człowiek
Autor: Jerzy Besala | dodano: 2013-10-24
Szaleni posłowie

Fot. Wikipedia

Liczba ogarniętych obłędem szlachciców, posłów sejmikowych i sejmowych Rzeczypospolitej na ogół nie odbiegała od europejskiej średniej. Może z wyjątkiem XVIII w.

Podczas konfederacji barskiej 1768 r. francuski myśliciel Gabriel Bonnot de Mably zastanawiał się nad zreformowaniem ustroju Polski. Napisane przezeń „Rękopisy, Narady nad sprawami Polski” i inne dzieła odkryte przez Jerzego Michalskiego w Archiwum Głównych Akt Dawnych były i nadal są cennym źródłem dla chcących poznać myśl teoretyczną oświecenia. Można z nich też się dowiedzieć, jak Polskę postrzegali inni.

Ks. Mably wierzył, że jego przemyślenia wpłyną na uzdrowienie ustroju Rzeczypospolitej. Jednakże teorie te rozwiały się jak dym, gdy na zaproszenie Michała Wielhorskiego Mably przybył w 1776 r. na Wołyń. Podczas podróży przez ziemie polskie nade wszystko uderzyły go plica polonica: kołtuny pleniące się na głowach. W dobie „epoki rozumu” de Mably zwracał szczególną uwagę właśnie na głowy, które „w Polsce są częściej dotknięte i bardziej narażone na różne choroby niż inne części ciała”. Myśliciel zauważył też, że nigdzie nie widział ludzi z takimi guzami, naroślami, obrzmieniami, cierpiących na ataki epilepsji i dziwne zawroty głowy. Wtedy „tracą wszelkie zmysły, przestają widzieć, nic nie słyszą, biegają, wydają przenikliwe krzyki albo przeraźliwie wyją”.

Czy był to jedynie wynik nadużywania gorzałki? – zastanawiał się.  Doszedł zapewne do wniosku, że nie tylko, bowiem szybko połączył zachowania Polaków z polityką. Cóż z tego, skoro „polityka nie będzie szczęśliwsza w tych kuracjach niż medycyna”, dodawał zrezygnowany, gdyż i on, niegdyś wielki sympatyk „rzymskiej” Rzeczypospolitej polskiej i litewskiej z jej wolnościami, nie był w stanie wyleczyć jej, jak sądził, z anarchii. Leczenie tych ludzi i ustroju sięga bowiem „poza granice racjonalności”, dowodził.

Poglądom Mably’ego i wielu innym, podobnym, towarzyszyło urabianie opinii europejskiej przez Woltera i encyklopedystów francuskich kupionych przez carycę Katarzynę II i pruskiego króla Fryderyka II. W liście z 14 sierpnia 1771 r. caryca pisała do Woltera, że tylko nad Wisłą „każda głowa jest wirem, który kręci się bez przerwy, a jeśli się zatrzymuje, to tylko przez przypadek, nigdy dzięki mądrości czy właściwemu osądowi”. Nie inaczej widział Polaków pruski Fryderyk II, nazywając szlachtę „Irokezami północy”, czyli ogłupiałymi dzikusami. Co gorsza, obraz patologicznej Rzeczypospolitej poprzez „Encyklopedię” d’Alemberta i Diderota wypłynął w świat i zaczął żyć swoim życiem. Polska stała się w oczach opinii publicznej negatywnym wzorcem kraju anarchicznych, brudnych głupków, poddanych „króla Ubu” (nazwa stworzona pod koniec XIX w. przez Alfreda Jarry’ego), co ułatwiło robotę rozbiorową, a potem dławienie powstań przez zaborców. 

Posłowie zaburzeni

Czy jednak rzeczywiście Rzeczpospolita szlachecka była krajem anarchizujących głupców i szaleńców, jak chcieli to widzieć jej przeciwnicy? Czy raczej przyprawiono Polakom krzywdzącą „gębę”? Obłęd nigdy nie rodził się i nie żył w próżni, gdyż zawsze miał pożywkę w ustrojach i środowiskach społecznych. Za rdzennie polską paranoję można uznać sztywne przestrzeganie złotej wolności szlacheckiej i związaną z tym maniakalną obawę herbowych, że stale dybią na nią podstępne siły. Z jednej strony było to pozytywne zjawisko, z drugiej rodziło sztywne postawy, niepodatne na reformy. Trzeba jednak przyznać, że w czasach Jagiellonów wysoka świadomość polityczna szlachty i dyscyplina społeczna herbowych sprawiały, że wariatów aspirujących do roli posłów wykluczano już na etapie sejmików. Parlamentarzyści walczyli głównie o egzekucję prawa, czyli jego przestrzeganie, a nie gadali bez sensu. Inna sprawa, że niektóre mowy zaczynały się „od stworzenia świata” i zdawały się nie mieć końca, co stało się polską przywarą.

