człowiek
Autor: Małgorzata T. Załoga | dodano: 2012-06-12
W poszukiwaniu ideału

Mówi się, że piękne jest to, co się komu podoba, ale, przynajmniej w dzisiejszej kulturze, pewne kanony idealnego piękna są uniwersalne i obowiązują niemal pod każdą szerokością geograficzną. Uroda jest utożsamiana głównie z młodością.

Osiągnięcie ideału urody przychodzi dziś i łatwiej, i trudniej niż kiedyś. Trudniej, bo obecnie jest on chyba najbardziej różny od przeciętności, a łatwiej, bo metody poprawiania urody są teraz bardzo zaawansowane. Kiedyś, aby na przykład uzyskać smukłą talię, panny od wczesnego dzieciństwa ściskały się gorsetami, które deformowały klatkę piersiową, utrudniając oddychanie i usposabiając m.in. do gruźlicy. Dziś w tym samym celu wystarczy chirurgicznie usunąć dolne żebra. Można powiedzieć "rach-ciach i po krzyku". Piękne wcięcie uzyskuje się niemal od razu, a mechanizm oddychania pozostaje niezaburzony. W przypadku innych cech też dopiero współcześnie można pokusić się o zmiany. Lifting twarzy, zmiana kształtu i wielkości piersi, nosa, pośladków, korekcja uszu i powiek, a nawet wydłużanie kości to w większości techniki opracowane po to, by pomagać osobom ciężko dotkniętym przez los, o ciele zniekształconym w wypadkach czy po operacjach. Dziś służą jednak głównie tym, którzy pragną zbliżyć się do ideału.

Metod upiększania też jest mnóstwo. Od zupełnie bezinwazyjnych, kosmetycznych, polegających na wklepywaniu rozmaitych kremów, nakładaniu masek, kąpielach w olejkach, masażach czy makijażu, do ciężkich i ryzykownych operacji (takich jak przeszczepy skórno-mięśniowe czy usuwanie żeber). Kiedyś te dwie skrajności dzieliła przepaść. Można było oddać się w ręce albo kosmetyczki, albo chirurga plastycznego. Od kilkunastu lat jednak powstaje między nimi swego rodzaju most - medycyna estetyczna. To stosunkowo nowa gałąź wiedzy próbująca osiągnąć widoczne efekty jak najmniej inwazyjnymi środkami. Z dobrym, choć zwykle przemijającym skutkiem.

Lekarz medycyny estetycznej nie posługuje się skalpelem. Co najwyżej strzykawką. Dzięki nowoczesnym technikom potrafi jednak zmienić nas w kogoś młodszego i atrakcyjniejszego. Jak? Zacznijmy od skóry.

Ideałem jest gładka, elastyczna, jędrna, bez zmarszczek, przebarwień, ciemnych kół pod oczami, czy cellulitu; czyli taka, jaką widuje się u młodych dziewcząt niemających problemu z trądzikiem. Kiedyś jedynym ratunkiem na zmarszczki, bruzdy i obwisłe podbródki był chirurgiczny lifting - procedura bolesna i niepozbawiona ryzyka.

Chirurg w trakcie zabiegu musiał odwarstwić skórę twarzy wraz z tkanką podskórną i naciągnąć ją na pozostające na swoim miejscu mięśnie i inne głębsze tkanki. Nadmiar skóry usuwano, a szwy ukrywano za uszami i w linii włosów. Podczas operacji dochodziło jednak do przerwania najdrobniejszych zakończeń nerwowych i drobniutkich naczyń krwionośnych. Twarz była zatem przez kilka-kilkanaście dni nie tylko obolała, ale i pozbawiona właściwego czucia, mogły się tworzyć krwiaki utrudniające gojenie. Najgroźniejszym powikłaniem było zakażenie, które mogło nie tylko zniweczyć zakładany efekt operacji, ale nawet doprowadzić do powstania ciężkich, bardzo nietwarzowych blizn podobnych do tych, jakie pozostają po ciężkich oparzeniach. Nawet po prawidłowo wykonanym zabiegu naciągnięta skóra stawała się coraz bardziej osłabiona i, można powiedzieć, po każdym liftingu starzała się szybciej. Po operacji trzeba zaś było przynajmniej na dwa tygodnie zaszyć się w domu, do czasu zdjęcia szwów, opatrunków i powrotu skóry do w miarę normalnego wyglądu.

