człowiek
Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2018-09-04
Mały chiński nadczłowiek

Fot. Rolls Press/Popperfoto/Getty Images

Mao Zedong uznawany jest zwykle za największego zbrodniarza w historii. By utrzymać się u władzy, nie wahał się przed niczym.

 Nikt tak naprawdę nie wie, ile osób przypłaciło życiem politykę wielkiego skoku, jaką przeprowadzili komuniści pod wodzą Mao Zedonga na przełomie lat 50. i 60. minionego stulecia. Szacunki dotyczące tego okresu są rozmaite. W oficjalnej chińskiej publikacji z 1980 r. podano liczbę ponad 20 mln ludzi. Li Chengrui, były minister w chińskim urzędzie statystycznym, twierdzi, że były to 22 mln. Judith Banister, ekspert od chińskich statystyk demograficznych, podaje 26 mln, a Gerard Calot, francuski badacz – 28 mln. Biografka Mao, Jung Chang, pisze, że z głodu i przepracowania zmarło wówczas 38 mln ludzi. Jeszcze większe liczby podaje Chen Yizi, członek chińskiej partii, który w 1989 r. uciekł do Stanów Zjednoczonych. W latach 80. Chen został członkiem komisji, która miała badać sytuację na wsi. Podróżował więc po kraju, gdzie miał dostęp do odpowiednich źródeł. Z raportu komisji wynikało, że straty mieszczą się w przedziale od 43 do 46 mln ludzi. Tylko w Syczuanie, zwanym „niebiańskim spichlerzem”, śmierć poniosło 9 mln mieszkańców, czyli jedna ósma zamieszkującej go populacji.

O tym, jak wielkie tragedie kryły się za tymi liczbami, świadczy fakt funkcjonowania w prowincji Anhui praktyki zwanej yi ze er shi, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „zamianę dzieci na jedzenie”. Były to przypadki kanibalizmu, których dopuszczali się zdesperowani rodzice na własnych pociechach. Rodzina, która nie miała czego włożyć do garnka, poświęcała najmłodsze dziecko, najczęściej dziewczynkę, które przestawała karmić. Po jego śmierci ciało miało stanowić posiłek dla pozostałych. Moralnie chłopi tłumaczyli sobie to tak, że zgon dziecka był nieuchronny, a w ten sposób pomagało ono przetrwać pozostałym członkom rodziny. „Kiedy dziewczynka umierała, wymieniano ją na martwą córkę sąsiadów. Żeby rodzice nie musieli jeść własnego dziecka. Gotowali mięso i robili na nim zupę”. Według oficjalnych chińskich raportów do aktów kanibalizmu dochodziło niemal we wszystkich częściach kraju.

Za całym tym złem stał jeden człowiek – Mao Zedong. Wielki Sternik, jak nazywała go propagandowa prasa, nie robił sobie wiele z klęski głodu. Stan zdrowia rodaków też zbytnio go nie zajmował. Kiedy osobisty lekarz zwrócił mu uwagę, że miliony Chińczyków borykają się z puchliną i żółtaczką, Mao odpowiedział: „Wy, lekarze, nie macie nic innego do roboty poza straszeniem ludzi. Wszędzie węszycie choroby”. „Rewolucja to nie jest proszona herbatka” – powtarzał do końca życia. Liczył się tylko cel, nawet za cenę niewyobrażalnych poświęceń.

Czerwone myśli Mao

Mao Zedong nigdy nie należał do osób wylewnych. Najdobitniej świadczy o tym scena z 1949 r., mająca być zwieńczeniem przejęcia władzy przez komunistów. 1 października na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie zebrało się ponad pół miliona ludzi, by wysłuchać przemówienia nowego wodza. Mao wyszedł na honorowy balkon i oznajmił: „Chiński lud powstał. Niniejszym ogłaszam początek Chińskiej Republiki Ludowej”. Tłum ryknął entuzjastycznie, oczekując dalszej przemowy. Mao tymczasem nie miał nic więcej do powiedzenia, odczytał tylko listę członków rządu. Później orkiestra Armii Ludowo-Wyzwoleńczej zagrała nowy hymn narodowy, a morze ludzi zaśpiewało go pełnym głosem. Po defiladzie wszyscy rozeszli się do domów.

