człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2015-07-24
Krótkie życie skandalu

Rys. Elżbieta Waga

Afery polityczne, sensacje obyczajowe i plotki  z nieoficjalnych źródeł wprawiają w ruch  karuzelę debaty publicznej. Jednak  tylko niektóre skandale trwale  zmieniają  rzeczywistość. Większość  gaśnie  równie szybko, jak wybuchła. 

Najpierw pojawiają się niewyraźne zdjęcia i niejasne poszlaki. Wiele osób coś wie, ale nikt niczego nie potwierdza. Wreszcie, gdy plotka zatacza coraz szersze kręgi, jedno z mediów ujawnia sensację, aby ubiec konkurencję. Tak było na początku 2014 r., kiedy magazyn „Closer” opublikował zdjęcia prezydenta Francji François Hollanda, który miał pod osłoną nocy jechać na skuterze na potajemne spotkanie z kochanką. O związku ponoć wiedziało najbliższe otoczenie prezydenta – poza jego partnerką. Valérie Trierweiler w szoku trafiła do szpitala, ale szybko się otrząsnęła i kilka miesięcy później wydała autobiografię pt. „Dziękuję za tę chwilę”, która stała się bestsellerem we Francji. Ujawniła w książce słabe punkty Hollanda, łącznie z tym, że prezydent rzekomo udaje wrażliwego polityka lewicy, a w rzeczywistości nie znosi biednych ludzi. Jeden skandal przerodził się więc w drugi.

Pojęcie skandalu jest tak stare jak demokracja. W czasach Sokratesa skandalon oznaczał pułapkę na przeciwnika, ale także przyczynę moralnego potknięcia. W II w. p.n.e. słowo nabrało religijnego znaczenia. W Septuagincie, czyli pierwszym tłumaczeniu Starego Testamentu na język grecki, skandal to osoba lub rzecz kusząca człowieka do zejścia z drogi wskazanej mu przez Boga. W Nowym Testamencie skandalem nazywano zgorszenie i odejście od nauczania Kościoła. Dopiero w XVI w. pojęcie zyskało też świecki sens. Skandalem określano oszczerstwo, które mogło być w jakiejś części prawdziwe. Skandal prowokował więc dwa pytania: co zdarzyło się naprawdę i czy było to niemoralne? Z kolei współczesne skandale John B. Thompson, badacz komunikacji politycznej, definiuje jako „naruszenie pewnych norm”, które wywołuje reakcję innych ludzi. Skandal potrzebuje publiczności, a najsilniej przyciągają ją afery związane z władzą, pieniędzmi i seksem.

Niech żyje skandal!

Wielu z nas uważa, że dzisiejsza debata publiczna jest bardziej „skandaliczna” niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak znani nam politycy, biznesmeni i artyści wcale nie są większymi skandalistami niż ich poprzednicy. Zmienił się natomiast horyzont tego, co jest jawne dla szerokiej publiczności. Konkurujące ze sobą media zacierają granicę między tym, co kanadyjski socjolog Erving Goffman nazwał kiedyś fasadą i kulisami. Fasada to nasza wizytówka, czyli pozbawiony skaz obraz, który chcemy prezentować innym, by wywrzeć na nich pozytywne wrażenie. Z kolei kulisy skrywają te nasze cechy i działania, którymi nie chcemy się dzielić, bo mogą zaszkodzić naszemu wizerunkowi. W XIX w. obowiązywał niepisany pakt mediów z politykami o nieujawnianiu kulis. W 1802 r. przeciwnik Thomasa Jeffersona, trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych, oskarżył go o wieloletni związek z niewolnicą Sally Hemings. Prasa, o dziwo, nie podjęła tego tematu, uznając, że twarz prezydenta jest ważniejsza niż zyski z grzebania w jego prywatnym życiu. Jeszcze w latach 90. XX w. prezydentowi Francji François Mitterrandowi udało się ukryć przed społeczeństwem śmiertelną chorobę i fakt posiadania nieślubnej córki.

Prawdziwy sezon polowań na skandale zbiegł się z rozwojem internetu. Przykładowo, w latach 50. minionego stulecia w Niemczech zdarzały się rocznie dwa lub trzy ogólnokrajowe skandale polityczne; w 1993 r. było ich 10, a w następnej dekadzie już 20–25. Dziś „media nie ujawniają skandali”, mówi niemiecki medioznawca Hans Mathias Kepplinger, ale je tworzą. Kiedy witryna WikiLeaks publikowała tysiące tajnych dokumentów rządowych i korporacyjnych, a zwłaszcza niewybredne opinie czołowych polityków o sobie nawzajem, spełniło się proroctwo wybitnego filozofa Jeana Baudrillarda. Już w latach 80. XX w. twierdził on, że „niegdyś starano się zatuszować skandal, dziś staramy się ukryć, że go nie ma”, bo samo uprawianie polityki jest dziś skandaliczne, a afery odwracają naszą uwagę od codziennego manipulowania faktami. Wywoływanie i nagłaśnianie afer stało się już profesją i ma swoją nazwę. To outrage journalism, czyli dziennikarstwo skandalu, którego celem jest tworzenie negatywnego wizerunku znanych osób lub kreowanie celebrytów, znanych z tego, że są „niegrzeczni”.

