człowiek
dodano: 2018-10-22
Śmierć pod śniegiem

Fot. Marek Podmokły/Agencja Gazeta

Tatrzańskie lawiny zabijają. Zazwyczaj ginie się w nich z uduszenia. 25% przypadków to jednak śmierć na skutek urazów odniesionych w trakcie spadania, co wynika z rzeźby terenu. Jak wygląda praca ratowników w tych trudnych warunkach?

W polskich Tatrach nie ma dużych otwartych pól śnieżnych, a mówiąc ściślej, jest ich procentowo mniej niż ostrych, drapieżnych skał. Dlatego nawet niewielkie lawiny, z małą ilością śniegu, stanowią duże zagrożenie – tłumaczy Marcin Józefowicz, szef szkolenia Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR). – Według statystyk najwięcej wypadków zdarza się przy drugim, a więc umiarkowanym, stopniu zagrożenia lawinowego, choć były śmiertelne zdarzenia nawet przy lawinowej jedynce! Tatrzańskie lawiny, żeby zabić człowieka, nie muszą go zasypać, wystarczy, że strącą go w przepaść lub w bardzo skalisty teren. Są, mówiąc brutalnie, jak maszynki do mięsa: schodząc wąskimi skalistymi żlebami, dosłownie mielą swoją ofiarę.

Piętnaście minut

W latach 90. XX w. po raz pierwszy została wykreślona przez ratowników górskich tzw. krzywa przeżycia. Najpierw Szwajcarzy, a później Kanadyjczycy przeanalizowali kilkaset przypadków zasypania, tworząc wykres, w którym zaznaczone były punkty czasowe określające moment zasypania, moment wezwania służb, moment odkopania zasypanego oraz czas pomiędzy zasypaniem a udzieleniem pomocy i w końcu skutki, czyli ile osób przeżyło. Wykres bardzo wyraźnie pokazał, że jeżeli pomoc nadejdzie w pierwszych 15 minutach, to szanse na uratowanie ma aż 90% zasypanych. 10% z tej grupy ginie zazwyczaj z powodu śmiertelnych urazów. Po 15 minutach szanse na wyciągnięcie żywych ludzi gwałtownie spadają.
Te analizy wpłynęły na zmianę standardów i schematów postępowania ratowników, którzy zaczęli koncentrować się na jak najszybszym dotarciu na miejsce zdarzenia, przy czym Szwajcarzy na podstawie swoich obserwacji stwierdzili, że ratowanie ludzi z lawin jest najbardziej skuteczne wtedy, gdy robią to towarzysze zasypanych lub świadkowie zdarzenia. Nikt inny bowiem nie jest w stanie odnaleźć zasypanych w pierwszych kluczowych 15 minutach, czyli w czasie, w którym ofiary mają największe szanse na przeżycie. Ratownicy w najlepszym przypadku znajdą się na lawinisku pod koniec tego złotego kwadransa, jeśli będzie śmigłowiec i lotna pogoda. Każda następna minuta skazuje zasypanych na śmierć, dlatego ratunkiem dla nich są ci, którzy znajdują się na miejscu i mogą błyskawicznie przystąpić do akcji. Pod warunkiem że wszyscy (i zasypani, i poszukujący) mają odpowiedni sprzęt i potrafią się nim posługiwać.
– Nigdy nie zapomnę „mojej” pierwszej lawiny, o której dowiedziałem się z… telewizji – wspomina ratownik TOPR Jerzy Maciata. – Był luty 1987 r. Siedziałem w domu i oglądałem wiadomości, gdy dziennikarz nagle podał, że w Tatrach zeszła lawina ze Świńskiego Kotła, porywając ludzi. Nie dosłuchałem reszty wiadomości, bo natychmiast się spakowałem i pojechałem do centrali, gdzie już rozpoczęła się organizacja wyprawy. To, co zobaczyliśmy na miejscu, przerosło nasze najgorsze wyobrażenia. Lawinisko miejscami miało 11 m głębokości! Masy śniegu zeszły z Goryczkowej Czuby po tym, jak dwóch niemieckich turystów, nieświadomych zagrożenia, podcięło masy śniegu. Panowie chcieli sobie skrócić drogę na Giewont, przetrawersowali więc Pośredni Goryczkowy Wierch i wpadli prosto w szpony żywiołu. Ten, który szedł pierwszy, dostał się w główny nurt lawiny, drugiego zaś wyrzuciło na jej obrzeża, dzięki temu przeżył. Został tylko lekko zasypany, zdołał się samodzielnie odkopać i ruszył po pomoc.
Akcja poszukiwawcza trwała trzy dni. Trzy długie dni bez nadziei na uratowanie mężczyzny, a potem także bez nadziei na odnalezienie jego ciała. Trudno przesondować jedenastometrową warstwę śniegu, skoro sondy lawinowe mają zaledwie 4 m długości. W poszukiwaniach brali udział żołnierze i ratownicy z podhalańskiej grupy GOPR-u. Na miejscu pracowało ponad 100 osób. W końcu zrobiło się trochę pospolite ruszenie ludzi, z których część była do tego totalnie nieprzygotowana. Mróz tymczasem trzymał sakramencki, minus 32°C! Ludzie poodmrażali sobie nogi, ręce, twarze. Walka z tym śniegiem była prawdziwym piekłem. Kopaliśmy dwumetrowe rowy, licząc, że natkniemy się na jakiś ślad zasypanego. W końcu daliśmy za wygraną. Znaleźliśmy go dopiero w maju. Kiedy śnieg częściowo się wytopił, dyżurni z Kasprowego Wierchu wypatrzyli dziwną aktywność lisów w tym terenie, na lawinisko poszła więc grupa poszukiwawcza z psem, który błyskawicznie znalazł ciało. Okazało się, że turysta był 9 m pod śniegiem!

