człowiek
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-04-23
Ile dzieci jest w sam raz?

Fot. Getty Image

Naukowcy, a za nimi politycy i dziennikarze biją na alarm: w Europie, w tym w Polsce, rodzi się za mało dzieci! Za chwilę ubędzie nas parę milionów. Ponura wizja. Czy na pewno? Czy więcej zawsze oznacza lepiej, a mniej zapowiada katastrofę?

Robot Riba II wygląda jak wielki biały miś. Ma czarne, szeroko otwarte oczy, małe uszy, a pomiędzy nimi – uśmiech namalowany niebieską farbą. Jest bardzo silny – potrafi dźwignąć człowieka o wadze 80 kg i przenieść go w inne miejsce. Tego robota zaprojektowano i zbudowano w Japonii, aby pomagał osobom w podeszłym wieku. Ma być ich asystentem i pomocnikiem w domu lub szpitalu. Jeśli trzeba, ułoży osłabioną osobę na łóżku lub też usadzi ją w wózku inwalidzkim. Może także z nią porozmawiać, żeby nie czuła się samotna. Pod gładką, sztuczną skórą robota ukryto dziesiątki precyzyjnych czujników oraz małych silniczków. Na razie to tylko prototyp, ale w przyszłości jego następcy mogą zastąpić pielęgniarki i opiekunki.

Japonia coraz szybciej się starzeje. W 2015 r. około 6 mln ludzi będzie tam potrzebowało stałej opieki geriatrycznej. Tymczasem młodych, którzy mogliby tę pracę wykonywać, brakuje. Od 10 lat populacja kraju się kurczy. Wskaźnik dzietności spadł do poziomu 1,4. Tyle dzieci przypada statystycznie na jedną Japonkę w wieku rozrodczym. To jeden z najgorszych wyników na świecie. Dlatego właśnie będą potrzebne takie roboty jak Riba II.

Bogate i technologicznie zaawansowane społeczeństwo japońskie zapewne jakoś poradzi sobie –  choćby i dzięki robotom – z zapaścią demograficzną. Co jednak czeka mniej zamożne Chiny? One także zaczynają się szybko starzeć. Doprowadziła do tego tzw. polityka jednego dziecka. Dziś w Chinach mieszka około 1,35 mld ludzi, a byłoby ich 200–300 mln więcej, gdyby nie wprowadzono drakońskich środków ograniczających wzrost populacji. Początkowo radykalne ograniczenie liczby urodzin przyniosło Chinom korzyści. Dzięki temu oraz reformom gospodarczym, zainicjowanym mniej więcej w tym samym czasie co polityka jednego dziecka, Państwo Środka dokonało skoku ekonomicznego. Rząd, uwolniony od konieczności wyżywienia i utrzymania setek milionów nowych obywateli, mógł się skupić na gospodarce. W efekcie produkt krajowy brutto na mieszkańca wzrósł z około 200 dolarów przed 30 laty do 6 tys. dolarów obecnie. Setki milionów ludzi wydobyło się z biedy, dziesiątki milionów – ze skrajnej nędzy.

Nic dziwnego, że wielu chińskich ekonomistów, a także znaczna część obywateli Chin, uważa, że słusznie zrobiono, sięgając po drastyczne metody ograniczania populacji. Zwracają uwagę, że mniej ludzi to nie tylko mniejsze obciążenia finansowe dla państwa, ale także mniejsza presja na środowisko i zasoby naturalne, takie jak woda pitna, lasy czy surowce energetyczne. To samo powtarza większość zagranicznych ekspertów. Chiny są przez nich chwalone za to, że rozbroiły swoją bombę populacyjną. Państwo Środka stawia się też za wzór przeludnionym krajom Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Przesłanie jest jasne: skoro bardzo wysoka dzietność przeszkadza w rozwoju gospodarczym i prowadzi do wyczerpywania się zasobów naturalnych, trzeba ją ograniczyć.

Za dużo ludzi czy za mało?

