człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2014-02-26
Gender a sprawa polska

Rys. Elżbieta Waga

Spór o „ideologię gender” nie jest królikiem z kapelusza podsuniętym zblazowanej publiczności. To część arcyważnej debaty o równości. Szkoda, że tak nieudolnie prowadzonej.

Co to jest gender? „Coś tam związane ze zmianą płci”; „słyszę naokoło, ale nie wiem”; „gender to równość płci”, „gender to różnice międzypłciowe”; „określenie ideologiczne, którym posługują się różne strony”; „mam potąd oszołomstwa” – tak odpowiadali uczestnicy sondy ulicznej przeprowadzonej pod koniec 2013 r. przez portal gazeta.pl. Dzięki mediom o sporze na linii Kościół katolicki – teoria gender coś słyszeli już niemal wszyscy. Jednak to coś często jest oparte na kliszach i uprzedzeniach, obecnych po obu stronach barykady.

Teoria gender wyłoniła się na przełomie lat 60. i 70. XX w. z tzw. drugiej fali feminizmu i studiów kobiecych, które potrzebowały własnego instrumentarium pojęciowego. Pytanie o wyborcze, pracownicze i edukacyjne prawa kobiet, kluczowe dla pierwszej fali feminizmu (trwającej od II poł. XIX w.), zostało zastąpione pytaniem o pozycję kobiety w społeczeństwie, a w efekcie o to, skąd się wziął podział na kobiecość i męskość. Jednak problem równości płci pojawił się dużo wcześniej. Dla feminizmu chrześcijańskiego pierwszym genderystą był Chrystus. Dla związanej ze studiami genderowymi teorii queer – markiz de Sade, który nie dość, że popierał równouprawnienie kobiet, to jeszcze twierdził, że seksualność trzeba wyzwolić z oków różnic płciowych. Dla feminizmu liberalnego – Mary Wollstonecraft pisząca pod koniec XVIII w., że kobieta jest po pierwsze człowiekiem, oraz John Stuart i Harriet Millowie, autorzy „Poddaństwa kobiet” (1869). Ich zdaniem patriarchat powstał „w zaraniu bytu społecznego, gdy każda kobieta znalazła się niewolnicą mężczyzny dzięki bądź to wartości, jaką do niej mężczyzna przywiązywał, bądź mniejszej sile mięśni”. Te prace dały fundament pod androgyniczną koncepcję płciowości, wedle której za nierówność płci odpowiada kontrolowana przez mężczyzn kultura, a nie czynniki obiektywne.

Płeć jako narzędzie władzy

Przyjrzyjmy się krytyce teorii gender, płynącej z ust hierarchów Kościoła katolickiego (cytowane dalej zarzuty pochodzą z listu Episkopatu na Niedzielę Świętej Rodziny).

Zarzut 1: Genderyzm […] twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. To nie do końca tak. Krytykując wizję naturalnych różnic płciowych, czyli esencjonalizm biologiczny, zdecydowana większość badaczy nie odrzuca tego, że istnieją dwie płcie biologiczne.

Choć trudno dziś rozstrzygnąć, kto przed około 60  laty pierwszy użył słowa gender w znaczeniu płci kulturowej, o palmę pierwszeństwa biją się… dwaj mężczyźni. Kiedy na początku lat 50. John ­ Money, psycholog i seksuolog, przygotowywał doktorat z hermafrodytyzmu na Harvard University, potrzebował kategorii analitycznej, która pozwoliłaby mówić o osobach międzypłciowych w sposób medycznie precyzyjny, ale wrażliwy na ich emocje i poczucie podmiotowości. Termin gender zapożyczył z lingwistyki, gdzie oznacza on rodzaj gramatyczny: męski, żeński, nijaki; czyli odnosi się do formalnej relacji między słowami. Per analogiam, dla Moneya gender to element płciowości, który jest zakodowany w kulturze i odpowiada za rozpoznawanie ról społecznych wiązanych z określoną płcią. Problem jego pacjentów polegał na niemożności dopasowania ciała i genitaliów do celów, ambicji i marzeń łączących się z wybraną tożsamością rodzajową (gender ­ identity): męską lub żeńską. Dalej poszedł Richard Stoller, który w „Sex and Gender: On the Development of ­ Masculinity and Feminity” (1968) oddzielił płeć biologiczną (ang. sex), związaną z cechami fizjologicznymi, od płci kulturowej (ang. ­ gender) odnoszącej się do społecznych atrybutów, dzięki którym odróżniamy kobiety od mężczyzn.