W czepku urodzony

Dawniej, jeśli z lawiny nie wystawała jakaś część ciała zasypanego, odnalezienie go trwało tak długo, że nikt nie wierzył w ocalenie ofiary. Żywych ludzi udawało się wydobyć niezwykle rzadko, i to właściwie tylko wtedy, gdy sprzyjało im szczęście. Gdy znaleźli się w miejscu, gdzie była wystarczająco duża przestrzeń, by dało się oddychać, gdzieś pod skałą lub blisko potoku, a jednocześnie mieli tyle farta, żeby spadając, nie rozbili się o skały.
– Pamiętam chłopaka, którego wyciągnęliśmy z lawiny po dwóch godzinach od zasypania – wspomina ratownik TOPR Andrzej Blacha. – To było w Świstówce. Przyszło zgłoszenie z Pięciu Stawów, że właśnie dotarł do schroniska turysta, którego razem z kolegą porwała lawina. On zdołał się wykopać sam, ale kolegi nie odnalazł. W pierwszym rzucie poleciałem ja i Marcin Józefowicz. Chcieliśmy obejrzeć lawinisko ze śmigłowca, ale wiało tak potwornie, że nie było szans, dlatego pilot podszedł od Doliny Roztoki, wysadził nas na czole lawiniska i poleciał po następnych ratowników. Weszliśmy na śnieg, idziemy i nagle Marcin mówi: „Cicho!”. Nie wiem, jakim cudem… usłyszeliśmy coś spod śniegu. Chłopak był w czepku urodzony. Nie mam pojęcia, ile było takich przypadków na świecie, ale ten dziewiętnastolatek z Krakowa wyraźnie był w maleńkiej grupce wybrańców. Zasypało go w pozycji pionowej na tyle szczęśliwie, że ręka została przy twarzy, dzięki czemu miał poduszkę powietrzną. Był także znakomicie ubrany, co uchroniło go przed wychłodzeniem. Zaraz po zejściu lawiny stracił przytomność, dlatego nie słyszał szukającego go kolegi, odzyskał świadomość, gdy już nikogo nie było w pobliżu. Później dotarł do niego dźwięk nadlatującego śmigłowca i nasze głosy, dlatego zaczął krzyczeć. Dokopaliśmy się do niego błyskawicznie. Miał nad sobą 80 cm śniegu, w miarę lekkiego, dlatego przechodziło przez niego powietrze. Od pasa w dół był jednak strasznie zabetonowany. Dosłownie skała – łopaty nie chciały się wbić. Gdyby śnieg tak bardzo stężał na wysokości jego klatki piersiowej, nie zdołałby oddychać. W szpitalu spędził tylko dobę. Po kilku dniach jego wdzięczna mama przywiozła nam w podzięce pudło ciastek.
