człowiek
Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2015-01-21
Ostatnia reduta neandertalczyków

Fot. Indigo Images

Gibraltar to niezwykłe miejsce na mapie Europy. Człowiek i inne hominidy to niezwykłe gatunki. Ale najdziwniejsze jest to, jak liczne i wielorakie więzy łączą ludzi, inne hominidy i inne naczelne z tą izolowaną skałą wrzynającą się głęboko w Morze Śródziemne i strzegącą „Wrót Herkulesa” prowadzących z Atlantyku ku wielkim centrom dawnych cywilizacji.

Gibraltar jest mikroskopijny – z powierzchnią 6,8 km2 zmieściłby się na obszarze jednej z mniejszych dzielnic Warszawy – ale jego znaczenie geograficzne, polityczne, ekologiczne i ewolucyjne jest niewspółmierne do rozmiarów. Położony w miejscu, gdzie Europa niemal styka się z Afryką (z wierzchołka tej skały dobrze widać odległy o 20 km afrykański brzeg), a w odległej przyszłości niejednokrotnie łączący oba lądy (ostatni raz niecałe 6 mln lat temu, gdy zamknięcie Cieśniny Gibraltarskiej doprowadziło do wyschnięcia Śródziemnomorza podczas tzw. wydarzenia messyńskiego), mógł stanowić dogodną drogę migracji dla wielu gatunków hominidów, które w ciągu ostatnich 7 mln lat pojawiały się i wymierały na afrykańskim lądzie i kilkakrotnie docierały też do Europy, w tym na Półwysep Iberyjski.

Nie mamy jednak żadnych dowodów, że z tej naturalnej trasy którykolwiek z gatunków skorzystał – tradycyjnie przyjmuje się, że wszystkie (Homo erectus, Homo heidelbergensis, może też Homo antecessor i ostatni z przybyszów – Homo sapiens, choć już raczej nie neandertalczyk, bo ten powstał zapewne w Europie) wybrały drogę okrężną przez Lewant lub – jak w przypadku kromaniończyka – jeszcze dłuższą, przez Ural, azjatyckie stepy lub nawet przez Syberię. Nie ma też powodów, by sądzić, że z drogi tej – tyle że w drugą stronę – skorzystał neandertalczyk, który – spychany przez kromaniończyka na coraz dalsze rubieże Europy – znalazł w końcu na tej skale ostatnie schronienie i tam „dokonał swych dni”, choć ucieczka na przeciwległy brzeg morza mogła znacząco przedłużyć jego egzystencję. Być może nawet do dziś.

Bo Cieśnina Gibraltarska, choć wąska, jest bardzo trudna do przebycia – ze względu na znaczną różnicę zasolenia i temperatury między Atlantykiem a Morzem Śródziemnym (to drugie jest cieplejsze i bardziej słone) przepływają przez nią silne prądy, skutecznie utrudniające próby jej pokonania wpław lub na tratwach.

To, co nie udało się hominidom, powiodło się innym naczelnym: Gibraltar jest dziś jedynym miejscem w Europie, gdzie żyje populacja afrykańskich małp – makaków (magotów). Wciąż nie wiadomo, czy przybyła tam drogą naturalną (przez morze albo podczas połączenia obu brzegów), czy też jest dużo młodsza i trafiła tam w starożytności, zapewne za sprawą Maurów. W każdym razie to ostatni matecznik naczelnych (poza ludźmi), będących w trzeciorzędzie charakterystycznym i bardzo zróżnicowanym elementem fauny naszego kontynentu.

Wpływając do Gibraltaru od wschodu, od strony morza, widzimy charakterystyczną wielką „dziurę” w skale, czyli wylot jaskini Gorhama, której system podziemnych korytarzy wnika głęboko ku wnętrzu kontynentu. To właśnie w tej jaskini odkopano jedne z pierwszych w Europie szczątki neandertalczyka (odkryto je już w 1848 r., choć sam gatunek formalnie opisano dopiero w 1864 r. i na podstawie innych znalezisk – z jaskini Feldhofer w dolinie Neandertal koło Düsseldorfu). Jaskinia ta, jak się zdaje, dawała schronienie ostatniej ich populacji na naszym kontynencie.