Po ucieczce Henryka Walezego w grudniu 1574 r. na warszawskim zamku zebrała się szlachta mazowiecka, by radzić nad powstrzymaniem „najazdów i zabijania”. W efekcie tych „rozmów idiotae”, jak określał mazowieckich herbowych Bartosz Paprocki, „było wielkie krwie rozlanie w zamku, w izbie radnej, gdzie się schadzali i było kilkaset mieczów dobytych”, skarżyła się Anna Jagielonka 19 grudnia. Tym samym zdawało potwierdzać się przekonanie panujące w Polsce, że szlachta mazowiecka jest najgłupsza i najciemniejsza w kraju. A tamże, w Warszawie, zaczęła się odbywać większość sejmów…

Autor „Pamiętnika” obejmującego lata 1632–1656 – kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł – działający na forum sejmowym, po latach doświadczeń nie miał złudzeń, czym jest życie ministra i senatora pośród ludzi nie zawsze zdrowych na umyśle. „Silnie i często rzucani mroźnymi wichrami zawiści, niekiedy bez jakiejkolwiek nagrody za zasługi, a nawet otrzymując ukąszenia powszechnej niewdzięczności, późno udają się na spoczynek, spożywają posiłki w niezgodzie ze wskazaniami zegara ich żołądka, i to zakłócane odwiedzinami nie w porę”.

Kanclerz niekiedy musiał wysłuchiwać osób z emocjonalnymi zaburzeniami, jakich nie brakowało na sejmach czy wśród dygnitarzy kościelnych. Świadczył o tym np. przypadek biskupa kujawskiego Andrzeja Lipskiego, który pomimo wielkich zdolności nie cieszył się względami z powodu „gorących i popędliwych afektów”. Miał dar do zrażania sobie ludzi i łatwo zgrzytał zębami: na sejmie 1627 r. gadał długo „i z wielkim afektem, nogami w ziemię bijąc”, więc mu Izba Poselska w końcu odebrała głos. Wtedy rzucił kartki na podłogi, siadł i „jako Lucyfer na łańcuchu miotał się [...] wzruszonej nie mogąc ugasić cholery”.

Inna osobistość, marszałek wielki litewski Jan Stanisław Sapieha, pomimo niepokojących objawów umysłowych, 25 czerwca 1633 r. został obrany przez deputatów trybunalskich „przełożonym dyrektorem”. Po czym, jak zauważył kanclerz wielki litewski Albrycht S. Radziwiłł, wygłosił mowę powitalną Władysława IV „uciesznym sposobem”: „w niepamięć poszedł w jego mowie król, jego przybycie, godność i dostojeństwo”.

Nieco mniej uciesznie sprawy się miały 28 czerwca 1633 r., gdy Sapieha zaprosił wszystkich na ucztę. Przygotował się tak, że „żadnego porządku nie było… jedzenia tak skąpo, że żołądek bardziej kpiną niż potrawą napełniał. Marszałek w prawdziwym szaleństwie, na które cierpiał, groził, że teraz nadszedł czas, by podłożyć proch strzelniczy, bo to będzie zabawa, gdy otworzy się tyle wakancji, jeśli okaleczeni pofruniemy bez skrzydeł”.

Po zbadaniu okazało się, że rzeczywiście pod podłogą „były złożone dwie beczki prochu. Uznaliśmy, że na przyszłość lepiej nie brać udziału w takich tragicznych przyjęciach”, pisał kanclerz litewski.

Złota wolność

Najgorsze jednak miało nastąpić od drugiej połowy XVII w., kiedy to uznano liberum veto za obowiązujące prawo. Rozpoczął się kryzys polskiego parlamentaryzmu, a wraz z tym pojawiły się objawy zbiorowego obłędu w imię uszanowania coraz bardziej anarchicznej wolności pod szyldem legalizmu. Plagą obrad sejmowych stało się nie tylko zrywanie sejmów, ale i pijaństwo. W diariuszach np. w 1668 czy 1672 r. co rusz czytamy, że znaczna część posłów jest pijana, szczególnie za czasów Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Nie tylko sejm, ale i konfederacje stawały się instytucjami na wpół przytomnych ludzi.

Skąd się brali ci „pasjonaci”, których współcześnie psychiatria zakwalifikowałaby jako maniaków i paranoików? Prawdopodobnie wzięli się z wyrodzonej w anarchię idei wolności. Indywidualizm szlachecki wraz z kryzysem państwa w XVIII w. dostarczał socjopatycznych osobników z herbami, którzy uważali się – sądząc z zachowanych protestów, mów, zachowań itd. – za pępek Polski. Na dodatek wszystko to działo się na oczach świata w myśl szlacheckiej antymakiawelicznej zasady, że w kwestiach politycznych (w tym polityki zagranicznej) nie może być nic tajnego.

