ziemia
Autor: Łukasz Czarnecki | dodano: 2014-04-23
Miasto we krwi

Fot. Forum

Jedna z największych masakr cywili w historii, zapowiadająca okropieństwa II wojny światowej, wydarzyła się w Chinach –  pewnie dlatego w Europie rzadko się  o niej pamięta.

Nankin to położone nad ­rzeką ­Jangcy starożytne miasto we wschodnich Chinach, dawna stolica dynastii Ming, a później Chin kuomintangowskich, miejsce uroczystego pochówku Ojca Republiki – Sun Yat-sena. Metropolia odgrywająca w Państwie Środka taką rolę jak w Polsce Kraków. Na przełomie grudnia i stycznia 1937 r. Nankin wpadł w ręce maszerującej przez Chiny japońskiej armii – i dotychczas piękna aglomeracja stała się przedsionkiem piekła. Na ulicach leżały zwały trupów, wokół szalały płomienie, wszędzie słychać było wrzaski mordowanych, a wody Jangcy i pobliskich stawów zaczerwieniły się od krwi. Bucie i nienawiści najeźdźców sprzeciwiło się jedynie 27 pozostałych w mieście Europejczyków i  Amerykanów, na których czele stanął, o ironio, nieprzejednany nazista.

Początek wojny

Przez całe lata 30. XX w. stosunki pomiędzy rządzonymi przez Kuomintang i Czang Kaj-szeka Chinami a Japonią były nadzwyczaj napięte. Cieniem kładła się na nich sprawa powołanego do życia przez Japończyków państewka Mandżukuo i coraz wyraźniejsze imperialistyczne zapędy Japonii dążącej do jak największego osłabienia Państwa Środka. Rozgoryczone japońską butą społeczeństwo chińskie głośno domagało się ukarania kłopotliwego sąsiada. Rozważny przywódca Kuomintangu Czang Kaj-szek nie śpieszył się jednak do konfrontacji z cesarstwem. Wyszkolony w japońskiej uczelni wojskowej zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z rażącej dysproporcji sił. Japońskie wojsko było o wiele lepiej wyszkolone i uzbrojone niż armia chińska. Świadomy tego Czang zainicjował program działań naprawczych mających wzmocnić Chiny, w tym reformę wojska. Chiński wódz zatrudnił m.in. niemieckich instruktorów, złożył też w Europie pokaźne zamówienia na broń.

Japończycy uważnie obserwowali te działania. W żadnym razie nie zamierzali dopuścić do wzmocnienia Chin. Dla wszystkich, zarówno na kontynencie, jak i na archipelagu, było jasne, że prędzej czy później dojdzie do konfrontacji.

7 lipca 1937 r. na położonym niedaleko Pekinu moście Marco Polo doszło do wymiany ognia pomiędzy oddziałem chińskim a żołnierzami japońskiej Garnizonowej Armii Chin Północnych stacjonującej tu na mocy protokołów z 1901 r. (ich podpisanie kończyło powstanie bokserów). Do dziś nie wiadomo, kto zaczął strzelaninę, która zresztą szybko ustała i w której nikt nie zginął, lecz która też dała japońskim wojskowym dawno wyczekiwany pretekst do akcji militarnej. Mimo iż część polityków z Tokio próbowała jeszcze ugasić ogień, szybko okazało się, że armia ma ich starania za nic. Tym sposobem pozornie niewinny wypadek stał się początkiem krwawej wojny. Co ciekawe – wojny niewypowiedzianej, gdyż Japończycy nie raczyli nawet formalnie wypowiedzieć jej przeciwnikowi i swoje działania na kontynencie uparcie określali „incydentem chińskim”. „Incydent” ten ostatecznie kosztować miał życie 20 mln Chińczyków.

