człowiek
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-12-18
Miejski obłęd

Fot. chungking/Fotolia.com

Tempo wielkomiejskiego życia potrafi być naprawdę stresujące. Badania pokazują, że ryzyko wystąpienia zaburzeń emocjonalnych i  chorób psychicznych u  mieszkańców miast jest znacznie wyższe niż u  osób żyjących na wsi.

Przyszłość ludzkości związana jest z  miastami. O  ile w  połowie XX w. zaledwie 30% Ziemian mieszkało w  miastach, dziś jest to już połowa. Ten trend będzie się utrzymywał i  zdaniem Daniela Kammena, noblisty i  jednego z  szefów Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, w  2050 r. w  miastach będzie przebywało 75% populacji naszej planety.

Choć życie w  wielkich aglomeracjach uważane jest za miarę cywilizacyjnego postępu, ma też negatywne skutki uboczne – mieszkańcy miast znacznie częściej niż inni cierpią na depresję, stany lękowe, zaburzenia nastroju, a  nawet schizofrenię.

Bolesne skutki stresu

Heidelberg to niespełna 150-tysięczne miasto w  południowo-zachodniej części Niemiec. Tutaj swoje badania prowadzi prof. Andreas Meyer-Lindenberg, kierownik Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w  Mannheim. Wraz z  kolegami z  Universität Heidelberg przygotowuje obecnie projekt, którego celem jest zbadanie związku między samopoczuciem mieszkańców miasta a  sposobem spędzania dnia. Powszechnie wiadomo np., że spacer po parku działa na człowieka uspokajająco, podczas gdy stanie w  korku frustruje. Jaki dokładnie ma to wpływ na nasz mózg? To właśnie zamierza sprawdzić Meyer-Lindenberg.

Dzięki pomocy fizyków z  Karlsruher Institut für Technologie grupa ochotników zostanie wyposażona w  specjalne urządzenia (wykorzystujące m.in. obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego) rejestrujące ich odczucia. Interaktywna mapa oraz dane z  kamerek i  czujników GPS pozwolą naukowcom ustalić, gdzie wolontariusze przebywają i  co robią. Przygotowania do projektu pochłaniają większą część czasu Meyer-Lindenberga. Wszystko po to, by sprawdzić, do jakiego stopnia stres związany z  miejskim życiem wpływa na naszą psychikę. Już dwa lata temu naukowiec opublikował wyniki niezwykle ciekawych badań. Od 2007 r. wraz z  prof. Florianem Lederbogenem kierował międzynarodowym zespołem badaczy, który udowodnił, że mózgi mieszkańców miast funkcjonują inaczej niż mózgi osób żyjących na obszarach wiejskich. Do takich wniosków doszli po przebadaniu grupy ochotników, których podzielono na trzy grupy (w  zależności od miejsca zamieszkania: wieś, miasteczko, metropolia). Wszystkich poproszono o  rozwiązanie standardowego zadania arytmetycznego, przy czym ochotników rozpraszano silnym bodźcem stresowym: prowadzący badanie krzyczał na nich i  krytykował, bez względu na osiągane wyniki.

Za pośrednictwem skanera fMRI (funkcjonalny magnetyczny rezonans jądrowy) naukowcy rejestrowali aktywność konkretnych obszarów mózgu uczestników. W  porównaniu do osób żyjących na wsi u  mieszczuchów zaobserwowali zwiększoną aktywność neuronów w  obrębie ciała migdałowatego, związanego z  odczuwaniem emocji, np. lęku. Zależność była prosta: im większe miasto, w  którym żyła badana osoba, tym większe pobudzenie. Ogólnie rzecz biorąc, badacze twierdzą, że często u  osób z  metropolii struktury mózgu sterujące emocjami lękowymi są pobudzone bardziej niż przeciętnie. Ich nadaktywność może prowadzić do destrukcyjnych zmian w  mózgu i  zaburzeń emocjonalnych. Przedłużający się stres nie tylko wywołuje nadciśnienie i  osłabia układ odpornościowy, ale w  skrajnych przypadkach może powodować nawet choroby psychiczne.

Naukowcy nie spodziewali się aż tak wyraźnej różnicy w  pracy mózgu pomiędzy ludźmi z  dużych miast i  terenów wiejskich, dlatego prof. Meyer-Lindenberg zdecydował się na powtórzenie badania. Wyniki się potwierdziły. W  tym samym czasie podobne eksperymenty przeprowadzał w  Kanadzie dr Jens Pruessner z  Douglas Mental Health University Institute. On także doszedł do wniosku, że mieszkanie w  dużym mieście i  towarzyszący temu stres mogą zwiększać ryzyko zaburzeń psychicznych.

