morski, pokrycie terenu, wreszcie także wpływ człowieka. Naukowcy próbują precyzyjnie oszacować nasz udział w zmianach klimatycznych.

Z tej perspektywy powstanie IPCC nie było żadnym przełomem. Zespół zaczął działać jesienią 1988 r. Formalnie powstał z inicjatywy Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) i Światowej Organizacji Meteorologicznej, lecz w rzeczywistości był dzieckiem jednego człowieka – szwedzkiego meteorologa, prof. Berta Bolina ze Stockholms universitet. Bolin to jeden z gigantów światowej klimatologii. Karierę zaczynał na początku lat 50. w słynnym Institute for Advanced Study w Princeton (USA), gdzie trafił do zespołu Johna von Neumanna. Wielki matematyk jako pierwszy zamierzał wykorzystać komputery (a właściwie jeden komputer – słynny ENIAC) do prognozowania pogody. Młody Bolin pisał programy pod jego kierunkiem. Po 10 latach został liderem Global Atmospheric Research Programme, w ramach którego prowadził także własne badania nad krążeniem węgla w atmosferze.

Bolin, poza tym że był świetnym naukowcem i organizatorem, miał dużą siłę przekonywania. W 1985 r. zorganizował legendarne już dziś spotkanie klimatologów z 29 krajów. Odbyło się ono w Villach w Austrii. Jego uczestnicy zgodzili się, że gazy cieplarniane mogą podgrzać glob o kilka stopni w kolejnym stuleciu i że trzeba coś zrobić, aby do tego nie dopuścić. Trzy lata później Bolin zakładał IPCC. Stworzył zespół od podstaw, ustalił zasady jego działania i procedury przygotowywania raportów. Kierował nim do 1997 r. Zmarł 10 lat później, pod koniec grudnia 2007 r., trzy tygodnie po ceremonii przyznania IPCC Pokojowej Nagrody Nobla. Namawiano go, by ją odebrał w imieniu organizacji. Stan zdrowia nie pozwolił mu na wyjazd do Oslo.

Rio, Kioto, Warszawa?

Pierwszy raport IPCC z 1990 r. wzbudził spore zainteresowanie. Nie, jeszcze nie światowych mediów. To przyszło około 10 lat później. Niemniej ostrzeżenia klimatologów doprowadziły do podpisania w 1992 r. Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC). Stało się to podczas Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro. Głównym celem międzynarodowego traktatu było ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, aby nie dopuścić do „groźnych zmian klimatu”. Nikt wówczas jeszcze nie wiedział, kiedy zmiana klimatu może być groźna i prawdę powiedziawszy, spór w tej sprawie trwa do dziś.

Bolin wyliczył, że górny limit bezpieczeństwa przekroczymy, jeśli stężenie CO2 w atmosferze będzie większe niż 450 części na milion (ppm). Argumentował, że wtedy temperatury na naszym globie podniosą się o 2ºC powyżej poziomu sprzed ery industrialnej i cofniemy się do pliocenu, gdy poziom mórz na Ziemi był wyższy o kilkanaście metrów, a czasze lodowe Grenlandii i Antarktydy Zachodniej nie istniały. Dzisiaj wielu badaczy się z nim zgadza. Gdy Bolin przedstawiał swoje wyliczenia, stężenie CO2 wynosiło 360 ppm, dziś wynosi ono 400 ppm. W tym tempie zaproponowany przez szwedzkiego badacza limit bezpieczeństwa osiągniemy w ciągu 20–30 lat.

