ziemia
Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2015-08-26
Awokado i inne duchy przeszłości

Fot. BE&W

Wytwarzanie ­owoców o miękkim i soczystym miąższu, inaczej niż np. w przypadku orzechów, ma sens tylko wówczas, gdy istnieją zwierzęta, które je zjadają (i roznoszą zawarte w środku, niejadalne, a często trujące pestki, zapewniając przy okazji nawóz roślinie). Podobnie duże, barwne i obfitujące w nektar kwiaty służą zapylającym je zwierzętom (zwykle fruwającym, takim jak owady, ptaki czy nietoperze), a nie samym roślinom, dla których stanowią obciążenie. Takie owoce i kwiaty niedwuznacznie świadczą więc o obecności w pobliżu określonych zwierząt; a czasem szczególne i nietypowe cechy roślin mogą nam wiele powiedzieć o ich partnerze, nawet jeśli go bezpośrednio nie znamy. Na przykład ogromne kwiaty raflezji (bukietnicy) Arnolda (Rafflesia arnoldi) z dżungli Sumatry i Borneo, o średnicy przekraczającej 1 m i wadze do 11 kg (!) – największe kwiaty świata, w dodatku produkowane przez roślinę pozbawioną liści, pędów i korzeni (raflezja jest pasożytem innych roślin) – są przynętą dla zapylających je much. Owady te tłumnie się zjawiają, zwabione zapachem gnijącego mięsa i krwistoczerwoną barwą, która to podobieństwo do mięsa jedynie wzmacnia. Kwiaty raflezji to dość dokładny odpowiednik kapeluszy grzybów zwanych sromotnikami o równie odrażającym (dla nas) i upajającym (dla much) zapachu – nie przypadkiem raflezja żyje na modłę grzybów, wnikając głęboko w tkanki swych żywicieli i nie wytwarzając chlorofilu.

Zdarza się, że znamy tylko jednego partnera z takiej pary – wtedy, przy odrobinie wyobraźni i biologicznego nosa, można się pokusić o przewidywanie nie tylko obecności, ale i cech tego drugiego. Tak postąpił kiedyś sam Darwin – gdy otrzymał z Madagaskaru okaz storczyka o nadzwyczaj długim miodniku (tkance wytwarzającej nektar), wyglądającym jak zwisająca u dołu kwiatu witka, uznał, że musi istnieć owad (zapewne ćma) wyposażony w równie długą ssawkę zapuszczaną aż na dno owej witki. Musiało minąć 45 lat, zanim udało się znaleźć przewidzianego przez Darwina zapylacza (i 130 lat, aż zaobserwowano go podczas aktu pobierania nektaru!). Dla uczczenia sposobu, w jaki został znaleziony, otrzymał nazwę gatunkową praedicta – przewidziany (to, nawiasem mówiąc, zaprzecza często powtarzanym sądom, że ewolucjonizm pozwala tylko tłumaczyć przeszłość i nie ma zdolności predykcyjnych).

Gwoli sprawiedliwości warto wspomnieć, że koncepcję Darwina rozwinął jego przyjaciel i współtwórca teorii ewolucji Alfred R. Wallace, który w artykule z 1867 r. pisał: „Że taka ćma istnieje gdzieś na Madagaskarze, można łatwo przewidzieć i przyrodnicy odwiedzający tę wyspę powinni jej poszukiwać z równą ufnością jak astronomowie szukali planety Neptuna – i mogą być równie pewni sukcesu”. To właśnie do tych słów Wallace’a (a nie wprost do Darwina) odnieśli się autorzy i odkrywcy „ćmy Darwina” Walter Rothschild i Karl Jordan w roku 1903.

Kto lubi guacamole?

Czasem zdarza się jednak, że jeden z partnerów wymiera, drugi zaś – „owdowiały” – żyje nadal, co może być dla niego kłopotliwe, a dla nauki – fascynujące. Klasycznym tego przykładem jest drzewo Calvaria ­major (dziś Sideroxylon grandiflorum) z wyspy Mauritius, o dużych mięsistych owocach, które nie mają swego konsumenta, przez co drzewo nie może się skutecznie rozmnażać. W 1973 r. amerykański ornitolog Stanley Temple, który badał na wyspie żyjące tam kiedyś wielkie nielotne gołębie dodo (dronty), zasugerował, że to właśnie one mogły się odżywiać owocami kalwarii, co tłumaczyłoby różne osobliwości związane z tym drzewem. W szczególności Temple zwrócił uwagę, że na wyspie pozostało już tylko bardzo niewiele osobników tego gatunku (w jego opinii – trzynaście, wszystkie w bardzo zaawansowanym wieku określonym przez badacza na około 300 lat) i że brak tam jakichkolwiek siewek, co oznaczało, że drzewo to od dawna przestało się rozmnażać. Zdaniem Temple’a owoce kalwarii tak bardzo uzależniły się od swego – wymarłego już – konsumenta, że bez jego wspomagania zawarta w nich pestka nie była w stanie „o własnych siłach” kiełkować. A ostatni dodo padł na wyspie właśnie około 300 lat temu…