Jednak zanim pojawiło się pojęcie gender, zdefiniowała je Simone de Beauvoir w sławnej „Drugiej płci” (1949): „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”. W latach 70. feministki, m.in. Ann Oakley, ­ Kate Millet i Gayle Rubin, wpisały to pojęcie w teorię patriarchatu odpowiedzialnego za dyskryminację kobiet – gender to narzędzie męskiej władzy nad „gorszą” płcią. Dlatego studia genderowe postulują, że skoro gender jest „kategorią społeczną nałożoną na seksualne ciało”, człowiek nie powinien uczyć się stereotypowych ról płciowych, ale poznać cały ich wachlarz. Jest to ważne zwłaszcza w pierwszych sześciu latach życia, kiedy u dzieci krystalizuje się pojęcie płci i kojarzonych z nimi ról.

Zarzut 2: Ideologia gender stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. To fakt, że Fryderyk Engels ogłosił w 1884 r. „Pochodzenie rodziny”, gdzie męża przyrównał do kapitalisty, a żonę do proletariusza. Jego dzieło zyskało drugie życie w latach 70., gdy feministki dostrzegły w płci kulturowej klasowy mechanizm opresji. Modna stała się teoria „podwójnych systemów”, kapitalistycznego i płciowego, uzupełniających się w hierarchizowaniu ludzi. Co ciekawe, neomarksistowskie postulaty ekonomicznej równości kobiet, zwalczania feminizacji biedy i dowartościowania pracy w domu są w dużej mierze zbieżne ze społeczną nauką Watykanu.

Teoria płci kulturowej równie silnie jak z marksizmu czerpie też jednak z innych nurtów krytycznych. Modernistyczny rodowód ma wprowadzanie żeńskich końcówek do nazw „męskich” zawodów albo badania genderlektów, czyli języków różnych opcji płciowych i seksualnych. A te aspekty teorii gender, które Kościół najmocniej potępia, wynikają z wpływów postmodernizmu. Dla Judith Butler, autorki „Uwikłanych w płeć” (1990), sex i gender to spektakl odgrywany codziennie w rutynowych zachowaniach opartych na schematach i normach „wikłających” człowieka w określoną płeć. Emancypacyjnym wyjściem miałaby być subwersja i transgresja, czyli wywrotowa zabawa z kategoriami płciowymi, a w rezultacie ich przekroczenie. Propozycja Butler spotyka się z krytyką nie tylko Kościoła, ale też wielu zwolenników teorii gender, gdyż ich zdaniem deprecjonuje tych, którzy dobrze czują się w stabilnej płci i seksualności.

Zarzut 3: Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną, czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. Ta genderowa dowolność ma swoje granice. Nie neguje się tego, że popędy, instynkty i pożądanie mają podłoże biologiczne, ale różne mogą być sposoby ich realizowania. Już w latach 80. w feministycznej socjobiologii pojawiły się głosy, że podział na sex i gender nie daje się utrzymać, gdyż na płeć biologiczną też wpływają po części czynniki społeczne. Ciało zmienia się pod wpływem lekcji WF (innych dla chłopców i dziewczynek), zabiegów kosmetycznych, a nawet męskiego lub żeńskiego obuwia. O odejście od binarnych pojęć, jak sex/gender, kobieta/mężczyzna, hetero/homoseksualność apelują Judith Butler, Denise Riley, Rosi Braidotti i badaczki inspirowane postmodernizmem oraz psychoanalizą. Kwestionują nie tylko kategorię różnicy płciowej, ale i seksualnej. Uważają, że tego typu klasyfikacje są dzieckiem kultury, poddają popędy i wolę nadzorowi norm społecznych. Twierdzą, że współczesny podmiot jest nomadyczny – nie odnajduje się w jednej tożsamości.

Teoria gender, także w Polsce, otwiera się na akcentującą odmienność ludzi teorię queer. Jest ona w dużej mierze efektem rozczarowania polityką wobec związków homoseksualnych – które na Zachodzie są akceptowane, o ile stają się odbiciem związków heteroseksualnych, opierają się na stabilnej orientacji i trwałości, najlepiej potwierdzonej w urzędzie stanu cywilnego. Nie wszyscy mieszczą się w wizji kultury, gdzie heteroseksualność jest normą, a pozostali mają upodabniać się do „normalnych” rodzin. Dlatego część badaczy i badaczek przechodzi od perspektywy wojny damsko-męskiej do perspektywy więcej niż tylko dwóch płci i orientacji seksualnych. W teorii queer, jak mówi Jacek Kochanowski z Uniwersytetu Warszawskiego, „seksualna czy płciowa odmienność […] nie jest wyrazem odstępstwa od ustanowionej, opisanej, podtrzymywanej normy, lecz jest wyrazem sposobu, w jaki każdy i każda z nas realizuje swoje marzenia i fantazmaty”. Nihilizm? Niekoniecznie, bo granicą własnych dążeń ma być wolność drugiej jednostki.

