człowiek
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-06-23
Turystyka wojenna

Fot. East News

Zamożny biznesmen w średnim wieku nigdy nie interesował się wojskiem, najwyżej jako dziecko bawił się żołnierzykami. Dlaczego pewnego dnia postanawia zobaczyć wojnę z bliska i przeżyć męską przygodę na linii frontu?

Zdecydowana większość turystów na świecie to osoby unikające sytuacji, w których stężenie adrenaliny we krwi gwałtownie rośnie. Słońce, plaża, morze, dobre jedzenie, zwiedzanie pięknych i spokojnych okolic, może co najwyżej trochę nurkowania i wspinania po skałkach. Oto szczyt marzeń urlopowych większości z nas.

Do tej grupy nie należą ludzie, którzy w tym roku postanowili wyjechać na wakacje w mało sielankowe, bo ogarnięte wojną domową, miejsca – takie jak Syria, Irak, Afganistan, Libia czy Sudan Południowy. Wyjazd zorganizowali na własną rękę lub też zgłosili się do wyspecjalizowanej agencji turystycznej oferującej ­wycieczki na tereny, gdzie toczą się walki zbrojne, trwają strzelaniny, podkładane są bomby, grasują snajperzy.

Do takich firm należy amerykańska Warzone Tours, która spragnionych mocnych wrażeń turystów wysyła małymi grupami do Bagdadu, Kabulu czy np. Mogadiszu w Mozambiku. Nie jest to oferta dla ubogich. Zaplanowanie pobytu i przede wszystkim bezpieczeństwo kosztują. Tym więcej, im bardziej „gorący” region. Niektóre wycieczki przewidujące w programie wypad na linię frontu czy spotkanie z oddziałem bojowników wyceniane są nawet na 40 tys. dolarów. – Zgłaszają się do nas głównie ludzie majętni. Chcą przeżyć coś niestandardowego – opowiadał w ub.r. dziennikowi „Financial Times” Rick Sweeney, założyciel Warzone Tours.

Niedawno jego firma w ostatniej chwili wycofała się z organizacji tygodniowego wyjazdu do Syrii, gdzie w wojnie domowej zginęło już ponad 100 tys. ludzi. Klienci mieli najpierw polecieć do Turcji, a stamtąd dostać się na tereny kontrolowane przez syryjski ruch oporu, aby następnie towarzyszyć oddziałowi bojowników w drodze do Aleppo. Eskapadę odwołano, ale nie ze względów bezpieczeństwa, lecz dlatego, że Warzone Tours mogła trafić na listę firm podejrzanych przez Waszyngton o współpracę z Al-Kaidą. Z takim piętnem trudno byłoby prowadzić interesy, z których najważniejszym jest nie turystyka wojenna, lecz ochranianie polityków i biznesmenów odwiedzających niebezpieczne rejony świata. – Wyjazdy turystyczne to margines naszej działalności. Organizujemy je sporadycznie i tylko na zamówienie klientów – mówi Sweeney. – Nie jesteśmy typowym biurem podróży – dodaje.

Z pewnością nie są. Wystarczy wejść na chwilę na stronę internetową Warzone Tours, aby się o tym przekonać. Na powitanie zobaczymy fotografię uzbrojonych po zęby żołnierzy pochylających się nad kimś, prawdopodobnie ofiarą walk. Potem zobaczymy wysadzony w powietrze samochód oraz usłyszymy strzały karabinów, eksplozje i krzyki ludzi. Z informacji obok dowiemy się, że misją firmy jest „pokazanie, co naprawdę dzieje się w miejscach, które wcześniej widzieliśmy tylko w telewizji”. Jest też zapewnienie, że takie wyjazdy są bezpieczne. I cytat z Paula Coelha: „Musisz podjąć ryzyko. Cud życia można pojąć w pełni tylko wtedy, gdy pozwolimy, by stało się nieoczekiwane”.

Sweeney skończył niedawno pięćdziesiątkę. Ćwierć wieku przepracował jako ochroniarz do zadań specjalnych. Był na wieloletnich kontraktach w Bośni i ­ Iraku, a gdy wrócił do domu w 2008 r., wpadł na pomysł założenia wojennej agencji turystycznej dla bogaczy spragnionych ekstremalnych wrażeń. Ma doświadczenie i liczne kontakty. Te są potrzebne, ponieważ przygotowanie wyjazdu trwa wiele miesięcy. Wcześniej na miejsce jadą ludzie, którzy organizują noclegi, wycieczki, spotkania, znajdują też zaufaną ochronę. Znają wszystkich, których trzeba znać.

