człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2014-05-26
Miłość do hejtowania

Ilustracja Elżbieta Waga

Upodobanie do komunikacji pełnej wrogości i zawiści nie zna żadnych barier: ani wieku, ani płci, ani wykształcenia. Uczyniliśmy z hejtowania naszą lingua franca, danie główne debaty publicznej i nieodzowny element wizerunku celebrytów.

28 października 2013 r. o godz. 7:19 na portalu „Gazety Wyborczej” ukazuje się informacja o śmierci Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera Polski. Nie mija kwadrans, a pod tekstem roi się od nienawistnych komentarzy, tzw. hejtów (od ang. hate – nienawiść), jakoby zmarły był „Żydem-zdrajcą Polski”, „komunistycznym aparatczykiem” czy „czerwoną plagą”. Każdy ma prawo nie zgadzać się z wyborami politycznymi nieżyjącego premiera, ale czy trzeba zamieniać krytykę w personalny atak? Wielu bagatelizuje problem, mówiąc, że przecież nikt nikogo nie zmusza do czytania takich postów. Rozwiązanie nie jest jednak takie proste. Po pierwsze, język wrogości pojawia się dziś we wszystkich typach mediów, a unikając go, ograniczylibyśmy sobie dostęp do wielu kanałów informacji. Po drugie, nawet nie biorąc udziału w hejterskich połajankach, możemy paść ich ofiarą. Wystarczy, że ktoś nas nagra i upubliczni to, co wolelibyśmy zachować dla siebie.

W marcu tego roku, z okazji 25. rocznicy utworzenia systemu WWW, amerykański instytut Pew ­ Research Center opublikował wyniki wielkiej ankiety przeprowadzonej wśród 2558 badaczy nowych mediów i ekspertów branży IT. Pytano ich o to, jaki będzie Internet w 2025 r. Wielu zgodnie przewiduje wzrost cyberprzemocy (ang. cyberbullying) i internetowej mowy nienawiści (ang. hate speech) przy jednoczesnym braku pomysłu na opanowanie tych zjawisk. Na dobre zapanuje kultura must hate, przyciągająca ludzi, którzy według Lee Reiniego, dyrektora Pew Internet Project, kierują się dewizą „Ja jestem OK, oni nie”. Oni –  to każdy, kto jest inny niż ja, ma odmienne zdanie albo lepiej mu się powodzi.

Czy jednak Internet jest główną przyczyną agresywnej mowy? Badacze komunikacji społecznej coraz częściej przychylają się do tezy, że to nie Internet zmienił społeczeństwo w ziejącą nienawiścią masę. Ludzie zawsze mieli skłonność do obraźliwej komunikacji, a nowe media tylko dały im możliwość bezkarnej ekspresji, powielanej w wielu wirtualnych światach.

Od chamstwa do mowy nienawiści

Praojcem obraźliwej mowy (łac. invectiva oratio) jest starożytny retor Demostenes, który nie wahał się nazywać swoich przeciwników „trzeciorzędnymi aktorzynami” albo „wycirusami z placu”. Jego techniki retoryczne zainspirowały w XVI i XVII w. polskich pamflecistów. Język II Rzeczpospolitej także nie był łagodniejszy od współczesnej mowy. Prawica nazywała działaczy lewicowych „wyliniałymi lwami proletariatu” i „najemnikami bolszewickimi”, a ci odwdzięczali się tyradami o „kapelanach nożowniczego nacjonalizmu” i… „prawicowym bolszewizmie”. Józef Piłsudski zwykł określać przeciwników politycznych mianem „śmierdzącego chlewu poselskiego”. Doszło do tego, że bojąc się eskalacji konfliktu, „najwybitniejsi przedstawiciele kościoła i nauki polskiej, akademie i uniwersytety ogłosiły odezwę, zaklinając naród, aby zgasił pochodnie wojny domowej i wyplenił z duszy jad nienawiści” – donosiła „Myśl Narodowa” w 1923 r.