Swą hipotezę Temple poparł doświadczeniami, w których owocami kalwarii karmił substytuty dodo – indyki, mające wielkie mięsiste żołądki wypełnione kamieniami. Owoce, które nie zostały całkiem roztarte w żołądkach ptaków i przechodziły przez ich przewody pokarmowe, okazywały się zdolne do kiełkowania, a otrzymane z nich siewki były, zdaniem Temple’a, pierwszymi, jakie pojawiły się na wyspie po 300 latach.

Historia z dodo jest prosta i zrozumiała (choć jego tak ścisły związek z drzewem Calvaria major nie przez wszystkich był zaakceptowany, a rzetelność badań i wniosków Temple’a kwestionowano), ale bywają przypadki znacznie bardziej zawiłe i tajemnicze. W Ameryce Południowej szczególnie często można się natknąć na gatunki roślin o licznych i ogromnych owocach o wielkich pestkach. A jednocześnie – co za paradoks! – jest to kontynent wyjątkowo ubogi w duże zwierzęta roślinożerne. Wystarczy porównać podobne pod względem klimatycznym i florystycznym dwa siostrzane lądy po obu stronach Atlantyku – Afrykę i Amerykę Południową, by to amerykańskie ubóstwo w pełni zauważyć. W Afryce żyją słonie, żyrafy, hipopotamy i dziesiątki gatunków antylop, w Ameryce ich nie ma, nie ma też jakichkolwiek ich odpowiedników. Ani jednego! Za to wielkie owoce występują właśnie w Ameryce Południowej, a znacznie rzadziej w Afryce.

Więc dla kogo te wszystkie mięsiste owoce – awokado, papaja (melonowiec), flaszowiec (cherimoja), owoce różnych drzew zwane sapote i wiele innych? Część z nich trafia do naszych hipermarketów, niektóre mają coraz liczniejszych miłośników, ale właśnie – wśród ludzi, bo przecież nie zwierząt. Te wszystkie owoce z pewnością nie powstały po to, by w XX w. zapełniać lady sklepowych półek. Więc po co?

Gdy przekroimy awokado, zobaczymy nie tylko, jak wielki jest sam owoc, lecz także jak potężna – i twarda – jest jego pojedyncza pestka; jej średnica daje pojęcie o przekroju przewodu pokarmowego zwierzęcia, do którego (hipotetycznie) się dostosowała (bo w owocu to wielkość pestek, a nie miąższu, dopasowana jest do wielkości zwierzęcia). A więc awokado musiało być konsumowane przez potężne zwierzęta – a takich w Ameryce Południowej nie ma. Tyle że były – i to dużo.

Zaginiony świat

W latach 70. ub.w. wybitny ekolog pracujący w dżungli amazońskiej Daniel Janzen wysunął tezę, że niezwykła nadreprezentacja wielkich owoców w Ameryce Południowej jest wspomnieniem po nieistniejącym już zespole dużych ssaków roślinożernych, których roślinni partnerzy pozostali do dziś. Gdy Karol Darwin opływał świat na pokładzie żaglowca „Beagle”, natknął się w Patagonii na ogromne kości dziwnych i nieznanych zwierząt, które wywarły na nim wielkie wrażenie. Zbierał je z zapałem i wysyłał do Anglii, gdzie zajmowali się nimi najwybitniejsi anatomowie (m.in. Richard Owen, późniejszy krytyk teorii ewolucji). Były wśród nich stworzenia, jakich nikt dotąd nie widział: ogromne toksodony, wielkości słonia, ale zewnętrznie podobne do hipopotamów i o stale rosnących siekaczach, jak u gryzoni (!), przedziwne makrauchenie o długich jak u żyrafy szyjach, gigantyczne naziemne leniwce o kilkutonowych ciałach czy jeszcze bardziej osobliwe glyptodony, podobne do monstrualnych żuków (wedle dzisiejszej wersji – volkswagenów garbusów) o kostnych pancerzach tak wielkich, że Indianie używali ich jako dachy domostw.