Neandertalczyk zrehabilitowany

Najnowsze znaleziska z jaskini Gorhama pozwalają rozszerzyć tę listę „naj” o nowe i zaskakujące elementy. Od pewnego czasu wiadomo np., że gibraltarscy neandertalczycy regularnie korzystali z darów morza, a w ich diecie znaczącą pozycję stanowiły pozyskiwane z plaży lub wód Morza Śródziemnego ryby, mięczaki, a nawet ssaki (delfiny i syreny). Nie byłoby w tym nic dziwnego (dziś wylot jaskini znajduje się tuż nad powierzchnią morza, jednak w okresach zlodowaceń – gdy ten poziom opadał – brzeg odsuwał się o kilka kilometrów), gdyby nie fakt, że nigdy dotąd takich zdolności neandertalczykom nie przypisywano, a same połowy wymagałyby umiejętności wyrobu narzędzi do chwytania morskich stworzeń (np. sieci lub harpunów), a może też i łodzi do wypraw w morze. Nasza znajomość kultury innych populacji neandertalskich nie dawała dotąd podstaw, by im przypisywać takie zdolności.

Teraz okazuje się, że polowali także na ­ ptaki. W pracy, która niedawno ukazała się na łamach „Scientific Reports” (Ruth Blasco, Clive Finlayson i in., „The earliest pigeon fanciers”, 7.08.2014) jej autorzy opisują wyniki badań często znajdowanych we wspomnianej jaskini kości gołębi skalnych (Columba livia), bezpośrednich przodków zamieszkujących dziś miasta na całym świecie gołębi domowych. Z bogatego zbioru 1724 kości tych ptaków, z których wiele towarzyszyło ewidentnym śladom neandertalskiej aktywności, w 55% przypadków stwierdzono, że ptaki poddawane były obróbce narzędziami kamiennymi, pieczone w ogniskach, a ich mięso konsumowane. I – co ważniejsze – te kulinarne praktyki trwały nieprzerwanie bardzo długo, przez co najmniej 40 tys. lat. Mniej więcej tyle, ile liczy cała historia pobytu ludzi współczesnych na terenie Europy.

Odkrycie jest tak ważne, bo jeszcze do niedawna, choć uważano neandertalczyków za wytrawnych łowców na grubego zwierza (słynną lodowcową megafaunę, która zamieszkiwała Europę w plejstocenie i przypominała zwierzęta afrykańskich sawann, ze słoniami, nosorożcami i lwami włącznie), to odmawiano im umiejętności polowania na drobne ssaki i ptaki czy łowienia ryb. Ta działalność zarezerwowana była dla przedstawicieli naszego gatunku i to raczej z późniejszych okresów (od tzw. rewolucji górnego paleolitu, sprzed około 50 tys. lat). Łowy takie wymagają bowiem znacznego zaawansowania narzędzi, umiejętności planowania i budowy pułapek, sieci i innych skomplikowanych urządzeń, a więc tego wszystkiego, co miało właśnie „nas” od „nich” odróżniać. Wygląda na to, że trzeba będzie zrewidować te poglądy. Przy okazji okazuje się, że ścisłe związki z gołębiami skalnymi – żywe do dziś – to najdłuższy w ogóle przykład asocjacji człowieka z jakimkolwiek innym gatunkiem zwierząt – co najmniej dwukrotnie dłuższy od udomowienia wilka, którego potomek, pies domowy, towarzyszy nam być może od 35 tys. lat. Co ciekawe, już wcześniej Clive Finlayson, dyrektor Muzeum Gibraltarskiego opisywał znalezione w tej samej jaskini (którą eksploruje niezmordowanie od lat 80. ub.w.) ślady wykorzystywania przez neandertalczyków piór drapieżnych ptaków, co może sugerować, że wykazywali oni wrażliwość na estetykę – pióra raczej nie służyły do jedzenia. Trzeba przy okazji pamiętać, że trudniej było chwytać ptaki drapieżne niż masowo gnieżdżące się na klifach gołębie.

