człowiek
Autor: Agnieszka Lisak | dodano: 2012-06-12
Dzieje ślepej Temidy

Opaska na oczach staropolskiej Temidy niezbyt szczelnie zasłaniała jej oczy i nie zawsze potrafiła ona sprawiedliwie wyważyć rzucony na jej szalę ludzki los.

W czasach najdawniejszych Polska miała tylko jednego sędziego - króla, który wymierzał sprawiedliwość, nieustannie przemierzając kraj, przez co zwano go królem podróżującym (łac. rex ambulare). Nietrudno się domyśleć, że przy takiej organizacji sądownictwa na wydanie wyroku czekało się równie długo jak dziś.

Z czasem kompetencje sądowe przekazano w ręce urzędników. Jednak w dalszym ciągu ferowali oni wyroki w imieniu władcy, który gdy tylko się pojawił, każdą sprawę mógł poprowadzić osobiście. Rozpoznanie sprawy przez władcę nie dawało gwarancji wydania sprawiedliwego wyroku, ponieważ o wygraniu procesu decydowała nie tyle słuszność stanowiska, ile przede wszystkim określone reguły procesowe, a często i zbieg okoliczności.

Lepszy ma zawsze rację

Podstawowe znaczenie miało prawo pierwszeństwa przeprowadzenia dowodu. Gdy spór toczył się między stronami nierównymi społecznie, z prawa pierwszeństwa korzystała osoba wyżej sytuowana. Był to bardzo ważny przywilej, decydujący niejednokrotnie o wyniku całego procesu. Dowód na poparcie tezy przeciwnej był początkowo wręcz niedopuszczalny, chyba że przedstawicielowi warstwy uprzywilejowanej nie udało się dowieść swojej racji. Wystarczyło jednak, że złożył stosowną przysięgę (która wtedy także była dowodem) i zapewniało mu to pomyślne zakończenie procesu.

W ten oto prosty sposób sędzia często już po jednej rozprawie był w stanie wydać wyrok. Nie musiał przecież przeprowadzać żmudnego, trwającego czasami lata postępowania dowodowego, tak jak to jest dzisiaj. Unikał konieczności szczegółowej analizy i porównywania dowodów, a także zarzutu sprzyjania jednej ze stron. Jego rola sprowadzała się nie tyle do samodzielnego wyciągania wniosków, ile do formalnego kierowania procesem.

Moc dowodowa przysięgi wynikała z przekonania, że nad ziemską sprawiedliwością czuwa boża opatrzność. Zakładano zatem, że nikt nie odważy się skłamać przed sądem, ściągając na siebie karę w życiu doczesnym i pozagrobowym. Słowa przysięgi były różne w zależności od rodzaju spraw. Zachowało się kilka z nich, np.: "Jako wiemy i świadczymy, eż [że] Klimont nie bił Klary mieczową głowicą, ani jej [nie] policzkował, ani jej pieniędzy [nie] brał".

Zdarzały się formułki znacznie dłuższe, wypowiedzenie ich dla wielu było nie lada trudnością, gdyż wcześniej należało nauczyć się ich na pamięć. Przejęzyczenie pozbawiało cennego prawa do przeprowadzenia dowodu. Wymagano także zachowania pewnych gestów, jak przyklęknięcie czy położenie dłoni na krzyżu. Z czasem złagodzono tę etykietę, zezwalając na trzykrotne powtórzenie tekstu. (...)

Żelazo i wrzątek prawdę ci powie

Równie pewnym środkiem dowodowym były tzw. ordalia, czyli sądy boże, praktykowane w naszym kraju od XI do XIII wieku. Opierały się one na przeświadczeniu, że najskuteczniejszym sposobem dojścia prawdy jest zdanie się na interwencję sił nadprzyrodzonych. Bóg czuwa przecież nad ludźmi i nie pozwoli na ich krzywdzenie, czym byłoby skazanie niewinnych. Wystarczyło poddać oskarżoną osobę stosownej próbie.

Jedną z nich była próba żelaza, podczas której nakazywano podejrzanemu niesienie przez trzy kroki rozpalonego do czerwoności metalu. Wcześniej odprawiano mszę i odmawiano stosowne modlitwy, prosząc Boga o pobłogosławienie metalu, i o to aby "ktokolwiek jest niewinny (...), a dotknie się ręką tego żelaza, aby ją zdrową i nieuszkodzoną wyciągnął..." Upuszczenie przedmiotu przesądzało o winie. Dodatkowo wymagano, by oparzenie goiło się należycie, kropiono je więc święconą wodą i opatrywano woskiem, a następnie czekano trzy dni. Gdy po zdjęciu opatrunku okazywało się, że na kończynie pozostawały w dalszym ciągu rany, było to oznaką winy. Innym razem podejrzanemu nakazywano przejść boso trzy kroki po rozpalonym do czerwoności żelazie. Gdy "badany" źle stąpnął, wina jego była przesądzona.