Emisji gazów cieplarnianych nie udało się bowiem zatrzymać. W 1997 r. wydawało się, że jest to możliwe. Wtedy sygnatariusze konwencji UNFCCC dokonali przełomu – podpisali Protokół z Kioto zobowiązujący kraje rozwinięte do niewielkiej redukcji zanieczyszczeń ogrzewających glob. Miały to zrobić do końca 2012 r. Na nic się to zdało. Ku rozczarowaniu klimatologów CO2 w atmosferze wciąż przybywało – przede wszystkim za sprawą USA, które nigdy nie ratyfikowały Protokołu z Kioto, oraz szybko rozwijających się Chin, które stały się głównym dostawcą gazów cieplarnianych. Kolejne doroczne konferencje sygnatariuszy Konwencji nie przyniosły przełomu – nie udało się podpisać „nowego Kioto”. W zeszłym roku w Dausze, stolicy Kataru, wydłużono jedynie ważność starego Protokołu do 2020 r., zresztą przy sprzeciwie USA, Japonii, Rosji, Kanady, Ukrainy i paru innych krajów. Kolejne spotkanie odbędzie się w listopadzie tego roku w Warszawie. Może więc u nas się uda? Niestety, szansa na to jest niewielka. Negocjacje postępują opornie, ponieważ każda rozmowa o klimacie jest też rozmową o pieniądzach. Konwencja z 1992 r. okazała się w takim samym stopniu porozumieniem klimatycznym, jak i ekonomicznym. Wszelkie działania dotyczące ograniczenia emisji gazów cieplarnianych mają bowiem wpływ na realną gospodarkę, której kondycji każdy kraj broni jak niepodległości.

Dlatego w ciągu ostatnich 20 lat mieliśmy do czynienia ze swoistym rozdwojeniem jaźni: emisje CO2 rosły, a tymczasem IPCC publikowała kolejne raporty ostrzegające przed nimi. W trzecim raporcie z 2001 r. naukowcy potwierdzili, że w XX w. temperatury na Ziemi podniosły się o około 0,6ºC, przy czym najszybciej w czterech ostatnich dekadach XX w., do czego – jak twierdzili – przyczynił się głównie człowiek. Projekcje przyszłej temperatury na globie, przeprowadzone dzięki nowszym modelom, mówiły o wzroście o 1,4–5,8ºC do końca XXI w., w zależności od przyjętego scenariusza rozwoju ekonomicznego świata. Poziom mórz miałby się podnieść o 0,1–0,9 m.

Wojny klimatyczne

Nie dosyć, że niewielu wzięło sobie do serca przestrogi badaczy z IPCC, to jeszcze oni sami znaleźli się pod ostrzałem. Im bardziej przekonywali do swoich racji, tym silniejszy napotykali opór ze strony sceptyków. Najbardziej radykalni wśród nich twierdzą, że klimat na Ziemi w ogóle się nie ociepla. Najczęściej jednak sceptycy dowodzą, że temperatury rosną nie za sprawą człowieka, lecz w wyniku naturalnych wahań klimatu albo większej aktywności Słońca w XX w. w porównaniu z poprzednim stuleciem.

Apogeum wojny klimatycznej przypadło na drugą połowę zeszłej dekady. Punktem zapalnym było opublikowanie w 2007 r. czwartego raportu IPCC, w którym padły wyjątkowo mocne stwierdzenia: klimat ziemski szybko się ociepla, winien temu jest człowiek i trendu nie da się już zatrzymać, bo w powietrzu jest mnóstwo CO2. Dlatego w najlepszym ze scenariuszy temperatury na koniec XXI w. będą wyższe o 1,4–2,8ºC, w najgorszym o 3,5–5,8ºC w porównaniu z erą przedindustrialną. Za najbardziej prawdopodobny naukowcy uznali wzrost o 3ºC. Jednym słowem, za 100 lat będziemy mieli na Ziemi pliocen – brzmiał ich wyrok.

Trzy dni po ogłoszeniu tamtego raportu przyszła riposta. Kilkudziesięciu naukowców, wśród których była jednak tylko garstka klimatologów i badaczy atmosfery, ogłosiło, że IPCC jest w błędzie, ponieważ nie ma przekonujących dowodów na ocieplenie klimatu. Twierdzili, że dane satelitarne nie potwierdzają wzrostu temperatur na globie, a w przyrodzie planety nie zachodzą żadne niepokojące zmiany rzekomo wywołane ociepleniem. Dowodzili nawet, że w latach 90. XX w. lód na Morzu Arktycznym przestał się kurczyć. Wszystko opisali w obszernej publikacji. Wkrótce się okazało, że jej wydanie sfinansował Heartland Institute, libertariański think tank z Chicago. Jego prezes Joseph Bast tak komentował ukazanie się czwartego raportu IPCC: „Wojna z ekstremizmem globalnego ocieplenia jest naszym nakazem. Trzeba zatrzymać ten marsz radykalnych obrońców środowiska i liberalnych lewaków”.