– To wszystko kosztuje. Ale na bezpieczeństwie nie warto oszczędzać – podkreśla Sweeney. Co racja, to racja, choć on sam uważa, że np. w Mogadiszu lub Bagdadzie zagrożenie wcale nie jest tak duże, jeśli przebywa się we właściwych miejscach o właściwych porach i z właściwymi ludźmi. – W pobliżu może dojść do wymiany ognia albo wybuchu bomby. Ale to nie nasz turysta będzie celem ataku – uspokajał czytelników „Finacial Times”.

Biznes się kręci

Biur podobnych do Warzone Tours przybywa. Pojawiają się w odpowiedzi na rosnące oczekiwania „wymagających” turystów. Co prawda chyba tylko Warzone Tours kusi klientów samą wojną jako celem wyjazdu. Inne, jak Hinterland Travel, Untamed Borders, Political Tours, Wild Frontiers, przede wszystkim pragną pokazywać zabytki kultury i historii oraz krajobrazy krain rzadko odwiedzanych przez cudzoziemców.

W ofercie wielu takich firm znajdują się np. afgańskie groty Bamian, w których do 2001 r. stały olbrzymie, średniowieczne posągi Buddy. Talibowie zniszczyli je, strzelając do nich z armat. Nieprzetarte szlaki, piękno krajobrazu, gościnnych ludzi i idylliczny spokój słynnego afgańskiego korytarza Wakham w północno-wschodniej części kraju zachwalali niedawno korespondenci BBC (choć oficjalnie brytyjski MSZ, podobnie zresztą jak polski, zdecydowanie odradza turystom podróże do Afganistanu).

Nicholas Wood z Political Tours, który organizuje wyjazdy w rozmaite gorące politycznie zakątki globu, zapewnia, że wojna to ostatnie, co chciałby pokazywać turystom. – To podróże polityczne, a nie wojenne. Jeżdżą z nami osoby pragnące poznać prawdziwy świat z jego problemami, a nie chodzić tylko po muzeach –  mówi. Taki wyjazd jest wypełniony spotkaniami i rozmowami. Z drugiej strony, jak przyznaje, rarytasem, z którego żaden turysta nie zrezygnuje, jest fotka spalonego sowieckiego czołgu w ­ Afganistanie albo miejsce zestrzelenia i przymusowego lądowania helikopterów Black Hawk w Mogadiszu w 1993 r. Takie „łupy” natychmiast lądują na Facebooku czy w Instagramie. Konfliktów zbrojnych Wood jednak unika. Wycieczki do Libii zawiesił po zabiciu w ­ Benghazi amerykańskiego ambasadora w tym kraju. – Nie mogę klientów narażać na ryzyko, którego nie akceptują – tłumaczył.

Organizatorzy takich wyjazdów jednego unikają jak ognia: nieposłusznych klientów, nad którymi stracą kontrolę w złym miejscu i czasie, rozmaitych nieposkładanych emocjonalnie osobników marzących o postrzelaniu sobie z AK-47. – Staramy się odsiać takich ludzi już podczas rozmów wstępnych. Musimy być pewni, że klient będzie słuchał naszych poleceń. Wyraźnie stawiamy sprawę: ty płacisz, my decydujemy. Ci, którzy chcą robić, co im się żywnie podoba, niech jeżdżą na własne ryzyko – mówi Sweeney.

Samotni poszukiwacze wrażeń

Tacy też są. Samodzielnie organizują sobie wyjazdy w strefy walk, znajdują lokalnych pośredników, załat­wiają ochronę. Sławę, wątpliwą i mocno kontrowersyjną, zdobył niejaki Toshifumi Fujimoto, kierowca ciężarówek z Japonii. W zeszłym roku urlop spędził w Syrii, rok wcześniej był w Jemenie, akurat wtedy, gdy trwały tam gwałtowne demonstracje pod ambasadą USA, a w 2011 r. odwiedził Kair podczas najostrzejszej fazy egipskiej rewolucji i zamieszek na placu Tahrir.

