wszechświat
Autor: Waldemar Zwierzchlejski | dodano: 2012-06-12
Lot ku śmierci

Historia astronautyki jest naznaczona ofiarami. Mimo rozwoju nauki i techniki start każdej rakiety to wciąż igranie ze śmiercią.


Początek 1967 roku stał pod znakiem wyścigu na Księżyc. W USA i ZSRR dobiegały końca przygotowania do załogowego debiutu statków kosmicznych, które miały polecieć na Srebrny Glob. Apollo i Sojuz były większe od poprzedników i mogły wykonywać więcej zadań. Oba pojazdy różniły się pod względem masy, rozmiarów i ogólnej budowy, miały jednak ze sobą coś wspólnego: powstawały w szalonym pośpiechu. Czasu brakowało nawet na wpisywanie zmian do dokumentacji, podwykonawcy często nie informowali się o przeróbkach. Dla Amerykanów najważniejszy był cel wyznaczony w maju 1961 roku przez prezydenta Kennedy'ego: do końca dziesięciolecia lądowanie na Księżycu i powrót załogi na Ziemię.

Pierwszy lot załogowy statku Apollo 1 zaplanowano na 21 lutego 1967 roku. Mimo wielu problemów statek zamontowano na szczycie rakiety Saturn IB i ustawiono na wyrzutni na przylądku Canaveral. Generalną próbę odliczania i symulację trzech pierwszych godzin lotu orbitalnego wyznaczono na 27 stycznia. Miejsce w kabinie zajęli Virgil Grissom, Edward White i Roger Chaffee. Od początku mieli problemy. W kabinie rozchodził się dziwny zapach, przeszkadzały leżące luzem wiązki kabli, wysiadała łączność. O 18:31:05 Chaffee krzyknął: "Pożar!". Kabinę wypełniał czysty tlen pod ciśnieniem 1,14 atm, a wewnątrz znajdowało się wiele materiałów łatwopalnych nawet w zwykłym powietrzu (np. nylonowe hamaki czy wyściółka kabiny), z systemu chłodzenia wyciekał etylenoglikol.

Pożar trwał zaledwie pół minuty, ale temperatura miejscami sięgnęła 700 °C. Na pomoc rzuciło się 27 ratowników. Otwarcie włazu okazało się jednak niemożliwe - kapsuła była zbyt gorąca. Gdyby jednak nawet się udało, i tak trwałoby przynajmniej półtorej minuty (tyle zabierało podczas testów). Tymczasem załoga nie żyła już po 17 sekundach. Bezpośrednią przyczyną śmierci astronautów nie była, jak się powszechnie sądzi, wysoka temperatura, lecz trujące gazy (głównie tlenek węgla i produkty spalania plastiku), które dostały się do przepalonych węży zasilających skafandry w tlen. Ustalono, że pożar wywołało zwarcie w przewodach pod krzesłem dowódcy. Podczas śledztwa okazało się też, że instrukcja postępowania na wypadek pożaru w chwili testu jeszcze nie istniała, bo... jej nie napisano!

NASA wyciągnęła wnioski z tragedii Apollo 1. We wszystkich 15 lotach statków tego typu nie stracił życia już żaden członek załogi. Kabinę Apollo zmodyfikowano: dodano odstrzeliwany właz, zmieniono przebieg i izolację przewodów elektrycznych, a przede wszystkim skład atmosfery. Przy starcie stosowano mieszankę azotowo-tlenową w stosunku 2 : 3 i ciśnieniu 0,35 atm, która dopiero na orbicie była wymieniana na czysty tlen.

Zabójczy Sojuz

Tymczasem po drugiej stronie kuli ziemskiej szykowano debiut innego statku. Bezzałogowe próby Sojuza nie napawały optymizmem. Pierwszy pojazd po wejściu na orbitę wyczerpał paliwo z powodu niewłaściwie zamontowanych silników służących do orientowania statku w przestrzeni i w rezultacie kabiny nie udało się sprowadzić na Ziemię. Druga próba startu zakończyła się awaryjnym odstrzeleniem statku i eksplozją rakiety na wyrzutni. Trzeci pojazd udało się przyziemić, jednak w osłonie termicznej powstała niewielka dziura. Lądownik rozhermetyzował się i zatonął w Morzu Aralskim.

