ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-06-12
Wybuchowy rok 1783

(Na zdjęciu: Islandia - wyspa z wierzchu zimna i gorąca pod spodem. Zdjęcie wykonał satelita Aqua 28 stycznia 2004 roku)

Kiedy wulkan wybucha, martwić się powinni nie tylko ci, którzy mieszkają w jego pobliżu. Ponad dwa wieki temu gigantyczny podmuch gazów, które wydostały się z wnętrza planety, zabił dziesiątki tysięcy ludzi od Islandii po Egipt.

Latem 1783 roku nad zachodnią i środkową Europą zawisła mgła. Mieszkaniec francuskiego miasta portowego Hawr nad Oceanem Atlantyckim relacjonował: "Pojawiła się 18 czerwca. W ciągu dnia nie była bardzo gęsta, ale sięgała wysoko. Rano i wieczorem mogliśmy patrzeć wprost na słońce, jakbyśmy założyli przydymione okulary. Nie oślepiało nas i miało czerwony kolor. To zamglenie znikło 1 sierpnia". Inna relacja pochodzi z niedalekiego La Rochelle, gdzie mgła pojawiła się tego samego dnia: "Za dnia, kiedy niebo było bezchmurne, bardzo nie przeszkadzała. Zdawało się, że gęstnieje wieczorem. Jednak nawet w południe tarcza słoneczna była czerwona. W przeciwieństwie do zwykłej mgły, która znika, kiedy robi się cieplej, ta nie ustępowała, chociaż było wyjątkowo gorąco. Trwało to przez sześć tygodni".

Dziesiątki podobnych opowieści pochodzących nie tylko z Francji, ale również z Niemiec, Danii, Czech, Wielkiej Brytanii i Holandii zebrał w ostatnich latach John Grattan, geograf z University of Wales w Aberystwyth. Zachowały się w prasie, listach, komunikatach pogodowych i książkach z tamtego okresu. Dokumentują one początkową fazę jednego z największych kataklizmów, jakich doświadczyła Europa w ostatnim tysiącleciu. Dokładnej liczby jego ofiar nie znamy. Z pewnością były to dziesiątki tysięcy ludzi. Grattan od lat próbuje oszacować środowiskowe i demograficzne konsekwencje tamtej katastrofy, która przyszła do Europy z północy. Zajmuje się tymi tragicznymi wydarzeniami, ponieważ - jak podkreśla - mogą się one powtórzyć, a jeśli wziąć pod uwagę, że nasz kontynent jest obecnie daleko gęściej zaludniony niż dwa wieki temu, liczba ofiar może być wielokrotnie wyższa. W jednej ze swoich prac Grattan wylicza, że w samej tylko Wielkiej Brytanii w ciągu kilku miesięcy straciłoby życie 100 tys. ludzi, gdyby dziś powtórzyło się to, co 8 czerwca 1783 roku nastąpiło na Islandii.

Tego dnia w południowej części wyspy, odległej od Europy o tysiące kilometrów, ziemia pękła na długości około 27 km. Z gigantycznej szczeliny wulkanicznej, która przecięła na pół górę Laki, lawa trysnęła na wysokość ponad kilometra. Okolicę zasnuł czarny, gęsty dym, który zaczął się wydobywać z kilkudziesięciu otworów. Na ziemię spadały wielkie ilości popiołu i kawałki lawy, która zastygała w powietrzu. W kolejnych dniach, kiedy ciśnienie w podziemnym zbiorniku magmy trochę opadło, lawa nie wystrzeliwała już tak wysoko, nadal jednak płynęła bardzo obficie. A wraz z nią z pęknięć wydobywały się też olbrzymie ilości gazów wulkanicznych - przede wszystkim dwutlenku siarki, ale także zielonożółte opary trującego fluoru. Takie epizody fajerwerków i względnego spokoju trwały przez osiem miesięcy, jednak najwięcej gazów poszybowało w powietrze w pierwszych kilkunastu tygodniach erupcji. Szczelina Laki ostatecznie zamknęła się w lutym 1784 roku. Wulkanolodzy Thorvaldur Thordarson z University of Edinburgh i Stephen Self z Open University oszacowali, że w tym czasie do atmosfery przedostało się około 122 mln ton SO2 i aż 15 mln ton fluoru.

