człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-06-12
Rzeczpospolita postkolonialna

(Fot. Marcin Białek/Wikipedia)

Od trzydziestu lat niepokoje i paradoksy społeczne w krajach Trzeciego Świata tłumaczy się teorią postkolonialną. Ostatnio coraz chętniej jest ona wykorzystywana także do badania źródeł polskich kompleksów.

Poza epizodami z Hospodarstwem Mołdawskim, Zagłobowym handlem Niderlandami oraz wysiłkiem Ligi Morskiej i Kolonialnej w latach 30. XX wieku, by zyskać dla Polski Madagaskar, Mozambik i Liberię (udało się tylko założyć na brazylijskim wybrzeżu polską osadę o swojskiej nazwie Morska Wola), Polska nigdy nie aspirowała do klubu potęg kolonialnych. Nasze lenna, zwłaszcza Prusy Książęce, przysparzały więcej kłopotów niż bogactw czy splendoru.

Z drugiej strony pogląd, że to Polska była krainą skolonizowaną, nie zaistniał szerzej ani w naszym dyskursie naukowym, ani w publicznym. Zaborców nie nazywamy "kolonizatorami", strategii Kulturkampfu lub rusyfikacji nie określamy mianem "kolonizacji kulturowej", nawet emigracyjny Paryż i Londyn nie funkcjonują w podręcznikach jako "duchowe metropolie", lecz jako przymusowy azyl. Wypieramy kolonialną koncepcję polskiej przeszłości, ponieważ zakłada ona podział nie tylko na uzależniających i uzależnionych, ale również na wyżej rozwiniętych cywilizacyjnie i zacofanych. O nie! Polacy, choć formalnie bywali pod rządami obcych państw, dawali się okupantom mocno we znaki, nigdy nie dopuszczając do poddaństwa - takiej wygładzonej historii uczymy się w szkołach. Tymczasem niektórzy współcześni socjologowie i politolodzy śmiało twierdzą, że chociaż okres politycznego zdominowania minął, Polacy jeszcze długo będą się zmagać ze "skolonizowaną" mentalnością. Skutki takiego procesu widać wyraźnie dopiero na etapie tzw. powrotu do normalności, kiedy najmniej się ich spodziewamy.

Niedokończona dekolonizacja

Jeżeli można powiedzieć o teorii, że jest modna, to z pewnością taką koncepcją stał się postkolonializm. Łączy elementy literaturoznawstwa, lingwistyki, badań nad dyskursem, socjologii nierówności, filozofii społecznej i wielu dyscyplin pokrewnych. Dzięki tej pojemności służy za wytrych do tłumaczenia wszelkich meandrów świata po dekolonizacji. Pozwala też tropić znamiona wtórnej zależności od ideologii Zachodu.

Pierwsze jaskółki myśli postkolonialnej pojawiły się już w latach 50. XX wieku, gdy wielkimi połaciami Afryki wciąż administrowali Europejczycy. W 1957 roku Albert Memmi, urodzony we francuskiej Tunezji Żyd, opublikował książkę "Kolonizator a kolonizowany". Na podstawie zbieranych przez wiele lat doświadczeń w mozaikowej społeczności Francuzów, Włochów, dyskryminowanych tunezyjskich Muzułmanów oraz skłaniających się ku zachodnim wzorcom Żydów wypracował modele "kolonizatora" i "kolonizowanego".

Temu pierwszemu zależy na utrzymaniu systemu kolonialnego, w którym rdzenni mieszkańcy są postrzegani jako podludzie i są łudzeni obietnicą "społecznego zbawienia" przez obcą religię oraz posłuszeństwo. Kolonizowany żyje "rozwiedziony" z rzeczywistością. Przyzwyczaił się, że nie ma wpływu na politykę ani historię i nawet po odzyskaniu niepodległości przez własne państwo, nie przejmuje odpowiedzialności za jego losy. Bunt kolonizowanych to nie przebudzenie z letargu, lecz jedynie ostatni etap wyobcowania. (...)

Teoria egzotyczna?

(...) Na pierwszy rzut oka egzotyczna teoria postkolonialna nie ma nic wspólnego z polską rzeczywistością. Jednak trudno zaprzeczyć, że wielokrotnie Polska znajdowała się pod panowaniem obcych potęg. Wolne elekcje wystawiły kraj na wpływy szwedzkie, saskie i francuskie. Zabory sprawiły, że stolicami kulturalnymi stały się dla Polaków Sankt Petersburg, Wiedeń i pełen emigrantów Paryż. Związek Sowiecki uzależnił Polskę zarówno politycznie, jak i gospodarczo. Od kilkunastu lat możemy mówić o suwerenności, ale rysy na niej są widoczne gołym okiem. Lawirujemy dość niezręcznie między partnerami z NATO, UE i Waszyngtonu, często pozwalając dyktować sobie warunki. Rodzima kinematografia i literatura na forum europejskim niemal nie istnieje - często nudzi samych Polaków, chętniej sięgających po importowaną rozrywkę. Emigrujemy nie tylko za chlebem, ale i za duchem. Naukowcy wybierają Zachód z powodu nieporównywalnie większych możliwości i swobody badań. Pojedyncze inicjatywy, jak stypendia "Zostańcie z nami" tygodnika "Polityka", nie wystarczą, by ich zatrzymać.

To wszystko mogą być symptomy postkolonialnej grypy. Lecz czy mamy prawo wpisać Polskę na "postlistę"?