Niekiedy stosowano próbę gorącej wody. Zadaniem podejrzanego było wyciągnięcie z pełnego wrzątku kotła jakiegoś przedmiotu. Istniała też próba wody zimnej, podczas której wrzucano podejrzanego do rzeki czy też stawu, wiążąc mu ręce pod kolanami i wkładając kij, by nie mógł się poruszać. Na brzegu zaś czekał rosły mężczyzna, by wyciągnąć go w porę, pociągając za sznur. Wierzono, że woda jako czysty żywioł nie przyjęłaby złoczyńcy. Zdarzało się nieraz, że "próbowanego" nie udało się wyciągnąć na czas, szedł więc na dno z wątpliwą satysfakcją bycia oczyszczonym z zarzutów.

Ulubioną jednak i podstawową formą sądu bożego był w naszym kraju pojedynek. Rycerze walczyli mieczami, chłopi zaś kijami. W przypadku nierówności stanów decydowała broń właściwa dla pozwanego.

W XIII wieku ordalia zaczęły stopniowo zanikać, próba wody utrzymała się jednak dalej w odniesieniu do kobiet podejrzanych o kontakty z szatanem, jako tzw. pławienie czarownic. Uchodziło ono za najlepszy sposób wykrycia wiedźm. Zdarzało się, że gdy w okolicy panowała susza, zaraza trapiąca bydło czy ulewy, winą za to obciążano czarownice. Wtedy sprawy w swoje ręce brały władze, polecając poddać próbie pławienia podejrzane kobiety. Zbyt obszerne spódnice, kilka halek, bufiaste rękawy - wszystko to sprawiało, że pławione przez jakiś czas unosiły się na wodzie, co przesądzało o ich winie i równało się śmierci.

Nie słuchaj jąkały, bękarta i dziwki

(...) Istniało też wiele wyłączeń uniemożliwiających określonym osobom występowanie w charakterze świadka, przeszkodami były m.in. pochodzenie z nieprawego łoża, bycie wyklętym, posiadanie ujmy na honorze, wady wymowy. Liczba tych zastrzeżeń ulegała ograniczeniu bardzo wolno. Jeszcze w XVI wieku pisarz i prawnik Bartłomiej Groicki zakazywał składania zeznań kobietom ("albowiem one są odmienne w słowach, a świadectwa różne wydawają..."), a ponadto osobom skazanym na karę pręgierza, złodziejom, pijakom, błaznom, nierządnicom. Procedury takie bez wątpienia nie służyły wykryciu rzeczywistego stanu rzeczy, i często pozwalały sprawcom ujść bezkarnie.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 01/2008 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Czerwiec
2
W 1897 r. Guglielmo Marconi uzyskał patent na radio.
Warto przeczytać
Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Agnieszka Lisak | dodano: 2012-06-12
Dzieje ślepej Temidy

Opaska na oczach staropolskiej Temidy niezbyt szczelnie zasłaniała jej oczy i nie zawsze potrafiła ona sprawiedliwie wyważyć rzucony na jej szalę ludzki los.

W czasach najdawniejszych Polska miała tylko jednego sędziego - króla, który wymierzał sprawiedliwość, nieustannie przemierzając kraj, przez co zwano go królem podróżującym (łac. rex ambulare). Nietrudno się domyśleć, że przy takiej organizacji sądownictwa na wydanie wyroku czekało się równie długo jak dziś.

Z czasem kompetencje sądowe przekazano w ręce urzędników. Jednak w dalszym ciągu ferowali oni wyroki w imieniu władcy, który gdy tylko się pojawił, każdą sprawę mógł poprowadzić osobiście. Rozpoznanie sprawy przez władcę nie dawało gwarancji wydania sprawiedliwego wyroku, ponieważ o wygraniu procesu decydowała nie tyle słuszność stanowiska, ile przede wszystkim określone reguły procesowe, a często i zbieg okoliczności.

Lepszy ma zawsze rację

Podstawowe znaczenie miało prawo pierwszeństwa przeprowadzenia dowodu. Gdy spór toczył się między stronami nierównymi społecznie, z prawa pierwszeństwa korzystała osoba wyżej sytuowana. Był to bardzo ważny przywilej, decydujący niejednokrotnie o wyniku całego procesu. Dowód na poparcie tezy przeciwnej był początkowo wręcz niedopuszczalny, chyba że przedstawicielowi warstwy uprzywilejowanej nie udało się dowieść swojej racji. Wystarczyło jednak, że złożył stosowną przysięgę (która wtedy także była dowodem) i zapewniało mu to pomyślne zakończenie procesu.

W ten oto prosty sposób sędzia często już po jednej rozprawie był w stanie wydać wyrok. Nie musiał przecież przeprowadzać żmudnego, trwającego czasami lata postępowania dowodowego, tak jak to jest dzisiaj. Unikał konieczności szczegółowej analizy i porównywania dowodów, a także zarzutu sprzyjania jednej ze stron. Jego rola sprowadzała się nie tyle do samodzielnego wyciągania wniosków, ile do formalnego kierowania procesem.