– 15 lat temu odkopaliśmy gościa, który siedział w lawinie trzy i pół godziny! To było na Słowacji – wspomina Jerzy Maciata. – Akurat byliśmy u nich na szkoleniu psów, gdy z rejonu Żółtej Ściany spadła lawina, porywając jedną osobę. Natychmiast ruszyliśmy na pomoc, tyle że warunki były tak straszne, że długo szliśmy na miejsce wypadku. Śnieżyca, zawierucha, sakramencki mróz. Łatwo nie było. Na szczęście psy szybko oznaczyły zasypanego, który, jak się okazało, wygrał los na loterii. Śnieg wbił go pod skałę, obok potoku, dlatego miał dostęp do powietrza. Leżał odwrócony do góry nogami, jedną ręką mógł trochę ruszać, kiedy więc ratownik wbił sondę lawinową, chcąc go dokładnie namierzyć, natychmiast ją złapał i zaczął nią nerwowo szarpać. Ratownik, zaskoczony niespodziewaną reakcją z dołu, o mało z przerażenia nie wyzionął ducha. Nigdy wcześniej nie zdarzyła mu się taka bezpośrednia interakcja z zasypanym, ten z kolei bał się, że sondujący go ominie. Uratowany okazał się ratownikiem, który szedł z kolegą do Chaty Téry’ego. Miał ze sobą radio i wszystko przez nie słyszał, wiedział więc, że po niego idziemy, i jak potem powiedział, to trzymało go przy życiu.
Miał szczęście, bo wtedy na szkoleniu było chyba ze 20 psów lawinowych i wszyscy ruszyli na lawinisko. Leżał 2 m pod śniegiem. Te opowieści pokazują, że cuda się zdarzają, ale należy je rozpatrywać właśnie w kategorii cudów. Zdecydowana większość porwanych przez lawiny ginie z powodu zbyt późno nadchodzącej pomocy, mimo że teraz mamy już narzędzia, by szybko zasypanego odnaleźć i jak najszybciej odkopać. Nieprzypadkowo używam tu pierwszej osoby liczby mnogiej, wracam bowiem do idei ratowania ofiar przez świadków wypadku, którymi możemy być także my. Wszyscy zatem w razie konieczności możemy pomóc, jeśli będziemy wiedzieć jak i jeśli będziemy do tego przygotowani.

Fragmenty pochodzą z książki Beaty Sabały-Zielińskiej „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”, Prószyński i S-ka, data wydania 30 października.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 11/2018 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2018
10/2018
Kalendarium
Listopad
18
W 1934 r. amerykański lotnik Richard Byrd odkrył wulkan Mount Sidley na Antarktydzie.
Warto przeczytać
Autor bestsellerowej "Przyszłości umysłu" wkracza na niezbadane obszary astrofizyki, sztucznej inteligencji i nowoczesnej techniki, by przedstawić zapierającą dech w piersiach wizję naszej przyszłości w kosmosie i ostatecznego celu ludzkości.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

dodano: 2018-10-22
Śmierć pod śniegiem

Fot. Marek Podmokły/Agencja Gazeta

Tatrzańskie lawiny zabijają. Zazwyczaj ginie się w nich z uduszenia. 25% przypadków to jednak śmierć na skutek urazów odniesionych w trakcie spadania, co wynika z rzeźby terenu. Jak wygląda praca ratowników w tych trudnych warunkach?

