człowiek
Autor: Agata Muszyńska | dodano: 2014-06-23
Leczeni prądem

Fot. Warner Bros. Entertainment Polska

Elektrowstrząsy? – rażenie prądem, barbarzyństwo, dawno zarzucony sposób leczenia chorób psychicznych – to pierwsze skojarzenia. Nic bardziej błędnego. Okazuje się, że nadal z powodzeniem stosuje się je w psychiatrii, nieraz jako metodę ratującą życie.

Gdy pada hasło „terapia elektrowstrząsowa” (w żargonie psychiatrycznym EW, ang. ECT – electroconvulsive therapy), natychmiast wielu z nas pomyśli o „Locie nad kukułczym gniazdem” i świetnym Jacku Nicholsonie w roli pacjenta Randle’a McMurphy’ego. Najlepiej pamiętamy te kilka scen, które pokazują okrutne – i w domyśle bolesne – zabiegi, jakim zostaje poddany niesforny McMurphy. Między innymi takie właśnie fikcyjne obrazy stały się podstawą mitu na temat terapii EW – że to niebezpieczna, przynosząca cierpienie fizyczne i odbierająca resztki człowieczeństwa metoda leczenia, nadużywana przez bezdusznych lekarzy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że terapia elektrowstrząsowa stosunkowo niedawno przeżyła renesans i obecnie ma się całkiem dobrze, jako jedna z metod leczenia psychiatrycznego.

Eureka!

A wszystko zaczęło się, jak to często bywa ze spektakularnymi odkryciami, przypadkiem. Był rok 1937 lub początek roku 1938. Pewnego dnia włoski neuropsychiatra Ugo Cerletti z La Sapienza – Università di  ­ Roma, wracając z uczelni do domu, wstąpił do sklepu po kawałek mięsa na obiad. Ponieważ sprzedawca nie miał nic, co by mu odpowiadało, profesor został zaproszony do rzeźni nieopodal, by wybrał sobie to, co mu się spodoba. A tam podpatrzył, że zwierzęta są ubijane po ogłuszeniu poprzez porażenie prądem w głowę. Dostają po tym ataku drgawkowego (podobnego jak w padaczce) i upadają na ziemię, co czyni je oczywiście bezbronnymi, umożliwiając dokończenie uboju. Te obserwacje poddały Cerlettiemu myśl, że elektrowstrząsy mogą być pomocne w leczeniu schizofrenii (gdyż dominował wówczas pogląd, iż występowanie napadów padaczkowych zapobiega tej chorobie). Dziś wiadomo, że takie rozumowanie było błędne, bo badania wyraźnie wskazują na nierzadkie współwystępowanie obu schorzeń, ale i tak odkrycie Cerlettiego przyniosło pozytywne skutki.

Włoski neuropsychiatra już w kwietniu 1938 r., razem z Lucio Binim, również pracownikiem La ­ Sapienza – Università di Roma, przeprowadził pierwszy w historii zabieg terapii elektrowstrząsowej u pacjenta ze zdiagnozowaną schizofrenią. Następująca potem w odstępach kilkudniowych seria elektrowstrząsów pozwoliła choremu wrócić do zdrowia psychicznego. W konsekwencji kolejne lata upływały Cerlettiemu i jego współpracownikom na eksperymentach z udziałem setek pacjentów i zwierząt oraz aplikowaniu tysięcy szoków elektrycznych. Pracowali przede wszystkim nad ustaleniem przydatności i określeniem bezpieczeństwa nowej metody w leczeniu schizofrenii o ostrym przebiegu, nawracających epizodów silnej depresji oraz choroby afektywnej dwubiegunowej (kiedyś nazywanej maniakalno-depresyjną). Nie potrzeba było wiele czasu, aby nowatorska procedura pomocy chorym rozprzestrzeniła się po całym świecie, pomimo że polegała na wywołaniu u pacjentów napadu drgawkowego z jego klasycznymi objawami.