Zasiadali więc gdzie się dało arbitrzy, obserwatorzy, obcy agenci, a w drzwiach stawała pijana służba złośliwie komentująca wypowiedzi, skłonna do bijatyki i polewania posłów tryskającym piwem. Dla niektórych obrady sejmowe często stawały się komicznym spektaklem, więc z ochotą zajmowali wszystkie wolne miejsca (w 1668 r. zdarzyło się nawet, że pod ciężarem widzów zapadł się z hukiem stojący w sali piec). Wobec niewydolności sejmu już w czasach Michała Korybuta i Jana III Sobieskiego ustrój zaczął opierać się na zawiązywanych konfederacjach, gdzie obowiązywała większość głosów. Rzecz w tym, że „przeciwko konfederacji dążącej do naprawy Rzpltej stanąć mogła i stawała druga konfederacja, która w dobrej wierze, ale i szkodliwym obłędzie za utrzymaniem złotej wolności i potwornych praw, gotowa była przemawiać i walczyć”, pisał dobitnie w XIX w. historyk Michał Bobrzyński. 

„Polski bałagan”

W XVIII w. coś, co było zaburzeniem psychopatycznym jednostek, zaczęło przenosić się wyraźnie na ustrój Polski. Chory system wolnościowy premiował ludzi rozchwianych emocjonalnie czy nawet psychicznie: działać „pro publico bono” oznaczało strzec złotej wolności, nawet gdy niepodległość kraju była zagrożona. Szlachta była przekonana, że najważniejszy jest legalizm, czyli twarde trzymanie się prawa, nawet gdy to prawo działało przeciw interesom państwa. Pijane postaci na sejmikach i sejmach przeplatały się z uciesznymi, które robiły sobie cyrk z parlamentu. W 1748 r. poseł Michał Dylewski zastopował obrady w akcie protestu, że go „pijarowie przez nieświadomość w kalendarzyku politycznym posłem nie wydrukowali”. Ów stolnik smoleński uchodził wśród posłów za sejmowego komedianta, który atakował i Żydów, i protestantów, i jezuitów naraz. Na tymże sejmie 1748 r. Dylewski opowiadał, że widział wśród arbitrów Żyda, „który musiał czarować, bo odtąd nie ma żadnego postępu w obradach”.

Mimo że były to wyjątki, wywołujące wybuchy śmiechu, to dowodziły, w jak niebezpieczną przepaść stacza się parlament polski opętany maniami anarchizującej wolności i legalizmu. W takich warunkach niewiele było miejsca na prawdziwie gruntowne reformy: nie pomogły nawet próby przełamania kryzysu ustrojowego Rzeczypospolitej przez Wettynów. 

Nic dziwnego, że po okresie zachwytu lub co najmniej sympatii Jeana Bodina, Paula Paruta czy Williama Bruce’a wobec polskiego parlamentaryzmu i polskiej szlachty strzegącej swych praw, obraz polskich sejmów i posłów zmieniał się diametralnie. Poseł angielski w Warszawie George Woodward pisał do przyjaciela o sejmie 1729 r.: „W zasadzie nie powinno nazywać się tego Parlamentem, bo nie ma szansy być nim naprawdę. Cieszę się, że mogłem oglądać ten bałagan, bowiem myślę, że na całym świecie nie ma niczego podobnego”.

Choroba biskupa

W końcu doszło do tego, że tylko ludzie noszący w sobie iskrę szaleństwa mogli przeciwstawić się zaborcom. Bogaty biskup krakowski Kajetan Sołtyk za panowania Wettynów był najpierw rozrzutnym duchownym nieprzestrzegającym postów, wydającym cotygodniowe obiady, utrzymującym koncertującą kapelę, trupę teatralną i pięciusetosobową gwardię. Podobno część jego bogactwa pochodziła z szantażowania gminy żydowskiej. Lawirując na scenie politycznej, za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego w pewnym momencie Sołtyk zaprotestował przeciw obecności wojsk rosyjskich w Polsce, po czym został uprowadzony w październiku 1767 r. na polecenie wszechwładnego ambasadora rosyjskiego Nikołaja Repnina i osadzony w Smoleńsku, a potem w Kałudze.

Pięć lat odosobnienia oraz powitanie biskupa w Warszawie jak męczennika (rozdawał wtedy własnoręcznie wydziergane na drutach czapeczki i rękawiczki) wywarły znaczny wpływ na jego osobowość. Z podejrzaną aktywnością włączył się do życia politycznego, co wyrażało się, jak pisze Maria Czeppe, tym, że „obrażał wiele osób”. Jego idée fixe stała się wiara we własne wpływy i przekonanie, że państwa europejskie staną w obronie Rzeczypospolitej.

Tymczasem zachowanie biskupa stawało się coraz dziwaczniejsze: przestał być dyskretny i np. 1 kwietnia 1773 r. porzucił znienacka wesoło bawiących się biesiadników w swoim pałacu w Warszawie, by oddać się żarliwej modlitwie, czego dotąd nie czynił. Te „ekstrawagancje” były jednak na rękę okupantom, którzy obawiali się, że Sołtyk zacznie nawoływać do oporu przeciw wojskom zaborców. Korzystając z okazji, następnego dnia władzy pruskie obwieściły o szaleństwie biskupa krakowskiego.