Dwutlenek siarki wędrował na wysokość 7-13 km i natychmiast wchodził w reakcje chemiczne z parą wodną, co doprowadziło do utworzenia się nad Islandią wielkiej chmury zbudowanej z maleńkich drobin kwasu siarkowego (H2SO4). Było go, jak ocenili badacze, łącznie około 200 mln ton. Tylko niewielka część siarkowego aerozolu spadła na wyspę pod postacią kwaśnego deszczu, większość (około 170 mln ton) została porwana przez prądy powietrza na wysokości powyżej 10 km. Wiatr dmuchał w kierunku wschodnim, czyli w kierunku północnej Europy. Stamtąd ściągnął go na południe wyż atmosferyczny. W ten sposób chmura aerozoli nieco okrężną drogą dostała się do Europy Środkowej i Zachodniej, a ponieważ w wyżu powietrze opada ku powierzchni Ziemi, drobiny siarki spadły pod postacią mgły najpierw na Czechy i Niemcy, potem na Francję i Holandię, a na końcu na wschodnią Anglię. Mgła była tak gęsta, że - jak podkreśla Thordarson - gdyby dziś zasnuła niebo nad Europą, jedną z konsekwencji byłby kompletny paraliż ruchu lotniczego przez wiele tygodni.

Zabójczy fluor

aki szybko zebrała śmiertelne żniwo w Islandii. Fluor skaził roślinność w okolicy, a większość zwierząt hodowlanych, które pasły się na otwartym terenie, padła w ciągu paru tygodni. Wkrótce zaczęli umierać ludzie. W ciągu kilku miesięcy pochowano ich 9 tys. i populacja Islandii zmniejszyła się o jedną piątą. Wielu umarło z głodu. Jednak Peter Baxter z University of Cambridge uważa, że znaczną część ofiar stanowili ci, którzy pili skażoną fluorem wodę i jedli skażoną tą trucizną żywność. Baxter ocenia, że stężenie fluoru w wodzie przekraczało kilkadziesiąt razy bezpieczny limit. Luterański pastor Jón Steingrímsson, którego parafia znajdowała się w Kirkjubajarklaustur - miejscowości częściowo zniszczonej przez lawę wypływającą z Laki - pisze w swoich wspomnieniach: "Ci rolnicy, którzy nie mieli zapasów nieskażonej żywności, strasznie cierpieli z powodu bólu. Guzy i narośla wyrastały z ich stawów, dłoni, stóp i żeber. Ich ciała napuchły, pękały im dziąsła, powodując ból". To są symptomy zatrucia fluorem - ocenia Baxter.

Jego zespół kilka lat temu dostał zgodę na wykopanie i zbadanie szczątków ludzi z kilku dawnych cmentarzy, gdzie prawdopodobnie chowano ofiary eksplozji, aby zobaczyć, czy bezpośrednią przyczyną śmierci mogła być fluoroza. Wstępne badania, w ramach których pobierano próbki kości do analiz chemicznych i badań rentgenowskich (metodą dyfrakcji), potwierdzają relację pastora Steingrímssona. On sam cudem ocalał. Zachowała się jego niezwykła relacja z niedzieli 20 lipca 1783 roku, kiedy to lawa z Laki zaczęła płynąć korytem rzeki Skaftá wprost na kościół, w którym odbywała się msza z udziałem grupy ocalałych mieszkańców miasteczka. "Kościół cały się trząsł i trzeszczał, lecz my byliśmy gotowi na każdy wyrok Boga. Modliliśmy się żarliwie i głośno wzywaliśmy jego imię, i oto on sprawił, że lawa zatrzymała się przed miastem, a woda z rzeki ją schłodziła". W Islandii to słynne zdarzenie nazywane jest Eldmessa, czyli Ognista Msza.