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 09/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Czerwiec
2
W 1897 r. Guglielmo Marconi uzyskał patent na radio.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-06-12
Rzeczpospolita postkolonialna

(Fot. Marcin Białek/Wikipedia)

Od trzydziestu lat niepokoje i paradoksy społeczne w krajach Trzeciego Świata tłumaczy się teorią postkolonialną. Ostatnio coraz chętniej jest ona wykorzystywana także do badania źródeł polskich kompleksów.

Poza epizodami z Hospodarstwem Mołdawskim, Zagłobowym handlem Niderlandami oraz wysiłkiem Ligi Morskiej i Kolonialnej w latach 30. XX wieku, by zyskać dla Polski Madagaskar, Mozambik i Liberię (udało się tylko założyć na brazylijskim wybrzeżu polską osadę o swojskiej nazwie Morska Wola), Polska nigdy nie aspirowała do klubu potęg kolonialnych. Nasze lenna, zwłaszcza Prusy Książęce, przysparzały więcej kłopotów niż bogactw czy splendoru.

Z drugiej strony pogląd, że to Polska była krainą skolonizowaną, nie zaistniał szerzej ani w naszym dyskursie naukowym, ani w publicznym. Zaborców nie nazywamy "kolonizatorami", strategii Kulturkampfu lub rusyfikacji nie określamy mianem "kolonizacji kulturowej", nawet emigracyjny Paryż i Londyn nie funkcjonują w podręcznikach jako "duchowe metropolie", lecz jako przymusowy azyl. Wypieramy kolonialną koncepcję polskiej przeszłości, ponieważ zakłada ona podział nie tylko na uzależniających i uzależnionych, ale również na wyżej rozwiniętych cywilizacyjnie i zacofanych. O nie! Polacy, choć formalnie bywali pod rządami obcych państw, dawali się okupantom mocno we znaki, nigdy nie dopuszczając do poddaństwa - takiej wygładzonej historii uczymy się w szkołach. Tymczasem niektórzy współcześni socjologowie i politolodzy śmiało twierdzą, że chociaż okres politycznego zdominowania minął, Polacy jeszcze długo będą się zmagać ze "skolonizowaną" mentalnością. Skutki takiego procesu widać wyraźnie dopiero na etapie tzw. powrotu do normalności, kiedy najmniej się ich spodziewamy.

Niedokończona dekolonizacja

Jeżeli można powiedzieć o teorii, że jest modna, to z pewnością taką koncepcją stał się postkolonializm. Łączy elementy literaturoznawstwa, lingwistyki, badań nad dyskursem, socjologii nierówności, filozofii społecznej i wielu dyscyplin pokrewnych. Dzięki tej pojemności służy za wytrych do tłumaczenia wszelkich meandrów świata po dekolonizacji. Pozwala też tropić znamiona wtórnej zależności od ideologii Zachodu.

Pierwsze jaskółki myśli postkolonialnej pojawiły się już w latach 50. XX wieku, gdy wielkimi połaciami Afryki wciąż administrowali Europejczycy. W 1957 roku Albert Memmi, urodzony we francuskiej Tunezji Żyd, opublikował książkę "Kolonizator a kolonizowany". Na podstawie zbieranych przez wiele lat doświadczeń w mozaikowej społeczności Francuzów, Włochów, dyskryminowanych tunezyjskich Muzułmanów oraz skłaniających się ku zachodnim wzorcom Żydów wypracował modele "kolonizatora" i "kolonizowanego".

Temu pierwszemu zależy na utrzymaniu systemu kolonialnego, w którym rdzenni mieszkańcy są postrzegani jako podludzie i są łudzeni obietnicą "społecznego zbawienia" przez obcą religię oraz posłuszeństwo. Kolonizowany żyje "rozwiedziony" z rzeczywistością. Przyzwyczaił się, że nie ma wpływu na politykę ani historię i nawet po odzyskaniu niepodległości przez własne państwo, nie przejmuje odpowiedzialności za jego losy. Bunt kolonizowanych to nie przebudzenie z letargu, lecz jedynie ostatni etap wyobcowania. (...)

Teoria egzotyczna?

(...) Na pierwszy rzut oka egzotyczna teoria postkolonialna nie ma nic wspólnego z polską rzeczywistością. Jednak trudno zaprzeczyć, że wielokrotnie Polska znajdowała się pod panowaniem obcych potęg. Wolne elekcje wystawiły kraj na wpływy szwedzkie, saskie i francuskie. Zabory sprawiły, że stolicami kulturalnymi stały się dla Polaków Sankt Petersburg, Wiedeń i pełen emigrantów Paryż. Związek Sowiecki uzależnił Polskę zarówno politycznie, jak i gospodarczo. Od kilkunastu lat możemy mówić o suwerenności, ale rysy na niej są widoczne gołym okiem. Lawirujemy dość niezręcznie między partnerami z NATO, UE i Waszyngtonu, często pozwalając dyktować sobie warunki. Rodzima kinematografia i literatura na forum europejskim niemal nie istnieje - często nudzi samych Polaków, chętniej sięgających po importowaną rozrywkę. Emigrujemy nie tylko za chlebem, ale i za duchem. Naukowcy wybierają Zachód z powodu nieporównywalnie większych możliwości i swobody badań. Pojedyncze inicjatywy, jak stypendia "Zostańcie z nami" tygodnika "Polityka", nie wystarczą, by ich zatrzymać.

To wszystko mogą być symptomy postkolonialnej grypy. Lecz czy mamy prawo wpisać Polskę na "postlistę"?