I miały rację, gdyż Sołtyk coraz widoczniej ulegał naprzemiennie fazom depresyjnym i maniakalnym – katolickiego pobożnisia bądź miłośnika hucznych balów i koncertów. Na dodatek podczas wizyt duszpasterskich publicznie lżył członków kapituły. Prałaci i kanonicy krakowscy uznali, iż 29 stycznia 1782 r. biskup „postradał zmysły”, po czym w lutym wysłali doń list z wezwaniem, by poddał się leczeniu. Wierni stanęli za biskupem, doszło do zamieszek w Krakowie, włącznie z użyciem siły przez kanoników i wreszcie ustanowiono kuratorów, którzy mieli opiekować się Sołtykiem w Kielcach.

„Zmienny, lecz pogarszający się stan jego zdrowia, nie budził już wątpliwości co do choroby psychicznej dziś zaliczanej do kręgu cyklofrenii, tj. psychozy maniakalno-depresyjnej”, sądzi M. Czeppe. Oczywiście jego ograniczenie opozycjoniści uznali za wynik kreciej działalności rządu i króla, a nie wynik choroby umysłowej biskupa. Doszło do gorszących sporów, które przerwała śmierć Sołtyka w lipcu 1788 r.

Różne manie i paranoje

W owych czasach znany i podziwiany stał się również czyn posła ziemi nowogródzkiej Tadeusza Reytana na sejmie porozbiorowym. Najpierw 19 kwietnia 1773 r. wyrwał laskę marszałkowską i usiadł na taborecie sprzedajnego Adama Ponińskiego, a następnie zatarasował przejście własnym ciałem, wołając, by deptali go, skoro nie chcą ratować umiłowanej Ojczyzny.

Czyn Reytana i jego dwóch kolegów podziwiali nawet generałowie pruscy i rosyjscy. Ale już wtedy zauważano nienaturalną nerwowość posła, łatwo rwącego się do szabli. Po Warszawie chadzał w towarzystwie pruskich huzarów, co wedle króla dowodziło jego rozstroju psychicznego. Dwa lata po sejmie wrócił w rodzinne pielesze (19 marca 1775 r.), gdzie popadł w obłęd i został wywieziony przez braci do zakratowanego domku w Hruszówce. Tam 8 sierpnia 1780 r. popełnił samobójstwo, pokaleczywszy się szkłem. Były to już czasy, gdy w opozycji do obrońców „złotej wolności” i własnych interesów rodziła się w Polsce i na Litwie wspólnota ludzi mądrych, oświeconych. To oni mieli doprowadzić do Konstytucji 3 maja 1791 r.

Wbrew pozorom Rzeczpospolita z sejmem, posłami i władcami nie była wyjątkiem w dziedzinie zbiorowych paranoi. Niemiecki pastor Heiko Oberman zajmujący się osobą Marcina Lutra napisał, że gdyby współcześnie poddać Lutra analizie psychiatrycznej, „wynik orzeczenia psychologicznego byłby przekonujący: paranoia reformatica”. Od XVI w. Niemcy zostały zalane falą luterskich pism głoszących konieczność „porządnego życia w czystym Słowie Bożym”. Na samodzielnym studiowaniu Biblii zrodzi się Heglowski idealizm i Kantowski ideał porządku z wiadomymi konsekwencjami dla świata. Zorganizowane Niemcy zaczną robić Ordnung, czyli porządek, na własną modłę, wywołując dwie wojny światowe. Zbiorową psychozą nazwał też angielski autor Christopher Hill rewolucję angielską w 1647 r. W osobowości przywódcy Oliviera Cromwella „zauważamy pewne cechy związane z psychozą maniakalno-depresyjną”, dowodził Hill. Maniakalnym rewolucjonistą byli Saint-Just i Maksymilian Robespierre; ten pierwszy sugerował, że należy zamieścić w konstytucji artykuł o karze gilotynowania tych, którzy nie mają przyjaciół. Tym samym mimowolnie skazywał Robespierre’a, który był mizantropem. Gorzej, że wszyscy oni stosowali terror, by wprowadzić porządek społeczny wedle własnego pomysłu. Po czym nieodmiennie sami kończyli tragicznie. Rewolucja pożerała własne dzieci.

Na tym tle polscy władcy i posłowie rysują się korzystnie. Liczba szaleńców nie przekroczyła normy, może poza krytycznym wiekiem XVIII. Mimo to zawsze trzeba patrzeć i słuchać polityków o paranoicznych skłonnościach, których słowa oddychają nienawiścią, podejrzliwością i przekonaniem o „jedynie słusznej racji”.