Odkrycia z jaskini Gorhama rzucają z pewnością nowe światło na niekończącą się dyskusję nad prymitywizmem/zaawansowaniem neandertalczyków, nad ich wrodzonym konserwatyzmem/innowacyjnością (tę ostatnią, zdaniem niektórych, mieli przejawiać pod koniec swej egzystencji, w tzw. kulturze szatelperońskiej, będącej – tu znów są dwie szkoły myślenia – wynikiem imitacji dokonań kromaniończyków lub własnej wynalazczości neandertalczyków) i wreszcie nad ich zdolnością do ewolucji kulturowej, którą dotąd przypisywano tylko Homo sapiens i łączono z narodzinami języka.

Nie znaczy to jednak, że dyskusję można zamknąć, a sprawę uznać za rozstrzygniętą. Z pewnością będzie ona toczyć się jeszcze długo, bo przecież argumenty przeciwników nadmiernej rehabilitacji neandertalczyków nie tracą swej mocy z powodu tych pojedynczych odkryć. Narzędzia neandertalskie (mustierskie) były znacznie mniej zróżnicowane i mniej zaawansowane niż późniejsze (oryniackie, graweckie, solutrejskie…) i ewidentnie nie ewoluowały tak szybko jak „nasze” – przez dziesiątki tysięcy lat pozostawały prawie bez zmian. Populacje neandertalskie nie były też tak zróżnicowane „etnicznie” jak nasze i nie utrzymywały między sobą tak licznych kontaktów – materiał do wyrobu narzędzi neandertalskich jest prawie zawsze miejscowy, a jego źródła leżały zwykle do 50 km od miejsca ich znajdowania, wobec niekiedy setek kilometrów w przypadku narzędzi późniejszych. A to z kolei rzuca światło na problem językowych zdolności neandertalczyków – lub, co bardziej prawdopodobne, ich braku.

Dostęp do morza

Pewnym wyjaśnieniem tych wszystkich paradoksów i sprzeczności mógłby być fakt, że jaskinia Gorhama – inaczej niż niemal wszystkie pozostałe stanowiska neandertalskie – leży nad samym morzem. To wymuszało na jej mieszkańcach przystosowania do bardzo nietypowych dla neandertalczyków warunków, a może i zwiększało ich zdolności do przeżycia w obliczu często zmieniającego się w plejstocenie klimatu (kolejno następujących po sobie okresów mrozów i cieplejszych interglacjałów). Przypominałoby to sytuację innej, też położonej nad morzem i też na południowym krańcu kontynentu (tyle że afrykańskiego) jaskini Blombos w RPA. Tam również znaleziono ślady trwającej przez dziesiątki tysięcy lat populacji ludzi (tyle że należących do Homo ­ sapiens), których egzystencja ściśle związała się ze środowiskiem morskim i którzy pozostawili po sobie najstarsze na świecie ślady działalności artystycznej (paciorki z muszli ślimaków, geometryczne figury na płytce ochrowej). Wytwarzali też narzędzia kamienne o stopniu zaawansowania przywołującym na myśl późniejsze o kilkadziesiąt ­ tysięcy lat dokonania pierwszych europejskich kromaniończyków. W obu przypadkach mogliśmy więc mieć do czynienia nie tyle z normą gatunkową ówczesnych hominidów (odpowiednio: wczesnych Homo sapiens w Afryce i późnych neandertalczyków w Europie), ile raczej ze swoistymi przebłyskami geniuszu lokalnych populacji, których bliskie związki z morzem skłaniały do większej kreatywności i mobilności. Nie byłoby to czymś nieznanym z naszej własnej i czasowo znacznie bliższej nam ­ historii, by wspomnieć choćby osiągnięcia mieszkańców medyterrańskich miast-państw (Fenicjan, Greków, aleksandryjczyków), kontrastujących z dokonaniami żyjących w głębi lądu i pod każdym względem mniej mobilnych społeczności.

