ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-07-14
Kamera, akcja, jedziemy!

Źródło: Fot. Indigo Images

Świat ogarnął nowy turystyczny szał. Tłumy przemierzają glob w poszukiwaniu miejsc znanych z książek, filmów i programów telewizyjnych.

Do 2008 r. grecką wyspę Skopelos na Morzu Egejskim kojarzyli tylko nieliczni miłośnicy wakacyjnych wojaży. Przyjeżdżali tu głównie ci, którzy woleli trzymać się z daleka od tłumów i hałaśliwych plaż. Największym skarbem Skopelos są lasy, w których dominuje sosna alepska – nieznosząca zimna przedstawicielka licznej rodziny sosnowatych i dlatego rosnąca w stanie dzikim tylko w basenie Morza Śródziemnego. Za sprawą sosnowych lasów Skopelos uchodzi za najbardziej zieloną ze wszystkich greckich wysp na Morzu Egejskim.

Właśnie ta zieleń sprawiła, że latem 2007 r. na Skopelos wylądowała ekipa kręcąca ekranizację granego wcześniej na West Endzie i Broadwayu musicalu „Mamma mia!” z piosenkami Abby. Wcześniej emisariusze reżysera odwiedzili 21 innych greckich wysp. Skopelos wybrano, ponieważ była ustronna i zielona. Na tym drugim szczególnie zależało producentom. Nie chcieli wypalonych przez słońce zboczy, ogołoconych z drzew i porośniętych kolczastymi zaroślami. Wokół miało być radośnie. I tak Skopelos stała się jedną z głównych bohaterek światowego szlagieru kinowego, który w rok zarobił ponad pół miliarda dolarów.

Zaraz potem ruszyła lawina. Zainspirowani filmem widzowie, zapewne nucąc sobie pod nosem „I Have A Dream”, ruszyli na Skopelos, a także na sąsiednią wyspę Skiathos, gdzie kręcono część scen. A chór rozradowanych właścicieli domów i apartamentów do wynajęcia, kawiarni, restauracji i lokalnych biur turystycznych mógł im tylko radośnie odśpiewać „Money, money, money”. Interesy na Skopelos nie ucierpiały nawet po wybuchu kryzysu gospodarczego. Mimo że większość Greków wybrałaby raczej jeszcze inny utwór z repertuaru słynnej grupy – „S.O.S.”, na Skopelos wciąż przybywało turystów. W ciągu 10 lat obroty na wyspie wzrosły kilkakrotnie. Każdy, kto na nią dotrze (promem lub wodolotem, samoloty tam nie latają), natychmiast natknie się na całe chmary przewodników gotowych poprowadzić nas do miejsc, gdzie tak świetnie bawili się Meryl Streep, Pierce Brosnan, Colin Firth i reszta filmowej ekipy.

Władcy wyobraźni

Objeżdżanie miejsc, w których kręcono kinowe przeboje, stało się ostatnio nową turystyczną modą. Amerykanie ukuli na nią nawet odpowiednią nazwę: „set-jetting”. Terminu tego nie należy mylić z innym, bardzo podobnym, czyli „jet-settingiem”. Ten drugi pojawił się pół wieku temu, gdy nastała era pasażerskich odrzutowców. Także oznaczał podróżowanie, tyle że odnosił się do celebrytów i innych osób z wypchanymi portfelami, podróżujących odrzutowcami od jednego sławnego, i oczywiście drogiego, kurortu do następnego. Bermudy, Acapulco, Los Angeles, Aspen, Rzym, Paryż, Cannes, Saint-Tropez, Portofino, Marbella, Capri, Mykonos – tak wyglądał kalendarz jet-settera na cały rok.

Set-jetter ma pewne cechy wspólne z jet-setterem. Także wsiada do samolotu, aby odbywać odległe, choć zazwyczaj niezbyt długo trwające, podróże. I także uważa, że to, co robi, jest stylem spędzania wakacji.  Są jednak też różnice, w tym chyba ta najważniejsza – by zostać set-jetterem, nie trzeba mieć na koncie siedmiocyfrowej kwoty. Ale bez grosza przy duszy też się nie da. Unikatowe krajobrazy, wyjątkowe obiekty architektury i dziwa przyrody, które zagrały główne role w wielu kultowych filmach, znajdują się czasami na drugim końcu świata. Nie ma rady, kto chce je zobaczyć, musi wyruszyć w długą drogę, a to kosztuje.