– Wcześniejsze badania wykazały, że ryzyko wystąpienia stanów lękowych u  ludzi z  dużych miast jest o  21% wyższe niż u  osób z  mniejszych miejscowości. Ryzyko wystąpienia zaburzeń nastroju wzrasta u  nich o  39%, a  zachorowania na schizofrenię prawie dwa razy – podsumował badania Pruessner.

Stres w  wielkim mieście

Kiedy powyższe wnioski opublikowano na łamach prestiżowego „Nature”, odbiły się szerokim echem wśród naukowców, dając kolejny impuls do badań nad złożonością ludzkich zachowań w  środowisku miejskim. Kolejny, bowiem historia tego typu badań jest dłuższa. Już w  1965 r. departament zdrowia w  Camberwell, dzielnicy na południu Londynu, zaczął zbierać szczegółowe informacje na temat mieszkańców, u  których zdiagnozowano depresję, schizofrenię, cyklofrenię i  inne zaburzenia psychiczne. Kiedy w  1997  r. przeanalizowano nowe i  historyczne dane, okazało się, że częstość występowania schizofrenii podwoiła się, wzrastając z  11 przypadków na 100 tys. mieszkańców w  1965 r. do aż 23 przypadków na 100  tys. mieszkańców w  roku 1997. Podobnej tendencji nie zanotowano w  całej populacji.

Wyniki tych obserwacji skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy stres miejskiego życia zwiększa ryzyko wystąpienia schizofrenii i  innych chorób psychicznych?

Stresogennych bodźców w  mieście przecież nie brakuje. Już dziś największą zmorą staje się czas tracony na dojazdy do pracy. Przeciętny mieszkaniec Tokio poświęca na to od 2 do 4 godz. dziennie. W  skali tygodnia to ponad 20 godz., całego życia – 6 lat. W  innych metropoliach jest niewiele lepiej. Na domiar złego eksperci przewidują, że w  najbliższych latach natężenie ruchu w  miastach nadal będzie wzrastać.

Do tego trzeba dodać wszechobecny tłum. Już kilka lat temu władze Londynu rozważały, czy nie stworzyć na słynnej Oxford Street dwóch pasów dla przechodniów: pierwszego – przy witrynach sklepowych, którym wolno spokojnie spacerować i  zatrzymywać się, by podziwiać wystawy, i  drugiego, od strony ulicy, który spełniałby funkcję „toru szybkiego ruchu”. Za bezpodstawne zatrzymanie i  tamowanie przechodniów groziłyby nawet sankcje.

Choć z  pomysłu zrezygnowano, to dobra ilustracja rzeczywistego problemu.

Każdy człowiek ma tzw. granicę prywatności, pewien dystans, którego przekroczenie wiąże się ze stresem. Przyjmuje się, że jest to 45–60 cm. Kiedy obca osoba znajduje się bliżej, większość z  nas czuje, że jego przestrzeń osobista została przekroczona. Trudno jednak zachować dystans w  zatłoczonych autobusach, w  metrze czy niekiedy na ulicy. Daniel Kennedy i  Ralph Adolphs, neurobiolodzy z  California Institute of Technology, już w  2009 r. udowodnili, że ciało migdałowate aktywizuje się w  sytuacjach, gdy ludzie przysuwają się do siebie za blisko i  nie zachowują niezbędnego dystansu.

Podobnie reagujemy na samotność. Jest swego rodzaju ironią, że im większe skupisko ludzi, tym większe poczucie anonimowości i  osamotnienia. Brak znajomych i  akceptacji środowiska może prowadzić do nadwrażliwości i  wyolbrzymiania sytuacji, które nie stanowią zagrożenia. Z  kolei długo utrzymujący się stan niepewności i  samotność wywołują depresję i  stany lękowe. – Złożoność i  częstotliwość relacji społecznych wpływa nie tylko na nasze pozytywne samopoczucie, ale i  objętość ciała migdałowatego – uważa Kevin Bickart z  Boston University. Do podobnych wniosków doszła dr Lisa Feldman Barrett z  North­eastern University.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 01/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1981 r. Amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób doniosło, że 5 homoseksualistów zapadło na rzadką odmianę zapalenia płuc. Był to pierwszy opis choroby, rok później nazwanej AIDS.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2013-12-18
Miejski obłęd

Fot. chungking/Fotolia.com

Tempo wielkomiejskiego życia potrafi być naprawdę stresujące. Badania pokazują, że ryzyko wystąpienia zaburzeń emocjonalnych i  chorób psychicznych u  mieszkańców miast jest znacznie wyższe niż u  osób żyjących na wsi.