W polskich Tatrach nie ma dużych otwartych pól śnieżnych, a mówiąc ściślej, jest ich procentowo mniej niż ostrych, drapieżnych skał. Dlatego nawet niewielkie lawiny, z małą ilością śniegu, stanowią duże zagrożenie – tłumaczy Marcin Józefowicz, szef szkolenia Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (TOPR). – Według statystyk najwięcej wypadków zdarza się przy drugim, a więc umiarkowanym, stopniu zagrożenia lawinowego, choć były śmiertelne zdarzenia nawet przy lawinowej jedynce! Tatrzańskie lawiny, żeby zabić człowieka, nie muszą go zasypać, wystarczy, że strącą go w przepaść lub w bardzo skalisty teren. Są, mówiąc brutalnie, jak maszynki do mięsa: schodząc wąskimi skalistymi żlebami, dosłownie mielą swoją ofiarę.

Piętnaście minut

W latach 90. XX w. po raz pierwszy została wykreślona przez ratowników górskich tzw. krzywa przeżycia. Najpierw Szwajcarzy, a później Kanadyjczycy przeanalizowali kilkaset przypadków zasypania, tworząc wykres, w którym zaznaczone były punkty czasowe określające moment zasypania, moment wezwania służb, moment odkopania zasypanego oraz czas pomiędzy zasypaniem a udzieleniem pomocy i w końcu skutki, czyli ile osób przeżyło. Wykres bardzo wyraźnie pokazał, że jeżeli pomoc nadejdzie w pierwszych 15 minutach, to szanse na uratowanie ma aż 90% zasypanych. 10% z tej grupy ginie zazwyczaj z powodu śmiertelnych urazów. Po 15 minutach szanse na wyciągnięcie żywych ludzi gwałtownie spadają.
Te analizy wpłynęły na zmianę standardów i schematów postępowania ratowników, którzy zaczęli koncentrować się na jak najszybszym dotarciu na miejsce zdarzenia, przy czym Szwajcarzy na podstawie swoich obserwacji stwierdzili, że ratowanie ludzi z lawin jest najbardziej skuteczne wtedy, gdy robią to towarzysze zasypanych lub świadkowie zdarzenia. Nikt inny bowiem nie jest w stanie odnaleźć zasypanych w pierwszych kluczowych 15 minutach, czyli w czasie, w którym ofiary mają największe szanse na przeżycie. Ratownicy w najlepszym przypadku znajdą się na lawinisku pod koniec tego złotego kwadransa, jeśli będzie śmigłowiec i lotna pogoda. Każda następna minuta skazuje zasypanych na śmierć, dlatego ratunkiem dla nich są ci, którzy znajdują się na miejscu i mogą błyskawicznie przystąpić do akcji. Pod warunkiem że wszyscy (i zasypani, i poszukujący) mają odpowiedni sprzęt i potrafią się nim posługiwać.
– Nigdy nie zapomnę „mojej” pierwszej lawiny, o której dowiedziałem się z… telewizji – wspomina ratownik TOPR Jerzy Maciata. – Był luty 1987 r. Siedziałem w domu i oglądałem wiadomości, gdy dziennikarz nagle podał, że w Tatrach zeszła lawina ze Świńskiego Kotła, porywając ludzi. Nie dosłuchałem reszty wiadomości, bo natychmiast się spakowałem i pojechałem do centrali, gdzie już rozpoczęła się organizacja wyprawy. To, co zobaczyliśmy na miejscu, przerosło nasze najgorsze wyobrażenia. Lawinisko miejscami miało 11 m głębokości! Masy śniegu zeszły z Goryczkowej Czuby po tym, jak dwóch niemieckich turystów, nieświadomych zagrożenia, podcięło masy śniegu. Panowie chcieli sobie skrócić drogę na Giewont, przetrawersowali więc Pośredni Goryczkowy Wierch i wpadli prosto w szpony żywiołu. Ten, który szedł pierwszy, dostał się w główny nurt lawiny, drugiego zaś wyrzuciło na jej obrzeża, dzięki temu przeżył. Został tylko lekko zasypany, zdołał się samodzielnie odkopać i ruszył po pomoc.
Akcja poszukiwawcza trwała trzy dni. Trzy długie dni bez nadziei na uratowanie mężczyzny, a potem także bez nadziei na odnalezienie jego ciała. Trudno przesondować jedenastometrową warstwę śniegu, skoro sondy lawinowe mają zaledwie 4 m długości. W poszukiwaniach brali udział żołnierze i ratownicy z podhalańskiej grupy GOPR-u. Na miejscu pracowało ponad 100 osób. W końcu zrobiło się trochę pospolite ruszenie ludzi, z których część była do tego totalnie nieprzygotowana. Mróz tymczasem trzymał sakramencki, minus 32°C! Ludzie poodmrażali sobie nogi, ręce, twarze. Walka z tym śniegiem była prawdziwym piekłem. Kopaliśmy dwumetrowe rowy, licząc, że natkniemy się na jakiś ślad zasypanego. W końcu daliśmy za wygraną. Znaleźliśmy go dopiero w maju. Kiedy śnieg częściowo się wytopił, dyżurni z Kasprowego Wierchu wypatrzyli dziwną aktywność lisów w tym terenie, na lawinisko poszła więc grupa poszukiwawcza z psem, który błyskawicznie znalazł ciało. Okazało się, że turysta był 9 m pod śniegiem!

