ziemia
Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2013-11-21
Bój się bólu lub giń

Fot. Indigo Images

Czy można wyobrazić sobie coś gorszego niż świat, w którym króluje ból i strach? Tak – świat, w którym nie ma bólu i strachu.

Spośród historii odkryć naukowych dzieje narodzin ewolucjonizmu i roli dwóch jego „ojców” – Darwina i Wallace’a – należą do najpiękniejszych i najbardziej poruszających. Powstawanie gatunków drogą doboru naturalnego – idea, która zrewolucjonizowała świat – narodziła się niezależnie w głowach dwóch uczonych, na przeciwległych krańcach świata, niemal jednocześnie. „To najlepsze streszczenie mojej teorii, jakie mógłbym sobie wyobrazić” – pisał Darwin ze zdumieniem, ale i niepokojem, po otrzymaniu od Wallace’a przesyłki z dalekich Malajów. Ci, którzy znają historię tej nadzwyczajnej koincydencji, słyszeli też zwykle, że – mimo ogromu podobieństw między obu „ojcami ewolucjonizmu” i łączącej ich przyjaźni – w jednej sprawie bardzo się poróżnili i nigdy nie doszli do porozumienia. Poszło o człowieka – o jego wyjątkowe cechy i umiejętności – i o rolę doboru naturalnego w ich powstaniu (Wallace uważał, że fenomenu człowieka nie da się zrozumieć bez odwołania do „wyższej siły duchowej”). Z czasem Darwin stawał się coraz bardziej przerażony nasilającym się mistycyzmem Wallace’a, pisał nawet do niego o „mordowaniu ich wspólnego dziecka” (idei doboru naturalnego); ten jednak nigdy nie zmienił poglądów.
Znacznie mniej znany – choć nie mniej ciekawy – jest drugi punkt sporu między obu uczonymi. Chodzi o problem bólu, strachu i cierpienia w przyrodzie, o którym Darwin i darwiniści pisali dużo i barwnie, a który Wallace wyraźnie minimalizował. Była to ważna sprawa, daleko wykraczająca poza czysto akademicką dyskusję nad znaczeniem i funkcją tych przykrych objawów naszej i zwierzęcej egzystencji. Najogólniej mówiąc, Darwin stale zwracał uwagę na powszechną walkę o byt w przyrodzie i wynikający z niej ogrom cierpienia, a Wallace – coraz bardziej przekonany o nadrzędności pierwiastka duchowego w historii życia – starał się wykazać, że może to być w dużej mierze złudzenie. W swej książce „Darwinizm” (1889, cytuję wg wyd. polskiego z 2008 r.) tak pisał na ten temat:

Dziś, kiedy wojna w przyrodzie została lepiej poznana, wielu autorów podkreśla wszechobecność okrucieństwa i bólu jako czegoś, co kłóci się z naszym poczuciem człowieczeństwa […] Jeden z błyskotliwych autorów [Winwood Reade, w książce „Martyrdom of Man”] tak pisał na ten temat: „Ból, nieszczęście, choroba i śmierć – czyż to są wynalazki miłosiernego Boga? Zwycięstwo każdego zwierzęcia okupione być musi tragedią innych istot – czyż tak ma wyglądać prawo ustanowione przez dobrotliwego Stwórcę? Powiadają, że ból ma swoje dobre strony, że masakra może być usprawiedliwiona. Ale czemuż tak to zostało ustanowione, że dobro rodzić się może tylko przez zło? Ból nie zaczyna mniej boleć tylko dlatego, że jest użyteczny; morderstwo nie przestaje być morderstwem, jeśli prowadzi do rozwoju. Na tych dłoniach jest krew i żadne pachnidła Arabii jej nie ukryją”. Nawet tak dociekliwy autor jak profesor Huxley przyjmuje podobną postawę. W artykule „The Struggle for Existence” („Walka o byt”) mówi o niezliczonych pokoleniach zwierząt roślinożernych, które „były rozrywane na strzępy i pożerane przez drapieżniki”; o mięsożercach i ich ofiarach „cierpiących pospołu z powodu wszelkich nieszczęść związanych ze starością, chorobami i nadmierną liczebnością” i o zwycięzcach, których męki nie ustępują wcale tym, jakie są udziałem zwyciężonych. I w zakończeniu pisze, że gdybyśmy mieli odpowiednio wyostrzony słuch, moglibyśmy usłyszeć straszliwe jęki i zawodzenia, podobne tym, które usłyszał Dante u wrót piekieł. Huxley konkluduje, iż taki świat nie może być rządzony przez coś, co zwykliśmy nazywać dobrocią.