W wydanej dwa lata temu w Londynie książce „Climate Change and Society” socjolodzy Riley Dunlap z Oklahoma State University i Aaron McCright z Michigan State University twierdzą, że sceptycyzm klimatyczny narodził się po prawej stronie sceny politycznej na początku lat 90. jako reakcja na rozpowszechnianie się ruchów ekologicznych. Dlatego od początku był silnie zideologizowany. Aktywiści ekologiczni stali się po upadku komunizmu głównymi wrogami konserwatywnych obrońców wolnego rynku. W miejsce czerwonego zagrożenia pojawiło się zielone. Zgrabnie ujął to „Forbes”, organ środowiskowych sceptyków, w komentarzu redakcyjnym z 1989 r.: „Marksizm przegrał z wolnym rynkiem, lecz teraz zieloni za pomocą efektu cieplarnianego mają zamiar znów przemalować światową gospodarkę na czerwono i zastopować jej ekspansję”.

W boju o tak fundamentalne wartości jak przetrwanie wolnego świata i kapitalizmu cel może uświęcać środki. Stąd wywieszenie w zeszłym roku przez Heartland Institute wielkich billboardów zrównujących osoby akceptujące ustalenia klimatologów z IPCC z masowymi mordercami. Stąd afera „Climategate” w 2009 r. – wykradzenie i opublikowanie osobistych e-maili należących do znanych badaczy klimatu, a następnie nakręcenie wobec nich spirali pomówień. Jedną z ofiar tamtego skandalu był wybitny paleoklimatolog Michael Mann z Pennsylvania State University w Filadelfii. Niedawno wydał książkę „The Hockey Stick and the Climate Wars”. Pisze w niej z nostalgią: „Dawniej badania klimatu nie miały nic wspólnego z polityką. Dziś są nią przesiąknięte. A przecież kurczący się lód nie ma porządku obrad. Nie obchodzą go twoje poglądy. Lód się po prostu cofa, tak jak morza się podnoszą. I nie czynią tego z powodów politycznych. Jednak to, co my z tym faktem robimy, ma już znaczenie polityczne”. 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 10/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
03/2020
02/2020
Kalendarium
Luty
21
W 1936 r. uruchomiono kolej linową na Kasprowy Wierch
Warto przeczytać
Firma Topf & Söhne produkuje urządzenia browarnicze i krematoria, a także instalacje do komór gazowych. Jej klientami są browary w wielu krajach na całym świecie.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2013-09-25
Witajcie na cieplejszej planecie

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Czy klimat ziemski się ociepla? Tak. Czy przyczyną tego ocieplenia jest działalność człowieka? Nie tylko, ale wiele wskazuje na to, że co najmniej od paru dekad to my odgrywamy w nim główną rolę. Czas przygotować się do życia w cieplejszym świecie.

Naukowcy z Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), uhonorowanego Pokojową Nagrodą Nobla w 2007 r., potrafią budować napięcie niczym autorzy seriali sensacyjnych. Swój najnowszy raport, na który czekaliśmy sześć lat, podzielili na trzy odcinki i zdecydowali, że premiera każdego z nich odbędzie się oddzielnie, na dodatek w innym mieście. Pierwszą część zaprezentowali pod koniec września tego roku w Sztokholmie, kolejne dwie przedstawią wiosną przyszłego roku – najpierw w marcu w Jokohamie, potem w kwietniu w Berlinie. A na koniec, w ostatnich dniach października 2014 r., czeka nas jeszcze wielki finał w Kopenhadze, kiedy to kolejna grupa badaczy ogłosi w specjalnym dokumencie, jaka ważna nauka płynie dla świata z tego kolektywnego dzieła, pod którym podpisze się kilkaset osób.