W tym kontekście warto wspomnieć o jeszcze jednym, bardziej nawet sensacyjnym znalezisku z jaskini Gorhama (dokonanym niemal równocześnie z odkryciem Blasco i Finlaysona). Opisano je na łamach „Proceedings of the National Academy of Sciences” w lipcu 2014 r., a dotyczyło ono – ni mniej, ni więcej – pierwszych niekwestionowanych śladów sztuki neandertalskiej na naszym kontynencie. W lipcu 2012 r. jeden ze współpracowników Finlaysona, Francisco Pacheco, eksplorował wraz z kolegami odległe korytarze jaskini, chcąc dotrzeć do jej najdalej położonych zakamarków. Przecisnąwszy się przez wąski i trudny pasaż Pacheco, znalazł się w niewielkiej komorze, w której centrum zauważył płaski blok skalny, wznoszący się na wysokość około 40 cm ponad dnem. Kierując światło latarek pod różnymi kątami na ów naturalny blat, badacze ze zdumieniem zauważyli na nim serię ośmiu krzyżujących się nacięć, których układ do złudzenia przypominał geometryczną siatkę do popularnej gry w kółko i krzyżyk. Wyglądało to trochę tak, jakby dawni mieszkańcy jaskini przed chwilą wstali od stolika do gry. Nacięcia były bardzo starannie wykonane, miały stałą głębokość (około 3–4 mm) i tworzyły dość regularny kwadrat o boku około 20 cm. Symulacje przeprowadzone z wykorzystaniem różnych narzędzi kamiennych na powierzchniach podobnych skał dolomitowych praktycznie wykluczyły, by były to przypadkowe rysy, powstałe np. podczas obrabiania skór lub krojenia mięsa – tak głębokie nacięcia wymagały bowiem długotrwałej pracy i wielokrotnego powtarzania zabiegów w tych samych miejscach.

Datowanie samych nacięć nie jest oczywiście możliwe, ale z osadu, który pierwotnie pokrywał ów „stolik”, a dziś zalega na dnie komory, wydobyto neandertalskie artefakty datowane na 30 000 do 39 000 lat, co wskazuje, że same nacięcia mogą być starsze. Ich znaczenie ginie oczywiście w mroku dziejów (i w ciemności samej jaskini), ale intencjonalność ich wykonania nie budzi zdaniem Finlaysona wątpliwości, a fakt, że znaleziono je w miejscu, gdzie korytarz skręca gwałtownie pod kątem 90o, może – jego zdaniem – sugerować, że miały w zamyśle autorów wskazywać właściwy kierunek drogi, niczym informacyjne panele w tunelach metra. Warto też zauważyć, że podobne geometryczne linie poprzedziły powstanie sztuki figuratywnej u naszego gatunku (rysunki na tabliczce ochrowej z Blombos są bardzo podobne) i były później stale obecne – jako elementy towarzyszące – we wszystkich malowanych jaskiniach i sztuce naskalnej na całym świecie.

„Z całą pewnością można powiedzieć, że są to znaki stawiane świadomie, że są one abstrakcyjne i że – wskazując na mentalne możliwości neandertalczyków – po raz kolejny zbliżają ich do nas” – mówi Finlayson. A Paul Tacon z Griffith University w Australii dodaje, że te, zapewne symboliczne, linie stanowią „ostatni gwóźdź do trumny hipotezy o intelektualnym zapóźnieniu neandertalczyków”. Problem w tym, że w dyskusji nad neandertalczykami niemal każde nowe odkrycie skłania do wyciągania daleko idących – i nieraz wzajemnie sprzecznych – wniosków.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 02/2015 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
8
W 1989 r. został wystrzelony europejski satelita Hipparcos, który wyznaczył odległości do ponad 2,5 miliona gwiazd.
Warto przeczytać
Nie tylko tabliczka mnożenia, ale i dzielenia może sama wchodzić do głowy! Pomogą w tym zabawne, wpadające w ucho wierszyki, które pozostają w głowach uczniów. Dzięki błyskotliwym skojarzeniom pozwalają łatwo i bez wysiłku nie tylko nauczyć się tabliczki dzielenia w zakresie do 100, ale także zrozumieć, czym jest dzielenie i dlaczego nie musi sprawiać najmniejszych kłopotów.