Szesnaście lat później Mao nie silił się już nawet na krótkie przemowy. Kiedy miał przyjąć honory blisko miliona czerwonogwardzistów, których zebrano nad lotnisku pod Pekinem, kazał im na siebie czekać ponad siedem godzin. Jeden z uczestników tego zgromadzenia wspominał: „Problemów z wypróżnianiem się miliona ludzi nie dało się załatwić przy pomocy kilkuset latryn. Ci, którzy siedzieli w pierwszych i środkowych rzędach, nie mogli zresztą tak łatwo przedrzeć się przez tłum, żeby do nich dotrzeć”. Gdy ich oczom ukazał się wreszcie Mao, buty uczestnika były pełne moczu. Przewodniczący natomiast nawet nie wysiadł z jeepa, którym wjechał na płytę lotniska. Uniósł tylko dłoń, pomachał kilkukrotnie i odjechał. Czerwonogwardziści mieli nadzieję, że Mao powie im parę słów albo jeszcze lepiej – wygłosi mowę. Nic z tego. Zaraz po tym rozeszli się w ciszy, opuszczając szybko cuchnące miejsce zgromadzenia. Tylko w 1966 r. Mao uczestniczył w ośmiu tego typu wydarzeniach. Odezwał się zaledwie na jednym z nich.

Powyższe obrazki doskonale pokazują, jaki stosunek miał do Chińczyków Mao Zedong, gdy był na szczycie. Po przejęciu władzy przewodniczący przez kilka pierwszych lat miał kłopoty ze swoim wizerunkiem. Również wśród partyjnych towarzyszy. Kiedy w 1949 r. wybrał się w podróż do Moskwy, by spotkać się ze Stalinem, przypominał zbłąkanego psiaka. Była to jego pierwsza zagraniczna podróż w życiu. Do tego nie znał żadnego języka obcego. Faworytem radzieckiego wodza był inny przywódca chińskich komunistów – Wang Ming, który studiował w Moskwie w latach 20. i był świetnie wyszkolonym marksistą-leninistą. W walce o władzę zwyciężył jednak Mao, który dawnych bolszewickich towarzyszy odsunął na boczny tor albo wtrącił do więzienia.

Chiński przywódca nie zrobił dobrego wrażenia na Stalinie. Podczas pierwszego spotkania radziecki dyktator długo przyglądał mu się z niedowierzaniem. Inaczej wyobrażał sobie człowieka, którego droga do kariery usłana była tysiącami trupów. Początkowo nie krył swojego rozczarowania. Zamiast zakwaterować Mao na Kremlu, gospodarz udostępnił mu daczę pod miastem. Mieszkanie było otoczone strażnikami, a w grubych ścianach ukryto mikrofony. Stalin wiedział o każdym ruchu swojego gościa. I nawet sowieccy tajniacy, którzy widzieli i słyszeli już niejedno, byli zszokowani prymitywnym językiem przywódcy Chin. Mao czuł się w czasie tygodniowej wizyty w Moskwie jak uczniak. I o to Stalinowi chodziło – chciał pokazać, kto tu rządzi. Po powrocie do kraju Zedong obiecał sobie, że nigdy więcej nie pozwoli się tak traktować. I nie pozwolił.

Cytaty pochodzą z książki Torbjørna Færøvika, „Mao. Cesarstwo cierpienia”, Prószyński i S-ka.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 09/2018 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2018
08/2018
Kalendarium
Wrzesień
21
W 1974 r. amerykańska sonda Mariner 10 wykonała drugi przelot obok Merkurego.
Warto przeczytać
Jest jakaś mądrość w stwierdzeniu neurobiologa Davida Eaglemana, że świadomość jest jak mały pasażer na gapę na transatlantyckim parowcu, podróżujący bez zaprzątania sobie głowy całą wielką maszynerią pod nogami. 