Jak przekonuje John B. Thompson, większość skandali medialnych ma cztery fazy. Prześledźmy je na przykładzie niedawnej sprawy znanego dziennikarza Kamila Durczoka, oskarżonego o molestowanie seksualne podwładnych. Pierwszy etap, to tzw. faza przed skandalem, kiedy dochodzi do ujawnienia pierwszych wyników śledztwa dziennikarskiego. Jeśli nie padają konkretne nazwiska, to i tak dzięki licznym aluzjom można się domyślić, kto jest oskarżony. Przypomnijmy, że sprawa Durczoka zaczęła się od artykułu w tygodniku „Wprost”, gdzie nie podano nazwiska sprawcy molestowania, ale natychmiast w internecie pojawiły się domysły, że chodzi o wspomnianego dziennikarza stacji TVN. Druga odsłona to faza skandalu właściwego, czyli uruchomienie reakcji łańcuchowej: oświadczeń, ataków i kontrataków w odpowiedzi na ujawnione dane. Wtedy dochodzi do konfrontacji stron zaangażowanych w aferę. Rzeczywiście, kiedy wreszcie „Wprost” bezpośrednio zaatakował Durczoka, wywołał tym samym jego reakcję (Durczok publicznie zaprzeczył oskarżeniom) oraz sprowokował innych dziennikarzy do występowania w obronie kolegi lub do potwierdzania zarzutów pod jego adresem. Trzecia faza to kulminacja, kiedy bohater skandalu pod presją mediów albo innych instytucji przyznaje się do winy, rezygnuje ze stanowiska lub idzie do sądu, żeby udowodnić swoją niewinność. W przypadku Durczoka kulminacja nastąpiła w momencie ogłoszenia raportu komisji przeprowadzającej kontrolę w TVN, która stwierdziła, że w stacji dochodziło do przypadków mobbingu i molestowania seksualnego. Choć nie wymieniono nazwisk winnych, stacja telewizyjna ostatecznie rozstała się z Durczokiem, a ten zapowiedział, że z redakcją „Wprost” spotka się w sądzie. Finałowa, czwarta faza dotyczy długofalowych skutków skandalu. Jeszcze nie wiemy, czyja racja wygra w sądzie. Najważniejsze będzie jednak to, czy sprawa Durczoka – nie rozstrzygając tu o jego winie – doprowadzi np. do takich zmian w prawie, które lepiej będą chronić ofiary molestowania. Wtedy skandal okazałby się skuteczną metodą nagłaśniania problemów społecznych. Niestety, częściej rezultatem skandali są pozorne działania zaradcze, czyli polityka zaniechania rozwiązań (ang. no decision making).

Jak działa skandal?

W świecie celebrytów skandale często zaczynają się od plotki, czyli niekompletnej i niesprawdzonej informacji, której puentę odbiorca sam musi sobie dopowiedzieć, przejmując rolę moralnego sędziego. Stopniowe dawkowanie sensacyjnych informacji, czyli plotkarski serial, przywiązuje widza do jego bohaterów, tak jak do postaci ze szklanego ekranu. Natomiast w przypadku polityków, którzy rzadziej są ucieleśnieniem naszych ambicji i marzeń, silniejsze wrażenie wywiera na nas „terapia szokowa”, czyli jednorazowe ujawnienie skandalicznych działań władzy.

W 2014 r. polską debatę publiczną zelektryzowały nagrania rozmów czołowych polityków, podsłuchanych w jednej z warszawskich restauracji. Przez wiele tygodni media żyły aferą podsłuchową, ale czy żyli nią też Polacy? Trzy tygodnie po wybuchu skandalu CBOS zbadał nasz stosunek do tej afery. Choć 99% badanych słyszało o podsłuchach, ponad połowa nie była zainteresowana tą sprawą. Mimo to niemal dwie trzecie pytanych uważało, że dobrze się stało, iż ujawniono treść podsłuchanych rozmów – głównie dlatego, żeby Polacy mogli poznać „prawdę” o politykach. Co ciekawe, więcej badanych było oburzonym tym, że politycy płacili za drogie posiłki i alkohol z publicznych pieniędzy (32% odpowiedzi), niż zakulisowym uprawianiem polityki (25% wskazań). W wyniku skandalu nie spadło też nasze – i tak bardzo niskie – zaufanie do Sejmu i Senatu oraz rządu.