Dla fana nie ma jednak nic trudnego. Najlepszym przykładem jest moda, a raczej szał na Nową Zelandię zainicjowany przez „Władcę Pierścieni”. Pierwsza część filmowej trylogii weszła na ekrany w 2001 r. Zaraz potem do odległego kraju położonego na środku południowego Pacyfiku ruszyli pierwsi entuzjaści zarówno samego filmu, jak i wspaniałej książki Tolkiena. Do dziś dotarły tam ich miliony.

„Władcę Pierścieni” nakręcono w całości na Nowej Zelandii. Sielankowy krajobraz rolniczych wzgórz w centralnej części Wyspy Północnej stał się krainą Shire, czyli ojczyzną hobbitów. Rezerwat Kaitoke w pobliżu Wellingtonu zmienił się w Rivendell – siedzibę elfów. Mordor powstał na zboczach czynnego wulkanu Ruapehu, a na wzgórzu Mount Sunday (to już Wyspa Południowa) zbudowano Edoras – stolicę Rohanu. Las Fanghorn, w którym żyli entowie, umiejscowiono w malowniczej krainie fiordów na odległym krańcu Wyspy Południowej.

Pierwsi śladami bohaterów „Władcy Pierścieni” ruszyli oczywiście sami Nowozelandczycy. Gwiazdkowym przebojem 2002 r. był przewodnik turystyczny „The Lord of the Rings: Location Guidebook”. Zawierał mapy, dokładne lokalizacje i wspaniałe zdjęcia wykonane podczas kręcenia filmu oraz już po usunięciu części dekoracji. Miał wszystko, czego miłośnik set-jettingu potrzebuje. Po Nowozelandczykach przyszła pora na turystów zagranicznych, głównie z USA. Dziś przybywa ich rocznie prawie dwa razy tyle co przed premierą „Władcy Pierścieni”. Nie wszyscy oczywiście deklarują, że przyjechali do Nowej Zelandii, aby podróżować śladami Froda Bagginsa i jego towarzyszy, ale zdecydowana większość przybyszy przyznaje, że obejrzenie filmu wpłynęło na ich decyzję o odwiedzeniu tego kraju. „Doszliśmy do wniosku, że musimy tam spędzić wakacje” – odpowiadają zwykle ankietowani.

Te ankiety przeprowadza rządowa agencja turystyczna Tourism New Zealand, która umiejętnie dyskontuje zainteresowanie filmem. Co jakiś czas organizuje kampanie promujące wyjazdy do kraju, gdzie nakręcono „Władcę Pierścieni” i „Hobbita”. „Przyjedź, a przekonasz się, że jest dokładnie tak, jak w filmie. Ta sama atmosfera, te same krajobrazy, te same przeżycia” – czytamy w broszurze wydanej przez agencję (ci, co byli, zobaczyli jednak mrowie turystów i drogie bilety do wioski hobbitów). Nowozelandzka poczta wydaje znaczki z wizerunkami bohaterów, mennica bije pamiątkowe monety, a długodystansowe boeingi Air New Zealand ozdobione są wielkimi podobiznami Aragorna i Legolasa. Po rolnictwie turystyka jest dziś drugim źródłem dochodów Nowej Zelandii – pardon, Śródziemia.

Gra o turystów

Po drugiej stronie globu, i zdecydowanie bliżej Europy, leży inny wyspiarski kraj, do którego peregrynują od paru lat entuzjaści filmów. Jest nim Islandia. Ostatnio została przeobrażona w ojczyznę Noego – tytułowego bohatera hollywoodzkiej superprodukcji, która miała premierę wiosną tego roku. Rozległe przestrzenie z zieloną tundrą, czarnymi skałami wulkanicznymi i malowniczymi wodospadami urzekły twórców filmu. – Szukałem pierwotnego krajobrazu kojarzącego się z młodym lądem, na którym mieszkał Noe przed potopem. Gdy zobaczyliśmy ledwie zastygłe lawy, opary gorących gazów unoszące się nad ziemią, stożki wulkaniczne i wzburzony ocean wokół, wiedzieliśmy, że znaleźliśmy idealne tło do naszej historii – opowiadał reżyser Darren Aronofsky.