Zarzut 4: Niebezpieczeństwo ideologii gender wynika w gruncie rzeczy z jej głęboko destrukcyjnego charakteru zarówno wobec osoby, jak i relacji międzyludzkich, a więc całego życia społecznego. Choć teoria gender jest indywidualistyczna i to dobro jednostki buduje jej etyczny rdzeń, wiele badań z jej obszaru może się przyczynić do podniesienia jakości życia zbiorowości. Prowadzone są np. analizy wpływu płci kulturowej na zdrowie i psychikę człowieka: Dlaczego dwukrotnie więcej kobiet niż mężczyzn cierpi na depresję? Dlaczego mężczyźni mimo że rzadziej niż kobiety chorują na nowotwory, częściej na nie umierają? Dlaczego kobiety są częściej ofiarami wypadków drogowych? Dlaczego tak mało mówi się o przemocy domowej ze strony pań?

Głośny argument, że teoria gender poprzez tzw. seksualizację dzieci przyczynia się do pornografii, a nawet do pedofilii – jest zarzutem wyjątkowo nietrafionym. Badacze gender jawnie sprzeciwiają się eksploatacji i przemocy seksualnej tak wobec dzieci, kobiet, jak i mężczyzn. Surowo oceniają rolę mediów we właśnie (!) seksualizacji kobiecego, ale także męskiego ciała. Zdaniem Germaine Greer, autorki „Kobiecego eunucha” (1971), zachodnie media (z których polskie stacje czerpią pełnymi garściami formaty rozrywkowe) są dziś mniej prorównościowe niż na przełomie lat 60. i 70. Imelda Whelehan mówi wręcz o retro-seksizmie w kulturze popularnej, który z gospodyń domowych i ich dzieci robi konsumpcyjne obiekty pożądania. Tym niemniej plotka, że gender szkodzi najmłodszym, jest nośna. Badania antropologiczne pokazują, że w naszej kulturze od dawien dawna przypisywano Innym (Żydom, czarownicom, Cyganom, gejom, a dziś feministkom) zagrażanie temu, co zapewnia społeczeństwu przetrwanie, czyli dzieciom.

Teoria czy ideologia?

Mimo że zarzuty hierarchów Kościoła są oparte na uproszczeniach, w komunikacji publicznej w Polsce utrwala się zbitka „ideologia gender”. Retoryka, w której genderyzm = totalitaryzm = komunizm wykorzystuje do dyskredytacji feministek negatywne skojarzenia z dyktaturą polityczną. Oczywiście, teorię gender trudno nazwać typową koncepcją socjologiczną czy kulturoznawczą. Jest teorią społeczną, czyli zamiast tylko opisywać i wyjaśniać świat, chce go zmieniać. Apeluje chociażby o dostosowanie prawa i podręczników szkolnych do równościowego, niestereotypowego obrazu płci. Zbiera owoce w Unii Europejskiej wdrażającej politykę gender ­ mainstreaming – uwzględniania perspektywy płciowej w prawodawstwie i decyzjach władz. W świetle teorii gender podział na sferę prywatną i publiczną nie wytrzymuje próby. Wszystko, co dzieje się w zaciszu domu, odbija się na pozycji kobiet i mężczyzn w życiu politycznym. W tym sensie teoria gender ma wymiar ideologiczny. Chce zmiany obecnego ładu społecznego, bo uważa go za oparty na krzywdzących przesłankach o naturze ludzkiej. Ale jeśli uznamy tę teorię za ideologię, wtedy w doktrynie Kościoła też musimy dostrzec ideologię stojącą na straży określonego porządku.

Dzisiejszy konflikt wynika również z tego, że tak jak nauka, polityka i doktryny religijne przez wieki były gender-blind, ślepe na kwestię własnego wpływu na konstruowanie ról płciowych, tak samo studia gender były religion-blind. Stosunkowo od niedawna religia jest w nich postrzegana jako źródło duchowej siły dla niemałej liczby kobiet chcących realizować postulaty równościowe. Oczywiście między chrześcijańską wizją kobiecości a teorią gender są różnice nie do pogodzenia. W nauce Kościoła katolickiego płeć jest darem od Boga i przesądza o integralności istoty ludzkiej. Kobieta i mężczyzna są równi wobec Stwórcy, ale mają wyznaczone inne role społeczne na mocy „prawa naturalnego”. W duchu logiki komplementarności, czyli uzupełniania się płci, wiele razy zabierała głos Kongregacja Nauki Wiary i Papieska Rada ds. Rodziny za pontyfikatu Jana Pawła II i ­ Benedykta  XVI. Zaogniony spór trwa od połowy lat 90., kiedy Watykan potępił kategorię gender jako zakamuflowane przyzwolenie dla homoseksualizmu.