Zdanie społeczeństwa nie ma dużego wpływu na przebieg i siłę skandalu politycznego. Brandon Rottinghaus z University of Houston przeanalizował skandale z ostatnich 40 lat, których bohaterami byli prezydenci i najważniejsi politycy amerykańscy. Im silniejsza pozycja polityka, tym bardziej prawdopodobne, że stanie się bohaterem medialnej afery, ale jednocześnie jego mocne karty sprawiają, że ma szanse przetrwać skandal i zachować stanowisko. Najskuteczniejszą bronią jest poparcie w parlamencie, a nie to ze strony opinii publicznej. Wielu popularnych polityków musiało oddać swój stołek, bo skandal polityczny wcale nie rozstrzyga się dzięki głosom zwykłych ludzi, ale poprzez rozgrywki partyjne. Rottinghaus obliczył też, że większość skandali trwa nie dłużej niż 100 dni.

Co jest groźniejsze dla kariery polityka: skandal obyczajowy czy finansowy? Badania z 2009 r. pokazały, że Amerykanie są skłonni wybaczyć politykom zdrady i romanse (jeżeli nie pociągały za sobą np. załatwienia partnerowi dobrze płatnego stanowiska), ale korupcja i ciemne interesy są gwoździem do politycznej trumny. Ten sam zespół badaczy w 2013 r. przeprowadził sondaż, w którym pytano, czy czas leczy reputację polityków uwikłanych w skandale. Ponownie okazało się, że to afery finansowe odciskają trwalsze piętno na wizerunku polityka. Zdecydowana większość badanych równie źle oceniała polityków, którzy popełnili przestępstwo finansowe w ostatnim roku, jak i tych, którzy dopuścili się go 10 lat wcześniej. Natomiast o ile świeże skandale obyczajowe szkodzą twarzy polityka, o tyle te sprzed 10 lat wpływały na negatywną ocenę tylko u co czwartego badanego.

Wybory to kluczowy sprawdzian, czy politykowi udało się odpiąć łatkę skandalisty. Zazwyczaj bohaterzy afer tracą od 5 do 10% wyborców – ale i tak jest to mniej, niż wynikałoby z szacunków przedwyborczych. Nicholas Goedert z Lafayette College analizował sondaże i faktyczne wyniki wyborów do Kongresu w latach 2002–2012, kiedy naprzeciwko siebie stawali kandydat obciążony świeżym skandalem i kandydat „czysty”. Okazało się, że poparcie dla skandalistów było niedoszacowane, a dla polityków „kryształowych” przeszacowane do tego stopnia, że czasem wygrywał przegrany z sondaży.
Także w Polsce część osób wstydzi się przyznać – nawet w anonimowych badaniach – że zagłosuje na polityka, na którym ciążą jakieś zarzuty. A głosujemy często z przyzwyczajenia i lenistwa: na te same nazwiska albo na znane twarze.

Cienka czerwona linia

Dlaczego skandal dla jednego polityka oznacza koniec kariery, a innemu udaje się odbudować swoją pozycję? Losy „skandalisty” zależą od kilku czynników. Po pierwsze, od ciężaru moralnego jego przewiny. Polityków dość skutecznie eliminują z życia publicznego zarzuty o korupcję, ale i tu zdarzają się powroty. Istnieje jednak taka granica, której złamanie jest w naszej kulturze niewybaczalne. Chodzi o przemoc wobec dzieci. Samo rzucenie na kogoś cienia podejrzeń o pedofilię czy maltretowanie najmłodszych oznacza śmierć cywilną. W naszym kręgu kulturowym dzieci symbolizują dobro i przyszłość społeczeństwa. Przestępstwo wobec nich traktuje się niczym krzywdę wyrządzoną całej zbiorowości. Co znamienne, inaczej traktuje się przestępstwa wobec kobiet. Wciąż zdarza się, że kobiety są podejrzewane o to, że rzekomo same prowokują przemoc wobec siebie (poprzez strój czy wyzywające zachowanie). Te podwójne standardy są nie tylko polskim problemem. W 2011 r. Francją wstrząsnęła sprawa Dominique’a Strauss-Kahna, ówczesnego dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oskarżonego o napaść seksualną na pokojówkę i dziennikarkę. Zarzuty gwałtu oddalono, a Strauss-Kahn wkrótce założył firmę konsultingową i dziś doradza w finansach rządom kilku państw.