Nie on pierwszy uległ urokowi Islandii. Wcześniej pojawił się tu Ridley Scott, aby nakręcić sceny do „Prometeusza” (2012). Tym razem Islandia wyobrażała od­ległą planetę, na której ląduje załoga statku kosmicznego. – Jest nieziemska – stwierdził krótko reżyser na pytanie, dlaczego wybrał Islandię. Ekipa filmowa przez kilka tygodni koczowała w bazie zbudowanej na jej potrzeby u stóp wulkanu Hekla, jednego z najgroźniejszych na wyspie, który po raz ostatni wybuchł w 2000 r. Podczas kręcenia scen do „Prometeusza” również zamruczał i zadrżał groźnie, na szczęście po paru godzinach zapadł ponownie w drzemkę. Do sceny otwierającej film Scott wybrał potężny wodospad Dettifoss o wysokości 45 m i szerokości około 100 m, którym w ciągu sekundy przepływa 190 m3 wody. Pod tym względem nie ma sobie równych w Europie.

Islandia, podobnie jak Nowa Zelandia, stawia na set-jetting. Chce skorzystać na swojej popularności wśród reżyserów i w tym roku kusi turystów zagranicznych ofertami w stylu: „zobacz ląd Noego”. Jednak to nie film fabularny, ale serial telewizyjny przyciągnął do niej najwięcej gości. Są nimi zagorzali fani „Gry o tron".

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2014 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
07/2019
06/2019
Kalendarium
Lipiec
17
W 1967 r. na Księżycu rozbiła się amerykańska sonda Surveyor 4.
Warto przeczytać
Czy wiesz, że istnieje substancja, która zapala dosłownie wszystko, z czym się zetknie? Trifluorek chloru podpali beton, azbest, kevlar, a nawet wodę! Gdy próbowano wykorzystywać go jako paliwo rakietowe - podpalał rakiety, a wlewany do miotaczy płomieni, unicestwiał wszystko dokoła, włącznie z miotaczami.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2014-07-14
Kamera, akcja, jedziemy!

Źródło: Fot. Indigo Images

Świat ogarnął nowy turystyczny szał. Tłumy przemierzają glob w poszukiwaniu miejsc znanych z książek, filmów i programów telewizyjnych.

Do 2008 r. grecką wyspę Skopelos na Morzu Egejskim kojarzyli tylko nieliczni miłośnicy wakacyjnych wojaży. Przyjeżdżali tu głównie ci, którzy woleli trzymać się z daleka od tłumów i hałaśliwych plaż. Największym skarbem Skopelos są lasy, w których dominuje sosna alepska – nieznosząca zimna przedstawicielka licznej rodziny sosnowatych i dlatego rosnąca w stanie dzikim tylko w basenie Morza Śródziemnego. Za sprawą sosnowych lasów Skopelos uchodzi za najbardziej zieloną ze wszystkich greckich wysp na Morzu Egejskim.

Właśnie ta zieleń sprawiła, że latem 2007 r. na Skopelos wylądowała ekipa kręcąca ekranizację granego wcześniej na West Endzie i Broadwayu musicalu „Mamma mia!” z piosenkami Abby. Wcześniej emisariusze reżysera odwiedzili 21 innych greckich wysp. Skopelos wybrano, ponieważ była ustronna i zielona. Na tym drugim szczególnie zależało producentom. Nie chcieli wypalonych przez słońce zboczy, ogołoconych z drzew i porośniętych kolczastymi zaroślami. Wokół miało być radośnie. I tak Skopelos stała się jedną z głównych bohaterek światowego szlagieru kinowego, który w rok zarobił ponad pół miliarda dolarów.