Dialog jest jednak możliwy, co udowadniała w latach 1969–1990 Podkomisja Episkopatu ds. Duszpasterstwa Kobiet, rzeczowo odnosząca się do nowej wówczas teorii gender. Pełne zrozumienia podejście do niej mają kościoły protestanckie i liberalne środowiska katolickie. Dlatego dzisiejszy konflikt na linii feministki – duchowni wydaje się krokiem wstecz.

Stawka większa niż spór

Studia genderowe rozwijają się w Polsce od lat 90. Dlaczego dopiero teraz wybuchł tak gorący spór wokół nich? Odpowiedź, że chodzi o chwilowe odwrócenie uwagi od oskarżeń o pedofilię wśród duchownych, jest chyba zbyt prosta. Obecna kontrowersja to kolejny etap ważnej debaty, trwającej od początku transformacji ustrojowej, wokół miejsca Kościoła i moralności katolickiej w życiu publicznym w Polsce oraz wokół rozumienia fundamentalnych wartości, takich jak wolność, równość i sprawiedliwość społeczna. Dzisiaj najwyrazistszym głosem w tej debacie nie są wypowiedzi polityków, lecz feministek i działaczy mniejszości seksualnych. Dlatego te środowiska stają się celem ostrych polemik, na które agresywnie odpowiadają. A że spieranie się o płciowość i seks jest zawsze łakomym kąskiem dla mediów, nadawcy są zainteresowani podgrzewaniem sporu, który staje się komunikacyjną porażką.

Po pierwsze, obie strony konfliktu posługują się językiem wrogości wobec przeciwnika. Medialni duchowni i publicyści katoliccy nazywają teorię gender „ideologią rozpusty”, „propagowaniem pedofilii kazirodczej” i „seks-deprawacji”, która ze społeczeństwa „zostawia zgliszcza”, wołają „na pohybel feministkom”. One, zwłaszcza te medialne, nie pozostają im dłużne. Zarzucają swoim adwersarzom „parszywe i perwersyjne myślenie”, „demagogię”, opowiadanie „bajek o dzikim Zachodzie, które nie trzymają się kupy”, są „jak propaganda w komunizmie” i niczym „egzorcyzmy”. Obie strony stosują zabieg retoryczny reductio ad ­ absurdum – wyolbrzymiają krytykę i sprowadzają tezy przeciwnika do absurdu i bzdur wyssanych z palca. W rezultacie spór zaczyna jawić się publiczności jako krzykliwa abstrakcja oderwana od realnego życia.

Po drugie, w dyskusji dominuje perswazyjna ignorancja dorobku przeciwnika. Strona antygenderowa prawie w ogóle nie odnosi się do klasycznych tekstów krytykowanej teorii, ani nawet do ogólnie dostępnych prac polskich autorek, jak Agnieszka Graff, Inga ­ Iwasiów czy Joanna Mizielińska. Z kolei strona progenderowa zamiast polemizować z dokumentami Kościoła, powiela stereotypowe myślenie o antykobiecym katolicyzmie. Jeżeli duchowni określają feministki mianem „współczesnego Heroda”, a te w liście otwartym do papieża Franciszka oskarżają polski kler o „szaleństwo nienawiści” – to zamiast argumentami merytorycznymi posługują się dyskredytacją poznawczą. Polega ona na ujmowaniu adwersarzowi zdolności racjonalnego myślenia i redukowaniu jego stanowiska do emocjonalnego bełkotu. Brak poszanowania drugiej strony zamyka możliwość debaty.

Po trzecie, w sporze o wartości strategia oblężonej twierdzy (wszyscy są przeciwko mnie i muszę się bronić wszelkimi środkami) ani prowokacja nie zdają egzaminu. Kościół traci na tym sporze autorytet zwłaszcza wśród młodych Polaków, wśród których już ma niskie notowania. Nic nie odstręcza ich mocniej niż próby ingerowania w ich życie prywatne. Terapia szokowa, którą zastosowała Katarzyna Bratkowska, deklarując w telewizji, że usunie ciążę w Wigilię, też ma skutek odwrotny od zamierzonego i jest odrzucająca dla umiarkowanej w poglądach większości obserwatorów sporu. W efekcie postulaty teorii gender mogą się kojarzyć z agresywną arogancją i radykalizmem. To z kolei daje przyzwolenie na równie agresywny backlash, czyli reakcję obrońców status quo, którzy w teorii gender widzą zagrożenia dla społecznego ładu. Karuzela inwektyw kręci się dalej. Ten skądinąd ważny spór będzie się toczyć bez morału, aż się wyczerpie, a my się nim znudzimy.       