 

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 09/2015 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2020
08/2020
Kalendarium
Wrzesień
20
W 1970 r. radziecka sonda Łuna 16 wylądowała na Księżycu.
Warto przeczytać
W zagubionej w lesie deszczowym Papui Nowej Gwinei jest maleńka wioska Gapun, w której mieszka 200 osób. Tylko 45 z nich mówi rdzennym językiem tayapu i z roku na rok jest ich coraz mniej. Amerykański antropolog Don Kulick postanawia udokumentować proces wymierania tego języka.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Marcin Ryszkiewicz | dodano: 2015-08-26
Awokado i inne duchy przeszłości

Fot. BE&W

Wytwarzanie ­owoców o miękkim i soczystym miąższu, inaczej niż np. w przypadku orzechów, ma sens tylko wówczas, gdy istnieją zwierzęta, które je zjadają (i roznoszą zawarte w środku, niejadalne, a często trujące pestki, zapewniając przy okazji nawóz roślinie). Podobnie duże, barwne i obfitujące w nektar kwiaty służą zapylającym je zwierzętom (zwykle fruwającym, takim jak owady, ptaki czy nietoperze), a nie samym roślinom, dla których stanowią obciążenie. Takie owoce i kwiaty niedwuznacznie świadczą więc o obecności w pobliżu określonych zwierząt; a czasem szczególne i nietypowe cechy roślin mogą nam wiele powiedzieć o ich partnerze, nawet jeśli go bezpośrednio nie znamy. Na przykład ogromne kwiaty raflezji (bukietnicy) Arnolda (Rafflesia arnoldi) z dżungli Sumatry i Borneo, o średnicy przekraczającej 1 m i wadze do 11 kg (!) – największe kwiaty świata, w dodatku produkowane przez roślinę pozbawioną liści, pędów i korzeni (raflezja jest pasożytem innych roślin) – są przynętą dla zapylających je much. Owady te tłumnie się zjawiają, zwabione zapachem gnijącego mięsa i krwistoczerwoną barwą, która to podobieństwo do mięsa jedynie wzmacnia. Kwiaty raflezji to dość dokładny odpowiednik kapeluszy grzybów zwanych sromotnikami o równie odrażającym (dla nas) i upajającym (dla much) zapachu – nie przypadkiem raflezja żyje na modłę grzybów, wnikając głęboko w tkanki swych żywicieli i nie wytwarzając chlorofilu.

Zdarza się, że znamy tylko jednego partnera z takiej pary – wtedy, przy odrobinie wyobraźni i biologicznego nosa, można się pokusić o przewidywanie nie tylko obecności, ale i cech tego drugiego. Tak postąpił kiedyś sam Darwin – gdy otrzymał z Madagaskaru okaz storczyka o nadzwyczaj długim miodniku (tkance wytwarzającej nektar), wyglądającym jak zwisająca u dołu kwiatu witka, uznał, że musi istnieć owad (zapewne ćma) wyposażony w równie długą ssawkę zapuszczaną aż na dno owej witki. Musiało minąć 45 lat, zanim udało się znaleźć przewidzianego przez Darwina zapylacza (i 130 lat, aż zaobserwowano go podczas aktu pobierania nektaru!). Dla uczczenia sposobu, w jaki został znaleziony, otrzymał nazwę gatunkową praedicta – przewidziany (to, nawiasem mówiąc, zaprzecza często powtarzanym sądom, że ewolucjonizm pozwala tylko tłumaczyć przeszłość i nie ma zdolności predykcyjnych).

Gwoli sprawiedliwości warto wspomnieć, że koncepcję Darwina rozwinął jego przyjaciel i współtwórca teorii ewolucji Alfred R. Wallace, który w artykule z 1867 r. pisał: „Że taka ćma istnieje gdzieś na Madagaskarze, można łatwo przewidzieć i przyrodnicy odwiedzający tę wyspę powinni jej poszukiwać z równą ufnością jak astronomowie szukali planety Neptuna – i mogą być równie pewni sukcesu”. To właśnie do tych słów Wallace’a (a nie wprost do Darwina) odnieśli się autorzy i odkrywcy „ćmy Darwina” Walter Rothschild i Karl Jordan w roku 1903.

Kto lubi guacamole?

Czasem zdarza się jednak, że jeden z partnerów wymiera, drugi zaś – „owdowiały” – żyje nadal, co może być dla niego kłopotliwe, a dla nauki – fascynujące. Klasycznym tego przykładem jest drzewo Calvaria ­major (dziś Sideroxylon grandiflorum) z wyspy Mauritius, o dużych mięsistych owocach, które nie mają swego konsumenta, przez co drzewo nie może się skutecznie rozmnażać. W 1973 r. amerykański ornitolog Stanley Temple, który badał na wyspie żyjące tam kiedyś wielkie nielotne gołębie dodo (dronty), zasugerował, że to właśnie one mogły się odżywiać owocami kalwarii, co tłumaczyłoby różne osobliwości związane z tym drzewem. W szczególności Temple zwrócił uwagę, że na wyspie pozostało już tylko bardzo niewiele osobników tego gatunku (w jego opinii – trzynaście, wszystkie w bardzo zaawansowanym wieku określonym przez badacza na około 300 lat) i że brak tam jakichkolwiek siewek, co oznaczało, że drzewo to od dawna przestało się rozmnażać. Zdaniem Temple’a owoce kalwarii tak bardzo uzależniły się od swego – wymarłego już – konsumenta, że bez jego wspomagania zawarta w nich pestka nie była w stanie „o własnych siłach” kiełkować. A ostatni dodo padł na wyspie właśnie około 300 lat temu…

