człowiek
Autor: Łukasz Czarnecki | dodano: 2015-01-21
W oparach opium

Fot. Wellcome Library/London

Przez wieki Chiny były najbardziej rozwiniętym i najpotężniejszym krajem na świecie. W połowie XIX w. sytuacja Państwa Środka uległa radykalnej zmianie, w wyniku której spadło ono do statusu półkolonii zachodnich mocarstw. Nadszedł trwający aż do lat 40. XX stulecia „wiek upokorzeń”. A wszystko zaczęło się od handlu opium...

W XVIII w. Niebiańskie Cesarstwo było w apogeum swej potęgi. Nigdy wcześniej władza Synów Niebios nie sięgała tak daleko. Liczne narody Azji pochylały głowy przed chińskimi imperatorami. Jednocześnie „Podniebie”, jak zwali swój kraj Chińczycy, trapiły liczne problemy. Przede wszystkim Państwem Środka nie władali jego rdzenni mieszkańcy, lecz przybysze z północy – wojowniczy koczownicy zwani Mandżurami. W XVII w., wykorzystując chaos, jaki nastąpił po upadku władzy dynastii Ming, najechali Chiny, a ich przywódcy po uporaniu się z siłami mingowskich lojalistów sami zasiedli na Tronie Smoka, powołując do życia nową dynastię – Qing. Uważani przez podbitych Hanów (Chińczyków) za dzikusów, Mandżurowie byli powszechnie znienawidzeni przez poddanych. W każdej chwili mogący spodziewać się buntu najeźdźcy wprowadzili w Chinach system swoistego apartheidu, który miał pomóc ich narodowi zachować odrębność. Prawne zakazy zawierania związków małżeńskich z Chińczykami na niewiele się jednak zdały i już wkrótce zdobywcy dosłownie zapomnieli własnego języka, do mowy przodków powracając jedynie w przekleństwach.

Prowadzone przez pierwszy okres panowania Qingów wojny znacznie nadwerężyły państwowy skarbiec, a kiedy tylko zapanował pokój, złożona z dziedzicznych mandżurskich wojowników tzw. Armia Ośmiu Chorągwi błyskawicznie się zdegenerowała, zmieniając się w bandę leni, pijaków i narkomanów. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w pełniącej funkcje pomocnicze, złożonej z Chińczyków, Armii Zielonej Flagi. Cesarze przymykali jednak oko na te problemy, wojskowych w kręgu cywilizacji chińskiej nigdy bowiem nie poważano (ich status społeczny odpowiadał prostytutkom) i niewiele rzeczy było w stanie pogorszyć ten obraz w oczach społeczeństwa. Poza tym, jak wydawało się rządzącym, wszyscy wrogowie Chin zostali już pokonani i nie było potrzeby nadmiernie się zbroić. Ani cesarze, ani doradzający im konfucjańscy urzędnicy nie przewidzieli jednak nowego zagrożenia, które już wkrótce przybyło do Podniebia z drugiego końca świata.

O ile w XVII w. Chiny miały swoim mieszkańcom o wiele więcej do zaoferowania niż państwa europejskie, o tyle w stuleciu następnym Europa „wystrzeliła do przodu”. Podczas gdy w Państwie Środka nic się nie zmieniało, w świecie zachodnim rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. Angielscy i francuscy uczeni odkrywali kolejne tajemnice natury, europejscy inżynierowie tworzyli nowe rodzaje uzbrojenia, jedna po drugiej wyrastały fabryki. Kiedy u progu XIX w. ludzie z Zachodu zapukali do chińskich drzwi, w Państwie Środka rozpoczęły się prawdziwe problemy.

W 1793 r. na dwór starego cesarza Qianlonga przybyło brytyjskie poselstwo z lordem George’em Macartneyem na czele. Brytyjczycy przywieźli list od króla Jerzego III i 600 skrzyń darów, mających w ich zamyśle olśnić chińskiego imperatora. Syn Niebios nie wykazał jednak zainteresowania prezentami (a były wśród nich takie niezwykłości jak balon na rozgrzane powietrze i dzwon do nurkowania), które uznał po prostu za zwyczajowy trybut lenny od jakiegoś barbarzyńskiego kacyka. Nalegającemu na otwarcie Chin na brytyjski handel Macartneyowi cesarz oświadczył, że Chińczycy mają wszystko, co tylko istnieje na świecie, i nie potrzebują importować żadnych dziwacznych wynalazków z krajów barbarzyńców. Sfrustrowany niepowodzeniem lord napisał później, że Podniebie „[...] jest jak stary, wariacki, flagowy okręt wojenny. [...] Kiedy [...] za sterami zasiądzie pewnego dnia niewłaściwy człowiek – biada porządkowi na pokładzie, biada bezpieczeństwu statku”. Na nieszczęście dla Chińczyków Qianlong okazał się ostatnim wielkim cesarzem z dynastii Qing, a po nim ster chińskiego „okrętu” dzierżyć już mieli tylko „niewłaściwi ludzie”.