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2015-01-21
Ostatnia reduta neandertalczyków

Fot. Indigo Images

Gibraltar to niezwykłe miejsce na mapie Europy. Człowiek i inne hominidy to niezwykłe gatunki. Ale najdziwniejsze jest to, jak liczne i wielorakie więzy łączą ludzi, inne hominidy i inne naczelne z tą izolowaną skałą wrzynającą się głęboko w Morze Śródziemne i strzegącą „Wrót Herkulesa” prowadzących z Atlantyku ku wielkim centrom dawnych cywilizacji.

Gibraltar jest mikroskopijny – z powierzchnią 6,8 km2 zmieściłby się na obszarze jednej z mniejszych dzielnic Warszawy – ale jego znaczenie geograficzne, polityczne, ekologiczne i ewolucyjne jest niewspółmierne do rozmiarów. Położony w miejscu, gdzie Europa niemal styka się z Afryką (z wierzchołka tej skały dobrze widać odległy o 20 km afrykański brzeg), a w odległej przyszłości niejednokrotnie łączący oba lądy (ostatni raz niecałe 6 mln lat temu, gdy zamknięcie Cieśniny Gibraltarskiej doprowadziło do wyschnięcia Śródziemnomorza podczas tzw. wydarzenia messyńskiego), mógł stanowić dogodną drogę migracji dla wielu gatunków hominidów, które w ciągu ostatnich 7 mln lat pojawiały się i wymierały na afrykańskim lądzie i kilkakrotnie docierały też do Europy, w tym na Półwysep Iberyjski.

Nie mamy jednak żadnych dowodów, że z tej naturalnej trasy którykolwiek z gatunków skorzystał – tradycyjnie przyjmuje się, że wszystkie (Homo erectus, Homo heidelbergensis, może też Homo antecessor i ostatni z przybyszów – Homo sapiens, choć już raczej nie neandertalczyk, bo ten powstał zapewne w Europie) wybrały drogę okrężną przez Lewant lub – jak w przypadku kromaniończyka – jeszcze dłuższą, przez Ural, azjatyckie stepy lub nawet przez Syberię. Nie ma też powodów, by sądzić, że z drogi tej – tyle że w drugą stronę – skorzystał neandertalczyk, który – spychany przez kromaniończyka na coraz dalsze rubieże Europy – znalazł w końcu na tej skale ostatnie schronienie i tam „dokonał swych dni”, choć ucieczka na przeciwległy brzeg morza mogła znacząco przedłużyć jego egzystencję. Być może nawet do dziś.

Bo Cieśnina Gibraltarska, choć wąska, jest bardzo trudna do przebycia – ze względu na znaczną różnicę zasolenia i temperatury między Atlantykiem a Morzem Śródziemnym (to drugie jest cieplejsze i bardziej słone) przepływają przez nią silne prądy, skutecznie utrudniające próby jej pokonania wpław lub na tratwach.

To, co nie udało się hominidom, powiodło się innym naczelnym: Gibraltar jest dziś jedynym miejscem w Europie, gdzie żyje populacja afrykańskich małp – makaków (magotów). Wciąż nie wiadomo, czy przybyła tam drogą naturalną (przez morze albo podczas połączenia obu brzegów), czy też jest dużo młodsza i trafiła tam w starożytności, zapewne za sprawą Maurów. W każdym razie to ostatni matecznik naczelnych (poza ludźmi), będących w trzeciorzędzie charakterystycznym i bardzo zróżnicowanym elementem fauny naszego kontynentu.

