ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2013-12-18
Gwiazdka unplugged

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Zakaz używania samochodów i  lampek choinkowych, zamknięte stacje benzynowe, odwołane loty, racjonowanie paliwa, nagłe wyłączenia prądu, ciemne ulice, wykupywanie towarów. Tak wyglądał początek nowej ery w  energetyce.

Wiele rzeczy wydarzyło się na świecie pod koniec 1973 r.: Polska zremisowała z  Anglią na Wembley, do Słońca zbliżyła się kometa Kohoutka, w  Chile władzę objęła junta Augusta Pinocheta, a  w  Waszyngtonie w  finalną fazę wkroczyła afera Watergate. Ale końcówka tamtego roku zapisze się w  historii przede wszystkim z  jednego powodu. Czterdzieści lat temu wybuchł największy w  ubiegłym stuleciu kryzys energetyczny.

Zapaść zaczęła się od tego, że kraje znad Zatoki Perskiej nagle podniosły ceny ropy naftowej i  ograniczyły jej wydobycie. Wywołało to najpierw zdumienie, a  potem panikę od Nowego Jorku przez Londyn i  Paryż po Tokio. Świat zachodni doznał szoku, który można porównać do ciężkiego zawału. I  choć pacjent przeżył i  szybko przywrócono mu krążenie, lekcję z  1973  r. zapamiętał na długo. Konsekwencje tamtych zdarzeń i  podjętych później decyzji odczuwamy do dziś.

Po pierwsze, błyskawiczną karierę zaczął robić atom. Po drugie, odkryto, że energię można, a  nawet trzeba oszczędzać. Po trzecie, po raz pierwszy uruchomiono szczodrze finansowane, przynajmniej przez kolejną dekadę, badania nad nowymi źródłami energii: wiatrem, słońcem, biomasą, a  także łupkami gazonośnymi. Wielu ekspertów uważa, że zimny prysznic, jaki kraje znad Zatoki Perskiej zgotowały 40 lat temu światu zachodniemu (blok komunistyczny miał ropę z  ZSRR), podziałał nań ozdrowieńczo. Jak mawiają: co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Zatrzymanie krążenia

Zaczęło się od wojny pomiędzy Syrią i  Egiptem a  Izra­ elem. Była krótka, lecz brzemienna w  skutki. Wy­ buchła na początku października 1973 r., a  zakończyła się jeszcze przed końcem miesiąca. Nazwano ją wojną Jom Kippur, ponieważ inwazja arabskich krajów na Izrael nastąpiła w  dniu tego żydowskiego święta.

Gdy wojna jeszcze trwała, 17 października 1973 r. – w  dniu, w  którym Jan Domarski strzelał gola Peterowi Shiltonowi – kraje arabskie zagroziły embargiem na ropę każdemu, kto opowie się po stronie Izraela. Dzień wcześniej kartel naftowy OPEC ogłosił podwyżki cen surowca i  poinformował, że od listopada będzie zmniejszał wydobycie o  5% co miesiąc. W  ten sposób chciał wymusić wycofanie się Izraela z  okupowanych ziem arabskich. Amerykanie potrzebowali dwóch dni na reakcję. Oznajmili, że udzielą Izraelowi pomocy wojskowej o  wartości 2 mld dolarów. Jeszcze tego samego dnia USA obłożono embargiem. Dzień później podobny krok zastosowano wobec Holandii, przez którą przechodziła znaczna część ropy płynącej z  Bliskiego Wschodu do Europy.