Po 1989 r. retoryka elit przekroczyła ramy partyjnego sporu i z niespotykaną wcześniej mocą uderzyła w zwykłych obywateli. W trakcie kampanii prezydenckiej w 1995 r. Lech Wałęsa nazwał wyborców kontrowersyjnego Stana Tymińskiego „elektoratem nawiedzonych, nieoczytanych pijaczków”. Kolejna bariera została przełamana w latach 2005–2007, kiedy w debacie publicznej utrwalił się podział na Polskę „Kaczyńską” (zwolenników Prawa i Sprawiedliwości) i Polskę „Tuskową” (zwolenników Platformy Obywatelskiej).

W ramach projektu „Język wrogości w polskim dyskursie publicznym” badacze z Collegium Civitas i Uniwersytetu Łódzkiego przeanalizowali falę agresji w polskiej komunikacji publicznej z lat 2005–2007. Na podstawie setek przekazów medialnych wyróżnili kilka odmian języka wrogości, czyli agresywnej mowy celowo godzącej w adwersarzy. Po pierwsze, często spotykamy się z chamstwem, którego źródło tkwi w poczuciu wykluczenia, bezsilności i braku merytorycznych argumentów u tego, kto obraża. Czymś więcej jest język obcości – to szukanie przyczyn czyichś problematycznych zachowań w psychice i charakterze tych osób, bez tłumaczenia ich okolicznościami zewnętrznymi (np. Kowalski nie skończył studiów, bo był na to za tępy, zamiast sytuacja materialna zmusiła ­Kowalskiego do przerwania studiów). Elementami języka wrogości są również takie techniki retoryczne, które służą uwłaczaniu i złośliwej dyskredytacji przeciwnika, oraz – pożądane zwłaszcza w mediach elektronicznych – konfrontacyjne sposoby prowadzenia rozmów.

Najradykalniejszą formą słownego ataku jest mowa nienawiści. Magdalena Tulli i Sergiusz Kowalski, autorzy pierwszego w Polsce raportu o mowie nienawiści z 2003 r., za taką mowę uznali agresję werbalną skierowaną do całych grup i nawołującą do przemocy lub ograniczenia praw tych grup. Nawet jeśli agresor wskazuje na jednego człowieka, to redukuje go do „typowego przedstawiciela nienawidzonej grupy, której rzekome cechy i motywy zostają mu przypisane bez dyskusji” (np. Kowalski jest zdrajcą jak każdy Żyd). Chodzi tu przede wszystkim o tzw. grupy naturalne, a więc takie, których sami nie wybieramy, przynależność do nich zależy bowiem od czynników biologicznych (np. płeć, kolor skóry, orientacja seksualna) lub kulturowych (etniczność, religia). Należy podkreślić, że „nie jest istotne, czy lżony, wyszydzany i poniżany z powodu przynależności do grupy naturalnej rzeczywiście do niej należy, czy naprawdę jest Żydem, Ukraińcem lub homoseksualistą”. Ważne, że został zaatakowany jako stereotypowy Żyd, Ukrainiec czy homoseksualista.

Mowa nienawiści ma często charakter hermetyczny, to znaczy, że posługuje się kodem dla „wtajemniczonych”, którzy znają „prawdziwe” znaczenie niejasnych etykietek. Przykładem może być neologizm „polakożerca”. Na pierwszy rzut oka mógłby określać każdego, komu przypisuje się szkodzenie Polsce. A jednak najczęściej oznacza stereotypowego „Żyda-zdrajcę Chrystusa” i per analogiam „zdrajcę Polski-Chrystusa narodów”. Dziś te określenia wykorzystują media katolicko-narodowe. Co ciekawe, pół wieku wcześniej to władze PRL używały tego samego epitetu, mówiąc o „polakożerczej kampanii ­ Watykanu” i tym samym zarzucając Kościołowi katolickiemu działania antypolskie.

Tulli i Kowalski analizowali przekazy z czasopism prawicowych. Powstał swoisty „antyleksykon” wypowiedzi antysemickich, rasistowskich, homofobicznych i ksenofobicznych. Wiele z nich ujawniało podobny schemat argumentacji, oparty na klasycznym sylogizmie i teoriach spiskowych: 1) A jest przedstawicielem grupy B, 2) grupa B to „z natury” wrogowie Polski; 3) czyli A jest wrogiem Polski. Trzeba jednak pamiętać, że do języka wrogości sięga często także lewica. Z tą różnicą, że zwykle używa innego schematu: 1)  A nie zgadza się z nami, 2) czyli A nie myśli racjonalnie, 3) a więc A jest oszołomem albo idiotą.