W gruncie rzeczy autorów sążnistego, liczącego kilka tysięcy stron raportu jest znacznie więcej. Co roku ukazują się bowiem setki prac naukowych dotyczących ziemskiego klimatu. Te obserwacje, analizy czy symulacje komputerowe są następnie zbierane i podsumowywane przez trzy grupy robocze działające w ramach IPCC, które z lawiny doniesień próbują wyłowić globalne trendy. Do tego potrzebny jest dystans. Właśnie  dlatego raporty klimatycznej rady mędrców ukazują się tak rzadko. Ten jest dopiero piąty od 1990 r.

Nie ma drugiego dzieła naukowego, przy którym pracowałoby wspólnie tylu badaczy. Ma to swoje zalety i wady. W pracy zbiorowej jest niewiele miejsca na śmiałe wizje i odważne hipotezy. Dominuje ostrożność. Podczas kolejnych spotkań negocjuje się niemal każde słowo. Jak w dyplomacji czy rozmowach biznesowych, chodzi o to, aby nie powiedzieć za dużo. I aby precyzyjnie oddzielić to, co wiemy na pewno albo prawie na pewno o klimacie, od tego, co nam się tylko wydaje. Konsekwencje błędów i braku precyzji mogą być przykre dla autorów raportu.

Wszyscy mówią o klimacie

Klimat to bowiem gorący polityczny temat. Rozmawiają o nim brytyjscy lordowie, generałowie z Pentagonu, prezydenci państw, aktorzy w Hollywood, ekonomiści, przedsiębiorcy, działacze organizacji ekologicznych, a nawet psychologowie próbujący zrozumieć, dlaczego jedni potępiają w czambuł hipotezę globalnego ocieplenia, a inni z kolei bezkrytycznie ją akceptują.

Naukowcy powinni być usatysfakcjonowani. Rzadko kiedy ich badania wywołują tak wielki rezonans społeczny. Z pobieżnej analizy haseł odnoszących się do gorących tematów nauki, które internauci z całego świata wklepują w wyszukiwarkę Google (ich popularność sprawdziliśmy za pomocą google’owego narzędzia AdWords), wynika, że zarówno emisje dwutlenku węgla, jak i zmiany klimatyczne należą obecnie do tematów szczególnie bliskich internautom. Bardziej nawet niż GMO czy zapłodnienie in vitro (IVF), choć oczywiście daleko im do piłki nożnej albo Jezusa, nie wspominając o seksie i miłości.

Ta popularność klimatu jest w dużej mierze zasługą cyklicznych raportów opracowywanych przez IPCC. W tym roku mija dokładnie ćwierć wieku od powstania tego przedziwnego zespołu naukowego. Przedziwnego, bo choć zarządzanego przez samych badaczy, to jednak znajdujących się pod formalną kuratelą rządów. Ich przedstawiciele – zwykle są to również naukowcy – zbierają się raz do roku na sesjach plenarnych, aby wybrać władze organizacji, zatwierdzić jej plan pracy i budżet, a także formalnie zaakceptować raporty. IPCC nie jest zatem zwykłą wspólnotą badaczy, lecz czymś w rodzaju ciała doradczego, w którym naukowcy odgrywają decydującą rolę, ale poza nimi swoje opinie mogą prezentować także eksperci zgłoszeni przez poszczególne rządy i organizacje pozarządowe. Na co dzień zespołem kieruje wąski sztab składający się z kilkunastu osób. Tylko oni są na etatach. Reszta, czyli kilkuset naukowców przygotowujących poszczególne części raportu, nie dostaje z tego tytułu żadnego wynagrodzenia.

Niepowtarzalność IPCC polega także na tym, że w ramach zespołu nie prowadzi się badań naukowych. Za to pracowicie podsumowuje się ich wyniki, a następnie formułuje wnioski dla polityków i decydentów. Badacze proponują rozmaite drogi postępowania i zalecają różne środki zaradcze, które mają uchronić Ziemię przed gwałtownymi zaburzeniami klimatu. Najważniejsze ustalenia i zalecenia są umieszczane w kilkunastostronicowych podsumowaniach, które poprzedzają każdą z trzech części raportu. Większość zainteresowanych czyta tylko te skróty, a ich główne tezy, nagłośnione przez media, wędrują w świat. Dlatego treść owych wstępniaków wywołuje najwięcej gorących sporów podczas sesji plenarnych. Zanim zostaną zaaprobowane i ogłoszone urbi et orbi, głosuje się nad każdym zdaniem, co trwa w nieskończoność. W przypadku poprzedniego, czwartego raportu taki maraton trwał cztery dni.