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 03/2014 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
8
W 1989 r. został wystrzelony europejski satelita Hipparcos, który wyznaczył odległości do ponad 2,5 miliona gwiazd.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2014-02-26
Gender a sprawa polska

Rys. Elżbieta Waga

Spór o „ideologię gender” nie jest królikiem z kapelusza podsuniętym zblazowanej publiczności. To część arcyważnej debaty o równości. Szkoda, że tak nieudolnie prowadzonej.

Co to jest gender? „Coś tam związane ze zmianą płci”; „słyszę naokoło, ale nie wiem”; „gender to równość płci”, „gender to różnice międzypłciowe”; „określenie ideologiczne, którym posługują się różne strony”; „mam potąd oszołomstwa” – tak odpowiadali uczestnicy sondy ulicznej przeprowadzonej pod koniec 2013 r. przez portal gazeta.pl. Dzięki mediom o sporze na linii Kościół katolicki – teoria gender coś słyszeli już niemal wszyscy. Jednak to coś często jest oparte na kliszach i uprzedzeniach, obecnych po obu stronach barykady.

Teoria gender wyłoniła się na przełomie lat 60. i 70. XX w. z tzw. drugiej fali feminizmu i studiów kobiecych, które potrzebowały własnego instrumentarium pojęciowego. Pytanie o wyborcze, pracownicze i edukacyjne prawa kobiet, kluczowe dla pierwszej fali feminizmu (trwającej od II poł. XIX w.), zostało zastąpione pytaniem o pozycję kobiety w społeczeństwie, a w efekcie o to, skąd się wziął podział na kobiecość i męskość. Jednak problem równości płci pojawił się dużo wcześniej. Dla feminizmu chrześcijańskiego pierwszym genderystą był Chrystus. Dla związanej ze studiami genderowymi teorii queer – markiz de Sade, który nie dość, że popierał równouprawnienie kobiet, to jeszcze twierdził, że seksualność trzeba wyzwolić z oków różnic płciowych. Dla feminizmu liberalnego – Mary Wollstonecraft pisząca pod koniec XVIII w., że kobieta jest po pierwsze człowiekiem, oraz John Stuart i Harriet Millowie, autorzy „Poddaństwa kobiet” (1869). Ich zdaniem patriarchat powstał „w zaraniu bytu społecznego, gdy każda kobieta znalazła się niewolnicą mężczyzny dzięki bądź to wartości, jaką do niej mężczyzna przywiązywał, bądź mniejszej sile mięśni”. Te prace dały fundament pod androgyniczną koncepcję płciowości, wedle której za nierówność płci odpowiada kontrolowana przez mężczyzn kultura, a nie czynniki obiektywne.

Płeć jako narzędzie władzy

Przyjrzyjmy się krytyce teorii gender, płynącej z ust hierarchów Kościoła katolickiego (cytowane dalej zarzuty pochodzą z listu Episkopatu na Niedzielę Świętej Rodziny).

Zarzut 1: Genderyzm […] twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. To nie do końca tak. Krytykując wizję naturalnych różnic płciowych, czyli esencjonalizm biologiczny, zdecydowana większość badaczy nie odrzuca tego, że istnieją dwie płcie biologiczne.

Choć trudno dziś rozstrzygnąć, kto przed około 60  laty pierwszy użył słowa gender w znaczeniu płci kulturowej, o palmę pierwszeństwa biją się… dwaj mężczyźni. Kiedy na początku lat 50. John ­ Money, psycholog i seksuolog, przygotowywał doktorat z hermafrodytyzmu na Harvard University, potrzebował kategorii analitycznej, która pozwoliłaby mówić o osobach międzypłciowych w sposób medycznie precyzyjny, ale wrażliwy na ich emocje i poczucie podmiotowości. Termin gender zapożyczył z lingwistyki, gdzie oznacza on rodzaj gramatyczny: męski, żeński, nijaki; czyli odnosi się do formalnej relacji między słowami. Per analogiam, dla Moneya gender to element płciowości, który jest zakodowany w kulturze i odpowiada za rozpoznawanie ról społecznych wiązanych z określoną płcią. Problem jego pacjentów polegał na niemożności dopasowania ciała i genitaliów do celów, ambicji i marzeń łączących się z wybraną tożsamością rodzajową (gender ­ identity): męską lub żeńską. Dalej poszedł Richard Stoller, który w „Sex and Gender: On the Development of ­ Masculinity and Feminity” (1968) oddzielił płeć biologiczną (ang. sex), związaną z cechami fizjologicznymi, od płci kulturowej (ang. ­ gender) odnoszącej się do społecznych atrybutów, dzięki którym odróżniamy kobiety od mężczyzn.