Wpływając do Gibraltaru od wschodu, od strony morza, widzimy charakterystyczną wielką „dziurę” w skale, czyli wylot jaskini Gorhama, której system podziemnych korytarzy wnika głęboko ku wnętrzu kontynentu. To właśnie w tej jaskini odkopano jedne z pierwszych w Europie szczątki neandertalczyka (odkryto je już w 1848 r., choć sam gatunek formalnie opisano dopiero w 1864 r. i na podstawie innych znalezisk – z jaskini Feldhofer w dolinie Neandertal koło Düsseldorfu). Jaskinia ta, jak się zdaje, dawała schronienie ostatniej ich populacji na naszym kontynencie.

Neandertalczyk zrehabilitowany

Najnowsze znaleziska z jaskini Gorhama pozwalają rozszerzyć tę listę „naj” o nowe i zaskakujące elementy. Od pewnego czasu wiadomo np., że gibraltarscy neandertalczycy regularnie korzystali z darów morza, a w ich diecie znaczącą pozycję stanowiły pozyskiwane z plaży lub wód Morza Śródziemnego ryby, mięczaki, a nawet ssaki (delfiny i syreny). Nie byłoby w tym nic dziwnego (dziś wylot jaskini znajduje się tuż nad powierzchnią morza, jednak w okresach zlodowaceń – gdy ten poziom opadał – brzeg odsuwał się o kilka kilometrów), gdyby nie fakt, że nigdy dotąd takich zdolności neandertalczykom nie przypisywano, a same połowy wymagałyby umiejętności wyrobu narzędzi do chwytania morskich stworzeń (np. sieci lub harpunów), a może też i łodzi do wypraw w morze. Nasza znajomość kultury innych populacji neandertalskich nie dawała dotąd podstaw, by im przypisywać takie zdolności.

Teraz okazuje się, że polowali także na ­ ptaki. W pracy, która niedawno ukazała się na łamach „Scientific Reports” (Ruth Blasco, Clive Finlayson i in., „The earliest pigeon fanciers”, 7.08.2014) jej autorzy opisują wyniki badań często znajdowanych we wspomnianej jaskini kości gołębi skalnych (Columba livia), bezpośrednich przodków zamieszkujących dziś miasta na całym świecie gołębi domowych. Z bogatego zbioru 1724 kości tych ptaków, z których wiele towarzyszyło ewidentnym śladom neandertalskiej aktywności, w 55% przypadków stwierdzono, że ptaki poddawane były obróbce narzędziami kamiennymi, pieczone w ogniskach, a ich mięso konsumowane. I – co ważniejsze – te kulinarne praktyki trwały nieprzerwanie bardzo długo, przez co najmniej 40 tys. lat. Mniej więcej tyle, ile liczy cała historia pobytu ludzi współczesnych na terenie Europy.

Odkrycie jest tak ważne, bo jeszcze do niedawna, choć uważano neandertalczyków za wytrawnych łowców na grubego zwierza (słynną lodowcową megafaunę, która zamieszkiwała Europę w plejstocenie i przypominała zwierzęta afrykańskich sawann, ze słoniami, nosorożcami i lwami włącznie), to odmawiano im umiejętności polowania na drobne ssaki i ptaki czy łowienia ryb. Ta działalność zarezerwowana była dla przedstawicieli naszego gatunku i to raczej z późniejszych okresów (od tzw. rewolucji górnego paleolitu, sprzed około 50 tys. lat). Łowy takie wymagają bowiem znacznego zaawansowania narzędzi, umiejętności planowania i budowy pułapek, sieci i innych skomplikowanych urządzeń, a więc tego wszystkiego, co miało właśnie „nas” od „nich” odróżniać. Wygląda na to, że trzeba będzie zrewidować te poglądy. Przy okazji okazuje się, że ścisłe związki z gołębiami skalnymi – żywe do dziś – to najdłuższy w ogóle przykład asocjacji człowieka z jakimkolwiek innym gatunkiem zwierząt – co najmniej dwukrotnie dłuższy od udomowienia wilka, którego potomek, pies domowy, towarzyszy nam być może od 35 tys. lat. Co ciekawe, już wcześniej Clive Finlayson, dyrektor Muzeum Gibraltarskiego opisywał znalezione w tej samej jaskini (którą eksploruje niezmordowanie od lat 80. ub.w.) ślady wykorzystywania przez neandertalczyków piór drapieżnych ptaków, co może sugerować, że wykazywali oni wrażliwość na estetykę – pióra raczej nie służyły do jedzenia. Trzeba przy okazji pamiętać, że trudniej było chwytać ptaki drapieżne niż masowo gnieżdżące się na klifach gołębie.