Nim nie przysporzą Polsce potężnych kłopotów.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 11/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1866 r. według obliczeń Pluton osiągnął aphelium swojej orbity. Następne takie zdarzenie będzie miało miejsce w sierpniu 2113 roku.
Warto przeczytać
Sądzisz, że świadomie kierujesz swoim życiem, podejmujesz racjonalne decyzje i z rozwagą kształtujesz swoje relacje z innymi? Jeśli tak, jesteś w błędzie. Słynny naukowiec, Leonard Mlodinow odkrywa przed czytelnikami zaskakujące i egzotyczne siły działające pod powierzchnią naszych umysłów

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Jerzy Besala | dodano: 2013-10-24
Szaleni posłowie

Fot. Wikipedia

Liczba ogarniętych obłędem szlachciców, posłów sejmikowych i sejmowych Rzeczypospolitej na ogół nie odbiegała od europejskiej średniej. Może z wyjątkiem XVIII w.

Podczas konfederacji barskiej 1768 r. francuski myśliciel Gabriel Bonnot de Mably zastanawiał się nad zreformowaniem ustroju Polski. Napisane przezeń „Rękopisy, Narady nad sprawami Polski” i inne dzieła odkryte przez Jerzego Michalskiego w Archiwum Głównych Akt Dawnych były i nadal są cennym źródłem dla chcących poznać myśl teoretyczną oświecenia. Można z nich też się dowiedzieć, jak Polskę postrzegali inni.

Ks. Mably wierzył, że jego przemyślenia wpłyną na uzdrowienie ustroju Rzeczypospolitej. Jednakże teorie te rozwiały się jak dym, gdy na zaproszenie Michała Wielhorskiego Mably przybył w 1776 r. na Wołyń. Podczas podróży przez ziemie polskie nade wszystko uderzyły go plica polonica: kołtuny pleniące się na głowach. W dobie „epoki rozumu” de Mably zwracał szczególną uwagę właśnie na głowy, które „w Polsce są częściej dotknięte i bardziej narażone na różne choroby niż inne części ciała”. Myśliciel zauważył też, że nigdzie nie widział ludzi z takimi guzami, naroślami, obrzmieniami, cierpiących na ataki epilepsji i dziwne zawroty głowy. Wtedy „tracą wszelkie zmysły, przestają widzieć, nic nie słyszą, biegają, wydają przenikliwe krzyki albo przeraźliwie wyją”.

Czy był to jedynie wynik nadużywania gorzałki? – zastanawiał się.  Doszedł zapewne do wniosku, że nie tylko, bowiem szybko połączył zachowania Polaków z polityką. Cóż z tego, skoro „polityka nie będzie szczęśliwsza w tych kuracjach niż medycyna”, dodawał zrezygnowany, gdyż i on, niegdyś wielki sympatyk „rzymskiej” Rzeczypospolitej polskiej i litewskiej z jej wolnościami, nie był w stanie wyleczyć jej, jak sądził, z anarchii. Leczenie tych ludzi i ustroju sięga bowiem „poza granice racjonalności”, dowodził.

Poglądom Mably’ego i wielu innym, podobnym, towarzyszyło urabianie opinii europejskiej przez Woltera i encyklopedystów francuskich kupionych przez carycę Katarzynę II i pruskiego króla Fryderyka II. W liście z 14 sierpnia 1771 r. caryca pisała do Woltera, że tylko nad Wisłą „każda głowa jest wirem, który kręci się bez przerwy, a jeśli się zatrzymuje, to tylko przez przypadek, nigdy dzięki mądrości czy właściwemu osądowi”. Nie inaczej widział Polaków pruski Fryderyk II, nazywając szlachtę „Irokezami północy”, czyli ogłupiałymi dzikusami. Co gorsza, obraz patologicznej Rzeczypospolitej poprzez „Encyklopedię” d’Alemberta i Diderota wypłynął w świat i zaczął żyć swoim życiem. Polska stała się w oczach opinii publicznej negatywnym wzorcem kraju anarchicznych, brudnych głupków, poddanych „króla Ubu” (nazwa stworzona pod koniec XIX w. przez Alfreda Jarry’ego), co ułatwiło robotę rozbiorową, a potem dławienie powstań przez zaborców. 

Posłowie zaburzeni

Czy jednak rzeczywiście Rzeczpospolita szlachecka była krajem anarchizujących głupców i szaleńców, jak chcieli to widzieć jej przeciwnicy? Czy raczej przyprawiono Polakom krzywdzącą „gębę”? Obłęd nigdy nie rodził się i nie żył w próżni, gdyż zawsze miał pożywkę w ustrojach i środowiskach społecznych. Za rdzennie polską paranoję można uznać sztywne przestrzeganie złotej wolności szlacheckiej i związaną z tym maniakalną obawę herbowych, że stale dybią na nią podstępne siły. Z jednej strony było to pozytywne zjawisko, z drugiej rodziło sztywne postawy, niepodatne na reformy. Trzeba jednak przyznać, że w czasach Jagiellonów wysoka świadomość polityczna szlachty i dyscyplina społeczna herbowych sprawiały, że wariatów aspirujących do roli posłów wykluczano już na etapie sejmików. Parlamentarzyści walczyli głównie o egzekucję prawa, czyli jego przestrzeganie, a nie gadali bez sensu. Inna sprawa, że niektóre mowy zaczynały się „od stworzenia świata” i zdawały się nie mieć końca, co stało się polską przywarą.