Pomimo zniechęcających rezultatów, pod presją polityczną zdecydowano, że kolejny lot będzie pilotowany. Planowano nawet wysłać niemal jednocześnie dwa statki - pierwszy z Władimirem Komarowem, drugi z trzyosobową załogą. Statki miały się połączyć, a dwaj kosmonauci przejść do Komarowa (były to przygotowania do manewrów, jakie radzieccy kosmonauci zamierzali wykonać na orbicie okołoksiężycowej). Wybór Komarowa na pierwszego pilota Sojuza nie był przypadkowy. Miał on za sobą już jeden lot kosmiczny, poza tym był inżynierem (rzadkość wśród wojskowych kosmonautów ZSRR), zatem powinien łatwiej uporać się z ewentualnymi problemami.
Komarow wystartował o świcie 23 kwietnia 1967 roku. Po wejściu na orbitę okazało się, że otworzył się tylko jeden z dwóch paneli baterii słonecznych. Statek dostawał głodową rację energii elektrycznej, miał problemy z łącznością (jedna z anten mieściła się pod nierozłożonym panelem), chłodzeniem (pod panelem był też promiennik ciepła systemu klimatyzacji) i z orientacją. Po upływie doby Komarow dostał więc polecenie powrotu na Ziemię.

Hamowanie powiodło się częściowo i statek rozpoczął powrót w trybie balistycznym, z przeciążeniami sięgającymi 8 g zamiast planowanych 4-5 g (co mieściło się w zakładanym scenariuszu). Na wysokości 7 km został wyrzucony spadochron-pilot, a za nim spadochron hamujący. Nie zdołał on jednak wyciągnąć spadochronu zasadniczego. Kilkadziesiąt sekund później wydano komendę użycia spadochronu zapasowego, ten jednak znajdował się w cieniu aerodynamicznym spadochronu hamującego i również się nie otworzył. Lądownik z prędkością przekraczającą 50 m/s rozbił się o ziemię i zapalił. Komarow, wówczas najbardziej doświadczony kosmonauta radziecki, poniósł śmierć na miejscu, a jego ciało uległo zwęgleniu. Taki sam los spotkał dziennik pokładowy i magnetofon, a ponieważ z opadającym statkiem nie było łączności radiowej (anteny były umieszczone na linkach spadochronów), nie wiemy, czy kosmonauta zdawał sobie sprawę z zagrożenia, ani jakie były jego ostatnie słowa.

Przyczyna katastrofy Sojuza 1 nie została jednoznacznie wyjaśniona. Możliwe są dwie wersje: spadochron nie został wyciągnięty z kontenera z powodu zbyt dużej różnicy ciśnień między wnętrzem lądownika a kontenerem (był zasysany do wewnątrz) bądź z powodu nieprawidłowego zamknięcia kontenera w procesie polimeryzacji termicznej osłony ablacyjnej statku (ścianki kontenera pokryła wówczas cienka warstwa smoły, do której przykleił się spadochron). Po śmierci Komarowa system spadochronowy przekonstruowano i przetestowano kilkadziesiąt razy. Prace te zajęły aż półtora roku i były jedną z dwóch głównych przyczyn porażki ZSRR w wyścigu na Księżyc (drugą była nieudana konstrukcja rakiety nośnej N-1). Nowy system spadochronowy spełnił pokładane w nim nadzieje i działał prawidłowo we wszystkich ponad stu lotach Sojuzów, które do dziś wystartowały z Bajkonuru.