Bitwa o Szanghaj

Pekin padł szybko, a dowodzący obroną generał Zhang Zhizhong, właściwie nie wdając się w walkę, wydał podległym sobie oddziałom rozkaz odwrotu. Sam uciekł z miasta na rowerze. Na usprawiedliwienie nieszczęsnego generała powiedzieć można, że jego siły były kiepsko uzbrojone i wyszkolone, nie miały więc żadnych szans w starciu z przeciwnikiem. Tymczasem japońska machina wojenna ruszyła. Na wsparcie operującym już na kontynencie żołnierzom (stacjonującej w Mandżukuo Armii Kwantuńskiej i Armii Korei) wyruszyły wojska z archipelagu. Dowódcy tych potężnych sił zapowiadali, że zmiażdżą wszelki opór w ciągu trzech miesięcy.

Czang Kaj-szek oczywiście nie czekał na inwazję z założonymi rękami. Wiedząc, że bezpośrednia konfrontacja militarna musi zakończyć się klęską, starannie opracowywał ze swoimi sztabowcami plan długiej wojny obronnej. Zdecydował się na wydanie nieprzyjacielowi bitwy w Szanghaju, największym porcie Państwa Środka, zwanym też „chińskim Nowym Jorkiem”. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w mieście tym przeplatają się interesy wielkich mocarstw, a ich obywatele licznie zamieszkują tamtejsze dzielnice cudzoziemskie. Chiński przywódca wierzył, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone wesprą go dyplomatycznie w zmaganiach z Japonią. Walki toczone o Szanghaj miały zwrócić ich uwagę na „chiński problem” i przekonać do udzielenia pomocy Kuomintangowi.

Do miasta wysłano elitarne wyszkolone przez Niemców dywizje, mające odeprzeć spodziewany japoński desant. Bitwa rozpoczęła się 13 sierpnia i trwała przez kolejne trzy miesiące. Chińska armia dała za wygraną dopiero na początku listopada, tracąc do tego czasu od 180 do 300 tys. żołnierzy. Chińskie Termopile zwróciły uwagę świata na konflikt, ale nie spełniły w pełni swojego zadania – oczekiwany ratunek nie nadszedł.

Wkrótce po upadku Szanghaju rozpoczęła się ewakuacja Nankinu. Front zbliżał się szybko. Ludzie uciekali z miasta, jak tylko się dało: łodziami, zapchanymi pociągami lub pieszo. Na ich miejsce napływali jednak wciąż nowi uchodźcy i wycofujący się żołnierze, tak że w przededniu pojawienia się Japończyków populacja Nankinu nadal wynosiła około 700 tys. mieszkańców.

Uciekali nie tylko cywile. Na rozkaz Czang Kaj-szeka metropolię opuściły też władze państwowe, urzędnicy, skarby sztuki i zapasy złota. Chiński przywódca nie zamierzał jednak pozostawiać miasta bezbronnego – pozostawił w nim 90 tys. żołnierzy pod wodzą gen. Tanga Shengziego, który zapowiedział walkę do ostatniej kropli krwi. Deklaracje te były niewiele warte. Gdy 9 grudnia Japończycy przystąpili do oblężenia stolicy, generał natychmiast rozpoczął negocjacje dotyczące kapitulacji. Ponieważ nie przyniosły one skutku, zdecydował się wydać podległym sobie wojskom rozkaz odwrotu (sam uciekł motorówką). W jego ślady poszła większość oficerów. 13 grudnia do miasta weszli Japończycy.

Rzeź i gwałty

Wkraczający do Nankinu żołnierze nieprzyjaciela spotkali się początkowo z całkiem ciepłym powitaniem ze strony miejscowej ludności. Mieszkańcy stolicy mieli nadzieję, że słynący z zamiłowania do porządku najeźdźcy opanują szalejący w mieście chaos. Wiarę tę podsycały zrzucane przez japońskie lotnictwo ulotki obiecujące łagodne traktowanie jeńców i ludności podbitego terytorium. Nankińczycy nie wiedzieli lub woleli nie wiedzieć o losie nieodległego Suzhou, którego mieszkańcy niespełna miesiąc wcześniej zostali zmasakrowani przez Japończyków.