Mistrzowie strzykawki

Dziś efekt wygładzenia zmarszczek można uzyskać w kilkadziesiąt minut, przy minimalnym ryzyku komplikacji. Magiczną różdżką jest botoks - toksyna jadu kiełbasianego. Ta bardzo silna trucizna prowadząca do paraliżu i zgonu w mikroskopijnych dawkach paraliżuje tylko wybrane partie mięśni. Wstrzykując ją w określone miejsca twarzy, można nie tylko "rozprasować" zmarszczki (głównie te powstałe w wyniku nieuświadamianych skurczów mięśni, takie jak pionowa, "lwia" zmarszczka między brwiami, kurze łapki w kącikach oczu czy poziome zmarszczki na czole), ale i (mniej więcej na sześć miesięcy) zmienić wyraz twarzy. Odpowiednio podany botoks może na przykład zmienić kształt brwi (zbliżając je do "jaskółczego" ideału), a przy okazji podnieść górne powieki, powiększając oczy (duże oczy to też element pięknej twarzy, przynajmniej u kobiet, bo upodabniają ją do twarzy dziecka). Manipulując napięciem mięśni, można spłycić zmarszczki na szyi i dekolcie, unieść kąciki ust i skrzydełka nosa, powiększyć wargi, nawet nieco zmienić kształt oblicza i wyrównać jego proporcje.

Botoks nie przywróci jednak młodzieńczego owalu twarzy ani sprężystości skóry. Nie zmienia też objętości miękkich tkanek. Dwa pierwsze efekty można osiągnąć przez zastosowanie nici - podnoszących zwiotczałe partie skóry (jak Curl-Lift czy Aptos) albo wymuszających swego rodzaju bliznowacenie (nici złote) w skórze, co usztywnia jej rusztowanie i zapobiega wiotczeniu.

Do przywracania objętości i sprężystości służą rozmaite wypełniacze, które wprowadza się w lub pod skórę. Można je podzielić na dwie główne grupy: trwałe i nietrwałe. Do pierwszej należą m.in. silikony i polisiloksany, hydrożel akrylowy (HEMA), poliakrylan metylu (PMMA) i - do pewnego stopnia - kwas polimlekowy, a jednorazowy zabieg wystarcza na zawsze (a co najmniej na kilka lat). Te drugie to m.in. własny tłuszcz pacjenta, kwas hialuronowy i jego syntetyczne pochodne o różnej trwałości (Restylane, Surgiderm, Surgilift, Perlane, Juvederm, Redephine, Esthelis) oraz kolageny, dające efekty utrzymujące się zwykle od kilku do kilkunastu miesięcy (rzadko do kilku lat). Wbrew pozorom, to one właśnie robią ostatnio furorę w gabinetach.

Dlaczego ludzie zamiast na jeden zabieg decydują się na kilka i większe koszty? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, trwałe wypełniacze wiążą się z większym ryzykiem powikłań, które nie tylko niszczą oczekiwany kosmetyczny efekt, ale mogą doprowadzić do sytuacji, w której nasz wcześniejszy, niedoskonały wygląd wyda się nam szczytem marzeń. Drugi, być może ważniejszy powód, to sam efekt poprawiania urody. Często okazuje się bowiem, że choć bardzo chcieliśmy mieć usta jak Scarlett Johannson, to po zabiegu (wykonanym profesjonalnie i zgodnie z naszym życzeniem) zupełnie się sobie z nimi nie podobamy. Jeśli efekt będzie trwały, jedyne co nam pozostanie, to przyzwyczaić się do nowego wyglądu albo ryzykować kolejny bolesny zabieg o nie do końca przewidywalnych skutkach. W przypadku środków nietrwałych wystarczy poczekać kilka miesięcy, by "odzyskać" swoje stare, ale jak się okazało - bardziej nam odpowiadające, usta.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 12/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1866 r. według obliczeń Pluton osiągnął aphelium swojej orbity. Następne takie zdarzenie będzie miało miejsce w sierpniu 2113 roku.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Małgorzata T. Załoga | dodano: 2012-06-12
W poszukiwaniu ideału

Mówi się, że piękne jest to, co się komu podoba, ale, przynajmniej w dzisiejszej kulturze, pewne kanony idealnego piękna są uniwersalne i obowiązują niemal pod każdą szerokością geograficzną. Uroda jest utożsamiana głównie z młodością.