Po drugie, kluczowa jest umiejętność perswazyjnego komunikowania się, mimo presji niechętnych mediów i nieżyczliwej publiczności. Polityk może wykorzystać strategię retoryczną polegającą na odwróceniu skali problemu (ang. antipatterning). Jej celem jest przekonanie ludzi, że wcale nie są świadkami wielkiego skandalu odsłaniającego poważny problem społeczny, ale nic nieznaczącego incydentu. Jak zauważają badacze komunikacji społecznej, Peter R. Ibarra i John I. Kitsuse, skuteczną techniką prowadzenia sporu jest „dzielenie włosa na czworo”. Jeśli komuś zarzuca się np. rasizm, wtedy ta osoba zaczyna drążyć pytanie, czym właściwie jest rasizm, co jest przejawem rasizmu i czy jej zachowanie rzeczywiście było rasizmem. Jest to zwykle bardzo efektywna technika, ponieważ skupia wysiłki dyskutantów na sporze o znaczenie słów, a nie na piętnowaniu faktycznych skutków czyjegoś nagannego postępowania.

Po trzecie, publiczność lubi baśnie z morałem. Ważne, by polityk „ubiegł” oburzone głosy swoich przeciwników i, jak pisze Mirosław Karwat, prezentował własne emocje w taki sposób, by wydawały się zgodne z „jakoby powszechnymi oczekiwaniami, żądaniami”. Tak stało się w przypadku prezydenta Billa Clintona, który w 1998 r. w telewizyjnym oświadczeniu przeprosił Amerykanów za skandal seksualny w Białym Domu z udziałem stażystki Moniki Lewinsky oraz za kłamstwo w tej sprawie pod przysięgą. Poparcie społecznie dla tego polityka wcale nie spadło, a nawet lekko wzrosło. Z kolei popularny aktor Robert Downey jr, wielokrotnie aresztowany za posiadanie narkotyków, w oglądanym przez miliony widzów talk show Oprah Winfrey opowiedział o swoim nałogu, przeprosił bliskich i podziękował im za wsparcie w walce z uzależnieniem. Z sukcesem wrócił do show-biznesu. Skandal polega na odsłanianiu czyichś kulis i dlatego czasem najlepszą obroną jest odsłonić się jeszcze bardziej, żeby nie dać przeciwnikom pola do manewru.

Wiele hałasu o nic?

Od lat badacze spierają się o to, czy skandale są cenniejsze dla mediów, bo te mają o czym pisać i mówić, czy dla polityków i gwiazd, bo zapewniają im rozgłos. Ciekawsze jest jednak pytanie o to, czy skandale przyciągają uwagę przeciętnego widza i czytelnika mediów? W 1973 r., w najgorętszych momentach amerykańskiej afery Watergate, czyli najgłośniejszego skandalu politycznego w historii USA, 88% amerykańskich widzów oglądało relacje z przesłuchań bohaterów afery. W końcu 2002 r. wybuchła w Polsce tzw. afera Rywina, ujawniająca skalę korupcji i niejasnych powiązań między światem polityki i biznesu. Był to największy skandal polityczny w historii demokratycznej Polski, nazywany polską Watergate. W czasie obrad sejmowej komisji śledczej badającej tę aferę przed telewizorami zasiadało 1–2 mln osób. Dużo? Cóż, skoki Adama Małysza na Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City w 2002 r. oglądało ponad 14 mln widzów.

Na początku XX w. amerykański socjolog Edward A. Ross przekonywał, że dzięki aferom i skandalom społeczeństwo wywiera na swoich członkach presję, by wprowadzać w życie demokratyczne regulacje i czynić życie publiczne praworządnym. Z kolei psycholodzy społeczni tłumaczą, że śledząc skandale, odczuwamy moralną wyższość nad bohaterami afer i satysfakcję z odkrywania „prawdy” o osobach publicznych. Żyjemy jednak w czasach, gdy liczba skandali przewyższa nasze możliwości skupienia na nich uwagi i wyciągnięcia z nich wniosków. Inaczej mówiąc, skandalizacja komunikacji społecznej sprawia, że uodparniamy się na kolejne „sensacyjne” doniesienia. Dlatego Zygmunt Bauman, światowej sławy socjolog, wyjątkowym rodzajem skandalu nazywa „skandal naszego niereagowania”, czyli bierne przyzwolenie na to, by osoby publiczne, politycy i urzędnicy, którzy powinni „strzec ładu moralnego z mocy naszego, maluczkich, nadania”, naginali prawo i zasady etyczne. Swoją obojętnością skracamy życie skandalom –  także tym, z których płynie jakaś nauka.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2015 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
08/2019
07/2019
Kalendarium
Sierpień
18
W 1783 r. nad zachodnią Europą przeleciał tzw. meteor muskający atmosferę.
Warto przeczytać
Żyjemy w czasach, w których zaczynamy coraz lepiej rozumieć funkcjonowanie naszego umysłu i możemy tę wiedzę zastosować w praktyce. Leonard Mlodinow, słynny amerykański fizyk, w swojej najnowszej książce "Elastyczny mózg" opisuje mechanizmy odpowiedzialne za proces elastycznego myślenia, chcąc zachęcić czytelników do pracy nad ich własnymi możliwościami.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2015-07-24
Krótkie życie skandalu

Rys. Elżbieta Waga

Afery polityczne, sensacje obyczajowe i plotki  z nieoficjalnych źródeł wprawiają w ruch  karuzelę debaty publicznej. Jednak  tylko niektóre skandale trwale  zmieniają  rzeczywistość. Większość  gaśnie  równie szybko, jak wybuchła. 