Mieszkańcom Nankinu, którzy przezornie wiwatowali na cześć wkraczających wojaków i machali japońskimi flagami, odpowiedziano ołowiem. Grupki najeźdźców zaczęły rozchodzić się po mieście, strzelając do każdego, kogo napotkały. A to był dopiero początek koszmaru.

Natychmiast po zajęciu miasta 50-tysięczna armia okupacyjna stanęła przed niezwykle trudnym zadaniem logistycznym. Mianowicie co począć z 90 tys. chińskich żołnierzy, którzy wpadli w jej ręce. Dowódca wkraczających do Nankinu oddziałów – cesarski kuzyn, książę Asaka Yasuhiko (funkcję tę pełnił w zastępstwie powalonego przez atak gruźlicy gen. Matsui Iwane) – nie miał wątpliwości: wydał rozkaz ich rozstrzelania. Podjęcie takiej decyzji ułatwiała japońskiemu dowódcy samurajska tradycja, w której duchu zarówno on, jak i jego oficerowie byli wychowywani; etyczny kodeks japońskich wojowników nie przewidywał bowiem żadnej litości dla pokonanego przeciwnika. Co więcej, dla cesarskich żołnierzy wróg, który się poddał, był godny najwyższej pogardy. Jedna z największych masowych egzekucji w historii została wykonana pod położoną niedaleko Nankinu górą Mufu i pochłonęła życie około 57 tys. ludzi, których rozstrzelano z karabinów maszynowych. Biorąc pod uwagę, co w tym samym czasie Japończycy wyprawiali w samym mieście, rozstrzelanych można uznać za szczęściarzy: zginęli w miarę szybko od kul. W dziedzinie długiego i bolesnego zabijania najeźdźcy byli bowiem przerażająco pomysłowi.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2014 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
8
W 1989 r. został wystrzelony europejski satelita Hipparcos, który wyznaczył odległości do ponad 2,5 miliona gwiazd.
Warto przeczytać
Nie tylko tabliczka mnożenia, ale i dzielenia może sama wchodzić do głowy! Pomogą w tym zabawne, wpadające w ucho wierszyki, które pozostają w głowach uczniów. Dzięki błyskotliwym skojarzeniom pozwalają łatwo i bez wysiłku nie tylko nauczyć się tabliczki dzielenia w zakresie do 100, ale także zrozumieć, czym jest dzielenie i dlaczego nie musi sprawiać najmniejszych kłopotów.

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Łukasz Czarnecki | dodano: 2014-04-23
Miasto we krwi

Fot. Forum

Jedna z największych masakr cywili w historii, zapowiadająca okropieństwa II wojny światowej, wydarzyła się w Chinach –  pewnie dlatego w Europie rzadko się  o niej pamięta.

Nankin to położone nad ­rzeką ­Jangcy starożytne miasto we wschodnich Chinach, dawna stolica dynastii Ming, a później Chin kuomintangowskich, miejsce uroczystego pochówku Ojca Republiki – Sun Yat-sena. Metropolia odgrywająca w Państwie Środka taką rolę jak w Polsce Kraków. Na przełomie grudnia i stycznia 1937 r. Nankin wpadł w ręce maszerującej przez Chiny japońskiej armii – i dotychczas piękna aglomeracja stała się przedsionkiem piekła. Na ulicach leżały zwały trupów, wokół szalały płomienie, wszędzie słychać było wrzaski mordowanych, a wody Jangcy i pobliskich stawów zaczerwieniły się od krwi. Bucie i nienawiści najeźdźców sprzeciwiło się jedynie 27 pozostałych w mieście Europejczyków i  Amerykanów, na których czele stanął, o ironio, nieprzejednany nazista.