Europa była silnie uzależniona od bliskowschodniej ropy, podobnie Japonia. USA również sprowadzały surowiec z  tego rejonu świata, choć wciąż jeszcze bazowały głównie na własnych zasobach. W  ciągu poprzednich dwóch dekad ceny ropy na świecie dość szybko spadały, a  jej wydobycie rosło błyskawicznie. Wydawało się, że można ją pompować bez umiaru. Dzięki taniemu surowcowi nastąpił boom gospodarczy. Spełniało się amerykańskie, ale także europejskie marzenie: mieć dobrze oświetlony i  ogrzany dom, wyposażony w  najnowsze urządzenia AGD oraz garaż z  dwoma, a  jeszcze lepiej trzema samochodami zatankowanymi po korek. O  to, by było co wlać do baku, dbały wielkie koncerny paliwowe zwane „siedmioma siostrami” z  centralami w  USA, Holandii i  Wielkiej Brytanii.

W  1973 r. ten kran z  ropą został raptownie przykręcony. I  to bardziej, niż początkowo zapowiadano. Niektóre kraje arabskie ograniczyły bowiem wydobycie ropy o  10–15% i  zapowiadały dalsze cięcia. Zachód wstrzymał oddech. Ci, którzy pamiętali II wojnę światową i  trudne czasy tuż po niej, zaczęli wspominać, jak to dawniej bywało ciemno i  zimno.  Ci, którzy urodzili się później, już w  czasach prosperity, ze zdziwieniem odkrywali, jak kruche podstawy ma ich dobrobyt.

 Ropa jak tlen

Zapaść nie nastąpiła od razu. Większość krajów zachodnich miała dwumiesięczne zapasy surowca, a  do portów w  Europie i  USA nie dotarły jeszcze wszystkie tankowce, które wyruszyły z  Zatoki Perskiej przed ogłoszeniem redukcji wydobycia. Kanał Sueski był zamknięty, musiały więc płynąć z  cennym ładunkiem dookoła Afryki, co zajmowało im sporo czasu. Ponieważ jednak zbliżała się zima, a nikt nie wiedział, jakie jeszcze nieprzyjazne kroki mogą podjąć kraje należące do OPEC, trzeba było przygotować się na najgorsze.

Siódmego listopada przed kamerami telewizyjnymi zasiadł amerykański prezydent Richard Nixon. Miał do przekazania same złe wieści. Ogłosił, że dostawy oleju opałowego do domów zostaną zmniejszone o  15%. Poinformował też o  zmniejszeniu dostaw paliwa dla linii lotniczych oraz oznajmił, że wszystkie samochody należące do urzędów federalnych będą odtąd jeździły z  maksymalną prędkością 80 km/h, by oszczędzać benzynę. Zachęcał obywateli, aby uczynili to samo.

Nakazać im niczego nie mógł. Nie pozwalało mu na to prawo. Propozycje odpowiednich zmian przygotowywane przez Biały Dom dopiero trafiły do Kongresu. Przewidywały m.in.: wprowadzenie czasu letniego w  całym kraju, ograniczenie godzin otwarcia centrów handlowych, ograniczenie prędkości na autostradach, zwiększenie wydobycia ropy z  krajowych złóż, rozluźnienie przepisów środowiskowych, by elektrownie mogły spalać gorszej jakości paliwo. „Chcę was też poprosić, abyście obniżali temperaturę w  domu w  ciągu dnia do 19–20°C. Poleciłem, by taka temperatura panowała w  biurach wszystkich urzędów centralnych. Przy okazji od mojego lekarza dowiedziałem się, że jest ona znacznie bardziej korzystna dla zdrowia” –  zwracał się do rodaków prezydent Nixon.

Wydawało się, że zmiany odniosą pozytywne skutki. Amerykanie mieli jeździć mniej i  wolniej oraz rzadziej korzystać z  samolotów. Spodziewano się zredukowania liczby wypadków i  poprawy zdrowia wskutek częstszego przemieszczania się na piechotę. Ostatecznie przeważyły jednak negatywy. Trzy największe linie lotnicze – American, TWA i  United – skasowały 82 połączenia. Z  sześciu na dobę lotów z  Filadelfii do Los Angeles pozostały trzy. Cięcia oznaczały, że część pilotów trzeba było wysłać na urlopy. W  czasie wolnym pozostawało im robienie ciepłych skarpet na drutach, bo gdy biznes lotniczy tracił, to odzieżowy – zyskiwał. Popyt na ciepłe swetry, podkoszulki i  kalesony wzrósł kilkakrotnie. A  Nixon nie musiał specjalnie zachęcać do obniżania temperatur w  domach – cena oleju opałowego szybko rosła i  spodziewano się, że do wiosny będzie dwa razy wyższa.