Jednak zanim pojawiło się pojęcie gender, zdefiniowała je Simone de Beauvoir w sławnej „Drugiej płci” (1949): „Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje”. W latach 70. feministki, m.in. Ann Oakley, ­ Kate Millet i Gayle Rubin, wpisały to pojęcie w teorię patriarchatu odpowiedzialnego za dyskryminację kobiet – gender to narzędzie męskiej władzy nad „gorszą” płcią. Dlatego studia genderowe postulują, że skoro gender jest „kategorią społeczną nałożoną na seksualne ciało”, człowiek nie powinien uczyć się stereotypowych ról płciowych, ale poznać cały ich wachlarz. Jest to ważne zwłaszcza w pierwszych sześciu latach życia, kiedy u dzieci krystalizuje się pojęcie płci i kojarzonych z nimi ról.

Zarzut 2: Ideologia gender stanowi efekt trwających od dziesięcioleci przemian ideowo-kulturowych, mocno zakorzenionych w marksizmie i neomarksizmie, promowanych przez niektóre ruchy feministyczne oraz rewolucję seksualną. To fakt, że Fryderyk Engels ogłosił w 1884 r. „Pochodzenie rodziny”, gdzie męża przyrównał do kapitalisty, a żonę do proletariusza. Jego dzieło zyskało drugie życie w latach 70., gdy feministki dostrzegły w płci kulturowej klasowy mechanizm opresji. Modna stała się teoria „podwójnych systemów”, kapitalistycznego i płciowego, uzupełniających się w hierarchizowaniu ludzi. Co ciekawe, neomarksistowskie postulaty ekonomicznej równości kobiet, zwalczania feminizacji biedy i dowartościowania pracy w domu są w dużej mierze zbieżne ze społeczną nauką Watykanu.

Teoria płci kulturowej równie silnie jak z marksizmu czerpie też jednak z innych nurtów krytycznych. Modernistyczny rodowód ma wprowadzanie żeńskich końcówek do nazw „męskich” zawodów albo badania genderlektów, czyli języków różnych opcji płciowych i seksualnych. A te aspekty teorii gender, które Kościół najmocniej potępia, wynikają z wpływów postmodernizmu. Dla Judith Butler, autorki „Uwikłanych w płeć” (1990), sex i gender to spektakl odgrywany codziennie w rutynowych zachowaniach opartych na schematach i normach „wikłających” człowieka w określoną płeć. Emancypacyjnym wyjściem miałaby być subwersja i transgresja, czyli wywrotowa zabawa z kategoriami płciowymi, a w rezultacie ich przekroczenie. Propozycja Butler spotyka się z krytyką nie tylko Kościoła, ale też wielu zwolenników teorii gender, gdyż ich zdaniem deprecjonuje tych, którzy dobrze czują się w stabilnej płci i seksualności.

Zarzut 3: Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną, czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. Ta genderowa dowolność ma swoje granice. Nie neguje się tego, że popędy, instynkty i pożądanie mają podłoże biologiczne, ale różne mogą być sposoby ich realizowania. Już w latach 80. w feministycznej socjobiologii pojawiły się głosy, że podział na sex i gender nie daje się utrzymać, gdyż na płeć biologiczną też wpływają po części czynniki społeczne. Ciało zmienia się pod wpływem lekcji WF (innych dla chłopców i dziewczynek), zabiegów kosmetycznych, a nawet męskiego lub żeńskiego obuwia. O odejście od binarnych pojęć, jak sex/gender, kobieta/mężczyzna, hetero/homoseksualność apelują Judith Butler, Denise Riley, Rosi Braidotti i badaczki inspirowane postmodernizmem oraz psychoanalizą. Kwestionują nie tylko kategorię różnicy płciowej, ale i seksualnej. Uważają, że tego typu klasyfikacje są dzieckiem kultury, poddają popędy i wolę nadzorowi norm społecznych. Twierdzą, że współczesny podmiot jest nomadyczny – nie odnajduje się w jednej tożsamości.

Teoria gender, także w Polsce, otwiera się na akcentującą odmienność ludzi teorię queer. Jest ona w dużej mierze efektem rozczarowania polityką wobec związków homoseksualnych – które na Zachodzie są akceptowane, o ile stają się odbiciem związków heteroseksualnych, opierają się na stabilnej orientacji i trwałości, najlepiej potwierdzonej w urzędzie stanu cywilnego. Nie wszyscy mieszczą się w wizji kultury, gdzie heteroseksualność jest normą, a pozostali mają upodabniać się do „normalnych” rodzin. Dlatego część badaczy i badaczek przechodzi od perspektywy wojny damsko-męskiej do perspektywy więcej niż tylko dwóch płci i orientacji seksualnych. W teorii queer, jak mówi Jacek Kochanowski z Uniwersytetu Warszawskiego, „seksualna czy płciowa odmienność […] nie jest wyrazem odstępstwa od ustanowionej, opisanej, podtrzymywanej normy, lecz jest wyrazem sposobu, w jaki każdy i każda z nas realizuje swoje marzenia i fantazmaty”. Nihilizm? Niekoniecznie, bo granicą własnych dążeń ma być wolność drugiej jednostki.