Moc dowodowa przysięgi wynikała z przekonania, że nad ziemską sprawiedliwością czuwa boża opatrzność. Zakładano zatem, że nikt nie odważy się skłamać przed sądem, ściągając na siebie karę w życiu doczesnym i pozagrobowym. Słowa przysięgi były różne w zależności od rodzaju spraw. Zachowało się kilka z nich, np.: "Jako wiemy i świadczymy, eż [że] Klimont nie bił Klary mieczową głowicą, ani jej [nie] policzkował, ani jej pieniędzy [nie] brał".

Zdarzały się formułki znacznie dłuższe, wypowiedzenie ich dla wielu było nie lada trudnością, gdyż wcześniej należało nauczyć się ich na pamięć. Przejęzyczenie pozbawiało cennego prawa do przeprowadzenia dowodu. Wymagano także zachowania pewnych gestów, jak przyklęknięcie czy położenie dłoni na krzyżu. Z czasem złagodzono tę etykietę, zezwalając na trzykrotne powtórzenie tekstu. (...)

Żelazo i wrzątek prawdę ci powie

Równie pewnym środkiem dowodowym były tzw. ordalia, czyli sądy boże, praktykowane w naszym kraju od XI do XIII wieku. Opierały się one na przeświadczeniu, że najskuteczniejszym sposobem dojścia prawdy jest zdanie się na interwencję sił nadprzyrodzonych. Bóg czuwa przecież nad ludźmi i nie pozwoli na ich krzywdzenie, czym byłoby skazanie niewinnych. Wystarczyło poddać oskarżoną osobę stosownej próbie.

Jedną z nich była próba żelaza, podczas której nakazywano podejrzanemu niesienie przez trzy kroki rozpalonego do czerwoności metalu. Wcześniej odprawiano mszę i odmawiano stosowne modlitwy, prosząc Boga o pobłogosławienie metalu, i o to aby "ktokolwiek jest niewinny (...), a dotknie się ręką tego żelaza, aby ją zdrową i nieuszkodzoną wyciągnął..." Upuszczenie przedmiotu przesądzało o winie. Dodatkowo wymagano, by oparzenie goiło się należycie, kropiono je więc święconą wodą i opatrywano woskiem, a następnie czekano trzy dni. Gdy po zdjęciu opatrunku okazywało się, że na kończynie pozostawały w dalszym ciągu rany, było to oznaką winy. Innym razem podejrzanemu nakazywano przejść boso trzy kroki po rozpalonym do czerwoności żelazie. Gdy "badany" źle stąpnął, wina jego była przesądzona.

Niekiedy stosowano próbę gorącej wody. Zadaniem podejrzanego było wyciągnięcie z pełnego wrzątku kotła jakiegoś przedmiotu. Istniała też próba wody zimnej, podczas której wrzucano podejrzanego do rzeki czy też stawu, wiążąc mu ręce pod kolanami i wkładając kij, by nie mógł się poruszać. Na brzegu zaś czekał rosły mężczyzna, by wyciągnąć go w porę, pociągając za sznur. Wierzono, że woda jako czysty żywioł nie przyjęłaby złoczyńcy. Zdarzało się nieraz, że "próbowanego" nie udało się wyciągnąć na czas, szedł więc na dno z wątpliwą satysfakcją bycia oczyszczonym z zarzutów.

Ulubioną jednak i podstawową formą sądu bożego był w naszym kraju pojedynek. Rycerze walczyli mieczami, chłopi zaś kijami. W przypadku nierówności stanów decydowała broń właściwa dla pozwanego.

W XIII wieku ordalia zaczęły stopniowo zanikać, próba wody utrzymała się jednak dalej w odniesieniu do kobiet podejrzanych o kontakty z szatanem, jako tzw. pławienie czarownic. Uchodziło ono za najlepszy sposób wykrycia wiedźm. Zdarzało się, że gdy w okolicy panowała susza, zaraza trapiąca bydło czy ulewy, winą za to obciążano czarownice. Wtedy sprawy w swoje ręce brały władze, polecając poddać próbie pławienia podejrzane kobiety. Zbyt obszerne spódnice, kilka halek, bufiaste rękawy - wszystko to sprawiało, że pławione przez jakiś czas unosiły się na wodzie, co przesądzało o ich winie i równało się śmierci.

Nie słuchaj jąkały, bękarta i dziwki

(...) Istniało też wiele wyłączeń uniemożliwiających określonym osobom występowanie w charakterze świadka, przeszkodami były m.in. pochodzenie z nieprawego łoża, bycie wyklętym, posiadanie ujmy na honorze, wady wymowy. Liczba tych zastrzeżeń ulegała ograniczeniu bardzo wolno. Jeszcze w XVI wieku pisarz i prawnik Bartłomiej Groicki zakazywał składania zeznań kobietom ("albowiem one są odmienne w słowach, a świadectwa różne wydawają..."), a ponadto osobom skazanym na karę pręgierza, złodziejom, pijakom, błaznom, nierządnicom. Procedury takie bez wątpienia nie służyły wykryciu rzeczywistego stanu rzeczy, i często pozwalały sprawcom ujść bezkarnie.