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Kamil Nadolski | dodano: 2018-09-04
Mały chiński nadczłowiek

Fot. Rolls Press/Popperfoto/Getty Images

Mao Zedong uznawany jest zwykle za największego zbrodniarza w historii. By utrzymać się u władzy, nie wahał się przed niczym.

 Nikt tak naprawdę nie wie, ile osób przypłaciło życiem politykę wielkiego skoku, jaką przeprowadzili komuniści pod wodzą Mao Zedonga na przełomie lat 50. i 60. minionego stulecia. Szacunki dotyczące tego okresu są rozmaite. W oficjalnej chińskiej publikacji z 1980 r. podano liczbę ponad 20 mln ludzi. Li Chengrui, były minister w chińskim urzędzie statystycznym, twierdzi, że były to 22 mln. Judith Banister, ekspert od chińskich statystyk demograficznych, podaje 26 mln, a Gerard Calot, francuski badacz – 28 mln. Biografka Mao, Jung Chang, pisze, że z głodu i przepracowania zmarło wówczas 38 mln ludzi. Jeszcze większe liczby podaje Chen Yizi, członek chińskiej partii, który w 1989 r. uciekł do Stanów Zjednoczonych. W latach 80. Chen został członkiem komisji, która miała badać sytuację na wsi. Podróżował więc po kraju, gdzie miał dostęp do odpowiednich źródeł. Z raportu komisji wynikało, że straty mieszczą się w przedziale od 43 do 46 mln ludzi. Tylko w Syczuanie, zwanym „niebiańskim spichlerzem”, śmierć poniosło 9 mln mieszkańców, czyli jedna ósma zamieszkującej go populacji.

O tym, jak wielkie tragedie kryły się za tymi liczbami, świadczy fakt funkcjonowania w prowincji Anhui praktyki zwanej yi ze er shi, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „zamianę dzieci na jedzenie”. Były to przypadki kanibalizmu, których dopuszczali się zdesperowani rodzice na własnych pociechach. Rodzina, która nie miała czego włożyć do garnka, poświęcała najmłodsze dziecko, najczęściej dziewczynkę, które przestawała karmić. Po jego śmierci ciało miało stanowić posiłek dla pozostałych. Moralnie chłopi tłumaczyli sobie to tak, że zgon dziecka był nieuchronny, a w ten sposób pomagało ono przetrwać pozostałym członkom rodziny. „Kiedy dziewczynka umierała, wymieniano ją na martwą córkę sąsiadów. Żeby rodzice nie musieli jeść własnego dziecka. Gotowali mięso i robili na nim zupę”. Według oficjalnych chińskich raportów do aktów kanibalizmu dochodziło niemal we wszystkich częściach kraju.

Za całym tym złem stał jeden człowiek – Mao Zedong. Wielki Sternik, jak nazywała go propagandowa prasa, nie robił sobie wiele z klęski głodu. Stan zdrowia rodaków też zbytnio go nie zajmował. Kiedy osobisty lekarz zwrócił mu uwagę, że miliony Chińczyków borykają się z puchliną i żółtaczką, Mao odpowiedział: „Wy, lekarze, nie macie nic innego do roboty poza straszeniem ludzi. Wszędzie węszycie choroby”. „Rewolucja to nie jest proszona herbatka” – powtarzał do końca życia. Liczył się tylko cel, nawet za cenę niewyobrażalnych poświęceń.