Najpierw pojawiają się niewyraźne zdjęcia i niejasne poszlaki. Wiele osób coś wie, ale nikt niczego nie potwierdza. Wreszcie, gdy plotka zatacza coraz szersze kręgi, jedno z mediów ujawnia sensację, aby ubiec konkurencję. Tak było na początku 2014 r., kiedy magazyn „Closer” opublikował zdjęcia prezydenta Francji François Hollanda, który miał pod osłoną nocy jechać na skuterze na potajemne spotkanie z kochanką. O związku ponoć wiedziało najbliższe otoczenie prezydenta – poza jego partnerką. Valérie Trierweiler w szoku trafiła do szpitala, ale szybko się otrząsnęła i kilka miesięcy później wydała autobiografię pt. „Dziękuję za tę chwilę”, która stała się bestsellerem we Francji. Ujawniła w książce słabe punkty Hollanda, łącznie z tym, że prezydent rzekomo udaje wrażliwego polityka lewicy, a w rzeczywistości nie znosi biednych ludzi. Jeden skandal przerodził się więc w drugi.

Pojęcie skandalu jest tak stare jak demokracja. W czasach Sokratesa skandalon oznaczał pułapkę na przeciwnika, ale także przyczynę moralnego potknięcia. W II w. p.n.e. słowo nabrało religijnego znaczenia. W Septuagincie, czyli pierwszym tłumaczeniu Starego Testamentu na język grecki, skandal to osoba lub rzecz kusząca człowieka do zejścia z drogi wskazanej mu przez Boga. W Nowym Testamencie skandalem nazywano zgorszenie i odejście od nauczania Kościoła. Dopiero w XVI w. pojęcie zyskało też świecki sens. Skandalem określano oszczerstwo, które mogło być w jakiejś części prawdziwe. Skandal prowokował więc dwa pytania: co zdarzyło się naprawdę i czy było to niemoralne? Z kolei współczesne skandale John B. Thompson, badacz komunikacji politycznej, definiuje jako „naruszenie pewnych norm”, które wywołuje reakcję innych ludzi. Skandal potrzebuje publiczności, a najsilniej przyciągają ją afery związane z władzą, pieniędzmi i seksem.

Niech żyje skandal!

Wielu z nas uważa, że dzisiejsza debata publiczna jest bardziej „skandaliczna” niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak znani nam politycy, biznesmeni i artyści wcale nie są większymi skandalistami niż ich poprzednicy. Zmienił się natomiast horyzont tego, co jest jawne dla szerokiej publiczności. Konkurujące ze sobą media zacierają granicę między tym, co kanadyjski socjolog Erving Goffman nazwał kiedyś fasadą i kulisami. Fasada to nasza wizytówka, czyli pozbawiony skaz obraz, który chcemy prezentować innym, by wywrzeć na nich pozytywne wrażenie. Z kolei kulisy skrywają te nasze cechy i działania, którymi nie chcemy się dzielić, bo mogą zaszkodzić naszemu wizerunkowi. W XIX w. obowiązywał niepisany pakt mediów z politykami o nieujawnianiu kulis. W 1802 r. przeciwnik Thomasa Jeffersona, trzeciego prezydenta Stanów Zjednoczonych, oskarżył go o wieloletni związek z niewolnicą Sally Hemings. Prasa, o dziwo, nie podjęła tego tematu, uznając, że twarz prezydenta jest ważniejsza niż zyski z grzebania w jego prywatnym życiu. Jeszcze w latach 90. XX w. prezydentowi Francji François Mitterrandowi udało się ukryć przed społeczeństwem śmiertelną chorobę i fakt posiadania nieślubnej córki.