Przyszłość ludzkości związana jest z  miastami. O  ile w  połowie XX w. zaledwie 30% Ziemian mieszkało w  miastach, dziś jest to już połowa. Ten trend będzie się utrzymywał i  zdaniem Daniela Kammena, noblisty i  jednego z  szefów Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, w  2050 r. w  miastach będzie przebywało 75% populacji naszej planety.

Choć życie w  wielkich aglomeracjach uważane jest za miarę cywilizacyjnego postępu, ma też negatywne skutki uboczne – mieszkańcy miast znacznie częściej niż inni cierpią na depresję, stany lękowe, zaburzenia nastroju, a  nawet schizofrenię.

Bolesne skutki stresu

Heidelberg to niespełna 150-tysięczne miasto w  południowo-zachodniej części Niemiec. Tutaj swoje badania prowadzi prof. Andreas Meyer-Lindenberg, kierownik Centralnego Instytutu Zdrowia Psychicznego w  Mannheim. Wraz z  kolegami z  Universität Heidelberg przygotowuje obecnie projekt, którego celem jest zbadanie związku między samopoczuciem mieszkańców miasta a  sposobem spędzania dnia. Powszechnie wiadomo np., że spacer po parku działa na człowieka uspokajająco, podczas gdy stanie w  korku frustruje. Jaki dokładnie ma to wpływ na nasz mózg? To właśnie zamierza sprawdzić Meyer-Lindenberg.

Dzięki pomocy fizyków z  Karlsruher Institut für Technologie grupa ochotników zostanie wyposażona w  specjalne urządzenia (wykorzystujące m.in. obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego) rejestrujące ich odczucia. Interaktywna mapa oraz dane z  kamerek i  czujników GPS pozwolą naukowcom ustalić, gdzie wolontariusze przebywają i  co robią. Przygotowania do projektu pochłaniają większą część czasu Meyer-Lindenberga. Wszystko po to, by sprawdzić, do jakiego stopnia stres związany z  miejskim życiem wpływa na naszą psychikę. Już dwa lata temu naukowiec opublikował wyniki niezwykle ciekawych badań. Od 2007 r. wraz z  prof. Florianem Lederbogenem kierował międzynarodowym zespołem badaczy, który udowodnił, że mózgi mieszkańców miast funkcjonują inaczej niż mózgi osób żyjących na obszarach wiejskich. Do takich wniosków doszli po przebadaniu grupy ochotników, których podzielono na trzy grupy (w  zależności od miejsca zamieszkania: wieś, miasteczko, metropolia). Wszystkich poproszono o  rozwiązanie standardowego zadania arytmetycznego, przy czym ochotników rozpraszano silnym bodźcem stresowym: prowadzący badanie krzyczał na nich i  krytykował, bez względu na osiągane wyniki.

Za pośrednictwem skanera fMRI (funkcjonalny magnetyczny rezonans jądrowy) naukowcy rejestrowali aktywność konkretnych obszarów mózgu uczestników. W  porównaniu do osób żyjących na wsi u  mieszczuchów zaobserwowali zwiększoną aktywność neuronów w  obrębie ciała migdałowatego, związanego z  odczuwaniem emocji, np. lęku. Zależność była prosta: im większe miasto, w  którym żyła badana osoba, tym większe pobudzenie. Ogólnie rzecz biorąc, badacze twierdzą, że często u  osób z  metropolii struktury mózgu sterujące emocjami lękowymi są pobudzone bardziej niż przeciętnie. Ich nadaktywność może prowadzić do destrukcyjnych zmian w  mózgu i  zaburzeń emocjonalnych. Przedłużający się stres nie tylko wywołuje nadciśnienie i  osłabia układ odpornościowy, ale w  skrajnych przypadkach może powodować nawet choroby psychiczne.