Więcej w specjalnym wydaniu miesięcznika „Wiedza i Życie" nr 03/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
07/2020
06/2020
Kalendarium
Lipiec
7
W 1889 r. William Robert Brooks odkrył kometę 16P/Brooks.
Warto przeczytać
Co wspólnego mają suknia ślubna i kombinezon sapera?    
Dlaczego dla marynarzy bardziej niebezpieczne od rekinów są krewetki?
Kiedy kurczak najlepiej sprawdza się jako broń artyleryjska?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Waldemar Zwierzchlejski | dodano: 2012-06-12
Lot ku śmierci

Historia astronautyki jest naznaczona ofiarami. Mimo rozwoju nauki i techniki start każdej rakiety to wciąż igranie ze śmiercią.


Początek 1967 roku stał pod znakiem wyścigu na Księżyc. W USA i ZSRR dobiegały końca przygotowania do załogowego debiutu statków kosmicznych, które miały polecieć na Srebrny Glob. Apollo i Sojuz były większe od poprzedników i mogły wykonywać więcej zadań. Oba pojazdy różniły się pod względem masy, rozmiarów i ogólnej budowy, miały jednak ze sobą coś wspólnego: powstawały w szalonym pośpiechu. Czasu brakowało nawet na wpisywanie zmian do dokumentacji, podwykonawcy często nie informowali się o przeróbkach. Dla Amerykanów najważniejszy był cel wyznaczony w maju 1961 roku przez prezydenta Kennedy'ego: do końca dziesięciolecia lądowanie na Księżycu i powrót załogi na Ziemię.

Pierwszy lot załogowy statku Apollo 1 zaplanowano na 21 lutego 1967 roku. Mimo wielu problemów statek zamontowano na szczycie rakiety Saturn IB i ustawiono na wyrzutni na przylądku Canaveral. Generalną próbę odliczania i symulację trzech pierwszych godzin lotu orbitalnego wyznaczono na 27 stycznia. Miejsce w kabinie zajęli Virgil Grissom, Edward White i Roger Chaffee. Od początku mieli problemy. W kabinie rozchodził się dziwny zapach, przeszkadzały leżące luzem wiązki kabli, wysiadała łączność. O 18:31:05 Chaffee krzyknął: "Pożar!". Kabinę wypełniał czysty tlen pod ciśnieniem 1,14 atm, a wewnątrz znajdowało się wiele materiałów łatwopalnych nawet w zwykłym powietrzu (np. nylonowe hamaki czy wyściółka kabiny), z systemu chłodzenia wyciekał etylenoglikol.

Pożar trwał zaledwie pół minuty, ale temperatura miejscami sięgnęła 700 °C. Na pomoc rzuciło się 27 ratowników. Otwarcie włazu okazało się jednak niemożliwe - kapsuła była zbyt gorąca. Gdyby jednak nawet się udało, i tak trwałoby przynajmniej półtorej minuty (tyle zabierało podczas testów). Tymczasem załoga nie żyła już po 17 sekundach. Bezpośrednią przyczyną śmierci astronautów nie była, jak się powszechnie sądzi, wysoka temperatura, lecz trujące gazy (głównie tlenek węgla i produkty spalania plastiku), które dostały się do przepalonych węży zasilających skafandry w tlen. Ustalono, że pożar wywołało zwarcie w przewodach pod krzesłem dowódcy. Podczas śledztwa okazało się też, że instrukcja postępowania na wypadek pożaru w chwili testu jeszcze nie istniała, bo... jej nie napisano!

NASA wyciągnęła wnioski z tragedii Apollo 1. We wszystkich 15 lotach statków tego typu nie stracił życia już żaden członek załogi. Kabinę Apollo zmodyfikowano: dodano odstrzeliwany właz, zmieniono przebieg i izolację przewodów elektrycznych, a przede wszystkim skład atmosfery. Przy starcie stosowano mieszankę azotowo-tlenową w stosunku 2 : 3 i ciśnieniu 0,35 atm, która dopiero na orbicie była wymieniana na czysty tlen.