Wołanie na puszczy

Niektórzy porównują IPCC do konsylium lekarskiego, które po zdiagnozowaniu choroby powinno jeszcze zaproponować sposoby leczenia pacjenta. Jednak w odróżnieniu od lekarzy naukowcy nie mają mocy sprawczej – mogą wyłącznie alarmować, przedstawiać mniej lub bardziej czarne scenariusze, wskazywać skutki uboczne, ostrzegać przed konsekwencjami. I na tym ich rola się kończy. Światowa społeczność może te diagnozy i zalecenia potraktować poważnie lub też wyrzucić je do kosza. Może uznać przestrogi badaczy za przesadne, wskazując, że są rzeczy groźniejsze niż zmiana klimatu, choćby kryzys ekonomiczny. Wszak psychologia uczy, że dla człowieka ważniejsze są troski bliskie i realne niż te odległe w czasie i na razie niezbyt odczuwalne.

Autorzy raportów IPCC robią, co mogą. Starają się nas przekonać, że potężniejący z roku na rok efekt cieplarniany stanowi zagrożenie już dziś. Jest jak nowotwór, z którym walkę trzeba zacząć od razu, bo inaczej rozwinie się i narobi nieodwracalnych szkód. Jednak nawet te argumenty na razie trafiają do niewielu. Pod tym względem misję IPCC można uznać za porażkę. Naukowcom udało się rozbudzić zainteresowanie ziemskim klimatem i jego niepokojącymi zmianami, ale wciąż nie potrafią zachęcić ludzkości do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Ich zalecenia są puszczane mimo uszu.

Takie zalecenie, przedstawione jasno i dobitnie, pojawiło się już w pierwszym raporcie IPCC z 1990 r. Jego autorzy pisali: „Jesteśmy pewni, że działalność człowieka jest przyczyną obserwowanego obecnie wyraźnego wzrostu koncentracji gazów cieplarnianych: dwutlenku węgla, metanu, CFC i tlenku azotu. Konsekwencją będzie nasilenie się efektu cieplarnianego i dodatkowe podgrzanie powierzchni globu. Jesteśmy przekonani, że w ponad połowie odpowiada za to dwutlenek węgla; aby ustabilizować jego stężenie na dzisiejszym poziomie, należałoby niezwłocznie zredukować emisję gazu o ponad 60%”.

Autorzy tamtego raportu po raz pierwszy odważyli się na przedstawienie scenariuszy przyszłości. Wykorzystali do tego modele matematyczne. Pokazały one, że jeśli ludzie nie zmienią postępowania, w kolejnym stuleciu temperatury na Ziemi będą się podnosiły średnio o 0,3ºC na dekadę, a poziom mórz – o 6 cm na dekadę. Za 100 lat świat będzie cieplejszy o 3ºC, a lustro wody oceanicznej wyższe o 65 cm.

Co ciekawe, na początku lat 90. naukowcy zachowali ostrożność w ocenie przyczyn wzrostu temperatur w dobiegającym końca XX w. Szacowali, że podniosły się one o 0,3–0,6ºC, ale dalecy byli od wniosku, że jest to skutek działalności ludzi. Sądzili raczej, że za wzrost odpowiadają głównie naturalne wahania klimatu. Według nich zainicjowane przez człowieka globalne ocieplenie miało dopiero nadejść. Ten pogląd ulegnie rewizji w kolejnych raportach. W przedostatnim, opublikowanym w 2007 r., możemy już przeczytać: „Za bardzo prawdopodobne należy uznać to, że gazy cieplarniane były w ostatnich 50 latach dominującą przyczyną wzrostu temperatur. Prawdopodobieństwo, że ocieplenie odnotowane w tym okresie zostało wywołane tylko zmianami naturalnymi, jest bardzo małe”.