Czerwone myśli Mao

Mao Zedong nigdy nie należał do osób wylewnych. Najdobitniej świadczy o tym scena z 1949 r., mająca być zwieńczeniem przejęcia władzy przez komunistów. 1 października na placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie zebrało się ponad pół miliona ludzi, by wysłuchać przemówienia nowego wodza. Mao wyszedł na honorowy balkon i oznajmił: „Chiński lud powstał. Niniejszym ogłaszam początek Chińskiej Republiki Ludowej”. Tłum ryknął entuzjastycznie, oczekując dalszej przemowy. Mao tymczasem nie miał nic więcej do powiedzenia, odczytał tylko listę członków rządu. Później orkiestra Armii Ludowo-Wyzwoleńczej zagrała nowy hymn narodowy, a morze ludzi zaśpiewało go pełnym głosem. Po defiladzie wszyscy rozeszli się do domów.

Szesnaście lat później Mao nie silił się już nawet na krótkie przemowy. Kiedy miał przyjąć honory blisko miliona czerwonogwardzistów, których zebrano nad lotnisku pod Pekinem, kazał im na siebie czekać ponad siedem godzin. Jeden z uczestników tego zgromadzenia wspominał: „Problemów z wypróżnianiem się miliona ludzi nie dało się załatwić przy pomocy kilkuset latryn. Ci, którzy siedzieli w pierwszych i środkowych rzędach, nie mogli zresztą tak łatwo przedrzeć się przez tłum, żeby do nich dotrzeć”. Gdy ich oczom ukazał się wreszcie Mao, buty uczestnika były pełne moczu. Przewodniczący natomiast nawet nie wysiadł z jeepa, którym wjechał na płytę lotniska. Uniósł tylko dłoń, pomachał kilkukrotnie i odjechał. Czerwonogwardziści mieli nadzieję, że Mao powie im parę słów albo jeszcze lepiej – wygłosi mowę. Nic z tego. Zaraz po tym rozeszli się w ciszy, opuszczając szybko cuchnące miejsce zgromadzenia. Tylko w 1966 r. Mao uczestniczył w ośmiu tego typu wydarzeniach. Odezwał się zaledwie na jednym z nich.

Powyższe obrazki doskonale pokazują, jaki stosunek miał do Chińczyków Mao Zedong, gdy był na szczycie. Po przejęciu władzy przewodniczący przez kilka pierwszych lat miał kłopoty ze swoim wizerunkiem. Również wśród partyjnych towarzyszy. Kiedy w 1949 r. wybrał się w podróż do Moskwy, by spotkać się ze Stalinem, przypominał zbłąkanego psiaka. Była to jego pierwsza zagraniczna podróż w życiu. Do tego nie znał żadnego języka obcego. Faworytem radzieckiego wodza był inny przywódca chińskich komunistów – Wang Ming, który studiował w Moskwie w latach 20. i był świetnie wyszkolonym marksistą-leninistą. W walce o władzę zwyciężył jednak Mao, który dawnych bolszewickich towarzyszy odsunął na boczny tor albo wtrącił do więzienia.

Chiński przywódca nie zrobił dobrego wrażenia na Stalinie. Podczas pierwszego spotkania radziecki dyktator długo przyglądał mu się z niedowierzaniem. Inaczej wyobrażał sobie człowieka, którego droga do kariery usłana była tysiącami trupów. Początkowo nie krył swojego rozczarowania. Zamiast zakwaterować Mao na Kremlu, gospodarz udostępnił mu daczę pod miastem. Mieszkanie było otoczone strażnikami, a w grubych ścianach ukryto mikrofony. Stalin wiedział o każdym ruchu swojego gościa. I nawet sowieccy tajniacy, którzy widzieli i słyszeli już niejedno, byli zszokowani prymitywnym językiem przywódcy Chin. Mao czuł się w czasie tygodniowej wizyty w Moskwie jak uczniak. I o to Stalinowi chodziło – chciał pokazać, kto tu rządzi. Po powrocie do kraju Zedong obiecał sobie, że nigdy więcej nie pozwoli się tak traktować. I nie pozwolił.

Cytaty pochodzą z książki Torbjørna Færøvika, „Mao. Cesarstwo cierpienia”, Prószyński i S-ka.