Prawdziwy sezon polowań na skandale zbiegł się z rozwojem internetu. Przykładowo, w latach 50. minionego stulecia w Niemczech zdarzały się rocznie dwa lub trzy ogólnokrajowe skandale polityczne; w 1993 r. było ich 10, a w następnej dekadzie już 20–25. Dziś „media nie ujawniają skandali”, mówi niemiecki medioznawca Hans Mathias Kepplinger, ale je tworzą. Kiedy witryna WikiLeaks publikowała tysiące tajnych dokumentów rządowych i korporacyjnych, a zwłaszcza niewybredne opinie czołowych polityków o sobie nawzajem, spełniło się proroctwo wybitnego filozofa Jeana Baudrillarda. Już w latach 80. XX w. twierdził on, że „niegdyś starano się zatuszować skandal, dziś staramy się ukryć, że go nie ma”, bo samo uprawianie polityki jest dziś skandaliczne, a afery odwracają naszą uwagę od codziennego manipulowania faktami. Wywoływanie i nagłaśnianie afer stało się już profesją i ma swoją nazwę. To outrage journalism, czyli dziennikarstwo skandalu, którego celem jest tworzenie negatywnego wizerunku znanych osób lub kreowanie celebrytów, znanych z tego, że są „niegrzeczni”.

Jak przekonuje John B. Thompson, większość skandali medialnych ma cztery fazy. Prześledźmy je na przykładzie niedawnej sprawy znanego dziennikarza Kamila Durczoka, oskarżonego o molestowanie seksualne podwładnych. Pierwszy etap, to tzw. faza przed skandalem, kiedy dochodzi do ujawnienia pierwszych wyników śledztwa dziennikarskiego. Jeśli nie padają konkretne nazwiska, to i tak dzięki licznym aluzjom można się domyślić, kto jest oskarżony. Przypomnijmy, że sprawa Durczoka zaczęła się od artykułu w tygodniku „Wprost”, gdzie nie podano nazwiska sprawcy molestowania, ale natychmiast w internecie pojawiły się domysły, że chodzi o wspomnianego dziennikarza stacji TVN. Druga odsłona to faza skandalu właściwego, czyli uruchomienie reakcji łańcuchowej: oświadczeń, ataków i kontrataków w odpowiedzi na ujawnione dane. Wtedy dochodzi do konfrontacji stron zaangażowanych w aferę. Rzeczywiście, kiedy wreszcie „Wprost” bezpośrednio zaatakował Durczoka, wywołał tym samym jego reakcję (Durczok publicznie zaprzeczył oskarżeniom) oraz sprowokował innych dziennikarzy do występowania w obronie kolegi lub do potwierdzania zarzutów pod jego adresem. Trzecia faza to kulminacja, kiedy bohater skandalu pod presją mediów albo innych instytucji przyznaje się do winy, rezygnuje ze stanowiska lub idzie do sądu, żeby udowodnić swoją niewinność. W przypadku Durczoka kulminacja nastąpiła w momencie ogłoszenia raportu komisji przeprowadzającej kontrolę w TVN, która stwierdziła, że w stacji dochodziło do przypadków mobbingu i molestowania seksualnego. Choć nie wymieniono nazwisk winnych, stacja telewizyjna ostatecznie rozstała się z Durczokiem, a ten zapowiedział, że z redakcją „Wprost” spotka się w sądzie. Finałowa, czwarta faza dotyczy długofalowych skutków skandalu. Jeszcze nie wiemy, czyja racja wygra w sądzie. Najważniejsze będzie jednak to, czy sprawa Durczoka – nie rozstrzygając tu o jego winie – doprowadzi np. do takich zmian w prawie, które lepiej będą chronić ofiary molestowania. Wtedy skandal okazałby się skuteczną metodą nagłaśniania problemów społecznych. Niestety, częściej rezultatem skandali są pozorne działania zaradcze, czyli polityka zaniechania rozwiązań (ang. no decision making).

Jak działa skandal?

W świecie celebrytów skandale często zaczynają się od plotki, czyli niekompletnej i niesprawdzonej informacji, której puentę odbiorca sam musi sobie dopowiedzieć, przejmując rolę moralnego sędziego. Stopniowe dawkowanie sensacyjnych informacji, czyli plotkarski serial, przywiązuje widza do jego bohaterów, tak jak do postaci ze szklanego ekranu. Natomiast w przypadku polityków, którzy rzadziej są ucieleśnieniem naszych ambicji i marzeń, silniejsze wrażenie wywiera na nas „terapia szokowa”, czyli jednorazowe ujawnienie skandalicznych działań władzy.

W 2014 r. polską debatę publiczną zelektryzowały nagrania rozmów czołowych polityków, podsłuchanych w jednej z warszawskich restauracji. Przez wiele tygodni media żyły aferą podsłuchową, ale czy żyli nią też Polacy? Trzy tygodnie po wybuchu skandalu CBOS zbadał nasz stosunek do tej afery. Choć 99% badanych słyszało o podsłuchach, ponad połowa nie była zainteresowana tą sprawą. Mimo to niemal dwie trzecie pytanych uważało, że dobrze się stało, iż ujawniono treść podsłuchanych rozmów – głównie dlatego, żeby Polacy mogli poznać „prawdę” o politykach. Co ciekawe, więcej badanych było oburzonym tym, że politycy płacili za drogie posiłki i alkohol z publicznych pieniędzy (32% odpowiedzi), niż zakulisowym uprawianiem polityki (25% wskazań). W wyniku skandalu nie spadło też nasze – i tak bardzo niskie – zaufanie do Sejmu i Senatu oraz rządu.