Osiągnięcie ideału urody przychodzi dziś i łatwiej, i trudniej niż kiedyś. Trudniej, bo obecnie jest on chyba najbardziej różny od przeciętności, a łatwiej, bo metody poprawiania urody są teraz bardzo zaawansowane. Kiedyś, aby na przykład uzyskać smukłą talię, panny od wczesnego dzieciństwa ściskały się gorsetami, które deformowały klatkę piersiową, utrudniając oddychanie i usposabiając m.in. do gruźlicy. Dziś w tym samym celu wystarczy chirurgicznie usunąć dolne żebra. Można powiedzieć "rach-ciach i po krzyku". Piękne wcięcie uzyskuje się niemal od razu, a mechanizm oddychania pozostaje niezaburzony. W przypadku innych cech też dopiero współcześnie można pokusić się o zmiany. Lifting twarzy, zmiana kształtu i wielkości piersi, nosa, pośladków, korekcja uszu i powiek, a nawet wydłużanie kości to w większości techniki opracowane po to, by pomagać osobom ciężko dotkniętym przez los, o ciele zniekształconym w wypadkach czy po operacjach. Dziś służą jednak głównie tym, którzy pragną zbliżyć się do ideału.

Metod upiększania też jest mnóstwo. Od zupełnie bezinwazyjnych, kosmetycznych, polegających na wklepywaniu rozmaitych kremów, nakładaniu masek, kąpielach w olejkach, masażach czy makijażu, do ciężkich i ryzykownych operacji (takich jak przeszczepy skórno-mięśniowe czy usuwanie żeber). Kiedyś te dwie skrajności dzieliła przepaść. Można było oddać się w ręce albo kosmetyczki, albo chirurga plastycznego. Od kilkunastu lat jednak powstaje między nimi swego rodzaju most - medycyna estetyczna. To stosunkowo nowa gałąź wiedzy próbująca osiągnąć widoczne efekty jak najmniej inwazyjnymi środkami. Z dobrym, choć zwykle przemijającym skutkiem.

Lekarz medycyny estetycznej nie posługuje się skalpelem. Co najwyżej strzykawką. Dzięki nowoczesnym technikom potrafi jednak zmienić nas w kogoś młodszego i atrakcyjniejszego. Jak? Zacznijmy od skóry.

Ideałem jest gładka, elastyczna, jędrna, bez zmarszczek, przebarwień, ciemnych kół pod oczami, czy cellulitu; czyli taka, jaką widuje się u młodych dziewcząt niemających problemu z trądzikiem. Kiedyś jedynym ratunkiem na zmarszczki, bruzdy i obwisłe podbródki był chirurgiczny lifting - procedura bolesna i niepozbawiona ryzyka.

Chirurg w trakcie zabiegu musiał odwarstwić skórę twarzy wraz z tkanką podskórną i naciągnąć ją na pozostające na swoim miejscu mięśnie i inne głębsze tkanki. Nadmiar skóry usuwano, a szwy ukrywano za uszami i w linii włosów. Podczas operacji dochodziło jednak do przerwania najdrobniejszych zakończeń nerwowych i drobniutkich naczyń krwionośnych. Twarz była zatem przez kilka-kilkanaście dni nie tylko obolała, ale i pozbawiona właściwego czucia, mogły się tworzyć krwiaki utrudniające gojenie. Najgroźniejszym powikłaniem było zakażenie, które mogło nie tylko zniweczyć zakładany efekt operacji, ale nawet doprowadzić do powstania ciężkich, bardzo nietwarzowych blizn podobnych do tych, jakie pozostają po ciężkich oparzeniach. Nawet po prawidłowo wykonanym zabiegu naciągnięta skóra stawała się coraz bardziej osłabiona i, można powiedzieć, po każdym liftingu starzała się szybciej. Po operacji trzeba zaś było przynajmniej na dwa tygodnie zaszyć się w domu, do czasu zdjęcia szwów, opatrunków i powrotu skóry do w miarę normalnego wyglądu.