Odkrycia z jaskini Gorhama rzucają z pewnością nowe światło na niekończącą się dyskusję nad prymitywizmem/zaawansowaniem neandertalczyków, nad ich wrodzonym konserwatyzmem/innowacyjnością (tę ostatnią, zdaniem niektórych, mieli przejawiać pod koniec swej egzystencji, w tzw. kulturze szatelperońskiej, będącej – tu znów są dwie szkoły myślenia – wynikiem imitacji dokonań kromaniończyków lub własnej wynalazczości neandertalczyków) i wreszcie nad ich zdolnością do ewolucji kulturowej, którą dotąd przypisywano tylko Homo sapiens i łączono z narodzinami języka.

Nie znaczy to jednak, że dyskusję można zamknąć, a sprawę uznać za rozstrzygniętą. Z pewnością będzie ona toczyć się jeszcze długo, bo przecież argumenty przeciwników nadmiernej rehabilitacji neandertalczyków nie tracą swej mocy z powodu tych pojedynczych odkryć. Narzędzia neandertalskie (mustierskie) były znacznie mniej zróżnicowane i mniej zaawansowane niż późniejsze (oryniackie, graweckie, solutrejskie…) i ewidentnie nie ewoluowały tak szybko jak „nasze” – przez dziesiątki tysięcy lat pozostawały prawie bez zmian. Populacje neandertalskie nie były też tak zróżnicowane „etnicznie” jak nasze i nie utrzymywały między sobą tak licznych kontaktów – materiał do wyrobu narzędzi neandertalskich jest prawie zawsze miejscowy, a jego źródła leżały zwykle do 50 km od miejsca ich znajdowania, wobec niekiedy setek kilometrów w przypadku narzędzi późniejszych. A to z kolei rzuca światło na problem językowych zdolności neandertalczyków – lub, co bardziej prawdopodobne, ich braku.

Dostęp do morza

Pewnym wyjaśnieniem tych wszystkich paradoksów i sprzeczności mógłby być fakt, że jaskinia Gorhama – inaczej niż niemal wszystkie pozostałe stanowiska neandertalskie – leży nad samym morzem. To wymuszało na jej mieszkańcach przystosowania do bardzo nietypowych dla neandertalczyków warunków, a może i zwiększało ich zdolności do przeżycia w obliczu często zmieniającego się w plejstocenie klimatu (kolejno następujących po sobie okresów mrozów i cieplejszych interglacjałów). Przypominałoby to sytuację innej, też położonej nad morzem i też na południowym krańcu kontynentu (tyle że afrykańskiego) jaskini Blombos w RPA. Tam również znaleziono ślady trwającej przez dziesiątki tysięcy lat populacji ludzi (tyle że należących do Homo ­ sapiens), których egzystencja ściśle związała się ze środowiskiem morskim i którzy pozostawili po sobie najstarsze na świecie ślady działalności artystycznej (paciorki z muszli ślimaków, geometryczne figury na płytce ochrowej). Wytwarzali też narzędzia kamienne o stopniu zaawansowania przywołującym na myśl późniejsze o kilkadziesiąt ­ tysięcy lat dokonania pierwszych europejskich kromaniończyków. W obu przypadkach mogliśmy więc mieć do czynienia nie tyle z normą gatunkową ówczesnych hominidów (odpowiednio: wczesnych Homo sapiens w Afryce i późnych neandertalczyków w Europie), ile raczej ze swoistymi przebłyskami geniuszu lokalnych populacji, których bliskie związki z morzem skłaniały do większej kreatywności i mobilności. Nie byłoby to czymś nieznanym z naszej własnej i czasowo znacznie bliższej nam ­ historii, by wspomnieć choćby osiągnięcia mieszkańców medyterrańskich miast-państw (Fenicjan, Greków, aleksandryjczyków), kontrastujących z dokonaniami żyjących w głębi lądu i pod każdym względem mniej mobilnych społeczności.