Zdanie społeczeństwa nie ma dużego wpływu na przebieg i siłę skandalu politycznego. Brandon Rottinghaus z University of Houston przeanalizował skandale z ostatnich 40 lat, których bohaterami byli prezydenci i najważniejsi politycy amerykańscy. Im silniejsza pozycja polityka, tym bardziej prawdopodobne, że stanie się bohaterem medialnej afery, ale jednocześnie jego mocne karty sprawiają, że ma szanse przetrwać skandal i zachować stanowisko. Najskuteczniejszą bronią jest poparcie w parlamencie, a nie to ze strony opinii publicznej. Wielu popularnych polityków musiało oddać swój stołek, bo skandal polityczny wcale nie rozstrzyga się dzięki głosom zwykłych ludzi, ale poprzez rozgrywki partyjne. Rottinghaus obliczył też, że większość skandali trwa nie dłużej niż 100 dni.

Co jest groźniejsze dla kariery polityka: skandal obyczajowy czy finansowy? Badania z 2009 r. pokazały, że Amerykanie są skłonni wybaczyć politykom zdrady i romanse (jeżeli nie pociągały za sobą np. załatwienia partnerowi dobrze płatnego stanowiska), ale korupcja i ciemne interesy są gwoździem do politycznej trumny. Ten sam zespół badaczy w 2013 r. przeprowadził sondaż, w którym pytano, czy czas leczy reputację polityków uwikłanych w skandale. Ponownie okazało się, że to afery finansowe odciskają trwalsze piętno na wizerunku polityka. Zdecydowana większość badanych równie źle oceniała polityków, którzy popełnili przestępstwo finansowe w ostatnim roku, jak i tych, którzy dopuścili się go 10 lat wcześniej. Natomiast o ile świeże skandale obyczajowe szkodzą twarzy polityka, o tyle te sprzed 10 lat wpływały na negatywną ocenę tylko u co czwartego badanego.

Wybory to kluczowy sprawdzian, czy politykowi udało się odpiąć łatkę skandalisty. Zazwyczaj bohaterzy afer tracą od 5 do 10% wyborców – ale i tak jest to mniej, niż wynikałoby z szacunków przedwyborczych. Nicholas Goedert z Lafayette College analizował sondaże i faktyczne wyniki wyborów do Kongresu w latach 2002–2012, kiedy naprzeciwko siebie stawali kandydat obciążony świeżym skandalem i kandydat „czysty”. Okazało się, że poparcie dla skandalistów było niedoszacowane, a dla polityków „kryształowych” przeszacowane do tego stopnia, że czasem wygrywał przegrany z sondaży.
Także w Polsce część osób wstydzi się przyznać – nawet w anonimowych badaniach – że zagłosuje na polityka, na którym ciążą jakieś zarzuty. A głosujemy często z przyzwyczajenia i lenistwa: na te same nazwiska albo na znane twarze.

Cienka czerwona linia

Dlaczego skandal dla jednego polityka oznacza koniec kariery, a innemu udaje się odbudować swoją pozycję? Losy „skandalisty” zależą od kilku czynników. Po pierwsze, od ciężaru moralnego jego przewiny. Polityków dość skutecznie eliminują z życia publicznego zarzuty o korupcję, ale i tu zdarzają się powroty. Istnieje jednak taka granica, której złamanie jest w naszej kulturze niewybaczalne. Chodzi o przemoc wobec dzieci. Samo rzucenie na kogoś cienia podejrzeń o pedofilię czy maltretowanie najmłodszych oznacza śmierć cywilną. W naszym kręgu kulturowym dzieci symbolizują dobro i przyszłość społeczeństwa. Przestępstwo wobec nich traktuje się niczym krzywdę wyrządzoną całej zbiorowości. Co znamienne, inaczej traktuje się przestępstwa wobec kobiet. Wciąż zdarza się, że kobiety są podejrzewane o to, że rzekomo same prowokują przemoc wobec siebie (poprzez strój czy wyzywające zachowanie). Te podwójne standardy są nie tylko polskim problemem. W 2011 r. Francją wstrząsnęła sprawa Dominique’a Strauss-Kahna, ówczesnego dyrektora Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oskarżonego o napaść seksualną na pokojówkę i dziennikarkę. Zarzuty gwałtu oddalono, a Strauss-Kahn wkrótce założył firmę konsultingową i dziś doradza w finansach rządom kilku państw.