Wallace, jak zwykle sumiennie wykładający cudze argumenty, stara się następnie wykazać, że wiele z tych przekonań i opowieści grzeszy nadmiernym antropomorfizmem, że przyroda zna sposoby na uśmierzanie nagłego i przejmującego bólu i że w tych przerażających opisach, w które obfitują pisane w duchu darwinowskim prace, jest dużo przesady. Miał sporo racji (jego przekonanie o istnieniu naturalnych mechanizmów uśmierzających ból o dziesiątki lat wyprzedziło naukę, która dopiero w połowie XX w. odkryła endorfiny), ale nie­ wątpliwie przesadził: ból i strach towarzyszą nam (tzn. ludziom i tym zwierzętom, które potrafią je odczuwać) przez całe życie i są ważnym zjawiskiem biologicznym, wiele mówiącym o charakterze procesów, które nas ukształtowały. Bo ból i strach są przystosowaniami i jako takie muszą pełnić ważne funkcje – inaczej by nie powstały lub zostałyby, jak wszystkie zbyteczne adaptacje, odrzucone. Zresztą, jak ważną biologicznie rolę pełni ból, można się przekonać na przykładzie tych rzadkich przypadków, gdy zostaje on „wyłączony”. Konsekwencje dla osobników obdarowanych tym „dobrodziejstwem” są przerażające.

Cierpienie jest koniecznością

Skąd się bierze ból? Jest on reakcją układu nerwowego na bodźce przesyłane przez specjalną kategorię komórek nerwowych zwanych nocyceptorami (receptorami bólu). Są to w szczególności bodźce dotykowe lub cieplne i jako takie mogą być przesyłane też „zwykłymi” receptorami; do włączenia się nocyceptorów potrzebne jest ich szczególnie duże natężenie, mogące zwiastować jakieś groźne dla organizmu zdarzenie, np. rozerwanie skóry czy kontakt z ogniem. W toku ewolucji organizmy, które nie potrafiły rozróżnić zwykłego dotyku lub normalnej temperatury otoczenia od ich groźnych odpowiedników, narażone były na przykre konsekwencje (zakażenia, oparzenia, uszkodzenie narządów wewnętrznych), więc dobór naturalny faworyzował te, które sobie z tym radziły. Stąd znaczne podwyższenie progu pobudliwości nocyceptorów i związanie ich z ośrodkami w mózgu, które sygnalizują zagrożenie uczuciem intensywnej przykrości. Uczucie bólu i stopień towarzyszących mu nieprzyjemności zależą nie tyle od charakteru bodźców, co od ich intensywności i poziomu, na którym został ustawiony próg pobudliwości, a te mogą być różne; stąd większa lub mniejsza odporność na ból różnych osób i – jeszcze bardziej – różnych gatunków zwierząt.
Może się też zdarzyć, że próg ten został ustawiony tak wysoko, że nocyceptory nie włączają się w ogóle (lub same są uszkodzone) i wtedy ból całkiem zanika. Przyczyny mogą być różne (uszkodzenia mechaniczne, przebyte choroby), ale specjalna ich kategoria związana jest z mutacjami pojedynczych genów (np. SCN9A lub NTRK1). Nieodczuwanie bólu z pewnością nie jest stanem pożądanym – to zwiastun ciężkiej, nawet śmiertelnej choroby, zwanej analgezją wrodzoną, czyli wrodzoną obojętnością na ból. Analgezja zdarza się nadzwyczaj rzadko – zapada na nią średnio mniej niż jedna osoba na milion, a większość chorych nie dożywa wieku dojrzałego. Szczególnie trudny jest okres niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa, bo wtedy ból jest swego rodzaju nauczycielem, ukazującym w najbardziej zrozumiały dla dziecka sposób, co wolno robić, a czego trzeba unikać.