Paradoks polega na tym, że Chiny właśnie zaczynają odczuwać pierwsze negatywne konsekwencje restrykcyjnej polityki jednego dziecka. Radykalne ograniczenie dzietności kobiet sprawiło, że chińskie społeczeństwo zaczyna się szybko starzeć. Wiele dekad upłynie, zanim uda się zatrzymać ten proces. Niedawno w cieszącym się renomą czasopiśmie „­ Population and Development Review” trzech czołowych chińskich demografów napisało, że „polityka jednego dziecka była, obok rewolucji kulturalnej oraz wielkiego głodu z lat 1959–1961, jednym z największych błędów we współczesnej historii Chin”. Naukowcy prognozują gigantyczne problemy społeczne i ekonomiczne, których podłożem będą zmiany demograficzne i zmniejszenie się liczby osób w wieku produkcyjnym. A to właśnie siła robocza, często niewykwalifikowana i tania, była największym atutem tego kraju.

Widząc, co się dzieje, pod koniec zeszłego roku chińskie władze poluzowały politykę demograficzną. Dzięki temu liczba urodzeń ma się zwiększyć o milion rocznie. Czy tak się stanie? Wielu w to powątpiewa. Chińczycy, tak jak inne szybko bogacące się i kształcące społeczeństwa, polubili małe rodziny. Wystarczy spojrzeć na ich zamożnych sąsiadów. W Korei Południowej wskaźnik dzietności spadł do poziomu 1,24. Jeszcze niższy jest na Tajwanie (1,1) i w Singapurze (0,84). W tym ostatnim kraju nie pomagają ani urlopy rodzicielskie, ani darmowe opiekunki do dzieci, ani też powszechny dostęp do bezpłatnych przedszkoli.

W gruncie rzeczy Chiny kroczą tą samą drogą, którą wcześniej podążyły wspomniane tygrysy azjatyckie. One także potraktowały przemiany demograficzne, czyli głównie zmniejszenie dzietności kobiet, jako okazję do raptownego przyspieszenia ekonomicznego. Umiejętnie wykorzystały swoją – jak to określa David Bloom, ekonomista z Harvardu – „dywidendę demograficzną”.

W Chinach to przejście od społeczeństwa młodego (więcej osób do 14 roku życia niż powyżej 65 lat) do społeczeństwa starzejącego się (przewaga emerytów nad dziećmi) będzie szczególnie widoczne ze względu na drastyczność polityki jednego dziecka. Dlatego nawet tam, choć raczej nieśmiało, zaczyna się mówić o konieczności przesunięcia wieku emerytalnego. Dla Europy, która zaczęła się starzeć jako pierwsza, to żadna nowość. Nasz kontynent, podobnie jak Japonia, zastanawia się teraz, jak z ludzi po sześćdziesiątce uczynić motor rozwoju ekonomicznego, a przede wszystkim – jak ponownie zwiększyć nieco liczbę dzieci.

Siła w liczbie!

Na przykładzie Chin, a wcześniej Europy i Japonii oraz azjatyckich tygrysów, widać, że niełatwo określić „idealną” liczbę mieszkańców danego kraju. Za dużo ludzi – źle, za mało – też niedobrze. Załóżmy, że moglibyśmy zdecydować o zaludnieniu Polski. Ilu obywateli byłoby w sam raz – 20, 40 czy może 100 mln? A co powiedzieć o liczbie mieszkańców globu? Czy obecne 7,2 mld to już zdecydowanie za dużo jak na możliwości planety, czy jednak jest na niej jeszcze mnóstwo miejsca?