Zaczęło się w Villach

Dziś o IPCC i jego raportach jest głośno na całym świecie. Na początku było jednak cicho i skromnie. Informacja o powstaniu zespołu nie trafiła na pierwsze strony gazet. O nowej inicjatywie dyskutowali głównie sami klimatolodzy. Wielu powątpiewało w sens powoływania specjalnego zespołu, który miałby się zająć zweryfikowaniem tylko jednej hipotezy – tej, że emitowane przez nas gazy cieplarniane mogą wywołać katastrofę klimatyczną na Ziemi. Wszak astronomowie nie utworzyli międzynarodowego zespołu oceniającego wartość teorii Wielkiego Wybuchu, a biolodzy nie zrobili tego samego w odniesieniu do teorii ewolucji – argumentowano.

Lecz ci sami naukowcy dobrze wiedzieli, że w pojedynkę nie poradzą sobie z badaniami ziemskiego klimatu. Satelity, komputery i gęstniejąca sieć coraz nowocześniejszej aparatury pomiarowej dawały szansę na zebranie olbrzymiej liczby danych o zjawiskach zachodzących na lądach, w morzach i przede wszystkim w powietrzu, które mogły mieć wpływ na klimat. Klimatolodzy dostali do ręki „złoty róg”. Aby z niego skorzystać, trzeba było nawiązać współpracę międzynarodową i podzielić się pracą.

W połowie lat 60. uruchomiono Global Atmospheric Research Programme, w ramach którego naukowcy z wielu krajów po raz pierwszy wspólnie badali atmosferę, prowadząc eksperymenty terenowe i tworząc modele pogodowe. Natomiast w 1980 r. ruszył World Climate Research Programme – najważniejszy do dziś międzynarodowy program badawczy mający na celu poznanie mechanizmów rządzących klimatem. Aby móc go lepiej przewidywać, badane są m.in. atmosfera, oceany, lodowce lądowe, lód morski, pokrycie terenu, wreszcie także wpływ człowieka. Naukowcy próbują precyzyjnie oszacować nasz udział w zmianach klimatycznych.

Z tej perspektywy powstanie IPCC nie było żadnym przełomem. Zespół zaczął działać jesienią 1988 r. Formalnie powstał z inicjatywy Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) i Światowej Organizacji Meteorologicznej, lecz w rzeczywistości był dzieckiem jednego człowieka – szwedzkiego meteorologa, prof. Berta Bolina ze Stockholms universitet. Bolin to jeden z gigantów światowej klimatologii. Karierę zaczynał na początku lat 50. w słynnym Institute for Advanced Study w Princeton (USA), gdzie trafił do zespołu Johna von Neumanna. Wielki matematyk jako pierwszy zamierzał wykorzystać komputery (a właściwie jeden komputer – słynny ENIAC) do prognozowania pogody. Młody Bolin pisał programy pod jego kierunkiem. Po 10 latach został liderem Global Atmospheric Research Programme, w ramach którego prowadził także własne badania nad krążeniem węgla w atmosferze.

Bolin, poza tym że był świetnym naukowcem i organizatorem, miał dużą siłę przekonywania. W 1985 r. zorganizował legendarne już dziś spotkanie klimatologów z 29 krajów. Odbyło się ono w Villach w Austrii. Jego uczestnicy zgodzili się, że gazy cieplarniane mogą podgrzać glob o kilka stopni w kolejnym stuleciu i że trzeba coś zrobić, aby do tego nie dopuścić. Trzy lata później Bolin zakładał IPCC. Stworzył zespół od podstaw, ustalił zasady jego działania i procedury przygotowywania raportów. Kierował nim do 1997 r. Zmarł 10 lat później, pod koniec grudnia 2007 r., trzy tygodnie po ceremonii przyznania IPCC Pokojowej Nagrody Nobla. Namawiano go, by ją odebrał w imieniu organizacji. Stan zdrowia nie pozwolił mu na wyjazd do Oslo.

Rio, Kioto, Warszawa?