Podobne prognozy dotyczyły innych produktów ropopochodnych, z  benzyną na czele. Zaczęto obawiać się wysokiej inflacji, która mogłaby mocno obniżyć standard życia. Ekonomiści wyliczali, ile miliardów dolarów straci amerykańska gospodarka z  powodu ograniczenia produkcji wymuszonego niedoborem paliw. Spodziewano się raptownego wzrostu bezrobocia, co w  dłuższej perspektywie mogło grozić buntem społecznym. Ropy zaczynało brakować jak tlenu.

Ostatnia droga

Z  powodu coraz częstszych niedoborów benzyny zaczęto poważnie rozważać jej racjonowanie. Tak jak podczas II wojny światowej zamierzano wydrukować kupony uprawniające do zakupu 10–15 galonów paliwa w  tygodniu. W  końcu zrezygnowano z  tych restrykcyjnych pomysłów. Kierowcy musieli jednak przywyknąć do tego, że niekoniecznie uda im się zatankować tego lub następnego dnia. W  niedziele w  ogóle odradzano jazdę samochodem, co przychodziło dość łatwo, bo tego dnia 90% stacji benzynowych było zamkniętych. Z  tego powodu cierpiały też firmy (i  ich pracownicy) wyrosłe na obsłudze zmotoryzowanych klientów, takie jak McDonald’s i  sieć moteli Holiday Inn.

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 01/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2020
11/2020
Kalendarium
Listopad
29
W 1951 r. na Poligonie Nevada przeprowadzono pierwszą amerykańską podziemną próbę jądrową.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2013-12-18
Gwiazdka unplugged

Fot. Getty Images/Flash Press Media

Zakaz używania samochodów i  lampek choinkowych, zamknięte stacje benzynowe, odwołane loty, racjonowanie paliwa, nagłe wyłączenia prądu, ciemne ulice, wykupywanie towarów. Tak wyglądał początek nowej ery w  energetyce.

Wiele rzeczy wydarzyło się na świecie pod koniec 1973 r.: Polska zremisowała z  Anglią na Wembley, do Słońca zbliżyła się kometa Kohoutka, w  Chile władzę objęła junta Augusta Pinocheta, a  w  Waszyngtonie w  finalną fazę wkroczyła afera Watergate. Ale końcówka tamtego roku zapisze się w  historii przede wszystkim z  jednego powodu. Czterdzieści lat temu wybuchł największy w  ubiegłym stuleciu kryzys energetyczny.

Zapaść zaczęła się od tego, że kraje znad Zatoki Perskiej nagle podniosły ceny ropy naftowej i  ograniczyły jej wydobycie. Wywołało to najpierw zdumienie, a  potem panikę od Nowego Jorku przez Londyn i  Paryż po Tokio. Świat zachodni doznał szoku, który można porównać do ciężkiego zawału. I  choć pacjent przeżył i  szybko przywrócono mu krążenie, lekcję z  1973  r. zapamiętał na długo. Konsekwencje tamtych zdarzeń i  podjętych później decyzji odczuwamy do dziś.

Po pierwsze, błyskawiczną karierę zaczął robić atom. Po drugie, odkryto, że energię można, a  nawet trzeba oszczędzać. Po trzecie, po raz pierwszy uruchomiono szczodrze finansowane, przynajmniej przez kolejną dekadę, badania nad nowymi źródłami energii: wiatrem, słońcem, biomasą, a  także łupkami gazonośnymi. Wielu ekspertów uważa, że zimny prysznic, jaki kraje znad Zatoki Perskiej zgotowały 40 lat temu światu zachodniemu (blok komunistyczny miał ropę z  ZSRR), podziałał nań ozdrowieńczo. Jak mawiają: co cię nie zabije, to cię wzmocni.