Po ucieczce Henryka Walezego w grudniu 1574 r. na warszawskim zamku zebrała się szlachta mazowiecka, by radzić nad powstrzymaniem „najazdów i zabijania”. W efekcie tych „rozmów idiotae”, jak określał mazowieckich herbowych Bartosz Paprocki, „było wielkie krwie rozlanie w zamku, w izbie radnej, gdzie się schadzali i było kilkaset mieczów dobytych”, skarżyła się Anna Jagielonka 19 grudnia. Tym samym zdawało potwierdzać się przekonanie panujące w Polsce, że szlachta mazowiecka jest najgłupsza i najciemniejsza w kraju. A tamże, w Warszawie, zaczęła się odbywać większość sejmów…

Autor „Pamiętnika” obejmującego lata 1632–1656 – kanclerz wielki litewski Albrycht Stanisław Radziwiłł – działający na forum sejmowym, po latach doświadczeń nie miał złudzeń, czym jest życie ministra i senatora pośród ludzi nie zawsze zdrowych na umyśle. „Silnie i często rzucani mroźnymi wichrami zawiści, niekiedy bez jakiejkolwiek nagrody za zasługi, a nawet otrzymując ukąszenia powszechnej niewdzięczności, późno udają się na spoczynek, spożywają posiłki w niezgodzie ze wskazaniami zegara ich żołądka, i to zakłócane odwiedzinami nie w porę”.

Kanclerz niekiedy musiał wysłuchiwać osób z emocjonalnymi zaburzeniami, jakich nie brakowało na sejmach czy wśród dygnitarzy kościelnych. Świadczył o tym np. przypadek biskupa kujawskiego Andrzeja Lipskiego, który pomimo wielkich zdolności nie cieszył się względami z powodu „gorących i popędliwych afektów”. Miał dar do zrażania sobie ludzi i łatwo zgrzytał zębami: na sejmie 1627 r. gadał długo „i z wielkim afektem, nogami w ziemię bijąc”, więc mu Izba Poselska w końcu odebrała głos. Wtedy rzucił kartki na podłogi, siadł i „jako Lucyfer na łańcuchu miotał się [...] wzruszonej nie mogąc ugasić cholery”.

Inna osobistość, marszałek wielki litewski Jan Stanisław Sapieha, pomimo niepokojących objawów umysłowych, 25 czerwca 1633 r. został obrany przez deputatów trybunalskich „przełożonym dyrektorem”. Po czym, jak zauważył kanclerz wielki litewski Albrycht S. Radziwiłł, wygłosił mowę powitalną Władysława IV „uciesznym sposobem”: „w niepamięć poszedł w jego mowie król, jego przybycie, godność i dostojeństwo”.

Nieco mniej uciesznie sprawy się miały 28 czerwca 1633 r., gdy Sapieha zaprosił wszystkich na ucztę. Przygotował się tak, że „żadnego porządku nie było… jedzenia tak skąpo, że żołądek bardziej kpiną niż potrawą napełniał. Marszałek w prawdziwym szaleństwie, na które cierpiał, groził, że teraz nadszedł czas, by podłożyć proch strzelniczy, bo to będzie zabawa, gdy otworzy się tyle wakancji, jeśli okaleczeni pofruniemy bez skrzydeł”.

Po zbadaniu okazało się, że rzeczywiście pod podłogą „były złożone dwie beczki prochu. Uznaliśmy, że na przyszłość lepiej nie brać udziału w takich tragicznych przyjęciach”, pisał kanclerz litewski.

Złota wolność

Najgorsze jednak miało nastąpić od drugiej połowy XVII w., kiedy to uznano liberum veto za obowiązujące prawo. Rozpoczął się kryzys polskiego parlamentaryzmu, a wraz z tym pojawiły się objawy zbiorowego obłędu w imię uszanowania coraz bardziej anarchicznej wolności pod szyldem legalizmu. Plagą obrad sejmowych stało się nie tylko zrywanie sejmów, ale i pijaństwo. W diariuszach np. w 1668 czy 1672 r. co rusz czytamy, że znaczna część posłów jest pijana, szczególnie za czasów Michała Korybuta Wiśniowieckiego. Nie tylko sejm, ale i konfederacje stawały się instytucjami na wpół przytomnych ludzi.

Skąd się brali ci „pasjonaci”, których współcześnie psychiatria zakwalifikowałaby jako maniaków i paranoików? Prawdopodobnie wzięli się z wyrodzonej w anarchię idei wolności. Indywidualizm szlachecki wraz z kryzysem państwa w XVIII w. dostarczał socjopatycznych osobników z herbami, którzy uważali się – sądząc z zachowanych protestów, mów, zachowań itd. – za pępek Polski. Na dodatek wszystko to działo się na oczach świata w myśl szlacheckiej antymakiawelicznej zasady, że w kwestiach politycznych (w tym polityki zagranicznej) nie może być nic tajnego.