Anatomia wrogości

Szczególną formą agresywnej mowy stało się internetowe hejtowanie. Choć może ono być adresowane zarówno do całych narodów, jak i do polityków, celebrytów czy całkiem przypadkowych osób, wszystkie typy hejtów mają kilka wspólnych cech. Po pierwsze, hejtowanie jest dziś napędzane nie tyle gwarancją anonimowości i bezkarności hejterów, co ich narcyzmem i egocentryzmem. Celem przestaje być zakłócenie komunikacji między pozostałymi internautami (tzw. trolling), a jest nim podsycanie konfliktu (tzw. flaming). Udany hejt to taki, który zostanie zauważony, nawet jeśli przez innych będzie… hejtowany. Jeden hejt wywołuje hejt zwrotny na zasadzie toksycznego zerwania hamulców komunikacji (ang. toxic disinhibition): skoro on/ona może tak mówić, to dlaczego ja nie? Cudza choroba, a nawet śmierć, przestają być kulturowymi hamulcami wyciszającymi wrogie głosy. Dobrym przykładem jest tweet pewnego znanego dziennikarza prasowego na wieść o ciężkiej chorobie popularnego blogera Azraela, znanego z ostrego języka: „Ten facet wystarczająco często życzył źle ludziom, by do niego zło wróciło”.

Po drugie, hejt opiera się na kalkulacji siły stereotypu. To atakowany jest winny tego, że… tak łatwo go zaatakować. Jeśli w danej sytuacji możliwe byłoby hejtowanie kilku osób o różnych cechach, hejter zwykle wybiera tę, którą można prosto powiązać z negatywnym stereotypem.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 06/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Maj
26
W 1761 r. Michaił Łomonosow podczas obserwacji przejścia Wenus na tle tarczy Słońca odkrył jej atmosferę.
Warto przeczytać
Ta książka to praktyczny poradnik jak mniej marnować. Możesz wyrzucać aż o 80 procent mniej rzeczy, wydawać mniej pieniędzy - i pełniej żyć! To także refleksja nad tym, w jaki sposób można zacząć działać na rzecz środowiska

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2014-05-26
Miłość do hejtowania

Ilustracja Elżbieta Waga

Upodobanie do komunikacji pełnej wrogości i zawiści nie zna żadnych barier: ani wieku, ani płci, ani wykształcenia. Uczyniliśmy z hejtowania naszą lingua franca, danie główne debaty publicznej i nieodzowny element wizerunku celebrytów.

28 października 2013 r. o godz. 7:19 na portalu „Gazety Wyborczej” ukazuje się informacja o śmierci Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera Polski. Nie mija kwadrans, a pod tekstem roi się od nienawistnych komentarzy, tzw. hejtów (od ang. hate – nienawiść), jakoby zmarły był „Żydem-zdrajcą Polski”, „komunistycznym aparatczykiem” czy „czerwoną plagą”. Każdy ma prawo nie zgadzać się z wyborami politycznymi nieżyjącego premiera, ale czy trzeba zamieniać krytykę w personalny atak? Wielu bagatelizuje problem, mówiąc, że przecież nikt nikogo nie zmusza do czytania takich postów. Rozwiązanie nie jest jednak takie proste. Po pierwsze, język wrogości pojawia się dziś we wszystkich typach mediów, a unikając go, ograniczylibyśmy sobie dostęp do wielu kanałów informacji. Po drugie, nawet nie biorąc udziału w hejterskich połajankach, możemy paść ich ofiarą. Wystarczy, że ktoś nas nagra i upubliczni to, co wolelibyśmy zachować dla siebie.