Zatrzymanie krążenia

Zaczęło się od wojny pomiędzy Syrią i  Egiptem a  Izra­ elem. Była krótka, lecz brzemienna w  skutki. Wy­ buchła na początku października 1973 r., a  zakończyła się jeszcze przed końcem miesiąca. Nazwano ją wojną Jom Kippur, ponieważ inwazja arabskich krajów na Izrael nastąpiła w  dniu tego żydowskiego święta.

Gdy wojna jeszcze trwała, 17 października 1973 r. – w  dniu, w  którym Jan Domarski strzelał gola Peterowi Shiltonowi – kraje arabskie zagroziły embargiem na ropę każdemu, kto opowie się po stronie Izraela. Dzień wcześniej kartel naftowy OPEC ogłosił podwyżki cen surowca i  poinformował, że od listopada będzie zmniejszał wydobycie o  5% co miesiąc. W  ten sposób chciał wymusić wycofanie się Izraela z  okupowanych ziem arabskich. Amerykanie potrzebowali dwóch dni na reakcję. Oznajmili, że udzielą Izraelowi pomocy wojskowej o  wartości 2 mld dolarów. Jeszcze tego samego dnia USA obłożono embargiem. Dzień później podobny krok zastosowano wobec Holandii, przez którą przechodziła znaczna część ropy płynącej z  Bliskiego Wschodu do Europy.

Europa była silnie uzależniona od bliskowschodniej ropy, podobnie Japonia. USA również sprowadzały surowiec z  tego rejonu świata, choć wciąż jeszcze bazowały głównie na własnych zasobach. W  ciągu poprzednich dwóch dekad ceny ropy na świecie dość szybko spadały, a  jej wydobycie rosło błyskawicznie. Wydawało się, że można ją pompować bez umiaru. Dzięki taniemu surowcowi nastąpił boom gospodarczy. Spełniało się amerykańskie, ale także europejskie marzenie: mieć dobrze oświetlony i  ogrzany dom, wyposażony w  najnowsze urządzenia AGD oraz garaż z  dwoma, a  jeszcze lepiej trzema samochodami zatankowanymi po korek. O  to, by było co wlać do baku, dbały wielkie koncerny paliwowe zwane „siedmioma siostrami” z  centralami w  USA, Holandii i  Wielkiej Brytanii.

W  1973 r. ten kran z  ropą został raptownie przykręcony. I  to bardziej, niż początkowo zapowiadano. Niektóre kraje arabskie ograniczyły bowiem wydobycie ropy o  10–15% i  zapowiadały dalsze cięcia. Zachód wstrzymał oddech. Ci, którzy pamiętali II wojnę światową i  trudne czasy tuż po niej, zaczęli wspominać, jak to dawniej bywało ciemno i  zimno.  Ci, którzy urodzili się później, już w  czasach prosperity, ze zdziwieniem odkrywali, jak kruche podstawy ma ich dobrobyt.

 Ropa jak tlen

Zapaść nie nastąpiła od razu. Większość krajów zachodnich miała dwumiesięczne zapasy surowca, a  do portów w  Europie i  USA nie dotarły jeszcze wszystkie tankowce, które wyruszyły z  Zatoki Perskiej przed ogłoszeniem redukcji wydobycia. Kanał Sueski był zamknięty, musiały więc płynąć z  cennym ładunkiem dookoła Afryki, co zajmowało im sporo czasu. Ponieważ jednak zbliżała się zima, a nikt nie wiedział, jakie jeszcze nieprzyjazne kroki mogą podjąć kraje należące do OPEC, trzeba było przygotować się na najgorsze.