Naukowcy nie spodziewali się aż tak wyraźnej różnicy w  pracy mózgu pomiędzy ludźmi z  dużych miast i  terenów wiejskich, dlatego prof. Meyer-Lindenberg zdecydował się na powtórzenie badania. Wyniki się potwierdziły. W  tym samym czasie podobne eksperymenty przeprowadzał w  Kanadzie dr Jens Pruessner z  Douglas Mental Health University Institute. On także doszedł do wniosku, że mieszkanie w  dużym mieście i  towarzyszący temu stres mogą zwiększać ryzyko zaburzeń psychicznych.

– Wcześniejsze badania wykazały, że ryzyko wystąpienia stanów lękowych u  ludzi z  dużych miast jest o  21% wyższe niż u  osób z  mniejszych miejscowości. Ryzyko wystąpienia zaburzeń nastroju wzrasta u  nich o  39%, a  zachorowania na schizofrenię prawie dwa razy – podsumował badania Pruessner.

Stres w  wielkim mieście

Kiedy powyższe wnioski opublikowano na łamach prestiżowego „Nature”, odbiły się szerokim echem wśród naukowców, dając kolejny impuls do badań nad złożonością ludzkich zachowań w  środowisku miejskim. Kolejny, bowiem historia tego typu badań jest dłuższa. Już w  1965 r. departament zdrowia w  Camberwell, dzielnicy na południu Londynu, zaczął zbierać szczegółowe informacje na temat mieszkańców, u  których zdiagnozowano depresję, schizofrenię, cyklofrenię i  inne zaburzenia psychiczne. Kiedy w  1997  r. przeanalizowano nowe i  historyczne dane, okazało się, że częstość występowania schizofrenii podwoiła się, wzrastając z  11 przypadków na 100 tys. mieszkańców w  1965 r. do aż 23 przypadków na 100  tys. mieszkańców w  roku 1997. Podobnej tendencji nie zanotowano w  całej populacji.

Wyniki tych obserwacji skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy stres miejskiego życia zwiększa ryzyko wystąpienia schizofrenii i  innych chorób psychicznych?

Stresogennych bodźców w  mieście przecież nie brakuje. Już dziś największą zmorą staje się czas tracony na dojazdy do pracy. Przeciętny mieszkaniec Tokio poświęca na to od 2 do 4 godz. dziennie. W  skali tygodnia to ponad 20 godz., całego życia – 6 lat. W  innych metropoliach jest niewiele lepiej. Na domiar złego eksperci przewidują, że w  najbliższych latach natężenie ruchu w  miastach nadal będzie wzrastać.

Do tego trzeba dodać wszechobecny tłum. Już kilka lat temu władze Londynu rozważały, czy nie stworzyć na słynnej Oxford Street dwóch pasów dla przechodniów: pierwszego – przy witrynach sklepowych, którym wolno spokojnie spacerować i  zatrzymywać się, by podziwiać wystawy, i  drugiego, od strony ulicy, który spełniałby funkcję „toru szybkiego ruchu”. Za bezpodstawne zatrzymanie i  tamowanie przechodniów groziłyby nawet sankcje.

Choć z  pomysłu zrezygnowano, to dobra ilustracja rzeczywistego problemu.

Każdy człowiek ma tzw. granicę prywatności, pewien dystans, którego przekroczenie wiąże się ze stresem. Przyjmuje się, że jest to 45–60 cm. Kiedy obca osoba znajduje się bliżej, większość z  nas czuje, że jego przestrzeń osobista została przekroczona. Trudno jednak zachować dystans w  zatłoczonych autobusach, w  metrze czy niekiedy na ulicy. Daniel Kennedy i  Ralph Adolphs, neurobiolodzy z  California Institute of Technology, już w  2009 r. udowodnili, że ciało migdałowate aktywizuje się w  sytuacjach, gdy ludzie przysuwają się do siebie za blisko i  nie zachowują niezbędnego dystansu.

Podobnie reagujemy na samotność. Jest swego rodzaju ironią, że im większe skupisko ludzi, tym większe poczucie anonimowości i  osamotnienia. Brak znajomych i  akceptacji środowiska może prowadzić do nadwrażliwości i  wyolbrzymiania sytuacji, które nie stanowią zagrożenia. Z  kolei długo utrzymujący się stan niepewności i  samotność wywołują depresję i  stany lękowe. – Złożoność i  częstotliwość relacji społecznych wpływa nie tylko na nasze pozytywne samopoczucie, ale i  objętość ciała migdałowatego – uważa Kevin Bickart z  Boston University. Do podobnych wniosków doszła dr Lisa Feldman Barrett z  North­eastern University.