Steingrímsson po tak cudownym ocaleniu przestał zważać na własne życie, niósł pomoc rannym, organizował dla nich dostawy żywności i pieniędzy, grzebał zmarłych. Opisywał to wszystko w swojej autobiografii. "W zeszłym tygodniu, oraz w dwóch, które go poprzedziły, więcej trucizn spadło na ziemię, niż można opisać słowami: popioły, kamienie, deszcze siarki. Wszystko wymieszane z piaskiem. Pyski, nozdrza i stopy zwierząt chodzących lub skubiących trawę pokryły się jasnożółtym kolorem, pękały i obficie krwawiły. Woda zmieniła kolor na niebieski, a grunt wokół stał się szary. Lawa spaliła wszystkie rośliny".

W ciągu ośmiu miesięcy ze szczeliny Laki wylało się około 15 km3 lawy, która pokryła obszar o powierzchni 580 km2. Wyobraźmy sobie Warszawę z przyległościami przykrytą bazaltowym pancerzem grubości kilku metrów. W kilku ostatnich tysiącach lat tylko raz więcej lawy wylało się na Ziemi. Było to w roku 934 także na południu Islandii, podczas innej szczelinowej erupcji zwanej Eldgjá. Wówczas z trzewi globu wydostało się 20 km3 gorącej materii.

Wyspa przecięta na pół

slandia to jedyny ląd na naszym globie przecięty ryftem oceanicznym, czyli bruzdą w ziemskiej litosferze, gdzie powstaje nowa skorupa ziemska. W latach 50. minionego wieku Amerykanie Maurice Ewing i Bruce Heezen odkryli na dnie Atlantyku głęboki kanion długości dziesiątek tysięcy kilometrów ciągnący się z północy na południe oceanu. Przebiega on w osi Grzbietu Śródatlantyckiego - najdłuższego podwodnego pasma górskiego naszej planety. Rysa atlantycka łączy się z podobnymi bruzdami na dnie Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Szybko okazało się, że są to potężne rowy tektoniczne, w których wypływa na powierzchnię gorąca magma z wnętrza Ziemi.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 02/2008 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
05/2020
04/2020
Kalendarium
Maj
25
W 1965 r. został wystrzelony amerykański satelita Pegasus 2.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-06-12
Wybuchowy rok 1783

(Na zdjęciu: Islandia - wyspa z wierzchu zimna i gorąca pod spodem. Zdjęcie wykonał satelita Aqua 28 stycznia 2004 roku)

Kiedy wulkan wybucha, martwić się powinni nie tylko ci, którzy mieszkają w jego pobliżu. Ponad dwa wieki temu gigantyczny podmuch gazów, które wydostały się z wnętrza planety, zabił dziesiątki tysięcy ludzi od Islandii po Egipt.

Latem 1783 roku nad zachodnią i środkową Europą zawisła mgła. Mieszkaniec francuskiego miasta portowego Hawr nad Oceanem Atlantyckim relacjonował: "Pojawiła się 18 czerwca. W ciągu dnia nie była bardzo gęsta, ale sięgała wysoko. Rano i wieczorem mogliśmy patrzeć wprost na słońce, jakbyśmy założyli przydymione okulary. Nie oślepiało nas i miało czerwony kolor. To zamglenie znikło 1 sierpnia". Inna relacja pochodzi z niedalekiego La Rochelle, gdzie mgła pojawiła się tego samego dnia: "Za dnia, kiedy niebo było bezchmurne, bardzo nie przeszkadzała. Zdawało się, że gęstnieje wieczorem. Jednak nawet w południe tarcza słoneczna była czerwona. W przeciwieństwie do zwykłej mgły, która znika, kiedy robi się cieplej, ta nie ustępowała, chociaż było wyjątkowo gorąco. Trwało to przez sześć tygodni".