Jak to działa?

Dziś, pomimo wielu badań, niewiele można dodać, próbując wyjaśnić mechanizm działania terapii EW – nie jest on do końca jasny. Wiadomo, że celem terapii jest sprowokowanie terapeutycznego tzw. toniczno-klonicznego ataku drgawkowego, a więc takiego, w którym pacjent traci przytomność, doświadcza skurczu mięśni ciała i drgawek. Przypuszcza się, że pobudza on mózg pacjenta do pracy, a konkretnie zwiększa neurotransmisję, czyli proces przekazywania informacji w układzie nerwowym. Jej wzrost z udziałem takich neuroprzekaźników (związków chemicznych produkowanych w mózgu, przenoszących sygnały pomiędzy neuronami), jak noradrenalina, serotonina, GABA i dopamina, specjaliści wiążą m.in. z działaniem przeciwdepresyjnym EW.

Warto zauważyć, że Cerletti był dość bliski w swoich wyjaśnieniach obecnym hipotezom, ponieważ sądził, że terapia elektrowstrząsowa pobudza mózg do produkcji specjalnych witalnych substancji, które działają leczniczo na zdrowie psychiczne pacjenta. W związku z tym próbował nawet swoim podopiecznym wstrzykiwać zawiesinę z mózgu świń poddanych elektrowstrząsom – podobno z zachęcającymi rezultatami. Jednak tym wariantem terapii EW zainteresowali się tylko niektórzy badacze i ostatecznie to bezpośrednio stosowane elektrowstrząsy stały się najbardziej popularne. Wyparły nawet stosowany w ówczesnym czasie znany na świecie lek na schizofrenię: metrazol (wywołujący napady drgawkowe), jako procedura tańsza oraz wygodniejsza w zastosowaniu. Na przykład w angielskich szpitalach psychiatrycznych EW zastąpiło farmakoterapię już w 1939 r. Za swoją pracę Cerletti i Bini zostali nominowani do Nagrody Nobla, ale jej nie otrzymali.

Kryzys i renesans EW

Terapia elektrowstrząsowa była szeroko stosowana w latach 40. i 50. Wtedy aplikowano ją jeszcze w niezmodyfikowanej formie, a więc bez środków zwiotczających mięśnie (które zaczęto stosować w medycynie nieco później), co skutkowało rzadko, ale jednak, złamaniami kości. Nie dziwi więc, że takie efekty uboczne EW, a także rozwój m.in. na tej pożywce antypsychiatrii, ruchu społeczno-intelektualnego lat 60., widzącego psychiatrię jako narzędzie opresji oraz wzrost stosowania właśnie na przełomie lat 50. i 60. leków przeciwdepresyjnych, spowodowały w końcu trwający ponad 20 lat kryzys terapii elektrowstrząsowej. Przyczynił się do niego także Ken ­Kesey, wydając w 1962 r. powieść „Lot nad kukułczym gniazdem”, wskutek której terapia EW stała się w świadomości społecznej narzędziem tortur, a zniewolony przez opiekę psychiatryczną, cierpiący pacjent zyskał – dzięki ekranizacji z 1975 r. – twarz Nicholsona.

Od lat 80. obserwuje się jednak ponowne zainteresowanie elektrowstrząsami. W 1985 r. amerykański Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego (ang. National Institute of Mental Health, NIMH) ogłosił, że chociaż terapia EW jest kontrowersyjną metodą leczenia, niewolną od skutków ubocznych, to badania wskazują na jej efektywność w kilku poważnych psychiatrycznych zaburzeniach. Natomiast Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (ang. American Psychiatric Association) zaczęło publikować w kolejnych latach standardy stosowania tej terapii, wśród których znalazł się m.in. wymóg uzyskiwania świadomej zgody pacjenta na zabieg. W ten sposób terapia elektrowstrząsowa powróciła do łask; dziś uważa się ją za bezpieczną oraz skuteczną.