Zaraz potem ruszyła lawina. Zainspirowani filmem widzowie, zapewne nucąc sobie pod nosem „I Have A Dream”, ruszyli na Skopelos, a także na sąsiednią wyspę Skiathos, gdzie kręcono część scen. A chór rozradowanych właścicieli domów i apartamentów do wynajęcia, kawiarni, restauracji i lokalnych biur turystycznych mógł im tylko radośnie odśpiewać „Money, money, money”. Interesy na Skopelos nie ucierpiały nawet po wybuchu kryzysu gospodarczego. Mimo że większość Greków wybrałaby raczej jeszcze inny utwór z repertuaru słynnej grupy – „S.O.S.”, na Skopelos wciąż przybywało turystów. W ciągu 10 lat obroty na wyspie wzrosły kilkakrotnie. Każdy, kto na nią dotrze (promem lub wodolotem, samoloty tam nie latają), natychmiast natknie się na całe chmary przewodników gotowych poprowadzić nas do miejsc, gdzie tak świetnie bawili się Meryl Streep, Pierce Brosnan, Colin Firth i reszta filmowej ekipy.

Władcy wyobraźni

Objeżdżanie miejsc, w których kręcono kinowe przeboje, stało się ostatnio nową turystyczną modą. Amerykanie ukuli na nią nawet odpowiednią nazwę: „set-jetting”. Terminu tego nie należy mylić z innym, bardzo podobnym, czyli „jet-settingiem”. Ten drugi pojawił się pół wieku temu, gdy nastała era pasażerskich odrzutowców. Także oznaczał podróżowanie, tyle że odnosił się do celebrytów i innych osób z wypchanymi portfelami, podróżujących odrzutowcami od jednego sławnego, i oczywiście drogiego, kurortu do następnego. Bermudy, Acapulco, Los Angeles, Aspen, Rzym, Paryż, Cannes, Saint-Tropez, Portofino, Marbella, Capri, Mykonos – tak wyglądał kalendarz jet-settera na cały rok.

Set-jetter ma pewne cechy wspólne z jet-setterem. Także wsiada do samolotu, aby odbywać odległe, choć zazwyczaj niezbyt długo trwające, podróże. I także uważa, że to, co robi, jest stylem spędzania wakacji.  Są jednak też różnice, w tym chyba ta najważniejsza – by zostać set-jetterem, nie trzeba mieć na koncie siedmiocyfrowej kwoty. Ale bez grosza przy duszy też się nie da. Unikatowe krajobrazy, wyjątkowe obiekty architektury i dziwa przyrody, które zagrały główne role w wielu kultowych filmach, znajdują się czasami na drugim końcu świata. Nie ma rady, kto chce je zobaczyć, musi wyruszyć w długą drogę, a to kosztuje.

Dla fana nie ma jednak nic trudnego. Najlepszym przykładem jest moda, a raczej szał na Nową Zelandię zainicjowany przez „Władcę Pierścieni”. Pierwsza część filmowej trylogii weszła na ekrany w 2001 r. Zaraz potem do odległego kraju położonego na środku południowego Pacyfiku ruszyli pierwsi entuzjaści zarówno samego filmu, jak i wspaniałej książki Tolkiena. Do dziś dotarły tam ich miliony.

„Władcę Pierścieni” nakręcono w całości na Nowej Zelandii. Sielankowy krajobraz rolniczych wzgórz w centralnej części Wyspy Północnej stał się krainą Shire, czyli ojczyzną hobbitów. Rezerwat Kaitoke w pobliżu Wellingtonu zmienił się w Rivendell – siedzibę elfów. Mordor powstał na zboczach czynnego wulkanu Ruapehu, a na wzgórzu Mount Sunday (to już Wyspa Południowa) zbudowano Edoras – stolicę Rohanu. Las Fanghorn, w którym żyli entowie, umiejscowiono w malowniczej krainie fiordów na odległym krańcu Wyspy Południowej.