W tym kontekście warto wspomnieć o jeszcze jednym, bardziej nawet sensacyjnym znalezisku z jaskini Gorhama (dokonanym niemal równocześnie z odkryciem Blasco i Finlaysona). Opisano je na łamach „Proceedings of the National Academy of Sciences” w lipcu 2014 r., a dotyczyło ono – ni mniej, ni więcej – pierwszych niekwestionowanych śladów sztuki neandertalskiej na naszym kontynencie. W lipcu 2012 r. jeden ze współpracowników Finlaysona, Francisco Pacheco, eksplorował wraz z kolegami odległe korytarze jaskini, chcąc dotrzeć do jej najdalej położonych zakamarków. Przecisnąwszy się przez wąski i trudny pasaż Pacheco, znalazł się w niewielkiej komorze, w której centrum zauważył płaski blok skalny, wznoszący się na wysokość około 40 cm ponad dnem. Kierując światło latarek pod różnymi kątami na ów naturalny blat, badacze ze zdumieniem zauważyli na nim serię ośmiu krzyżujących się nacięć, których układ do złudzenia przypominał geometryczną siatkę do popularnej gry w kółko i krzyżyk. Wyglądało to trochę tak, jakby dawni mieszkańcy jaskini przed chwilą wstali od stolika do gry. Nacięcia były bardzo starannie wykonane, miały stałą głębokość (około 3–4 mm) i tworzyły dość regularny kwadrat o boku około 20 cm. Symulacje przeprowadzone z wykorzystaniem różnych narzędzi kamiennych na powierzchniach podobnych skał dolomitowych praktycznie wykluczyły, by były to przypadkowe rysy, powstałe np. podczas obrabiania skór lub krojenia mięsa – tak głębokie nacięcia wymagały bowiem długotrwałej pracy i wielokrotnego powtarzania zabiegów w tych samych miejscach.

Datowanie samych nacięć nie jest oczywiście możliwe, ale z osadu, który pierwotnie pokrywał ów „stolik”, a dziś zalega na dnie komory, wydobyto neandertalskie artefakty datowane na 30 000 do 39 000 lat, co wskazuje, że same nacięcia mogą być starsze. Ich znaczenie ginie oczywiście w mroku dziejów (i w ciemności samej jaskini), ale intencjonalność ich wykonania nie budzi zdaniem Finlaysona wątpliwości, a fakt, że znaleziono je w miejscu, gdzie korytarz skręca gwałtownie pod kątem 90o, może – jego zdaniem – sugerować, że miały w zamyśle autorów wskazywać właściwy kierunek drogi, niczym informacyjne panele w tunelach metra. Warto też zauważyć, że podobne geometryczne linie poprzedziły powstanie sztuki figuratywnej u naszego gatunku (rysunki na tabliczce ochrowej z Blombos są bardzo podobne) i były później stale obecne – jako elementy towarzyszące – we wszystkich malowanych jaskiniach i sztuce naskalnej na całym świecie.

„Z całą pewnością można powiedzieć, że są to znaki stawiane świadomie, że są one abstrakcyjne i że – wskazując na mentalne możliwości neandertalczyków – po raz kolejny zbliżają ich do nas” – mówi Finlayson. A Paul Tacon z Griffith University w Australii dodaje, że te, zapewne symboliczne, linie stanowią „ostatni gwóźdź do trumny hipotezy o intelektualnym zapóźnieniu neandertalczyków”. Problem w tym, że w dyskusji nad neandertalczykami niemal każde nowe odkrycie skłania do wyciągania daleko idących – i nieraz wzajemnie sprzecznych – wniosków.