Początek wojny

Przez całe lata 30. XX w. stosunki pomiędzy rządzonymi przez Kuomintang i Czang Kaj-szeka Chinami a Japonią były nadzwyczaj napięte. Cieniem kładła się na nich sprawa powołanego do życia przez Japończyków państewka Mandżukuo i coraz wyraźniejsze imperialistyczne zapędy Japonii dążącej do jak największego osłabienia Państwa Środka. Rozgoryczone japońską butą społeczeństwo chińskie głośno domagało się ukarania kłopotliwego sąsiada. Rozważny przywódca Kuomintangu Czang Kaj-szek nie śpieszył się jednak do konfrontacji z cesarstwem. Wyszkolony w japońskiej uczelni wojskowej zbyt dobrze zdawał sobie sprawę z rażącej dysproporcji sił. Japońskie wojsko było o wiele lepiej wyszkolone i uzbrojone niż armia chińska. Świadomy tego Czang zainicjował program działań naprawczych mających wzmocnić Chiny, w tym reformę wojska. Chiński wódz zatrudnił m.in. niemieckich instruktorów, złożył też w Europie pokaźne zamówienia na broń.

Japończycy uważnie obserwowali te działania. W żadnym razie nie zamierzali dopuścić do wzmocnienia Chin. Dla wszystkich, zarówno na kontynencie, jak i na archipelagu, było jasne, że prędzej czy później dojdzie do konfrontacji.

7 lipca 1937 r. na położonym niedaleko Pekinu moście Marco Polo doszło do wymiany ognia pomiędzy oddziałem chińskim a żołnierzami japońskiej Garnizonowej Armii Chin Północnych stacjonującej tu na mocy protokołów z 1901 r. (ich podpisanie kończyło powstanie bokserów). Do dziś nie wiadomo, kto zaczął strzelaninę, która zresztą szybko ustała i w której nikt nie zginął, lecz która też dała japońskim wojskowym dawno wyczekiwany pretekst do akcji militarnej. Mimo iż część polityków z Tokio próbowała jeszcze ugasić ogień, szybko okazało się, że armia ma ich starania za nic. Tym sposobem pozornie niewinny wypadek stał się początkiem krwawej wojny. Co ciekawe – wojny niewypowiedzianej, gdyż Japończycy nie raczyli nawet formalnie wypowiedzieć jej przeciwnikowi i swoje działania na kontynencie uparcie określali „incydentem chińskim”. „Incydent” ten ostatecznie kosztować miał życie 20 mln Chińczyków.

Bitwa o Szanghaj

Pekin padł szybko, a dowodzący obroną generał Zhang Zhizhong, właściwie nie wdając się w walkę, wydał podległym sobie oddziałom rozkaz odwrotu. Sam uciekł z miasta na rowerze. Na usprawiedliwienie nieszczęsnego generała powiedzieć można, że jego siły były kiepsko uzbrojone i wyszkolone, nie miały więc żadnych szans w starciu z przeciwnikiem. Tymczasem japońska machina wojenna ruszyła. Na wsparcie operującym już na kontynencie żołnierzom (stacjonującej w Mandżukuo Armii Kwantuńskiej i Armii Korei) wyruszyły wojska z archipelagu. Dowódcy tych potężnych sił zapowiadali, że zmiażdżą wszelki opór w ciągu trzech miesięcy.

Czang Kaj-szek oczywiście nie czekał na inwazję z założonymi rękami. Wiedząc, że bezpośrednia konfrontacja militarna musi zakończyć się klęską, starannie opracowywał ze swoimi sztabowcami plan długiej wojny obronnej. Zdecydował się na wydanie nieprzyjacielowi bitwy w Szanghaju, największym porcie Państwa Środka, zwanym też „chińskim Nowym Jorkiem”. Zdawał sobie bowiem sprawę, że w mieście tym przeplatają się interesy wielkich mocarstw, a ich obywatele licznie zamieszkują tamtejsze dzielnice cudzoziemskie. Chiński przywódca wierzył, że Wielka Brytania i Stany Zjednoczone wesprą go dyplomatycznie w zmaganiach z Japonią. Walki toczone o Szanghaj miały zwrócić ich uwagę na „chiński problem” i przekonać do udzielenia pomocy Kuomintangowi.

Do miasta wysłano elitarne wyszkolone przez Niemców dywizje, mające odeprzeć spodziewany japoński desant. Bitwa rozpoczęła się 13 sierpnia i trwała przez kolejne trzy miesiące. Chińska armia dała za wygraną dopiero na początku listopada, tracąc do tego czasu od 180 do 300 tys. żołnierzy. Chińskie Termopile zwróciły uwagę świata na konflikt, ale nie spełniły w pełni swojego zadania – oczekiwany ratunek nie nadszedł.