W rozmowie z korespondentem AFP Fujimoto wyjaśnił, że szuka mocnych wrażeń, ponieważ nudzi go praca polegająca na wożeniu towarów pomiędzy Tokio a Osaką. Zwiedza kraje ogarnięte wojną, by filmować i fotografować. Do Syrii przedostał się z Turcji. Ubrany w moro, wyposażony w dwa aparaty fotograficzne i kamerę robił wypady do najbardziej niebezpiecznych miejsc w Aleppo. „To było bardzo ekscytujące. Codziennie przychodziłem na linię frontu, towarzysząc powstańcom z Wolnej Armii Syrii. Pewnego ­ razu, gdy robiłem zdjęcia, żołnierze zawołali, bym się schronił, bo na dachach są snajperzy. Jednak nic mi się nie stało. Wszyscy brali mnie za Chińczyka i zostawili w spokoju. Snajperzy nie strzelają do turystów, prędzej do dziennikarzy” – opowiadał Fujimoto, który nie zarabia na swoich zdjęciach, lecz udostępnia je przyjaciołom na Facebooku jako pamiątkę z wakacji.

Fujimoto nie jest jedyny. Indywidualna turystyka wojenna ma się coraz lepiej. – Jakie są motywacje tych osób? Różne. Niektórzy po prostu szukają przygody. Inni chcą sprawdzić swoją psychikę. Nie brakuje desperatów. – Nowa kategoria zyskująca na popularności to dziennikarze-amatorzy zafascynowani dziennikarstwem wojennym i chcący naśladować swoich idoli z telewizji. Przybywają bez wiedzy i doświadczenia, jak przetrwać w strefie konfliktu. Są też i tacy, którzy tylko mówią, że są turystami albo dziennikarzami, a tak naprawdę pragną walczyć – wylicza Sweeney.

Turystyka wojenna budzi moralny sprzeciw u wielu ludzi. Uważają oni za nieetyczne czerpanie korzyści z ludzkiego cierpienia i tragedii. Dotyczy to także organizowania wyjazdów do miejsc zdewastowanych przez kataklizmy. Po zniszczeniu Nowego Orleanu przez huragan Katrina w 2005 r. biura turystyczne zaczęły organizować wycieczki do zalanego miasta. Dopiero po protestach turystom zakazano wstępu do dwóch najgorzej potraktowanych przez żywioł dzielnic. Mieszkańców wkurzali gapie przyglądający się zza szyb autokaru ich nieszczęściu.

Nadal do końca nie wiemy, dlaczego ludzi przyciąga cudzy dramat. Czy główną rolę odgrywa ciekawość, czy raczej czerpanie radości z nieszczęścia innych? ­Arthur Schopenhauer pisał, że ­Schadenfreude to jedna z najgorszych ludzkich cech, bliska okrucieństwu. Lecz z pewnością nierzadka. W 1666 r. holenderski malarz Willem van de Velde wybrał się łódką w morze, aby z bliska obejrzeć, a następnie namalować wielką bitwę morską pomiędzy flotą holenderską i angielską. Wraz z nim popłynęli dwaj inni malarze. Wspólnie stworzyli serię obrazów, które godzina po godzinie pokazują przebieg zmagań. Dziś robiliby zdjęcia i kręcili filmy.

Dwa wieki później, w 1861 r., doszło do bitwy nad Bull Run, która dała początek lądowej fazie wojny secesyjnej w USA. Ponieważ spodziewano się łatwego zwycięstwa wojsk Północy, biznesowa i urzędnicza elita niedalekiego Waszyngtonu, w tym kongresmeni z rodzinami, urządziła sobie piknik, którego główną atrakcją było oglądanie bitwy. Panika wybuchła, gdy okazało się, że konfederaci rozgromili wojska Północy, psując widzom widowisko.

Inna, znacznie bliższa nam czasowo i terytorialnie, wojna – w Bośni – na szczęście już się skończyła, ale turyści przyjeżdżający do bośniackiej stolicy Sarajewa szukają przede wszystkim „alei snajperów” – ciągu szerokich ulic, gdzie dwie dekady temu serbscy żołnierze strzelali do ludzi jak do kaczek, urządzając sobie krwawą zabawę. W obleganym przez prawie cztery lata Sarajewie od kul, granatów i pocisków moździerzowych zginęło ponad 11 tys. ludzi. Dla jego mieszkańców aleja snajperów jest wciąż koszmarem i wspomnieniem tragedii. Dla wielu turystów to jedynie ciekawostka. 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 07/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
04/2020
03/2020
Kalendarium
Kwiecień
10
W 1849 r. Amerykanin Walter Hunt opatentował agrafkę
Warto przeczytać
Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-06-23
Turystyka wojenna

Fot. East News

Zamożny biznesmen w średnim wieku nigdy nie interesował się wojskiem, najwyżej jako dziecko bawił się żołnierzykami. Dlaczego pewnego dnia postanawia zobaczyć wojnę z bliska i przeżyć męską przygodę na linii frontu?