Zasiadali więc gdzie się dało arbitrzy, obserwatorzy, obcy agenci, a w drzwiach stawała pijana służba złośliwie komentująca wypowiedzi, skłonna do bijatyki i polewania posłów tryskającym piwem. Dla niektórych obrady sejmowe często stawały się komicznym spektaklem, więc z ochotą zajmowali wszystkie wolne miejsca (w 1668 r. zdarzyło się nawet, że pod ciężarem widzów zapadł się z hukiem stojący w sali piec). Wobec niewydolności sejmu już w czasach Michała Korybuta i Jana III Sobieskiego ustrój zaczął opierać się na zawiązywanych konfederacjach, gdzie obowiązywała większość głosów. Rzecz w tym, że „przeciwko konfederacji dążącej do naprawy Rzpltej stanąć mogła i stawała druga konfederacja, która w dobrej wierze, ale i szkodliwym obłędzie za utrzymaniem złotej wolności i potwornych praw, gotowa była przemawiać i walczyć”, pisał dobitnie w XIX w. historyk Michał Bobrzyński. 

„Polski bałagan”

W XVIII w. coś, co było zaburzeniem psychopatycznym jednostek, zaczęło przenosić się wyraźnie na ustrój Polski. Chory system wolnościowy premiował ludzi rozchwianych emocjonalnie czy nawet psychicznie: działać „pro publico bono” oznaczało strzec złotej wolności, nawet gdy niepodległość kraju była zagrożona. Szlachta była przekonana, że najważniejszy jest legalizm, czyli twarde trzymanie się prawa, nawet gdy to prawo działało przeciw interesom państwa. Pijane postaci na sejmikach i sejmach przeplatały się z uciesznymi, które robiły sobie cyrk z parlamentu. W 1748 r. poseł Michał Dylewski zastopował obrady w akcie protestu, że go „pijarowie przez nieświadomość w kalendarzyku politycznym posłem nie wydrukowali”. Ów stolnik smoleński uchodził wśród posłów za sejmowego komedianta, który atakował i Żydów, i protestantów, i jezuitów naraz. Na tymże sejmie 1748 r. Dylewski opowiadał, że widział wśród arbitrów Żyda, „który musiał czarować, bo odtąd nie ma żadnego postępu w obradach”.

Mimo że były to wyjątki, wywołujące wybuchy śmiechu, to dowodziły, w jak niebezpieczną przepaść stacza się parlament polski opętany maniami anarchizującej wolności i legalizmu. W takich warunkach niewiele było miejsca na prawdziwie gruntowne reformy: nie pomogły nawet próby przełamania kryzysu ustrojowego Rzeczypospolitej przez Wettynów. 

Nic dziwnego, że po okresie zachwytu lub co najmniej sympatii Jeana Bodina, Paula Paruta czy Williama Bruce’a wobec polskiego parlamentaryzmu i polskiej szlachty strzegącej swych praw, obraz polskich sejmów i posłów zmieniał się diametralnie. Poseł angielski w Warszawie George Woodward pisał do przyjaciela o sejmie 1729 r.: „W zasadzie nie powinno nazywać się tego Parlamentem, bo nie ma szansy być nim naprawdę. Cieszę się, że mogłem oglądać ten bałagan, bowiem myślę, że na całym świecie nie ma niczego podobnego”.

Choroba biskupa

W końcu doszło do tego, że tylko ludzie noszący w sobie iskrę szaleństwa mogli przeciwstawić się zaborcom. Bogaty biskup krakowski Kajetan Sołtyk za panowania Wettynów był najpierw rozrzutnym duchownym nieprzestrzegającym postów, wydającym cotygodniowe obiady, utrzymującym koncertującą kapelę, trupę teatralną i pięciusetosobową gwardię. Podobno część jego bogactwa pochodziła z szantażowania gminy żydowskiej. Lawirując na scenie politycznej, za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego w pewnym momencie Sołtyk zaprotestował przeciw obecności wojsk rosyjskich w Polsce, po czym został uprowadzony w październiku 1767 r. na polecenie wszechwładnego ambasadora rosyjskiego Nikołaja Repnina i osadzony w Smoleńsku, a potem w Kałudze.

Pięć lat odosobnienia oraz powitanie biskupa w Warszawie jak męczennika (rozdawał wtedy własnoręcznie wydziergane na drutach czapeczki i rękawiczki) wywarły znaczny wpływ na jego osobowość. Z podejrzaną aktywnością włączył się do życia politycznego, co wyrażało się, jak pisze Maria Czeppe, tym, że „obrażał wiele osób”. Jego idée fixe stała się wiara we własne wpływy i przekonanie, że państwa europejskie staną w obronie Rzeczypospolitej.