Pierwszy raport IPCC z 1990 r. wzbudził spore zainteresowanie. Nie, jeszcze nie światowych mediów. To przyszło około 10 lat później. Niemniej ostrzeżenia klimatologów doprowadziły do podpisania w 1992 r. Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC). Stało się to podczas Szczytu Ziemi w Rio de Janeiro. Głównym celem międzynarodowego traktatu było ograniczenie emisji gazów cieplarnianych, aby nie dopuścić do „groźnych zmian klimatu”. Nikt wówczas jeszcze nie wiedział, kiedy zmiana klimatu może być groźna i prawdę powiedziawszy, spór w tej sprawie trwa do dziś.

Bolin wyliczył, że górny limit bezpieczeństwa przekroczymy, jeśli stężenie CO2 w atmosferze będzie większe niż 450 części na milion (ppm). Argumentował, że wtedy temperatury na naszym globie podniosą się o 2ºC powyżej poziomu sprzed ery industrialnej i cofniemy się do pliocenu, gdy poziom mórz na Ziemi był wyższy o kilkanaście metrów, a czasze lodowe Grenlandii i Antarktydy Zachodniej nie istniały. Dzisiaj wielu badaczy się z nim zgadza. Gdy Bolin przedstawiał swoje wyliczenia, stężenie CO2 wynosiło 360 ppm, dziś wynosi ono 400 ppm. W tym tempie zaproponowany przez szwedzkiego badacza limit bezpieczeństwa osiągniemy w ciągu 20–30 lat.

Emisji gazów cieplarnianych nie udało się bowiem zatrzymać. W 1997 r. wydawało się, że jest to możliwe. Wtedy sygnatariusze konwencji UNFCCC dokonali przełomu – podpisali Protokół z Kioto zobowiązujący kraje rozwinięte do niewielkiej redukcji zanieczyszczeń ogrzewających glob. Miały to zrobić do końca 2012 r. Na nic się to zdało. Ku rozczarowaniu klimatologów CO2 w atmosferze wciąż przybywało – przede wszystkim za sprawą USA, które nigdy nie ratyfikowały Protokołu z Kioto, oraz szybko rozwijających się Chin, które stały się głównym dostawcą gazów cieplarnianych. Kolejne doroczne konferencje sygnatariuszy Konwencji nie przyniosły przełomu – nie udało się podpisać „nowego Kioto”. W zeszłym roku w Dausze, stolicy Kataru, wydłużono jedynie ważność starego Protokołu do 2020 r., zresztą przy sprzeciwie USA, Japonii, Rosji, Kanady, Ukrainy i paru innych krajów. Kolejne spotkanie odbędzie się w listopadzie tego roku w Warszawie. Może więc u nas się uda? Niestety, szansa na to jest niewielka. Negocjacje postępują opornie, ponieważ każda rozmowa o klimacie jest też rozmową o pieniądzach. Konwencja z 1992 r. okazała się w takim samym stopniu porozumieniem klimatycznym, jak i ekonomicznym. Wszelkie działania dotyczące ograniczenia emisji gazów cieplarnianych mają bowiem wpływ na realną gospodarkę, której kondycji każdy kraj broni jak niepodległości.

Dlatego w ciągu ostatnich 20 lat mieliśmy do czynienia ze swoistym rozdwojeniem jaźni: emisje CO2 rosły, a tymczasem IPCC publikowała kolejne raporty ostrzegające przed nimi. W trzecim raporcie z 2001 r. naukowcy potwierdzili, że w XX w. temperatury na Ziemi podniosły się o około 0,6ºC, przy czym najszybciej w czterech ostatnich dekadach XX w., do czego – jak twierdzili – przyczynił się głównie człowiek. Projekcje przyszłej temperatury na globie, przeprowadzone dzięki nowszym modelom, mówiły o wzroście o 1,4–5,8ºC do końca XXI w., w zależności od przyjętego scenariusza rozwoju ekonomicznego świata. Poziom mórz miałby się podnieść o 0,1–0,9 m.

Wojny klimatyczne

Nie dosyć, że niewielu wzięło sobie do serca przestrogi badaczy z IPCC, to jeszcze oni sami znaleźli się pod ostrzałem. Im bardziej przekonywali do swoich racji, tym silniejszy napotykali opór ze strony sceptyków. Najbardziej radykalni wśród nich twierdzą, że klimat na Ziemi w ogóle się nie ociepla. Najczęściej jednak sceptycy dowodzą, że temperatury rosną nie za sprawą człowieka, lecz w wyniku naturalnych wahań klimatu albo większej aktywności Słońca w XX w. w porównaniu z poprzednim stuleciem.