Zdecydowana większość turystów na świecie to osoby unikające sytuacji, w których stężenie adrenaliny we krwi gwałtownie rośnie. Słońce, plaża, morze, dobre jedzenie, zwiedzanie pięknych i spokojnych okolic, może co najwyżej trochę nurkowania i wspinania po skałkach. Oto szczyt marzeń urlopowych większości z nas.

Do tej grupy nie należą ludzie, którzy w tym roku postanowili wyjechać na wakacje w mało sielankowe, bo ogarnięte wojną domową, miejsca – takie jak Syria, Irak, Afganistan, Libia czy Sudan Południowy. Wyjazd zorganizowali na własną rękę lub też zgłosili się do wyspecjalizowanej agencji turystycznej oferującej ­wycieczki na tereny, gdzie toczą się walki zbrojne, trwają strzelaniny, podkładane są bomby, grasują snajperzy.

Do takich firm należy amerykańska Warzone Tours, która spragnionych mocnych wrażeń turystów wysyła małymi grupami do Bagdadu, Kabulu czy np. Mogadiszu w Mozambiku. Nie jest to oferta dla ubogich. Zaplanowanie pobytu i przede wszystkim bezpieczeństwo kosztują. Tym więcej, im bardziej „gorący” region. Niektóre wycieczki przewidujące w programie wypad na linię frontu czy spotkanie z oddziałem bojowników wyceniane są nawet na 40 tys. dolarów. – Zgłaszają się do nas głównie ludzie majętni. Chcą przeżyć coś niestandardowego – opowiadał w ub.r. dziennikowi „Financial Times” Rick Sweeney, założyciel Warzone Tours.

Niedawno jego firma w ostatniej chwili wycofała się z organizacji tygodniowego wyjazdu do Syrii, gdzie w wojnie domowej zginęło już ponad 100 tys. ludzi. Klienci mieli najpierw polecieć do Turcji, a stamtąd dostać się na tereny kontrolowane przez syryjski ruch oporu, aby następnie towarzyszyć oddziałowi bojowników w drodze do Aleppo. Eskapadę odwołano, ale nie ze względów bezpieczeństwa, lecz dlatego, że Warzone Tours mogła trafić na listę firm podejrzanych przez Waszyngton o współpracę z Al-Kaidą. Z takim piętnem trudno byłoby prowadzić interesy, z których najważniejszym jest nie turystyka wojenna, lecz ochranianie polityków i biznesmenów odwiedzających niebezpieczne rejony świata. – Wyjazdy turystyczne to margines naszej działalności. Organizujemy je sporadycznie i tylko na zamówienie klientów – mówi Sweeney. – Nie jesteśmy typowym biurem podróży – dodaje.

Z pewnością nie są. Wystarczy wejść na chwilę na stronę internetową Warzone Tours, aby się o tym przekonać. Na powitanie zobaczymy fotografię uzbrojonych po zęby żołnierzy pochylających się nad kimś, prawdopodobnie ofiarą walk. Potem zobaczymy wysadzony w powietrze samochód oraz usłyszymy strzały karabinów, eksplozje i krzyki ludzi. Z informacji obok dowiemy się, że misją firmy jest „pokazanie, co naprawdę dzieje się w miejscach, które wcześniej widzieliśmy tylko w telewizji”. Jest też zapewnienie, że takie wyjazdy są bezpieczne. I cytat z Paula Coelha: „Musisz podjąć ryzyko. Cud życia można pojąć w pełni tylko wtedy, gdy pozwolimy, by stało się nieoczekiwane”.

Sweeney skończył niedawno pięćdziesiątkę. Ćwierć wieku przepracował jako ochroniarz do zadań specjalnych. Był na wieloletnich kontraktach w Bośni i ­ Iraku, a gdy wrócił do domu w 2008 r., wpadł na pomysł założenia wojennej agencji turystycznej dla bogaczy spragnionych ekstremalnych wrażeń. Ma doświadczenie i liczne kontakty. Te są potrzebne, ponieważ przygotowanie wyjazdu trwa wiele miesięcy. Wcześniej na miejsce jadą ludzie, którzy organizują noclegi, wycieczki, spotkania, znajdują też zaufaną ochronę. Znają wszystkich, których trzeba znać.