Wedle tradycyjnego podejścia, którego korzenie sięgają czasów starożytnych, a może i wcześniejszych, im jest nas więcej, tym lepiej. Ludne królestwo jest potężniejsze, bo może wystawić większą liczbę żołnierzy i zapędzić do pracy większą liczbę robotników. W tej pronatalistycznej wizji kobieta powinna przede wszystkim rodzić nowych poddanych, bo wtedy nikt nam nie zagrozi. Raczej to my możemy zagrozić innym. Tak uważano przez tysiąclecia. Tak mówiło ­ Pismo Święte, tak powtarzano w Cesarstwie Rzymskim, a potem w Kościele katolickim, tak też nauczał arabski mędrzec Ibn Chaldun. Podobnie myśleli (i nadal myślą) kupcy dowodzący, że w gęsto zaludnionym kraju jest również dużo konsumentów, co także przyczynia się do jego rozwoju. – To liczba ludności czyni kraj bogatym – mawiał Fryderyk Wielki.

Ale istnieje też inny pogląd, według którego nadmierny wzrost liczby ludności jest źródłem biedy, a nie zamożności. Rozpowszechnił go dwa wieki temu brytyjski demograf Thomas Malthus dowodzący, że niekontrolowany wzrost populacji prowadzi do chorób, wojen i klęsk głodu, a to dlatego, że ludzie mnożą się w postępie geometrycznym, natomiast produkcja żywności wzrasta w postępie arytmetycznym. Malthus zalecał działania prewencyjne, których celem byłoby ograniczenie dzietności kobiet, np. aborcje i znaczne przesunięcie wieku zawierania małżeństw. Jego zdaniem XIX-wieczna Anglia już była krajem przeludnionym.

Współczesną wersję tych maltuzjańskich proroctw przedstawili na początku lat 70. XX w. autorzy słynnego raportu „Granice wzrostu” firmowanego przez Klub Rzymski. Twierdzili, że zasoby naturalne globu są ograniczone, a Ziemia nie jest w stanie wyżywić szybko rosnącej populacji Homo sapiens. Zalecali powstrzymanie wzrostu demograficznego i apetytów konsumpcyjnych.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
01/2020
12/2019
Kalendarium
Styczeń
19
130 lat temu w Roselle (New Jersey) uruchomiono pierwsze na świecie elektryczne latarnie uliczne.
Warto przeczytać
Książka o jednej z największych tajemnic ludzkiego mózgu. Czy sny są zwierciadłem naszej duszy?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-04-23
Ile dzieci jest w sam raz?

Fot. Getty Image

Naukowcy, a za nimi politycy i dziennikarze biją na alarm: w Europie, w tym w Polsce, rodzi się za mało dzieci! Za chwilę ubędzie nas parę milionów. Ponura wizja. Czy na pewno? Czy więcej zawsze oznacza lepiej, a mniej zapowiada katastrofę?

Robot Riba II wygląda jak wielki biały miś. Ma czarne, szeroko otwarte oczy, małe uszy, a pomiędzy nimi – uśmiech namalowany niebieską farbą. Jest bardzo silny – potrafi dźwignąć człowieka o wadze 80 kg i przenieść go w inne miejsce. Tego robota zaprojektowano i zbudowano w Japonii, aby pomagał osobom w podeszłym wieku. Ma być ich asystentem i pomocnikiem w domu lub szpitalu. Jeśli trzeba, ułoży osłabioną osobę na łóżku lub też usadzi ją w wózku inwalidzkim. Może także z nią porozmawiać, żeby nie czuła się samotna. Pod gładką, sztuczną skórą robota ukryto dziesiątki precyzyjnych czujników oraz małych silniczków. Na razie to tylko prototyp, ale w przyszłości jego następcy mogą zastąpić pielęgniarki i opiekunki.

Japonia coraz szybciej się starzeje. W 2015 r. około 6 mln ludzi będzie tam potrzebowało stałej opieki geriatrycznej. Tymczasem młodych, którzy mogliby tę pracę wykonywać, brakuje. Od 10 lat populacja kraju się kurczy. Wskaźnik dzietności spadł do poziomu 1,4. Tyle dzieci przypada statystycznie na jedną Japonkę w wieku rozrodczym. To jeden z najgorszych wyników na świecie. Dlatego właśnie będą potrzebne takie roboty jak Riba II.