Zabójczy Sojuz

Tymczasem po drugiej stronie kuli ziemskiej szykowano debiut innego statku. Bezzałogowe próby Sojuza nie napawały optymizmem. Pierwszy pojazd po wejściu na orbitę wyczerpał paliwo z powodu niewłaściwie zamontowanych silników służących do orientowania statku w przestrzeni i w rezultacie kabiny nie udało się sprowadzić na Ziemię. Druga próba startu zakończyła się awaryjnym odstrzeleniem statku i eksplozją rakiety na wyrzutni. Trzeci pojazd udało się przyziemić, jednak w osłonie termicznej powstała niewielka dziura. Lądownik rozhermetyzował się i zatonął w Morzu Aralskim.

Pomimo zniechęcających rezultatów, pod presją polityczną zdecydowano, że kolejny lot będzie pilotowany. Planowano nawet wysłać niemal jednocześnie dwa statki - pierwszy z Władimirem Komarowem, drugi z trzyosobową załogą. Statki miały się połączyć, a dwaj kosmonauci przejść do Komarowa (były to przygotowania do manewrów, jakie radzieccy kosmonauci zamierzali wykonać na orbicie okołoksiężycowej). Wybór Komarowa na pierwszego pilota Sojuza nie był przypadkowy. Miał on za sobą już jeden lot kosmiczny, poza tym był inżynierem (rzadkość wśród wojskowych kosmonautów ZSRR), zatem powinien łatwiej uporać się z ewentualnymi problemami.
Komarow wystartował o świcie 23 kwietnia 1967 roku. Po wejściu na orbitę okazało się, że otworzył się tylko jeden z dwóch paneli baterii słonecznych. Statek dostawał głodową rację energii elektrycznej, miał problemy z łącznością (jedna z anten mieściła się pod nierozłożonym panelem), chłodzeniem (pod panelem był też promiennik ciepła systemu klimatyzacji) i z orientacją. Po upływie doby Komarow dostał więc polecenie powrotu na Ziemię.

Hamowanie powiodło się częściowo i statek rozpoczął powrót w trybie balistycznym, z przeciążeniami sięgającymi 8 g zamiast planowanych 4-5 g (co mieściło się w zakładanym scenariuszu). Na wysokości 7 km został wyrzucony spadochron-pilot, a za nim spadochron hamujący. Nie zdołał on jednak wyciągnąć spadochronu zasadniczego. Kilkadziesiąt sekund później wydano komendę użycia spadochronu zapasowego, ten jednak znajdował się w cieniu aerodynamicznym spadochronu hamującego i również się nie otworzył. Lądownik z prędkością przekraczającą 50 m/s rozbił się o ziemię i zapalił. Komarow, wówczas najbardziej doświadczony kosmonauta radziecki, poniósł śmierć na miejscu, a jego ciało uległo zwęgleniu. Taki sam los spotkał dziennik pokładowy i magnetofon, a ponieważ z opadającym statkiem nie było łączności radiowej (anteny były umieszczone na linkach spadochronów), nie wiemy, czy kosmonauta zdawał sobie sprawę z zagrożenia, ani jakie były jego ostatnie słowa.

Przyczyna katastrofy Sojuza 1 nie została jednoznacznie wyjaśniona. Możliwe są dwie wersje: spadochron nie został wyciągnięty z kontenera z powodu zbyt dużej różnicy ciśnień między wnętrzem lądownika a kontenerem (był zasysany do wewnątrz) bądź z powodu nieprawidłowego zamknięcia kontenera w procesie polimeryzacji termicznej osłony ablacyjnej statku (ścianki kontenera pokryła wówczas cienka warstwa smoły, do której przykleił się spadochron). Po śmierci Komarowa system spadochronowy przekonstruowano i przetestowano kilkadziesiąt razy. Prace te zajęły aż półtora roku i były jedną z dwóch głównych przyczyn porażki ZSRR w wyścigu na Księżyc (drugą była nieudana konstrukcja rakiety nośnej N-1). Nowy system spadochronowy spełnił pokładane w nim nadzieje i działał prawidłowo we wszystkich ponad stu lotach Sojuzów, które do dziś wystartowały z Bajkonuru.