Obecnie jest zalecana w sytuacji zagrożenia życia: w leczeniu bardzo ciężkiej depresji z objawami psychotycznymi (urojenia, omamy) lub wybitnie nasilonymi myślami i tendencjami samobójczymi, w ostrej katatonii (szczególna postać schizofrenii, w której pacjent odmawia jedzenia i picia) i w ostrej manii (w przebiegu choroby afektywnej dwubiegunowej). Efektywność tej terapii, jeśli chodzi o leczenie depresji, jest porównywalna – jak pokazują badania – z farmakoterapią, jednak jej przewagą jest szybkie działanie terapeutyczne, co w przypadku zagrożenia życia może mieć ogromne znaczenie.

Dodatkowo, gdy stosowana zwykle jako pierwsza farmakoterapia zawiedzie, elektrowstrząsy są też aplikowane pacjentom z tzw. lekooporną depresją, przedłużającą się manią oraz schizofrenią, nieodpowiadającą na leczenie farmaceutykami przeciwpsychotycznymi. Warto podkreślić, że w praktyce najczęściej najpierw stosuje się leki, a dopiero potem EW. Dr n. med. Szymon Niemcewicz, specjalista psychiatra, ordynator II oddziału psychiatrycznego szpitala przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie, mówi: – Elektrowstrząsy są metodą ostatniej szansy, tego nikt nie stosuje lekką ręką. Ale problem pojawia się, gdy mamy pacjenta z lekooporną depresją, leczonego bardzo długo, kolejnymi zestawami medykamentów, ­zagrożonego ­samobójstwem, i­ okazuje się, że nie ma możliwości zrobienia tego zabiegu, bo np. brakuje w szpitalu anestezjologa.


Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 07/2014 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
14
W 1966 r. amerykańska sonda Lunar Orbiter 1 weszła na orbitę okołoksiężycową.
Warto przeczytać
Fizyka kwantowa jest dziwna. Reguły świata kwantowego, według których działa świat na poziomie atomów i cząstek subatomowych, nie są tymi samymi regułami, które obowiązują w dobrze znanym nam świecie codziennych doświadczeń - regułami, które kojarzymy ze zdrowym rozsądkiem.

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Agata Muszyńska | dodano: 2014-06-23
Leczeni prądem

Fot. Warner Bros. Entertainment Polska

Elektrowstrząsy? – rażenie prądem, barbarzyństwo, dawno zarzucony sposób leczenia chorób psychicznych – to pierwsze skojarzenia. Nic bardziej błędnego. Okazuje się, że nadal z powodzeniem stosuje się je w psychiatrii, nieraz jako metodę ratującą życie.

Gdy pada hasło „terapia elektrowstrząsowa” (w żargonie psychiatrycznym EW, ang. ECT – electroconvulsive therapy), natychmiast wielu z nas pomyśli o „Locie nad kukułczym gniazdem” i świetnym Jacku Nicholsonie w roli pacjenta Randle’a McMurphy’ego. Najlepiej pamiętamy te kilka scen, które pokazują okrutne – i w domyśle bolesne – zabiegi, jakim zostaje poddany niesforny McMurphy. Między innymi takie właśnie fikcyjne obrazy stały się podstawą mitu na temat terapii EW – że to niebezpieczna, przynosząca cierpienie fizyczne i odbierająca resztki człowieczeństwa metoda leczenia, nadużywana przez bezdusznych lekarzy. Mało kto zdaje sobie sprawę, że terapia elektrowstrząsowa stosunkowo niedawno przeżyła renesans i obecnie ma się całkiem dobrze, jako jedna z metod leczenia psychiatrycznego.

Eureka!