Apogeum wojny klimatycznej przypadło na drugą połowę zeszłej dekady. Punktem zapalnym było opublikowanie w 2007 r. czwartego raportu IPCC, w którym padły wyjątkowo mocne stwierdzenia: klimat ziemski szybko się ociepla, winien temu jest człowiek i trendu nie da się już zatrzymać, bo w powietrzu jest mnóstwo CO2. Dlatego w najlepszym ze scenariuszy temperatury na koniec XXI w. będą wyższe o 1,4–2,8ºC, w najgorszym o 3,5–5,8ºC w porównaniu z erą przedindustrialną. Za najbardziej prawdopodobny naukowcy uznali wzrost o 3ºC. Jednym słowem, za 100 lat będziemy mieli na Ziemi pliocen – brzmiał ich wyrok.

Trzy dni po ogłoszeniu tamtego raportu przyszła riposta. Kilkudziesięciu naukowców, wśród których była jednak tylko garstka klimatologów i badaczy atmosfery, ogłosiło, że IPCC jest w błędzie, ponieważ nie ma przekonujących dowodów na ocieplenie klimatu. Twierdzili, że dane satelitarne nie potwierdzają wzrostu temperatur na globie, a w przyrodzie planety nie zachodzą żadne niepokojące zmiany rzekomo wywołane ociepleniem. Dowodzili nawet, że w latach 90. XX w. lód na Morzu Arktycznym przestał się kurczyć. Wszystko opisali w obszernej publikacji. Wkrótce się okazało, że jej wydanie sfinansował Heartland Institute, libertariański think tank z Chicago. Jego prezes Joseph Bast tak komentował ukazanie się czwartego raportu IPCC: „Wojna z ekstremizmem globalnego ocieplenia jest naszym nakazem. Trzeba zatrzymać ten marsz radykalnych obrońców środowiska i liberalnych lewaków”.

W wydanej dwa lata temu w Londynie książce „Climate Change and Society” socjolodzy Riley Dunlap z Oklahoma State University i Aaron McCright z Michigan State University twierdzą, że sceptycyzm klimatyczny narodził się po prawej stronie sceny politycznej na początku lat 90. jako reakcja na rozpowszechnianie się ruchów ekologicznych. Dlatego od początku był silnie zideologizowany. Aktywiści ekologiczni stali się po upadku komunizmu głównymi wrogami konserwatywnych obrońców wolnego rynku. W miejsce czerwonego zagrożenia pojawiło się zielone. Zgrabnie ujął to „Forbes”, organ środowiskowych sceptyków, w komentarzu redakcyjnym z 1989 r.: „Marksizm przegrał z wolnym rynkiem, lecz teraz zieloni za pomocą efektu cieplarnianego mają zamiar znów przemalować światową gospodarkę na czerwono i zastopować jej ekspansję”.

W boju o tak fundamentalne wartości jak przetrwanie wolnego świata i kapitalizmu cel może uświęcać środki. Stąd wywieszenie w zeszłym roku przez Heartland Institute wielkich billboardów zrównujących osoby akceptujące ustalenia klimatologów z IPCC z masowymi mordercami. Stąd afera „Climategate” w 2009 r. – wykradzenie i opublikowanie osobistych e-maili należących do znanych badaczy klimatu, a następnie nakręcenie wobec nich spirali pomówień. Jedną z ofiar tamtego skandalu był wybitny paleoklimatolog Michael Mann z Pennsylvania State University w Filadelfii. Niedawno wydał książkę „The Hockey Stick and the Climate Wars”. Pisze w niej z nostalgią: „Dawniej badania klimatu nie miały nic wspólnego z polityką. Dziś są nią przesiąknięte. A przecież kurczący się lód nie ma porządku obrad. Nie obchodzą go twoje poglądy. Lód się po prostu cofa, tak jak morza się podnoszą. I nie czynią tego z powodów politycznych. Jednak to, co my z tym faktem robimy, ma już znaczenie polityczne”.