W marcu tego roku, z okazji 25. rocznicy utworzenia systemu WWW, amerykański instytut Pew ­ Research Center opublikował wyniki wielkiej ankiety przeprowadzonej wśród 2558 badaczy nowych mediów i ekspertów branży IT. Pytano ich o to, jaki będzie Internet w 2025 r. Wielu zgodnie przewiduje wzrost cyberprzemocy (ang. cyberbullying) i internetowej mowy nienawiści (ang. hate speech) przy jednoczesnym braku pomysłu na opanowanie tych zjawisk. Na dobre zapanuje kultura must hate, przyciągająca ludzi, którzy według Lee Reiniego, dyrektora Pew Internet Project, kierują się dewizą „Ja jestem OK, oni nie”. Oni –  to każdy, kto jest inny niż ja, ma odmienne zdanie albo lepiej mu się powodzi.

Czy jednak Internet jest główną przyczyną agresywnej mowy? Badacze komunikacji społecznej coraz częściej przychylają się do tezy, że to nie Internet zmienił społeczeństwo w ziejącą nienawiścią masę. Ludzie zawsze mieli skłonność do obraźliwej komunikacji, a nowe media tylko dały im możliwość bezkarnej ekspresji, powielanej w wielu wirtualnych światach.

Od chamstwa do mowy nienawiści

Praojcem obraźliwej mowy (łac. invectiva oratio) jest starożytny retor Demostenes, który nie wahał się nazywać swoich przeciwników „trzeciorzędnymi aktorzynami” albo „wycirusami z placu”. Jego techniki retoryczne zainspirowały w XVI i XVII w. polskich pamflecistów. Język II Rzeczpospolitej także nie był łagodniejszy od współczesnej mowy. Prawica nazywała działaczy lewicowych „wyliniałymi lwami proletariatu” i „najemnikami bolszewickimi”, a ci odwdzięczali się tyradami o „kapelanach nożowniczego nacjonalizmu” i… „prawicowym bolszewizmie”. Józef Piłsudski zwykł określać przeciwników politycznych mianem „śmierdzącego chlewu poselskiego”. Doszło do tego, że bojąc się eskalacji konfliktu, „najwybitniejsi przedstawiciele kościoła i nauki polskiej, akademie i uniwersytety ogłosiły odezwę, zaklinając naród, aby zgasił pochodnie wojny domowej i wyplenił z duszy jad nienawiści” – donosiła „Myśl Narodowa” w 1923 r.

Po 1989 r. retoryka elit przekroczyła ramy partyjnego sporu i z niespotykaną wcześniej mocą uderzyła w zwykłych obywateli. W trakcie kampanii prezydenckiej w 1995 r. Lech Wałęsa nazwał wyborców kontrowersyjnego Stana Tymińskiego „elektoratem nawiedzonych, nieoczytanych pijaczków”. Kolejna bariera została przełamana w latach 2005–2007, kiedy w debacie publicznej utrwalił się podział na Polskę „Kaczyńską” (zwolenników Prawa i Sprawiedliwości) i Polskę „Tuskową” (zwolenników Platformy Obywatelskiej).

W ramach projektu „Język wrogości w polskim dyskursie publicznym” badacze z Collegium Civitas i Uniwersytetu Łódzkiego przeanalizowali falę agresji w polskiej komunikacji publicznej z lat 2005–2007. Na podstawie setek przekazów medialnych wyróżnili kilka odmian języka wrogości, czyli agresywnej mowy celowo godzącej w adwersarzy. Po pierwsze, często spotykamy się z chamstwem, którego źródło tkwi w poczuciu wykluczenia, bezsilności i braku merytorycznych argumentów u tego, kto obraża. Czymś więcej jest język obcości – to szukanie przyczyn czyichś problematycznych zachowań w psychice i charakterze tych osób, bez tłumaczenia ich okolicznościami zewnętrznymi (np. Kowalski nie skończył studiów, bo był na to za tępy, zamiast sytuacja materialna zmusiła ­Kowalskiego do przerwania studiów). Elementami języka wrogości są również takie techniki retoryczne, które służą uwłaczaniu i złośliwej dyskredytacji przeciwnika, oraz – pożądane zwłaszcza w mediach elektronicznych – konfrontacyjne sposoby prowadzenia rozmów.