A wszystko zaczęło się, jak to często bywa ze spektakularnymi odkryciami, przypadkiem. Był rok 1937 lub początek roku 1938. Pewnego dnia włoski neuropsychiatra Ugo Cerletti z La Sapienza – Università di  ­ Roma, wracając z uczelni do domu, wstąpił do sklepu po kawałek mięsa na obiad. Ponieważ sprzedawca nie miał nic, co by mu odpowiadało, profesor został zaproszony do rzeźni nieopodal, by wybrał sobie to, co mu się spodoba. A tam podpatrzył, że zwierzęta są ubijane po ogłuszeniu poprzez porażenie prądem w głowę. Dostają po tym ataku drgawkowego (podobnego jak w padaczce) i upadają na ziemię, co czyni je oczywiście bezbronnymi, umożliwiając dokończenie uboju. Te obserwacje poddały Cerlettiemu myśl, że elektrowstrząsy mogą być pomocne w leczeniu schizofrenii (gdyż dominował wówczas pogląd, iż występowanie napadów padaczkowych zapobiega tej chorobie). Dziś wiadomo, że takie rozumowanie było błędne, bo badania wyraźnie wskazują na nierzadkie współwystępowanie obu schorzeń, ale i tak odkrycie Cerlettiego przyniosło pozytywne skutki.

Włoski neuropsychiatra już w kwietniu 1938 r., razem z Lucio Binim, również pracownikiem La ­ Sapienza – Università di Roma, przeprowadził pierwszy w historii zabieg terapii elektrowstrząsowej u pacjenta ze zdiagnozowaną schizofrenią. Następująca potem w odstępach kilkudniowych seria elektrowstrząsów pozwoliła choremu wrócić do zdrowia psychicznego. W konsekwencji kolejne lata upływały Cerlettiemu i jego współpracownikom na eksperymentach z udziałem setek pacjentów i zwierząt oraz aplikowaniu tysięcy szoków elektrycznych. Pracowali przede wszystkim nad ustaleniem przydatności i określeniem bezpieczeństwa nowej metody w leczeniu schizofrenii o ostrym przebiegu, nawracających epizodów silnej depresji oraz choroby afektywnej dwubiegunowej (kiedyś nazywanej maniakalno-depresyjną). Nie potrzeba było wiele czasu, aby nowatorska procedura pomocy chorym rozprzestrzeniła się po całym świecie, pomimo że polegała na wywołaniu u pacjentów napadu drgawkowego z jego klasycznymi objawami.

Jak to działa?

Dziś, pomimo wielu badań, niewiele można dodać, próbując wyjaśnić mechanizm działania terapii EW – nie jest on do końca jasny. Wiadomo, że celem terapii jest sprowokowanie terapeutycznego tzw. toniczno-klonicznego ataku drgawkowego, a więc takiego, w którym pacjent traci przytomność, doświadcza skurczu mięśni ciała i drgawek. Przypuszcza się, że pobudza on mózg pacjenta do pracy, a konkretnie zwiększa neurotransmisję, czyli proces przekazywania informacji w układzie nerwowym. Jej wzrost z udziałem takich neuroprzekaźników (związków chemicznych produkowanych w mózgu, przenoszących sygnały pomiędzy neuronami), jak noradrenalina, serotonina, GABA i dopamina, specjaliści wiążą m.in. z działaniem przeciwdepresyjnym EW.

Warto zauważyć, że Cerletti był dość bliski w swoich wyjaśnieniach obecnym hipotezom, ponieważ sądził, że terapia elektrowstrząsowa pobudza mózg do produkcji specjalnych witalnych substancji, które działają leczniczo na zdrowie psychiczne pacjenta. W związku z tym próbował nawet swoim podopiecznym wstrzykiwać zawiesinę z mózgu świń poddanych elektrowstrząsom – podobno z zachęcającymi rezultatami. Jednak tym wariantem terapii EW zainteresowali się tylko niektórzy badacze i ostatecznie to bezpośrednio stosowane elektrowstrząsy stały się najbardziej popularne. Wyparły nawet stosowany w ówczesnym czasie znany na świecie lek na schizofrenię: metrazol (wywołujący napady drgawkowe), jako procedura tańsza oraz wygodniejsza w zastosowaniu. Na przykład w angielskich szpitalach psychiatrycznych EW zastąpiło farmakoterapię już w 1939 r. Za swoją pracę Cerletti i Bini zostali nominowani do Nagrody Nobla, ale jej nie otrzymali.