Mistrzowie strzykawki

Dziś efekt wygładzenia zmarszczek można uzyskać w kilkadziesiąt minut, przy minimalnym ryzyku komplikacji. Magiczną różdżką jest botoks - toksyna jadu kiełbasianego. Ta bardzo silna trucizna prowadząca do paraliżu i zgonu w mikroskopijnych dawkach paraliżuje tylko wybrane partie mięśni. Wstrzykując ją w określone miejsca twarzy, można nie tylko "rozprasować" zmarszczki (głównie te powstałe w wyniku nieuświadamianych skurczów mięśni, takie jak pionowa, "lwia" zmarszczka między brwiami, kurze łapki w kącikach oczu czy poziome zmarszczki na czole), ale i (mniej więcej na sześć miesięcy) zmienić wyraz twarzy. Odpowiednio podany botoks może na przykład zmienić kształt brwi (zbliżając je do "jaskółczego" ideału), a przy okazji podnieść górne powieki, powiększając oczy (duże oczy to też element pięknej twarzy, przynajmniej u kobiet, bo upodabniają ją do twarzy dziecka). Manipulując napięciem mięśni, można spłycić zmarszczki na szyi i dekolcie, unieść kąciki ust i skrzydełka nosa, powiększyć wargi, nawet nieco zmienić kształt oblicza i wyrównać jego proporcje.

Botoks nie przywróci jednak młodzieńczego owalu twarzy ani sprężystości skóry. Nie zmienia też objętości miękkich tkanek. Dwa pierwsze efekty można osiągnąć przez zastosowanie nici - podnoszących zwiotczałe partie skóry (jak Curl-Lift czy Aptos) albo wymuszających swego rodzaju bliznowacenie (nici złote) w skórze, co usztywnia jej rusztowanie i zapobiega wiotczeniu.

Do przywracania objętości i sprężystości służą rozmaite wypełniacze, które wprowadza się w lub pod skórę. Można je podzielić na dwie główne grupy: trwałe i nietrwałe. Do pierwszej należą m.in. silikony i polisiloksany, hydrożel akrylowy (HEMA), poliakrylan metylu (PMMA) i - do pewnego stopnia - kwas polimlekowy, a jednorazowy zabieg wystarcza na zawsze (a co najmniej na kilka lat). Te drugie to m.in. własny tłuszcz pacjenta, kwas hialuronowy i jego syntetyczne pochodne o różnej trwałości (Restylane, Surgiderm, Surgilift, Perlane, Juvederm, Redephine, Esthelis) oraz kolageny, dające efekty utrzymujące się zwykle od kilku do kilkunastu miesięcy (rzadko do kilku lat). Wbrew pozorom, to one właśnie robią ostatnio furorę w gabinetach.

Dlaczego ludzie zamiast na jeden zabieg decydują się na kilka i większe koszty? Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, trwałe wypełniacze wiążą się z większym ryzykiem powikłań, które nie tylko niszczą oczekiwany kosmetyczny efekt, ale mogą doprowadzić do sytuacji, w której nasz wcześniejszy, niedoskonały wygląd wyda się nam szczytem marzeń. Drugi, być może ważniejszy powód, to sam efekt poprawiania urody. Często okazuje się bowiem, że choć bardzo chcieliśmy mieć usta jak Scarlett Johannson, to po zabiegu (wykonanym profesjonalnie i zgodnie z naszym życzeniem) zupełnie się sobie z nimi nie podobamy. Jeśli efekt będzie trwały, jedyne co nam pozostanie, to przyzwyczaić się do nowego wyglądu albo ryzykować kolejny bolesny zabieg o nie do końca przewidywalnych skutkach. W przypadku środków nietrwałych wystarczy poczekać kilka miesięcy, by "odzyskać" swoje stare, ale jak się okazało - bardziej nam odpowiadające, usta.