Pierwsi śladami bohaterów „Władcy Pierścieni” ruszyli oczywiście sami Nowozelandczycy. Gwiazdkowym przebojem 2002 r. był przewodnik turystyczny „The Lord of the Rings: Location Guidebook”. Zawierał mapy, dokładne lokalizacje i wspaniałe zdjęcia wykonane podczas kręcenia filmu oraz już po usunięciu części dekoracji. Miał wszystko, czego miłośnik set-jettingu potrzebuje. Po Nowozelandczykach przyszła pora na turystów zagranicznych, głównie z USA. Dziś przybywa ich rocznie prawie dwa razy tyle co przed premierą „Władcy Pierścieni”. Nie wszyscy oczywiście deklarują, że przyjechali do Nowej Zelandii, aby podróżować śladami Froda Bagginsa i jego towarzyszy, ale zdecydowana większość przybyszy przyznaje, że obejrzenie filmu wpłynęło na ich decyzję o odwiedzeniu tego kraju. „Doszliśmy do wniosku, że musimy tam spędzić wakacje” – odpowiadają zwykle ankietowani.

Te ankiety przeprowadza rządowa agencja turystyczna Tourism New Zealand, która umiejętnie dyskontuje zainteresowanie filmem. Co jakiś czas organizuje kampanie promujące wyjazdy do kraju, gdzie nakręcono „Władcę Pierścieni” i „Hobbita”. „Przyjedź, a przekonasz się, że jest dokładnie tak, jak w filmie. Ta sama atmosfera, te same krajobrazy, te same przeżycia” – czytamy w broszurze wydanej przez agencję (ci, co byli, zobaczyli jednak mrowie turystów i drogie bilety do wioski hobbitów). Nowozelandzka poczta wydaje znaczki z wizerunkami bohaterów, mennica bije pamiątkowe monety, a długodystansowe boeingi Air New Zealand ozdobione są wielkimi podobiznami Aragorna i Legolasa. Po rolnictwie turystyka jest dziś drugim źródłem dochodów Nowej Zelandii – pardon, Śródziemia.

Gra o turystów

Po drugiej stronie globu, i zdecydowanie bliżej Europy, leży inny wyspiarski kraj, do którego peregrynują od paru lat entuzjaści filmów. Jest nim Islandia. Ostatnio została przeobrażona w ojczyznę Noego – tytułowego bohatera hollywoodzkiej superprodukcji, która miała premierę wiosną tego roku. Rozległe przestrzenie z zieloną tundrą, czarnymi skałami wulkanicznymi i malowniczymi wodospadami urzekły twórców filmu. – Szukałem pierwotnego krajobrazu kojarzącego się z młodym lądem, na którym mieszkał Noe przed potopem. Gdy zobaczyliśmy ledwie zastygłe lawy, opary gorących gazów unoszące się nad ziemią, stożki wulkaniczne i wzburzony ocean wokół, wiedzieliśmy, że znaleźliśmy idealne tło do naszej historii – opowiadał reżyser Darren Aronofsky.

Nie on pierwszy uległ urokowi Islandii. Wcześniej pojawił się tu Ridley Scott, aby nakręcić sceny do „Prometeusza” (2012). Tym razem Islandia wyobrażała od­ległą planetę, na której ląduje załoga statku kosmicznego. – Jest nieziemska – stwierdził krótko reżyser na pytanie, dlaczego wybrał Islandię. Ekipa filmowa przez kilka tygodni koczowała w bazie zbudowanej na jej potrzeby u stóp wulkanu Hekla, jednego z najgroźniejszych na wyspie, który po raz ostatni wybuchł w 2000 r. Podczas kręcenia scen do „Prometeusza” również zamruczał i zadrżał groźnie, na szczęście po paru godzinach zapadł ponownie w drzemkę. Do sceny otwierającej film Scott wybrał potężny wodospad Dettifoss o wysokości 45 m i szerokości około 100 m, którym w ciągu sekundy przepływa 190 m3 wody. Pod tym względem nie ma sobie równych w Europie.

Islandia, podobnie jak Nowa Zelandia, stawia na set-jetting. Chce skorzystać na swojej popularności wśród reżyserów i w tym roku kusi turystów zagranicznych ofertami w stylu: „zobacz ląd Noego”. Jednak to nie film fabularny, ale serial telewizyjny przyciągnął do niej najwięcej gości. Są nimi zagorzali fani „Gry o tron".