– To wszystko kosztuje. Ale na bezpieczeństwie nie warto oszczędzać – podkreśla Sweeney. Co racja, to racja, choć on sam uważa, że np. w Mogadiszu lub Bagdadzie zagrożenie wcale nie jest tak duże, jeśli przebywa się we właściwych miejscach o właściwych porach i z właściwymi ludźmi. – W pobliżu może dojść do wymiany ognia albo wybuchu bomby. Ale to nie nasz turysta będzie celem ataku – uspokajał czytelników „Finacial Times”.

Biznes się kręci

Biur podobnych do Warzone Tours przybywa. Pojawiają się w odpowiedzi na rosnące oczekiwania „wymagających” turystów. Co prawda chyba tylko Warzone Tours kusi klientów samą wojną jako celem wyjazdu. Inne, jak Hinterland Travel, Untamed Borders, Political Tours, Wild Frontiers, przede wszystkim pragną pokazywać zabytki kultury i historii oraz krajobrazy krain rzadko odwiedzanych przez cudzoziemców.

W ofercie wielu takich firm znajdują się np. afgańskie groty Bamian, w których do 2001 r. stały olbrzymie, średniowieczne posągi Buddy. Talibowie zniszczyli je, strzelając do nich z armat. Nieprzetarte szlaki, piękno krajobrazu, gościnnych ludzi i idylliczny spokój słynnego afgańskiego korytarza Wakham w północno-wschodniej części kraju zachwalali niedawno korespondenci BBC (choć oficjalnie brytyjski MSZ, podobnie zresztą jak polski, zdecydowanie odradza turystom podróże do Afganistanu).

Nicholas Wood z Political Tours, który organizuje wyjazdy w rozmaite gorące politycznie zakątki globu, zapewnia, że wojna to ostatnie, co chciałby pokazywać turystom. – To podróże polityczne, a nie wojenne. Jeżdżą z nami osoby pragnące poznać prawdziwy świat z jego problemami, a nie chodzić tylko po muzeach –  mówi. Taki wyjazd jest wypełniony spotkaniami i rozmowami. Z drugiej strony, jak przyznaje, rarytasem, z którego żaden turysta nie zrezygnuje, jest fotka spalonego sowieckiego czołgu w ­ Afganistanie albo miejsce zestrzelenia i przymusowego lądowania helikopterów Black Hawk w Mogadiszu w 1993 r. Takie „łupy” natychmiast lądują na Facebooku czy w Instagramie. Konfliktów zbrojnych Wood jednak unika. Wycieczki do Libii zawiesił po zabiciu w ­ Benghazi amerykańskiego ambasadora w tym kraju. – Nie mogę klientów narażać na ryzyko, którego nie akceptują – tłumaczył.

Organizatorzy takich wyjazdów jednego unikają jak ognia: nieposłusznych klientów, nad którymi stracą kontrolę w złym miejscu i czasie, rozmaitych nieposkładanych emocjonalnie osobników marzących o postrzelaniu sobie z AK-47. – Staramy się odsiać takich ludzi już podczas rozmów wstępnych. Musimy być pewni, że klient będzie słuchał naszych poleceń. Wyraźnie stawiamy sprawę: ty płacisz, my decydujemy. Ci, którzy chcą robić, co im się żywnie podoba, niech jeżdżą na własne ryzyko – mówi Sweeney.

Samotni poszukiwacze wrażeń

Tacy też są. Samodzielnie organizują sobie wyjazdy w strefy walk, znajdują lokalnych pośredników, załat­wiają ochronę. Sławę, wątpliwą i mocno kontrowersyjną, zdobył niejaki Toshifumi Fujimoto, kierowca ciężarówek z Japonii. W zeszłym roku urlop spędził w Syrii, rok wcześniej był w Jemenie, akurat wtedy, gdy trwały tam gwałtowne demonstracje pod ambasadą USA, a w 2011 r. odwiedził Kair podczas najostrzejszej fazy egipskiej rewolucji i zamieszek na placu Tahrir.