Zarzut 4: Niebezpieczeństwo ideologii gender wynika w gruncie rzeczy z jej głęboko destrukcyjnego charakteru zarówno wobec osoby, jak i relacji międzyludzkich, a więc całego życia społecznego. Choć teoria gender jest indywidualistyczna i to dobro jednostki buduje jej etyczny rdzeń, wiele badań z jej obszaru może się przyczynić do podniesienia jakości życia zbiorowości. Prowadzone są np. analizy wpływu płci kulturowej na zdrowie i psychikę człowieka: Dlaczego dwukrotnie więcej kobiet niż mężczyzn cierpi na depresję? Dlaczego mężczyźni mimo że rzadziej niż kobiety chorują na nowotwory, częściej na nie umierają? Dlaczego kobiety są częściej ofiarami wypadków drogowych? Dlaczego tak mało mówi się o przemocy domowej ze strony pań?

Głośny argument, że teoria gender poprzez tzw. seksualizację dzieci przyczynia się do pornografii, a nawet do pedofilii – jest zarzutem wyjątkowo nietrafionym. Badacze gender jawnie sprzeciwiają się eksploatacji i przemocy seksualnej tak wobec dzieci, kobiet, jak i mężczyzn. Surowo oceniają rolę mediów we właśnie (!) seksualizacji kobiecego, ale także męskiego ciała. Zdaniem Germaine Greer, autorki „Kobiecego eunucha” (1971), zachodnie media (z których polskie stacje czerpią pełnymi garściami formaty rozrywkowe) są dziś mniej prorównościowe niż na przełomie lat 60. i 70. Imelda Whelehan mówi wręcz o retro-seksizmie w kulturze popularnej, który z gospodyń domowych i ich dzieci robi konsumpcyjne obiekty pożądania. Tym niemniej plotka, że gender szkodzi najmłodszym, jest nośna. Badania antropologiczne pokazują, że w naszej kulturze od dawien dawna przypisywano Innym (Żydom, czarownicom, Cyganom, gejom, a dziś feministkom) zagrażanie temu, co zapewnia społeczeństwu przetrwanie, czyli dzieciom.

Teoria czy ideologia?

Mimo że zarzuty hierarchów Kościoła są oparte na uproszczeniach, w komunikacji publicznej w Polsce utrwala się zbitka „ideologia gender”. Retoryka, w której genderyzm = totalitaryzm = komunizm wykorzystuje do dyskredytacji feministek negatywne skojarzenia z dyktaturą polityczną. Oczywiście, teorię gender trudno nazwać typową koncepcją socjologiczną czy kulturoznawczą. Jest teorią społeczną, czyli zamiast tylko opisywać i wyjaśniać świat, chce go zmieniać. Apeluje chociażby o dostosowanie prawa i podręczników szkolnych do równościowego, niestereotypowego obrazu płci. Zbiera owoce w Unii Europejskiej wdrażającej politykę gender ­ mainstreaming – uwzględniania perspektywy płciowej w prawodawstwie i decyzjach władz. W świetle teorii gender podział na sferę prywatną i publiczną nie wytrzymuje próby. Wszystko, co dzieje się w zaciszu domu, odbija się na pozycji kobiet i mężczyzn w życiu politycznym. W tym sensie teoria gender ma wymiar ideologiczny. Chce zmiany obecnego ładu społecznego, bo uważa go za oparty na krzywdzących przesłankach o naturze ludzkiej. Ale jeśli uznamy tę teorię za ideologię, wtedy w doktrynie Kościoła też musimy dostrzec ideologię stojącą na straży określonego porządku.

Dzisiejszy konflikt wynika również z tego, że tak jak nauka, polityka i doktryny religijne przez wieki były gender-blind, ślepe na kwestię własnego wpływu na konstruowanie ról płciowych, tak samo studia gender były religion-blind. Stosunkowo od niedawna religia jest w nich postrzegana jako źródło duchowej siły dla niemałej liczby kobiet chcących realizować postulaty równościowe. Oczywiście między chrześcijańską wizją kobiecości a teorią gender są różnice nie do pogodzenia. W nauce Kościoła katolickiego płeć jest darem od Boga i przesądza o integralności istoty ludzkiej. Kobieta i mężczyzna są równi wobec Stwórcy, ale mają wyznaczone inne role społeczne na mocy „prawa naturalnego”. W duchu logiki komplementarności, czyli uzupełniania się płci, wiele razy zabierała głos Kongregacja Nauki Wiary i Papieska Rada ds. Rodziny za pontyfikatu Jana Pawła II i ­ Benedykta  XVI. Zaogniony spór trwa od połowy lat 90., kiedy Watykan potępił kategorię gender jako zakamuflowane przyzwolenie dla homoseksualizmu.