Bogate i technologicznie zaawansowane społeczeństwo japońskie zapewne jakoś poradzi sobie –  choćby i dzięki robotom – z zapaścią demograficzną. Co jednak czeka mniej zamożne Chiny? One także zaczynają się szybko starzeć. Doprowadziła do tego tzw. polityka jednego dziecka. Dziś w Chinach mieszka około 1,35 mld ludzi, a byłoby ich 200–300 mln więcej, gdyby nie wprowadzono drakońskich środków ograniczających wzrost populacji. Początkowo radykalne ograniczenie liczby urodzin przyniosło Chinom korzyści. Dzięki temu oraz reformom gospodarczym, zainicjowanym mniej więcej w tym samym czasie co polityka jednego dziecka, Państwo Środka dokonało skoku ekonomicznego. Rząd, uwolniony od konieczności wyżywienia i utrzymania setek milionów nowych obywateli, mógł się skupić na gospodarce. W efekcie produkt krajowy brutto na mieszkańca wzrósł z około 200 dolarów przed 30 laty do 6 tys. dolarów obecnie. Setki milionów ludzi wydobyło się z biedy, dziesiątki milionów – ze skrajnej nędzy.

Nic dziwnego, że wielu chińskich ekonomistów, a także znaczna część obywateli Chin, uważa, że słusznie zrobiono, sięgając po drastyczne metody ograniczania populacji. Zwracają uwagę, że mniej ludzi to nie tylko mniejsze obciążenia finansowe dla państwa, ale także mniejsza presja na środowisko i zasoby naturalne, takie jak woda pitna, lasy czy surowce energetyczne. To samo powtarza większość zagranicznych ekspertów. Chiny są przez nich chwalone za to, że rozbroiły swoją bombę populacyjną. Państwo Środka stawia się też za wzór przeludnionym krajom Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Przesłanie jest jasne: skoro bardzo wysoka dzietność przeszkadza w rozwoju gospodarczym i prowadzi do wyczerpywania się zasobów naturalnych, trzeba ją ograniczyć.

Za dużo ludzi czy za mało?

Paradoks polega na tym, że Chiny właśnie zaczynają odczuwać pierwsze negatywne konsekwencje restrykcyjnej polityki jednego dziecka. Radykalne ograniczenie dzietności kobiet sprawiło, że chińskie społeczeństwo zaczyna się szybko starzeć. Wiele dekad upłynie, zanim uda się zatrzymać ten proces. Niedawno w cieszącym się renomą czasopiśmie „­ Population and Development Review” trzech czołowych chińskich demografów napisało, że „polityka jednego dziecka była, obok rewolucji kulturalnej oraz wielkiego głodu z lat 1959–1961, jednym z największych błędów we współczesnej historii Chin”. Naukowcy prognozują gigantyczne problemy społeczne i ekonomiczne, których podłożem będą zmiany demograficzne i zmniejszenie się liczby osób w wieku produkcyjnym. A to właśnie siła robocza, często niewykwalifikowana i tania, była największym atutem tego kraju.

Widząc, co się dzieje, pod koniec zeszłego roku chińskie władze poluzowały politykę demograficzną. Dzięki temu liczba urodzeń ma się zwiększyć o milion rocznie. Czy tak się stanie? Wielu w to powątpiewa. Chińczycy, tak jak inne szybko bogacące się i kształcące społeczeństwa, polubili małe rodziny. Wystarczy spojrzeć na ich zamożnych sąsiadów. W Korei Południowej wskaźnik dzietności spadł do poziomu 1,24. Jeszcze niższy jest na Tajwanie (1,1) i w Singapurze (0,84). W tym ostatnim kraju nie pomagają ani urlopy rodzicielskie, ani darmowe opiekunki do dzieci, ani też powszechny dostęp do bezpłatnych przedszkoli.