Najradykalniejszą formą słownego ataku jest mowa nienawiści. Magdalena Tulli i Sergiusz Kowalski, autorzy pierwszego w Polsce raportu o mowie nienawiści z 2003 r., za taką mowę uznali agresję werbalną skierowaną do całych grup i nawołującą do przemocy lub ograniczenia praw tych grup. Nawet jeśli agresor wskazuje na jednego człowieka, to redukuje go do „typowego przedstawiciela nienawidzonej grupy, której rzekome cechy i motywy zostają mu przypisane bez dyskusji” (np. Kowalski jest zdrajcą jak każdy Żyd). Chodzi tu przede wszystkim o tzw. grupy naturalne, a więc takie, których sami nie wybieramy, przynależność do nich zależy bowiem od czynników biologicznych (np. płeć, kolor skóry, orientacja seksualna) lub kulturowych (etniczność, religia). Należy podkreślić, że „nie jest istotne, czy lżony, wyszydzany i poniżany z powodu przynależności do grupy naturalnej rzeczywiście do niej należy, czy naprawdę jest Żydem, Ukraińcem lub homoseksualistą”. Ważne, że został zaatakowany jako stereotypowy Żyd, Ukrainiec czy homoseksualista.

Mowa nienawiści ma często charakter hermetyczny, to znaczy, że posługuje się kodem dla „wtajemniczonych”, którzy znają „prawdziwe” znaczenie niejasnych etykietek. Przykładem może być neologizm „polakożerca”. Na pierwszy rzut oka mógłby określać każdego, komu przypisuje się szkodzenie Polsce. A jednak najczęściej oznacza stereotypowego „Żyda-zdrajcę Chrystusa” i per analogiam „zdrajcę Polski-Chrystusa narodów”. Dziś te określenia wykorzystują media katolicko-narodowe. Co ciekawe, pół wieku wcześniej to władze PRL używały tego samego epitetu, mówiąc o „polakożerczej kampanii ­ Watykanu” i tym samym zarzucając Kościołowi katolickiemu działania antypolskie.

Tulli i Kowalski analizowali przekazy z czasopism prawicowych. Powstał swoisty „antyleksykon” wypowiedzi antysemickich, rasistowskich, homofobicznych i ksenofobicznych. Wiele z nich ujawniało podobny schemat argumentacji, oparty na klasycznym sylogizmie i teoriach spiskowych: 1) A jest przedstawicielem grupy B, 2) grupa B to „z natury” wrogowie Polski; 3) czyli A jest wrogiem Polski. Trzeba jednak pamiętać, że do języka wrogości sięga często także lewica. Z tą różnicą, że zwykle używa innego schematu: 1)  A nie zgadza się z nami, 2) czyli A nie myśli racjonalnie, 3) a więc A jest oszołomem albo idiotą.

Anatomia wrogości

Szczególną formą agresywnej mowy stało się internetowe hejtowanie. Choć może ono być adresowane zarówno do całych narodów, jak i do polityków, celebrytów czy całkiem przypadkowych osób, wszystkie typy hejtów mają kilka wspólnych cech. Po pierwsze, hejtowanie jest dziś napędzane nie tyle gwarancją anonimowości i bezkarności hejterów, co ich narcyzmem i egocentryzmem. Celem przestaje być zakłócenie komunikacji między pozostałymi internautami (tzw. trolling), a jest nim podsycanie konfliktu (tzw. flaming). Udany hejt to taki, który zostanie zauważony, nawet jeśli przez innych będzie… hejtowany. Jeden hejt wywołuje hejt zwrotny na zasadzie toksycznego zerwania hamulców komunikacji (ang. toxic disinhibition): skoro on/ona może tak mówić, to dlaczego ja nie? Cudza choroba, a nawet śmierć, przestają być kulturowymi hamulcami wyciszającymi wrogie głosy. Dobrym przykładem jest tweet pewnego znanego dziennikarza prasowego na wieść o ciężkiej chorobie popularnego blogera Azraela, znanego z ostrego języka: „Ten facet wystarczająco często życzył źle ludziom, by do niego zło wróciło”.

Po drugie, hejt opiera się na kalkulacji siły stereotypu. To atakowany jest winny tego, że… tak łatwo go zaatakować. Jeśli w danej sytuacji możliwe byłoby hejtowanie kilku osób o różnych cechach, hejter zwykle wybiera tę, którą można prosto powiązać z negatywnym stereotypem.