Opisy przebiegu choroby pełne są strasznych i przerażająco powtarzalnych przypadłości – chorzy niemal zawsze tracili język lub przynajmniej jego część (odgryzane po kawałku w okresie wyrzynania się zębów, gdy dziecko eksperymentuje ze zgryzem na wszystkim, co ma „pod ręką” – a język jest najbliżej), bardzo często ślepli lub trzeba im było usuwać gałki oczne (zapychane ostrymi przedmiotami, które – nieusuwane w porę – raniły ich delikatne tkanki lub prowadziły do zapaleń), niemal zawsze mieli zdeformowane kończyny i kręgosłup (bezbolesne złamania źle się zrastały). Wielu z nich umierało za młodu w wyniku niegroźnych (dla zwykłych ludzi) infekcji, które rozwijały się zbyt długo, nie dając zrazu – bólu przecież nie było – żadnych objawów. Życie bez bólu dla wszystkich, którym udawało się przeżyć, okazywało się koszmarem. Ich powyginane i naznaczone (nieodczuwanym) cierpieniem ciała, niemal zawsze na wózkach inwalidzkich, były widomym świadectwem, że ból, choć przykry, pełni jednak ważne funkcje życiowe.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 12/2013 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2019
11/2019
Kalendarium
Grudzień
8
W 1994 r. odkryto nowy pierwiastek z grupy metali przejściowych. Początkowo określany jako unununium (Uuu), nosi obecnie nazwę Roentgen.
Warto przeczytać
Michael Hebb to współtwórca popularnego na Zachodzie ruchu, w ramach którego ludzie, znajomi lub nieznajomi, spotykają się przy stole, by porozmawiać o śmierci. Tak jak o życiu, normalnie. Gdybyś mógł przedłużyć swoje życie, to o jak długo? Jak wygląda dobra śmierć? Jak chciałbyś być wspominany?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2013-11-21
Bój się bólu lub giń

Fot. Indigo Images

Czy można wyobrazić sobie coś gorszego niż świat, w którym króluje ból i strach? Tak – świat, w którym nie ma bólu i strachu.

Spośród historii odkryć naukowych dzieje narodzin ewolucjonizmu i roli dwóch jego „ojców” – Darwina i Wallace’a – należą do najpiękniejszych i najbardziej poruszających. Powstawanie gatunków drogą doboru naturalnego – idea, która zrewolucjonizowała świat – narodziła się niezależnie w głowach dwóch uczonych, na przeciwległych krańcach świata, niemal jednocześnie. „To najlepsze streszczenie mojej teorii, jakie mógłbym sobie wyobrazić” – pisał Darwin ze zdumieniem, ale i niepokojem, po otrzymaniu od Wallace’a przesyłki z dalekich Malajów. Ci, którzy znają historię tej nadzwyczajnej koincydencji, słyszeli też zwykle, że – mimo ogromu podobieństw między obu „ojcami ewolucjonizmu” i łączącej ich przyjaźni – w jednej sprawie bardzo się poróżnili i nigdy nie doszli do porozumienia. Poszło o człowieka – o jego wyjątkowe cechy i umiejętności – i o rolę doboru naturalnego w ich powstaniu (Wallace uważał, że fenomenu człowieka nie da się zrozumieć bez odwołania do „wyższej siły duchowej”). Z czasem Darwin stawał się coraz bardziej przerażony nasilającym się mistycyzmem Wallace’a, pisał nawet do niego o „mordowaniu ich wspólnego dziecka” (idei doboru naturalnego); ten jednak nigdy nie zmienił poglądów.
Znacznie mniej znany – choć nie mniej ciekawy – jest drugi punkt sporu między obu uczonymi. Chodzi o problem bólu, strachu i cierpienia w przyrodzie, o którym Darwin i darwiniści pisali dużo i barwnie, a który Wallace wyraźnie minimalizował. Była to ważna sprawa, daleko wykraczająca poza czysto akademicką dyskusję nad znaczeniem i funkcją tych przykrych objawów naszej i zwierzęcej egzystencji. Najogólniej mówiąc, Darwin stale zwracał uwagę na powszechną walkę o byt w przyrodzie i wynikający z niej ogrom cierpienia, a Wallace – coraz bardziej przekonany o nadrzędności pierwiastka duchowego w historii życia – starał się wykazać, że może to być w dużej mierze złudzenie. W swej książce „Darwinizm” (1889, cytuję wg wyd. polskiego z 2008 r.) tak pisał na ten temat:

Dziś, kiedy wojna w przyrodzie została lepiej poznana, wielu autorów podkreśla wszechobecność okrucieństwa i bólu jako czegoś, co kłóci się z naszym poczuciem człowieczeństwa […] Jeden z błyskotliwych autorów [Winwood Reade, w książce „Martyrdom of Man”] tak pisał na ten temat: „Ból, nieszczęście, choroba i śmierć – czyż to są wynalazki miłosiernego Boga? Zwycięstwo każdego zwierzęcia okupione być musi tragedią innych istot – czyż tak ma wyglądać prawo ustanowione przez dobrotliwego Stwórcę? Powiadają, że ból ma swoje dobre strony, że masakra może być usprawiedliwiona. Ale czemuż tak to zostało ustanowione, że dobro rodzić się może tylko przez zło? Ból nie zaczyna mniej boleć tylko dlatego, że jest użyteczny; morderstwo nie przestaje być morderstwem, jeśli prowadzi do rozwoju. Na tych dłoniach jest krew i żadne pachnidła Arabii jej nie ukryją”. Nawet tak dociekliwy autor jak profesor Huxley przyjmuje podobną postawę. W artykule „The Struggle for Existence” („Walka o byt”) mówi o niezliczonych pokoleniach zwierząt roślinożernych, które „były rozrywane na strzępy i pożerane przez drapieżniki”; o mięsożercach i ich ofiarach „cierpiących pospołu z powodu wszelkich nieszczęść związanych ze starością, chorobami i nadmierną liczebnością” i o zwycięzcach, których męki nie ustępują wcale tym, jakie są udziałem zwyciężonych. I w zakończeniu pisze, że gdybyśmy mieli odpowiednio wyostrzony słuch, moglibyśmy usłyszeć straszliwe jęki i zawodzenia, podobne tym, które usłyszał Dante u wrót piekieł. Huxley konkluduje, iż taki świat nie może być rządzony przez coś, co zwykliśmy nazywać dobrocią.

Wallace, jak zwykle sumiennie wykładający cudze argumenty, stara się następnie wykazać, że wiele z tych przekonań i opowieści grzeszy nadmiernym antropomorfizmem, że przyroda zna sposoby na uśmierzanie nagłego i przejmującego bólu i że w tych przerażających opisach, w które obfitują pisane w duchu darwinowskim prace, jest dużo przesady. Miał sporo racji (jego przekonanie o istnieniu naturalnych mechanizmów uśmierzających ból o dziesiątki lat wyprzedziło naukę, która dopiero w połowie XX w. odkryła endorfiny), ale nie­ wątpliwie przesadził: ból i strach towarzyszą nam (tzn. ludziom i tym zwierzętom, które potrafią je odczuwać) przez całe życie i są ważnym zjawiskiem biologicznym, wiele mówiącym o charakterze procesów, które nas ukształtowały. Bo ból i strach są przystosowaniami i jako takie muszą pełnić ważne funkcje – inaczej by nie powstały lub zostałyby, jak wszystkie zbyteczne adaptacje, odrzucone. Zresztą, jak ważną biologicznie rolę pełni ból, można się przekonać na przykładzie tych rzadkich przypadków, gdy zostaje on „wyłączony”. Konsekwencje dla osobników obdarowanych tym „dobrodziejstwem” są przerażające.