W gruncie rzeczy Chiny kroczą tą samą drogą, którą wcześniej podążyły wspomniane tygrysy azjatyckie. One także potraktowały przemiany demograficzne, czyli głównie zmniejszenie dzietności kobiet, jako okazję do raptownego przyspieszenia ekonomicznego. Umiejętnie wykorzystały swoją – jak to określa David Bloom, ekonomista z Harvardu – „dywidendę demograficzną”.

W Chinach to przejście od społeczeństwa młodego (więcej osób do 14 roku życia niż powyżej 65 lat) do społeczeństwa starzejącego się (przewaga emerytów nad dziećmi) będzie szczególnie widoczne ze względu na drastyczność polityki jednego dziecka. Dlatego nawet tam, choć raczej nieśmiało, zaczyna się mówić o konieczności przesunięcia wieku emerytalnego. Dla Europy, która zaczęła się starzeć jako pierwsza, to żadna nowość. Nasz kontynent, podobnie jak Japonia, zastanawia się teraz, jak z ludzi po sześćdziesiątce uczynić motor rozwoju ekonomicznego, a przede wszystkim – jak ponownie zwiększyć nieco liczbę dzieci.

Siła w liczbie!

Na przykładzie Chin, a wcześniej Europy i Japonii oraz azjatyckich tygrysów, widać, że niełatwo określić „idealną” liczbę mieszkańców danego kraju. Za dużo ludzi – źle, za mało – też niedobrze. Załóżmy, że moglibyśmy zdecydować o zaludnieniu Polski. Ilu obywateli byłoby w sam raz – 20, 40 czy może 100 mln? A co powiedzieć o liczbie mieszkańców globu? Czy obecne 7,2 mld to już zdecydowanie za dużo jak na możliwości planety, czy jednak jest na niej jeszcze mnóstwo miejsca?

Wedle tradycyjnego podejścia, którego korzenie sięgają czasów starożytnych, a może i wcześniejszych, im jest nas więcej, tym lepiej. Ludne królestwo jest potężniejsze, bo może wystawić większą liczbę żołnierzy i zapędzić do pracy większą liczbę robotników. W tej pronatalistycznej wizji kobieta powinna przede wszystkim rodzić nowych poddanych, bo wtedy nikt nam nie zagrozi. Raczej to my możemy zagrozić innym. Tak uważano przez tysiąclecia. Tak mówiło ­ Pismo Święte, tak powtarzano w Cesarstwie Rzymskim, a potem w Kościele katolickim, tak też nauczał arabski mędrzec Ibn Chaldun. Podobnie myśleli (i nadal myślą) kupcy dowodzący, że w gęsto zaludnionym kraju jest również dużo konsumentów, co także przyczynia się do jego rozwoju. – To liczba ludności czyni kraj bogatym – mawiał Fryderyk Wielki.

Ale istnieje też inny pogląd, według którego nadmierny wzrost liczby ludności jest źródłem biedy, a nie zamożności. Rozpowszechnił go dwa wieki temu brytyjski demograf Thomas Malthus dowodzący, że niekontrolowany wzrost populacji prowadzi do chorób, wojen i klęsk głodu, a to dlatego, że ludzie mnożą się w postępie geometrycznym, natomiast produkcja żywności wzrasta w postępie arytmetycznym. Malthus zalecał działania prewencyjne, których celem byłoby ograniczenie dzietności kobiet, np. aborcje i znaczne przesunięcie wieku zawierania małżeństw. Jego zdaniem XIX-wieczna Anglia już była krajem przeludnionym.

Współczesną wersję tych maltuzjańskich proroctw przedstawili na początku lat 70. XX w. autorzy słynnego raportu „Granice wzrostu” firmowanego przez Klub Rzymski. Twierdzili, że zasoby naturalne globu są ograniczone, a Ziemia nie jest w stanie wyżywić szybko rosnącej populacji Homo sapiens. Zalecali powstrzymanie wzrostu demograficznego i apetytów konsumpcyjnych.