Opium

Chiński imperator mógł nie być zainteresowany europejskimi towarami, ale Europa była spragniona chińskiego jedwabiu i herbaty, które zdobywały coraz większą popularność na Starym Kontynencie. Dlatego w jedynym otwartym dla cudzoziemców porcie Państwa Środka – Kantonie – handel pomiędzy mieszkańcami Podniebia a zachodnimi barbarzyńcami kwitł w najlepsze. Był jednak obłożony licznymi zakazami, mającymi w jak największym stopniu ograniczyć styczność Chińczyków z cudzoziemcami. Z przybyszami zza morza mogli się kontaktować jedynie przedstawiciele firm skupionych w specjalnej gildii kohongu. Przynależność do owego zgromadzenia była dla chińskich kupców interesem niezwykle intratnym, lecz ryzykownym. Działając w kohongu, można było równie dobrze zbić fortunę na handlu herbatą, co zostać złupionym do cna przez nadzorujących handel urzędników, co chwila żądających nowych łapówek. Co gorsza, odpowiedzialność za wybryki cudzoziemskich marynarzy spadała na chińskich handlarzy muszących płacić srogie kary za najmniejsze przewinienie swoich kontrahentów. Jako że Europejczykom z kolei zabroniono uczyć się języka chińskiego, a dominującą rolę w handlu dalekowschodnim odgrywała angielska Kompania Wschodnioindyjska (posiadała ona faktorię w Kantonie od 1699 r.), miejscowym językiem biznesowym szybko stała się dziwna gwara złożona z angielskich słów i kantońskiej gramatyki.

 

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 02/2015 »
Drukuj »
Aktualne numery
08/2020
07/2020
Kalendarium
Sierpień
8
W 1900 r. na Międzynarodowym Kongresie Matematycznym w Paryżu David Hilbert przedstawił listę 23 nierozwiązanych problemów matematycznych.
Warto przeczytać
Co wspólnego mają suknia ślubna i kombinezon sapera?    
Dlaczego dla marynarzy bardziej niebezpieczne od rekinów są krewetki?
Kiedy kurczak najlepiej sprawdza się jako broń artyleryjska?

WSPÓŁPRACUJEMY
Autor: Łukasz Czarnecki | dodano: 2015-01-21
W oparach opium

Fot. Wellcome Library/London

Przez wieki Chiny były najbardziej rozwiniętym i najpotężniejszym krajem na świecie. W połowie XIX w. sytuacja Państwa Środka uległa radykalnej zmianie, w wyniku której spadło ono do statusu półkolonii zachodnich mocarstw. Nadszedł trwający aż do lat 40. XX stulecia „wiek upokorzeń”. A wszystko zaczęło się od handlu opium...

W XVIII w. Niebiańskie Cesarstwo było w apogeum swej potęgi. Nigdy wcześniej władza Synów Niebios nie sięgała tak daleko. Liczne narody Azji pochylały głowy przed chińskimi imperatorami. Jednocześnie „Podniebie”, jak zwali swój kraj Chińczycy, trapiły liczne problemy. Przede wszystkim Państwem Środka nie władali jego rdzenni mieszkańcy, lecz przybysze z północy – wojowniczy koczownicy zwani Mandżurami. W XVII w., wykorzystując chaos, jaki nastąpił po upadku władzy dynastii Ming, najechali Chiny, a ich przywódcy po uporaniu się z siłami mingowskich lojalistów sami zasiedli na Tronie Smoka, powołując do życia nową dynastię – Qing. Uważani przez podbitych Hanów (Chińczyków) za dzikusów, Mandżurowie byli powszechnie znienawidzeni przez poddanych. W każdej chwili mogący spodziewać się buntu najeźdźcy wprowadzili w Chinach system swoistego apartheidu, który miał pomóc ich narodowi zachować odrębność. Prawne zakazy zawierania związków małżeńskich z Chińczykami na niewiele się jednak zdały i już wkrótce zdobywcy dosłownie zapomnieli własnego języka, do mowy przodków powracając jedynie w przekleństwach.