Siódmego listopada przed kamerami telewizyjnymi zasiadł amerykański prezydent Richard Nixon. Miał do przekazania same złe wieści. Ogłosił, że dostawy oleju opałowego do domów zostaną zmniejszone o  15%. Poinformował też o  zmniejszeniu dostaw paliwa dla linii lotniczych oraz oznajmił, że wszystkie samochody należące do urzędów federalnych będą odtąd jeździły z  maksymalną prędkością 80 km/h, by oszczędzać benzynę. Zachęcał obywateli, aby uczynili to samo.

Nakazać im niczego nie mógł. Nie pozwalało mu na to prawo. Propozycje odpowiednich zmian przygotowywane przez Biały Dom dopiero trafiły do Kongresu. Przewidywały m.in.: wprowadzenie czasu letniego w  całym kraju, ograniczenie godzin otwarcia centrów handlowych, ograniczenie prędkości na autostradach, zwiększenie wydobycia ropy z  krajowych złóż, rozluźnienie przepisów środowiskowych, by elektrownie mogły spalać gorszej jakości paliwo. „Chcę was też poprosić, abyście obniżali temperaturę w  domu w  ciągu dnia do 19–20°C. Poleciłem, by taka temperatura panowała w  biurach wszystkich urzędów centralnych. Przy okazji od mojego lekarza dowiedziałem się, że jest ona znacznie bardziej korzystna dla zdrowia” –  zwracał się do rodaków prezydent Nixon.

Wydawało się, że zmiany odniosą pozytywne skutki. Amerykanie mieli jeździć mniej i  wolniej oraz rzadziej korzystać z  samolotów. Spodziewano się zredukowania liczby wypadków i  poprawy zdrowia wskutek częstszego przemieszczania się na piechotę. Ostatecznie przeważyły jednak negatywy. Trzy największe linie lotnicze – American, TWA i  United – skasowały 82 połączenia. Z  sześciu na dobę lotów z  Filadelfii do Los Angeles pozostały trzy. Cięcia oznaczały, że część pilotów trzeba było wysłać na urlopy. W  czasie wolnym pozostawało im robienie ciepłych skarpet na drutach, bo gdy biznes lotniczy tracił, to odzieżowy – zyskiwał. Popyt na ciepłe swetry, podkoszulki i  kalesony wzrósł kilkakrotnie. A  Nixon nie musiał specjalnie zachęcać do obniżania temperatur w  domach – cena oleju opałowego szybko rosła i  spodziewano się, że do wiosny będzie dwa razy wyższa.

Podobne prognozy dotyczyły innych produktów ropopochodnych, z  benzyną na czele. Zaczęto obawiać się wysokiej inflacji, która mogłaby mocno obniżyć standard życia. Ekonomiści wyliczali, ile miliardów dolarów straci amerykańska gospodarka z  powodu ograniczenia produkcji wymuszonego niedoborem paliw. Spodziewano się raptownego wzrostu bezrobocia, co w  dłuższej perspektywie mogło grozić buntem społecznym. Ropy zaczynało brakować jak tlenu.

Ostatnia droga

Z  powodu coraz częstszych niedoborów benzyny zaczęto poważnie rozważać jej racjonowanie. Tak jak podczas II wojny światowej zamierzano wydrukować kupony uprawniające do zakupu 10–15 galonów paliwa w  tygodniu. W  końcu zrezygnowano z  tych restrykcyjnych pomysłów. Kierowcy musieli jednak przywyknąć do tego, że niekoniecznie uda im się zatankować tego lub następnego dnia. W  niedziele w  ogóle odradzano jazdę samochodem, co przychodziło dość łatwo, bo tego dnia 90% stacji benzynowych było zamkniętych. Z  tego powodu cierpiały też firmy (i  ich pracownicy) wyrosłe na obsłudze zmotoryzowanych klientów, takie jak McDonald’s i  sieć moteli Holiday Inn.