Po drugie, kluczowa jest umiejętność perswazyjnego komunikowania się, mimo presji niechętnych mediów i nieżyczliwej publiczności. Polityk może wykorzystać strategię retoryczną polegającą na odwróceniu skali problemu (ang. antipatterning). Jej celem jest przekonanie ludzi, że wcale nie są świadkami wielkiego skandalu odsłaniającego poważny problem społeczny, ale nic nieznaczącego incydentu. Jak zauważają badacze komunikacji społecznej, Peter R. Ibarra i John I. Kitsuse, skuteczną techniką prowadzenia sporu jest „dzielenie włosa na czworo”. Jeśli komuś zarzuca się np. rasizm, wtedy ta osoba zaczyna drążyć pytanie, czym właściwie jest rasizm, co jest przejawem rasizmu i czy jej zachowanie rzeczywiście było rasizmem. Jest to zwykle bardzo efektywna technika, ponieważ skupia wysiłki dyskutantów na sporze o znaczenie słów, a nie na piętnowaniu faktycznych skutków czyjegoś nagannego postępowania.

Po trzecie, publiczność lubi baśnie z morałem. Ważne, by polityk „ubiegł” oburzone głosy swoich przeciwników i, jak pisze Mirosław Karwat, prezentował własne emocje w taki sposób, by wydawały się zgodne z „jakoby powszechnymi oczekiwaniami, żądaniami”. Tak stało się w przypadku prezydenta Billa Clintona, który w 1998 r. w telewizyjnym oświadczeniu przeprosił Amerykanów za skandal seksualny w Białym Domu z udziałem stażystki Moniki Lewinsky oraz za kłamstwo w tej sprawie pod przysięgą. Poparcie społecznie dla tego polityka wcale nie spadło, a nawet lekko wzrosło. Z kolei popularny aktor Robert Downey jr, wielokrotnie aresztowany za posiadanie narkotyków, w oglądanym przez miliony widzów talk show Oprah Winfrey opowiedział o swoim nałogu, przeprosił bliskich i podziękował im za wsparcie w walce z uzależnieniem. Z sukcesem wrócił do show-biznesu. Skandal polega na odsłanianiu czyichś kulis i dlatego czasem najlepszą obroną jest odsłonić się jeszcze bardziej, żeby nie dać przeciwnikom pola do manewru.

Wiele hałasu o nic?

Od lat badacze spierają się o to, czy skandale są cenniejsze dla mediów, bo te mają o czym pisać i mówić, czy dla polityków i gwiazd, bo zapewniają im rozgłos. Ciekawsze jest jednak pytanie o to, czy skandale przyciągają uwagę przeciętnego widza i czytelnika mediów? W 1973 r., w najgorętszych momentach amerykańskiej afery Watergate, czyli najgłośniejszego skandalu politycznego w historii USA, 88% amerykańskich widzów oglądało relacje z przesłuchań bohaterów afery. W końcu 2002 r. wybuchła w Polsce tzw. afera Rywina, ujawniająca skalę korupcji i niejasnych powiązań między światem polityki i biznesu. Był to największy skandal polityczny w historii demokratycznej Polski, nazywany polską Watergate. W czasie obrad sejmowej komisji śledczej badającej tę aferę przed telewizorami zasiadało 1–2 mln osób. Dużo? Cóż, skoki Adama Małysza na Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City w 2002 r. oglądało ponad 14 mln widzów.

Na początku XX w. amerykański socjolog Edward A. Ross przekonywał, że dzięki aferom i skandalom społeczeństwo wywiera na swoich członkach presję, by wprowadzać w życie demokratyczne regulacje i czynić życie publiczne praworządnym. Z kolei psycholodzy społeczni tłumaczą, że śledząc skandale, odczuwamy moralną wyższość nad bohaterami afer i satysfakcję z odkrywania „prawdy” o osobach publicznych. Żyjemy jednak w czasach, gdy liczba skandali przewyższa nasze możliwości skupienia na nich uwagi i wyciągnięcia z nich wniosków. Inaczej mówiąc, skandalizacja komunikacji społecznej sprawia, że uodparniamy się na kolejne „sensacyjne” doniesienia. Dlatego Zygmunt Bauman, światowej sławy socjolog, wyjątkowym rodzajem skandalu nazywa „skandal naszego niereagowania”, czyli bierne przyzwolenie na to, by osoby publiczne, politycy i urzędnicy, którzy powinni „strzec ładu moralnego z mocy naszego, maluczkich, nadania”, naginali prawo i zasady etyczne. Swoją obojętnością skracamy życie skandalom –  także tym, z których płynie jakaś nauka.