Prowadzone przez pierwszy okres panowania Qingów wojny znacznie nadwerężyły państwowy skarbiec, a kiedy tylko zapanował pokój, złożona z dziedzicznych mandżurskich wojowników tzw. Armia Ośmiu Chorągwi błyskawicznie się zdegenerowała, zmieniając się w bandę leni, pijaków i narkomanów. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja w pełniącej funkcje pomocnicze, złożonej z Chińczyków, Armii Zielonej Flagi. Cesarze przymykali jednak oko na te problemy, wojskowych w kręgu cywilizacji chińskiej nigdy bowiem nie poważano (ich status społeczny odpowiadał prostytutkom) i niewiele rzeczy było w stanie pogorszyć ten obraz w oczach społeczeństwa. Poza tym, jak wydawało się rządzącym, wszyscy wrogowie Chin zostali już pokonani i nie było potrzeby nadmiernie się zbroić. Ani cesarze, ani doradzający im konfucjańscy urzędnicy nie przewidzieli jednak nowego zagrożenia, które już wkrótce przybyło do Podniebia z drugiego końca świata.

O ile w XVII w. Chiny miały swoim mieszkańcom o wiele więcej do zaoferowania niż państwa europejskie, o tyle w stuleciu następnym Europa „wystrzeliła do przodu”. Podczas gdy w Państwie Środka nic się nie zmieniało, w świecie zachodnim rozpoczęła się rewolucja przemysłowa. Angielscy i francuscy uczeni odkrywali kolejne tajemnice natury, europejscy inżynierowie tworzyli nowe rodzaje uzbrojenia, jedna po drugiej wyrastały fabryki. Kiedy u progu XIX w. ludzie z Zachodu zapukali do chińskich drzwi, w Państwie Środka rozpoczęły się prawdziwe problemy.

W 1793 r. na dwór starego cesarza Qianlonga przybyło brytyjskie poselstwo z lordem George’em Macartneyem na czele. Brytyjczycy przywieźli list od króla Jerzego III i 600 skrzyń darów, mających w ich zamyśle olśnić chińskiego imperatora. Syn Niebios nie wykazał jednak zainteresowania prezentami (a były wśród nich takie niezwykłości jak balon na rozgrzane powietrze i dzwon do nurkowania), które uznał po prostu za zwyczajowy trybut lenny od jakiegoś barbarzyńskiego kacyka. Nalegającemu na otwarcie Chin na brytyjski handel Macartneyowi cesarz oświadczył, że Chińczycy mają wszystko, co tylko istnieje na świecie, i nie potrzebują importować żadnych dziwacznych wynalazków z krajów barbarzyńców. Sfrustrowany niepowodzeniem lord napisał później, że Podniebie „[...] jest jak stary, wariacki, flagowy okręt wojenny. [...] Kiedy [...] za sterami zasiądzie pewnego dnia niewłaściwy człowiek – biada porządkowi na pokładzie, biada bezpieczeństwu statku”. Na nieszczęście dla Chińczyków Qianlong okazał się ostatnim wielkim cesarzem z dynastii Qing, a po nim ster chińskiego „okrętu” dzierżyć już mieli tylko „niewłaściwi ludzie”.

Opium

Chiński imperator mógł nie być zainteresowany europejskimi towarami, ale Europa była spragniona chińskiego jedwabiu i herbaty, które zdobywały coraz większą popularność na Starym Kontynencie. Dlatego w jedynym otwartym dla cudzoziemców porcie Państwa Środka – Kantonie – handel pomiędzy mieszkańcami Podniebia a zachodnimi barbarzyńcami kwitł w najlepsze. Był jednak obłożony licznymi zakazami, mającymi w jak największym stopniu ograniczyć styczność Chińczyków z cudzoziemcami. Z przybyszami zza morza mogli się kontaktować jedynie przedstawiciele firm skupionych w specjalnej gildii kohongu. Przynależność do owego zgromadzenia była dla chińskich kupców interesem niezwykle intratnym, lecz ryzykownym. Działając w kohongu, można było równie dobrze zbić fortunę na handlu herbatą, co zostać złupionym do cna przez nadzorujących handel urzędników, co chwila żądających nowych łapówek. Co gorsza, odpowiedzialność za wybryki cudzoziemskich marynarzy spadała na chińskich handlarzy muszących płacić srogie kary za najmniejsze przewinienie swoich kontrahentów. Jako że Europejczykom z kolei zabroniono uczyć się języka chińskiego, a dominującą rolę w handlu dalekowschodnim odgrywała angielska Kompania Wschodnioindyjska (posiadała ona faktorię w Kantonie od 1699 r.), miejscowym językiem biznesowym szybko stała się dziwna gwara złożona z angielskich słów i kantońskiej gramatyki.