Kryzys i renesans EW

Terapia elektrowstrząsowa była szeroko stosowana w latach 40. i 50. Wtedy aplikowano ją jeszcze w niezmodyfikowanej formie, a więc bez środków zwiotczających mięśnie (które zaczęto stosować w medycynie nieco później), co skutkowało rzadko, ale jednak, złamaniami kości. Nie dziwi więc, że takie efekty uboczne EW, a także rozwój m.in. na tej pożywce antypsychiatrii, ruchu społeczno-intelektualnego lat 60., widzącego psychiatrię jako narzędzie opresji oraz wzrost stosowania właśnie na przełomie lat 50. i 60. leków przeciwdepresyjnych, spowodowały w końcu trwający ponad 20 lat kryzys terapii elektrowstrząsowej. Przyczynił się do niego także Ken ­Kesey, wydając w 1962 r. powieść „Lot nad kukułczym gniazdem”, wskutek której terapia EW stała się w świadomości społecznej narzędziem tortur, a zniewolony przez opiekę psychiatryczną, cierpiący pacjent zyskał – dzięki ekranizacji z 1975 r. – twarz Nicholsona.

Od lat 80. obserwuje się jednak ponowne zainteresowanie elektrowstrząsami. W 1985 r. amerykański Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego (ang. National Institute of Mental Health, NIMH) ogłosił, że chociaż terapia EW jest kontrowersyjną metodą leczenia, niewolną od skutków ubocznych, to badania wskazują na jej efektywność w kilku poważnych psychiatrycznych zaburzeniach. Natomiast Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (ang. American Psychiatric Association) zaczęło publikować w kolejnych latach standardy stosowania tej terapii, wśród których znalazł się m.in. wymóg uzyskiwania świadomej zgody pacjenta na zabieg. W ten sposób terapia elektrowstrząsowa powróciła do łask; dziś uważa się ją za bezpieczną oraz skuteczną.

Obecnie jest zalecana w sytuacji zagrożenia życia: w leczeniu bardzo ciężkiej depresji z objawami psychotycznymi (urojenia, omamy) lub wybitnie nasilonymi myślami i tendencjami samobójczymi, w ostrej katatonii (szczególna postać schizofrenii, w której pacjent odmawia jedzenia i picia) i w ostrej manii (w przebiegu choroby afektywnej dwubiegunowej). Efektywność tej terapii, jeśli chodzi o leczenie depresji, jest porównywalna – jak pokazują badania – z farmakoterapią, jednak jej przewagą jest szybkie działanie terapeutyczne, co w przypadku zagrożenia życia może mieć ogromne znaczenie.

Dodatkowo, gdy stosowana zwykle jako pierwsza farmakoterapia zawiedzie, elektrowstrząsy są też aplikowane pacjentom z tzw. lekooporną depresją, przedłużającą się manią oraz schizofrenią, nieodpowiadającą na leczenie farmaceutykami przeciwpsychotycznymi. Warto podkreślić, że w praktyce najczęściej najpierw stosuje się leki, a dopiero potem EW. Dr n. med. Szymon Niemcewicz, specjalista psychiatra, ordynator II oddziału psychiatrycznego szpitala przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie, mówi: – Elektrowstrząsy są metodą ostatniej szansy, tego nikt nie stosuje lekką ręką. Ale problem pojawia się, gdy mamy pacjenta z lekooporną depresją, leczonego bardzo długo, kolejnymi zestawami medykamentów, ­zagrożonego ­samobójstwem, i­ okazuje się, że nie ma możliwości zrobienia tego zabiegu, bo np. brakuje w szpitalu anestezjologa.