Dziesiątki podobnych opowieści pochodzących nie tylko z Francji, ale również z Niemiec, Danii, Czech, Wielkiej Brytanii i Holandii zebrał w ostatnich latach John Grattan, geograf z University of Wales w Aberystwyth. Zachowały się w prasie, listach, komunikatach pogodowych i książkach z tamtego okresu. Dokumentują one początkową fazę jednego z największych kataklizmów, jakich doświadczyła Europa w ostatnim tysiącleciu. Dokładnej liczby jego ofiar nie znamy. Z pewnością były to dziesiątki tysięcy ludzi. Grattan od lat próbuje oszacować środowiskowe i demograficzne konsekwencje tamtej katastrofy, która przyszła do Europy z północy. Zajmuje się tymi tragicznymi wydarzeniami, ponieważ - jak podkreśla - mogą się one powtórzyć, a jeśli wziąć pod uwagę, że nasz kontynent jest obecnie daleko gęściej zaludniony niż dwa wieki temu, liczba ofiar może być wielokrotnie wyższa. W jednej ze swoich prac Grattan wylicza, że w samej tylko Wielkiej Brytanii w ciągu kilku miesięcy straciłoby życie 100 tys. ludzi, gdyby dziś powtórzyło się to, co 8 czerwca 1783 roku nastąpiło na Islandii.

Tego dnia w południowej części wyspy, odległej od Europy o tysiące kilometrów, ziemia pękła na długości około 27 km. Z gigantycznej szczeliny wulkanicznej, która przecięła na pół górę Laki, lawa trysnęła na wysokość ponad kilometra. Okolicę zasnuł czarny, gęsty dym, który zaczął się wydobywać z kilkudziesięciu otworów. Na ziemię spadały wielkie ilości popiołu i kawałki lawy, która zastygała w powietrzu. W kolejnych dniach, kiedy ciśnienie w podziemnym zbiorniku magmy trochę opadło, lawa nie wystrzeliwała już tak wysoko, nadal jednak płynęła bardzo obficie. A wraz z nią z pęknięć wydobywały się też olbrzymie ilości gazów wulkanicznych - przede wszystkim dwutlenku siarki, ale także zielonożółte opary trującego fluoru. Takie epizody fajerwerków i względnego spokoju trwały przez osiem miesięcy, jednak najwięcej gazów poszybowało w powietrze w pierwszych kilkunastu tygodniach erupcji. Szczelina Laki ostatecznie zamknęła się w lutym 1784 roku. Wulkanolodzy Thorvaldur Thordarson z University of Edinburgh i Stephen Self z Open University oszacowali, że w tym czasie do atmosfery przedostało się około 122 mln ton SO2 i aż 15 mln ton fluoru.

Dwutlenek siarki wędrował na wysokość 7-13 km i natychmiast wchodził w reakcje chemiczne z parą wodną, co doprowadziło do utworzenia się nad Islandią wielkiej chmury zbudowanej z maleńkich drobin kwasu siarkowego (H2SO4). Było go, jak ocenili badacze, łącznie około 200 mln ton. Tylko niewielka część siarkowego aerozolu spadła na wyspę pod postacią kwaśnego deszczu, większość (około 170 mln ton) została porwana przez prądy powietrza na wysokości powyżej 10 km. Wiatr dmuchał w kierunku wschodnim, czyli w kierunku północnej Europy. Stamtąd ściągnął go na południe wyż atmosferyczny. W ten sposób chmura aerozoli nieco okrężną drogą dostała się do Europy Środkowej i Zachodniej, a ponieważ w wyżu powietrze opada ku powierzchni Ziemi, drobiny siarki spadły pod postacią mgły najpierw na Czechy i Niemcy, potem na Francję i Holandię, a na końcu na wschodnią Anglię. Mgła była tak gęsta, że - jak podkreśla Thordarson - gdyby dziś zasnuła niebo nad Europą, jedną z konsekwencji byłby kompletny paraliż ruchu lotniczego przez wiele tygodni.