Cierpienie jest koniecznością

Skąd się bierze ból? Jest on reakcją układu nerwowego na bodźce przesyłane przez specjalną kategorię komórek nerwowych zwanych nocyceptorami (receptorami bólu). Są to w szczególności bodźce dotykowe lub cieplne i jako takie mogą być przesyłane też „zwykłymi” receptorami; do włączenia się nocyceptorów potrzebne jest ich szczególnie duże natężenie, mogące zwiastować jakieś groźne dla organizmu zdarzenie, np. rozerwanie skóry czy kontakt z ogniem. W toku ewolucji organizmy, które nie potrafiły rozróżnić zwykłego dotyku lub normalnej temperatury otoczenia od ich groźnych odpowiedników, narażone były na przykre konsekwencje (zakażenia, oparzenia, uszkodzenie narządów wewnętrznych), więc dobór naturalny faworyzował te, które sobie z tym radziły. Stąd znaczne podwyższenie progu pobudliwości nocyceptorów i związanie ich z ośrodkami w mózgu, które sygnalizują zagrożenie uczuciem intensywnej przykrości. Uczucie bólu i stopień towarzyszących mu nieprzyjemności zależą nie tyle od charakteru bodźców, co od ich intensywności i poziomu, na którym został ustawiony próg pobudliwości, a te mogą być różne; stąd większa lub mniejsza odporność na ból różnych osób i – jeszcze bardziej – różnych gatunków zwierząt.
Może się też zdarzyć, że próg ten został ustawiony tak wysoko, że nocyceptory nie włączają się w ogóle (lub same są uszkodzone) i wtedy ból całkiem zanika. Przyczyny mogą być różne (uszkodzenia mechaniczne, przebyte choroby), ale specjalna ich kategoria związana jest z mutacjami pojedynczych genów (np. SCN9A lub NTRK1). Nieodczuwanie bólu z pewnością nie jest stanem pożądanym – to zwiastun ciężkiej, nawet śmiertelnej choroby, zwanej analgezją wrodzoną, czyli wrodzoną obojętnością na ból. Analgezja zdarza się nadzwyczaj rzadko – zapada na nią średnio mniej niż jedna osoba na milion, a większość chorych nie dożywa wieku dojrzałego. Szczególnie trudny jest okres niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa, bo wtedy ból jest swego rodzaju nauczycielem, ukazującym w najbardziej zrozumiały dla dziecka sposób, co wolno robić, a czego trzeba unikać.

Opisy przebiegu choroby pełne są strasznych i przerażająco powtarzalnych przypadłości – chorzy niemal zawsze tracili język lub przynajmniej jego część (odgryzane po kawałku w okresie wyrzynania się zębów, gdy dziecko eksperymentuje ze zgryzem na wszystkim, co ma „pod ręką” – a język jest najbliżej), bardzo często ślepli lub trzeba im było usuwać gałki oczne (zapychane ostrymi przedmiotami, które – nieusuwane w porę – raniły ich delikatne tkanki lub prowadziły do zapaleń), niemal zawsze mieli zdeformowane kończyny i kręgosłup (bezbolesne złamania źle się zrastały). Wielu z nich umierało za młodu w wyniku niegroźnych (dla zwykłych ludzi) infekcji, które rozwijały się zbyt długo, nie dając zrazu – bólu przecież nie było – żadnych objawów. Życie bez bólu dla wszystkich, którym udawało się przeżyć, okazywało się koszmarem. Ich powyginane i naznaczone (nieodczuwanym) cierpieniem ciała, niemal zawsze na wózkach inwalidzkich, były widomym świadectwem, że ból, choć przykry, pełni jednak ważne funkcje życiowe.