Dialog jest jednak możliwy, co udowadniała w latach 1969–1990 Podkomisja Episkopatu ds. Duszpasterstwa Kobiet, rzeczowo odnosząca się do nowej wówczas teorii gender. Pełne zrozumienia podejście do niej mają kościoły protestanckie i liberalne środowiska katolickie. Dlatego dzisiejszy konflikt na linii feministki – duchowni wydaje się krokiem wstecz.

Stawka większa niż spór

Studia genderowe rozwijają się w Polsce od lat 90. Dlaczego dopiero teraz wybuchł tak gorący spór wokół nich? Odpowiedź, że chodzi o chwilowe odwrócenie uwagi od oskarżeń o pedofilię wśród duchownych, jest chyba zbyt prosta. Obecna kontrowersja to kolejny etap ważnej debaty, trwającej od początku transformacji ustrojowej, wokół miejsca Kościoła i moralności katolickiej w życiu publicznym w Polsce oraz wokół rozumienia fundamentalnych wartości, takich jak wolność, równość i sprawiedliwość społeczna. Dzisiaj najwyrazistszym głosem w tej debacie nie są wypowiedzi polityków, lecz feministek i działaczy mniejszości seksualnych. Dlatego te środowiska stają się celem ostrych polemik, na które agresywnie odpowiadają. A że spieranie się o płciowość i seks jest zawsze łakomym kąskiem dla mediów, nadawcy są zainteresowani podgrzewaniem sporu, który staje się komunikacyjną porażką.

Po pierwsze, obie strony konfliktu posługują się językiem wrogości wobec przeciwnika. Medialni duchowni i publicyści katoliccy nazywają teorię gender „ideologią rozpusty”, „propagowaniem pedofilii kazirodczej” i „seks-deprawacji”, która ze społeczeństwa „zostawia zgliszcza”, wołają „na pohybel feministkom”. One, zwłaszcza te medialne, nie pozostają im dłużne. Zarzucają swoim adwersarzom „parszywe i perwersyjne myślenie”, „demagogię”, opowiadanie „bajek o dzikim Zachodzie, które nie trzymają się kupy”, są „jak propaganda w komunizmie” i niczym „egzorcyzmy”. Obie strony stosują zabieg retoryczny reductio ad ­ absurdum – wyolbrzymiają krytykę i sprowadzają tezy przeciwnika do absurdu i bzdur wyssanych z palca. W rezultacie spór zaczyna jawić się publiczności jako krzykliwa abstrakcja oderwana od realnego życia.

Po drugie, w dyskusji dominuje perswazyjna ignorancja dorobku przeciwnika. Strona antygenderowa prawie w ogóle nie odnosi się do klasycznych tekstów krytykowanej teorii, ani nawet do ogólnie dostępnych prac polskich autorek, jak Agnieszka Graff, Inga ­ Iwasiów czy Joanna Mizielińska. Z kolei strona progenderowa zamiast polemizować z dokumentami Kościoła, powiela stereotypowe myślenie o antykobiecym katolicyzmie. Jeżeli duchowni określają feministki mianem „współczesnego Heroda”, a te w liście otwartym do papieża Franciszka oskarżają polski kler o „szaleństwo nienawiści” – to zamiast argumentami merytorycznymi posługują się dyskredytacją poznawczą. Polega ona na ujmowaniu adwersarzowi zdolności racjonalnego myślenia i redukowaniu jego stanowiska do emocjonalnego bełkotu. Brak poszanowania drugiej strony zamyka możliwość debaty.

Po trzecie, w sporze o wartości strategia oblężonej twierdzy (wszyscy są przeciwko mnie i muszę się bronić wszelkimi środkami) ani prowokacja nie zdają egzaminu. Kościół traci na tym sporze autorytet zwłaszcza wśród młodych Polaków, wśród których już ma niskie notowania. Nic nie odstręcza ich mocniej niż próby ingerowania w ich życie prywatne. Terapia szokowa, którą zastosowała Katarzyna Bratkowska, deklarując w telewizji, że usunie ciążę w Wigilię, też ma skutek odwrotny od zamierzonego i jest odrzucająca dla umiarkowanej w poglądach większości obserwatorów sporu. W efekcie postulaty teorii gender mogą się kojarzyć z agresywną arogancją i radykalizmem. To z kolei daje przyzwolenie na równie agresywny backlash, czyli reakcję obrońców status quo, którzy w teorii gender widzą zagrożenia dla społecznego ładu. Karuzela inwektyw kręci się dalej. Ten skądinąd ważny spór będzie się toczyć bez morału, aż się wyczerpie, a my się nim znudzimy.