Tymczasem zachowanie biskupa stawało się coraz dziwaczniejsze: przestał być dyskretny i np. 1 kwietnia 1773 r. porzucił znienacka wesoło bawiących się biesiadników w swoim pałacu w Warszawie, by oddać się żarliwej modlitwie, czego dotąd nie czynił. Te „ekstrawagancje” były jednak na rękę okupantom, którzy obawiali się, że Sołtyk zacznie nawoływać do oporu przeciw wojskom zaborców. Korzystając z okazji, następnego dnia władzy pruskie obwieściły o szaleństwie biskupa krakowskiego.

I miały rację, gdyż Sołtyk coraz widoczniej ulegał naprzemiennie fazom depresyjnym i maniakalnym – katolickiego pobożnisia bądź miłośnika hucznych balów i koncertów. Na dodatek podczas wizyt duszpasterskich publicznie lżył członków kapituły. Prałaci i kanonicy krakowscy uznali, iż 29 stycznia 1782 r. biskup „postradał zmysły”, po czym w lutym wysłali doń list z wezwaniem, by poddał się leczeniu. Wierni stanęli za biskupem, doszło do zamieszek w Krakowie, włącznie z użyciem siły przez kanoników i wreszcie ustanowiono kuratorów, którzy mieli opiekować się Sołtykiem w Kielcach.

„Zmienny, lecz pogarszający się stan jego zdrowia, nie budził już wątpliwości co do choroby psychicznej dziś zaliczanej do kręgu cyklofrenii, tj. psychozy maniakalno-depresyjnej”, sądzi M. Czeppe. Oczywiście jego ograniczenie opozycjoniści uznali za wynik kreciej działalności rządu i króla, a nie wynik choroby umysłowej biskupa. Doszło do gorszących sporów, które przerwała śmierć Sołtyka w lipcu 1788 r.

Różne manie i paranoje

W owych czasach znany i podziwiany stał się również czyn posła ziemi nowogródzkiej Tadeusza Reytana na sejmie porozbiorowym. Najpierw 19 kwietnia 1773 r. wyrwał laskę marszałkowską i usiadł na taborecie sprzedajnego Adama Ponińskiego, a następnie zatarasował przejście własnym ciałem, wołając, by deptali go, skoro nie chcą ratować umiłowanej Ojczyzny.

Czyn Reytana i jego dwóch kolegów podziwiali nawet generałowie pruscy i rosyjscy. Ale już wtedy zauważano nienaturalną nerwowość posła, łatwo rwącego się do szabli. Po Warszawie chadzał w towarzystwie pruskich huzarów, co wedle króla dowodziło jego rozstroju psychicznego. Dwa lata po sejmie wrócił w rodzinne pielesze (19 marca 1775 r.), gdzie popadł w obłęd i został wywieziony przez braci do zakratowanego domku w Hruszówce. Tam 8 sierpnia 1780 r. popełnił samobójstwo, pokaleczywszy się szkłem. Były to już czasy, gdy w opozycji do obrońców „złotej wolności” i własnych interesów rodziła się w Polsce i na Litwie wspólnota ludzi mądrych, oświeconych. To oni mieli doprowadzić do Konstytucji 3 maja 1791 r.

Wbrew pozorom Rzeczpospolita z sejmem, posłami i władcami nie była wyjątkiem w dziedzinie zbiorowych paranoi. Niemiecki pastor Heiko Oberman zajmujący się osobą Marcina Lutra napisał, że gdyby współcześnie poddać Lutra analizie psychiatrycznej, „wynik orzeczenia psychologicznego byłby przekonujący: paranoia reformatica”. Od XVI w. Niemcy zostały zalane falą luterskich pism głoszących konieczność „porządnego życia w czystym Słowie Bożym”. Na samodzielnym studiowaniu Biblii zrodzi się Heglowski idealizm i Kantowski ideał porządku z wiadomymi konsekwencjami dla świata. Zorganizowane Niemcy zaczną robić Ordnung, czyli porządek, na własną modłę, wywołując dwie wojny światowe. Zbiorową psychozą nazwał też angielski autor Christopher Hill rewolucję angielską w 1647 r. W osobowości przywódcy Oliviera Cromwella „zauważamy pewne cechy związane z psychozą maniakalno-depresyjną”, dowodził Hill. Maniakalnym rewolucjonistą byli Saint-Just i Maksymilian Robespierre; ten pierwszy sugerował, że należy zamieścić w konstytucji artykuł o karze gilotynowania tych, którzy nie mają przyjaciół. Tym samym mimowolnie skazywał Robespierre’a, który był mizantropem. Gorzej, że wszyscy oni stosowali terror, by wprowadzić porządek społeczny wedle własnego pomysłu. Po czym nieodmiennie sami kończyli tragicznie. Rewolucja pożerała własne dzieci.

Na tym tle polscy władcy i posłowie rysują się korzystnie. Liczba szaleńców nie przekroczyła normy, może poza krytycznym wiekiem XVIII. Mimo to zawsze trzeba patrzeć i słuchać polityków o paranoicznych skłonnościach, których słowa oddychają nienawiścią, podejrzliwością i przekonaniem o „jedynie słusznej racji”.

Nim nie przysporzą Polsce potężnych kłopotów.