Zabójczy fluor

aki szybko zebrała śmiertelne żniwo w Islandii. Fluor skaził roślinność w okolicy, a większość zwierząt hodowlanych, które pasły się na otwartym terenie, padła w ciągu paru tygodni. Wkrótce zaczęli umierać ludzie. W ciągu kilku miesięcy pochowano ich 9 tys. i populacja Islandii zmniejszyła się o jedną piątą. Wielu umarło z głodu. Jednak Peter Baxter z University of Cambridge uważa, że znaczną część ofiar stanowili ci, którzy pili skażoną fluorem wodę i jedli skażoną tą trucizną żywność. Baxter ocenia, że stężenie fluoru w wodzie przekraczało kilkadziesiąt razy bezpieczny limit. Luterański pastor Jón Steingrímsson, którego parafia znajdowała się w Kirkjubajarklaustur - miejscowości częściowo zniszczonej przez lawę wypływającą z Laki - pisze w swoich wspomnieniach: "Ci rolnicy, którzy nie mieli zapasów nieskażonej żywności, strasznie cierpieli z powodu bólu. Guzy i narośla wyrastały z ich stawów, dłoni, stóp i żeber. Ich ciała napuchły, pękały im dziąsła, powodując ból". To są symptomy zatrucia fluorem - ocenia Baxter.

Jego zespół kilka lat temu dostał zgodę na wykopanie i zbadanie szczątków ludzi z kilku dawnych cmentarzy, gdzie prawdopodobnie chowano ofiary eksplozji, aby zobaczyć, czy bezpośrednią przyczyną śmierci mogła być fluoroza. Wstępne badania, w ramach których pobierano próbki kości do analiz chemicznych i badań rentgenowskich (metodą dyfrakcji), potwierdzają relację pastora Steingrímssona. On sam cudem ocalał. Zachowała się jego niezwykła relacja z niedzieli 20 lipca 1783 roku, kiedy to lawa z Laki zaczęła płynąć korytem rzeki Skaftá wprost na kościół, w którym odbywała się msza z udziałem grupy ocalałych mieszkańców miasteczka. "Kościół cały się trząsł i trzeszczał, lecz my byliśmy gotowi na każdy wyrok Boga. Modliliśmy się żarliwie i głośno wzywaliśmy jego imię, i oto on sprawił, że lawa zatrzymała się przed miastem, a woda z rzeki ją schłodziła". W Islandii to słynne zdarzenie nazywane jest Eldmessa, czyli Ognista Msza.

Steingrímsson po tak cudownym ocaleniu przestał zważać na własne życie, niósł pomoc rannym, organizował dla nich dostawy żywności i pieniędzy, grzebał zmarłych. Opisywał to wszystko w swojej autobiografii. "W zeszłym tygodniu, oraz w dwóch, które go poprzedziły, więcej trucizn spadło na ziemię, niż można opisać słowami: popioły, kamienie, deszcze siarki. Wszystko wymieszane z piaskiem. Pyski, nozdrza i stopy zwierząt chodzących lub skubiących trawę pokryły się jasnożółtym kolorem, pękały i obficie krwawiły. Woda zmieniła kolor na niebieski, a grunt wokół stał się szary. Lawa spaliła wszystkie rośliny".

W ciągu ośmiu miesięcy ze szczeliny Laki wylało się około 15 km3 lawy, która pokryła obszar o powierzchni 580 km2. Wyobraźmy sobie Warszawę z przyległościami przykrytą bazaltowym pancerzem grubości kilku metrów. W kilku ostatnich tysiącach lat tylko raz więcej lawy wylało się na Ziemi. Było to w roku 934 także na południu Islandii, podczas innej szczelinowej erupcji zwanej Eldgjá. Wówczas z trzewi globu wydostało się 20 km3 gorącej materii.

Wyspa przecięta na pół

slandia to jedyny ląd na naszym globie przecięty ryftem oceanicznym, czyli bruzdą w ziemskiej litosferze, gdzie powstaje nowa skorupa ziemska. W latach 50. minionego wieku Amerykanie Maurice Ewing i Bruce Heezen odkryli na dnie Atlantyku głęboki kanion długości dziesiątek tysięcy kilometrów ciągnący się z północy na południe oceanu. Przebiega on w osi Grzbietu Śródatlantyckiego - najdłuższego podwodnego pasma górskiego naszej planety. Rysa atlantycka łączy się z podobnymi bruzdami na dnie Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Szybko okazało się, że są to potężne rowy tektoniczne, w których wypływa na powierzchnię gorąca magma z wnętrza Ziemi.