W rozmowie z korespondentem AFP Fujimoto wyjaśnił, że szuka mocnych wrażeń, ponieważ nudzi go praca polegająca na wożeniu towarów pomiędzy Tokio a Osaką. Zwiedza kraje ogarnięte wojną, by filmować i fotografować. Do Syrii przedostał się z Turcji. Ubrany w moro, wyposażony w dwa aparaty fotograficzne i kamerę robił wypady do najbardziej niebezpiecznych miejsc w Aleppo. „To było bardzo ekscytujące. Codziennie przychodziłem na linię frontu, towarzysząc powstańcom z Wolnej Armii Syrii. Pewnego ­ razu, gdy robiłem zdjęcia, żołnierze zawołali, bym się schronił, bo na dachach są snajperzy. Jednak nic mi się nie stało. Wszyscy brali mnie za Chińczyka i zostawili w spokoju. Snajperzy nie strzelają do turystów, prędzej do dziennikarzy” – opowiadał Fujimoto, który nie zarabia na swoich zdjęciach, lecz udostępnia je przyjaciołom na Facebooku jako pamiątkę z wakacji.

Fujimoto nie jest jedyny. Indywidualna turystyka wojenna ma się coraz lepiej. – Jakie są motywacje tych osób? Różne. Niektórzy po prostu szukają przygody. Inni chcą sprawdzić swoją psychikę. Nie brakuje desperatów. – Nowa kategoria zyskująca na popularności to dziennikarze-amatorzy zafascynowani dziennikarstwem wojennym i chcący naśladować swoich idoli z telewizji. Przybywają bez wiedzy i doświadczenia, jak przetrwać w strefie konfliktu. Są też i tacy, którzy tylko mówią, że są turystami albo dziennikarzami, a tak naprawdę pragną walczyć – wylicza Sweeney.

Turystyka wojenna budzi moralny sprzeciw u wielu ludzi. Uważają oni za nieetyczne czerpanie korzyści z ludzkiego cierpienia i tragedii. Dotyczy to także organizowania wyjazdów do miejsc zdewastowanych przez kataklizmy. Po zniszczeniu Nowego Orleanu przez huragan Katrina w 2005 r. biura turystyczne zaczęły organizować wycieczki do zalanego miasta. Dopiero po protestach turystom zakazano wstępu do dwóch najgorzej potraktowanych przez żywioł dzielnic. Mieszkańców wkurzali gapie przyglądający się zza szyb autokaru ich nieszczęściu.

Nadal do końca nie wiemy, dlaczego ludzi przyciąga cudzy dramat. Czy główną rolę odgrywa ciekawość, czy raczej czerpanie radości z nieszczęścia innych? ­Arthur Schopenhauer pisał, że ­Schadenfreude to jedna z najgorszych ludzkich cech, bliska okrucieństwu. Lecz z pewnością nierzadka. W 1666 r. holenderski malarz Willem van de Velde wybrał się łódką w morze, aby z bliska obejrzeć, a następnie namalować wielką bitwę morską pomiędzy flotą holenderską i angielską. Wraz z nim popłynęli dwaj inni malarze. Wspólnie stworzyli serię obrazów, które godzina po godzinie pokazują przebieg zmagań. Dziś robiliby zdjęcia i kręcili filmy.

Dwa wieki później, w 1861 r., doszło do bitwy nad Bull Run, która dała początek lądowej fazie wojny secesyjnej w USA. Ponieważ spodziewano się łatwego zwycięstwa wojsk Północy, biznesowa i urzędnicza elita niedalekiego Waszyngtonu, w tym kongresmeni z rodzinami, urządziła sobie piknik, którego główną atrakcją było oglądanie bitwy. Panika wybuchła, gdy okazało się, że konfederaci rozgromili wojska Północy, psując widzom widowisko.

Inna, znacznie bliższa nam czasowo i terytorialnie, wojna – w Bośni – na szczęście już się skończyła, ale turyści przyjeżdżający do bośniackiej stolicy Sarajewa szukają przede wszystkim „alei snajperów” – ciągu szerokich ulic, gdzie dwie dekady temu serbscy żołnierze strzelali do ludzi jak do kaczek, urządzając sobie krwawą zabawę. W obleganym przez prawie cztery lata Sarajewie od kul, granatów i pocisków moździerzowych zginęło ponad 11 tys. ludzi. Dla jego mieszkańców aleja snajperów jest wciąż koszmarem i wspomnieniem tragedii. Dla wielu turystów to jedynie ciekawostka.