Swą hipotezę Temple poparł doświadczeniami, w których owocami kalwarii karmił substytuty dodo – indyki, mające wielkie mięsiste żołądki wypełnione kamieniami. Owoce, które nie zostały całkiem roztarte w żołądkach ptaków i przechodziły przez ich przewody pokarmowe, okazywały się zdolne do kiełkowania, a otrzymane z nich siewki były, zdaniem Temple’a, pierwszymi, jakie pojawiły się na wyspie po 300 latach.

Historia z dodo jest prosta i zrozumiała (choć jego tak ścisły związek z drzewem Calvaria major nie przez wszystkich był zaakceptowany, a rzetelność badań i wniosków Temple’a kwestionowano), ale bywają przypadki znacznie bardziej zawiłe i tajemnicze. W Ameryce Południowej szczególnie często można się natknąć na gatunki roślin o licznych i ogromnych owocach o wielkich pestkach. A jednocześnie – co za paradoks! – jest to kontynent wyjątkowo ubogi w duże zwierzęta roślinożerne. Wystarczy porównać podobne pod względem klimatycznym i florystycznym dwa siostrzane lądy po obu stronach Atlantyku – Afrykę i Amerykę Południową, by to amerykańskie ubóstwo w pełni zauważyć. W Afryce żyją słonie, żyrafy, hipopotamy i dziesiątki gatunków antylop, w Ameryce ich nie ma, nie ma też jakichkolwiek ich odpowiedników. Ani jednego! Za to wielkie owoce występują właśnie w Ameryce Południowej, a znacznie rzadziej w Afryce.

Więc dla kogo te wszystkie mięsiste owoce – awokado, papaja (melonowiec), flaszowiec (cherimoja), owoce różnych drzew zwane sapote i wiele innych? Część z nich trafia do naszych hipermarketów, niektóre mają coraz liczniejszych miłośników, ale właśnie – wśród ludzi, bo przecież nie zwierząt. Te wszystkie owoce z pewnością nie powstały po to, by w XX w. zapełniać lady sklepowych półek. Więc po co?

Gdy przekroimy awokado, zobaczymy nie tylko, jak wielki jest sam owoc, lecz także jak potężna – i twarda – jest jego pojedyncza pestka; jej średnica daje pojęcie o przekroju przewodu pokarmowego zwierzęcia, do którego (hipotetycznie) się dostosowała (bo w owocu to wielkość pestek, a nie miąższu, dopasowana jest do wielkości zwierzęcia). A więc awokado musiało być konsumowane przez potężne zwierzęta – a takich w Ameryce Południowej nie ma. Tyle że były – i to dużo.

Zaginiony świat

W latach 70. ub.w. wybitny ekolog pracujący w dżungli amazońskiej Daniel Janzen wysunął tezę, że niezwykła nadreprezentacja wielkich owoców w Ameryce Południowej jest wspomnieniem po nieistniejącym już zespole dużych ssaków roślinożernych, których roślinni partnerzy pozostali do dziś. Gdy Karol Darwin opływał świat na pokładzie żaglowca „Beagle”, natknął się w Patagonii na ogromne kości dziwnych i nieznanych zwierząt, które wywarły na nim wielkie wrażenie. Zbierał je z zapałem i wysyłał do Anglii, gdzie zajmowali się nimi najwybitniejsi anatomowie (m.in. Richard Owen, późniejszy krytyk teorii ewolucji). Były wśród nich stworzenia, jakich nikt dotąd nie widział: ogromne toksodony, wielkości słonia, ale zewnętrznie podobne do hipopotamów i o stale rosnących siekaczach, jak u gryzoni (!), przedziwne makrauchenie o długich jak u żyrafy szyjach, gigantyczne naziemne leniwce o kilkutonowych ciałach czy jeszcze bardziej osobliwe glyptodony, podobne do monstrualnych żuków (wedle dzisiejszej wersji – volkswagenów garbusów) o kostnych pancerzach tak wielkich, że Indianie używali ich jako dachy domostw.