Wkrótce po upadku Szanghaju rozpoczęła się ewakuacja Nankinu. Front zbliżał się szybko. Ludzie uciekali z miasta, jak tylko się dało: łodziami, zapchanymi pociągami lub pieszo. Na ich miejsce napływali jednak wciąż nowi uchodźcy i wycofujący się żołnierze, tak że w przededniu pojawienia się Japończyków populacja Nankinu nadal wynosiła około 700 tys. mieszkańców.

Uciekali nie tylko cywile. Na rozkaz Czang Kaj-szeka metropolię opuściły też władze państwowe, urzędnicy, skarby sztuki i zapasy złota. Chiński przywódca nie zamierzał jednak pozostawiać miasta bezbronnego – pozostawił w nim 90 tys. żołnierzy pod wodzą gen. Tanga Shengziego, który zapowiedział walkę do ostatniej kropli krwi. Deklaracje te były niewiele warte. Gdy 9 grudnia Japończycy przystąpili do oblężenia stolicy, generał natychmiast rozpoczął negocjacje dotyczące kapitulacji. Ponieważ nie przyniosły one skutku, zdecydował się wydać podległym sobie wojskom rozkaz odwrotu (sam uciekł motorówką). W jego ślady poszła większość oficerów. 13 grudnia do miasta weszli Japończycy.

Rzeź i gwałty

Wkraczający do Nankinu żołnierze nieprzyjaciela spotkali się początkowo z całkiem ciepłym powitaniem ze strony miejscowej ludności. Mieszkańcy stolicy mieli nadzieję, że słynący z zamiłowania do porządku najeźdźcy opanują szalejący w mieście chaos. Wiarę tę podsycały zrzucane przez japońskie lotnictwo ulotki obiecujące łagodne traktowanie jeńców i ludności podbitego terytorium. Nankińczycy nie wiedzieli lub woleli nie wiedzieć o losie nieodległego Suzhou, którego mieszkańcy niespełna miesiąc wcześniej zostali zmasakrowani przez Japończyków.

Mieszkańcom Nankinu, którzy przezornie wiwatowali na cześć wkraczających wojaków i machali japońskimi flagami, odpowiedziano ołowiem. Grupki najeźdźców zaczęły rozchodzić się po mieście, strzelając do każdego, kogo napotkały. A to był dopiero początek koszmaru.

Natychmiast po zajęciu miasta 50-tysięczna armia okupacyjna stanęła przed niezwykle trudnym zadaniem logistycznym. Mianowicie co począć z 90 tys. chińskich żołnierzy, którzy wpadli w jej ręce. Dowódca wkraczających do Nankinu oddziałów – cesarski kuzyn, książę Asaka Yasuhiko (funkcję tę pełnił w zastępstwie powalonego przez atak gruźlicy gen. Matsui Iwane) – nie miał wątpliwości: wydał rozkaz ich rozstrzelania. Podjęcie takiej decyzji ułatwiała japońskiemu dowódcy samurajska tradycja, w której duchu zarówno on, jak i jego oficerowie byli wychowywani; etyczny kodeks japońskich wojowników nie przewidywał bowiem żadnej litości dla pokonanego przeciwnika. Co więcej, dla cesarskich żołnierzy wróg, który się poddał, był godny najwyższej pogardy. Jedna z największych masowych egzekucji w historii została wykonana pod położoną niedaleko Nankinu górą Mufu i pochłonęła życie około 57 tys. ludzi, których rozstrzelano z karabinów maszynowych. Biorąc pod uwagę, co w tym samym czasie Japończycy wyprawiali w samym mieście, rozstrzelanych można uznać za szczęściarzy: zginęli w miarę szybko od kul. W dziedzinie długiego i bolesnego zabijania najeźdźcy byli bowiem przerażająco pomysłowi.