W czepku urodzony

Dawniej, jeśli z lawiny nie wystawała jakaś część ciała zasypanego, odnalezienie go trwało tak długo, że nikt nie wierzył w ocalenie ofiary. Żywych ludzi udawało się wydobyć niezwykle rzadko, i to właściwie tylko wtedy, gdy sprzyjało im szczęście. Gdy znaleźli się w miejscu, gdzie była wystarczająco duża przestrzeń, by dało się oddychać, gdzieś pod skałą lub blisko potoku, a jednocześnie mieli tyle farta, żeby spadając, nie rozbili się o skały.
– Pamiętam chłopaka, którego wyciągnęliśmy z lawiny po dwóch godzinach od zasypania – wspomina ratownik TOPR Andrzej Blacha. – To było w Świstówce. Przyszło zgłoszenie z Pięciu Stawów, że właśnie dotarł do schroniska turysta, którego razem z kolegą porwała lawina. On zdołał się wykopać sam, ale kolegi nie odnalazł. W pierwszym rzucie poleciałem ja i Marcin Józefowicz. Chcieliśmy obejrzeć lawinisko ze śmigłowca, ale wiało tak potwornie, że nie było szans, dlatego pilot podszedł od Doliny Roztoki, wysadził nas na czole lawiniska i poleciał po następnych ratowników. Weszliśmy na śnieg, idziemy i nagle Marcin mówi: „Cicho!”. Nie wiem, jakim cudem… usłyszeliśmy coś spod śniegu. Chłopak był w czepku urodzony. Nie mam pojęcia, ile było takich przypadków na świecie, ale ten dziewiętnastolatek z Krakowa wyraźnie był w maleńkiej grupce wybrańców. Zasypało go w pozycji pionowej na tyle szczęśliwie, że ręka została przy twarzy, dzięki czemu miał poduszkę powietrzną. Był także znakomicie ubrany, co uchroniło go przed wychłodzeniem. Zaraz po zejściu lawiny stracił przytomność, dlatego nie słyszał szukającego go kolegi, odzyskał świadomość, gdy już nikogo nie było w pobliżu. Później dotarł do niego dźwięk nadlatującego śmigłowca i nasze głosy, dlatego zaczął krzyczeć. Dokopaliśmy się do niego błyskawicznie. Miał nad sobą 80 cm śniegu, w miarę lekkiego, dlatego przechodziło przez niego powietrze. Od pasa w dół był jednak strasznie zabetonowany. Dosłownie skała – łopaty nie chciały się wbić. Gdyby śnieg tak bardzo stężał na wysokości jego klatki piersiowej, nie zdołałby oddychać. W szpitalu spędził tylko dobę. Po kilku dniach jego wdzięczna mama przywiozła nam w podzięce pudło ciastek.
– 15 lat temu odkopaliśmy gościa, który siedział w lawinie trzy i pół godziny! To było na Słowacji – wspomina Jerzy Maciata. – Akurat byliśmy u nich na szkoleniu psów, gdy z rejonu Żółtej Ściany spadła lawina, porywając jedną osobę. Natychmiast ruszyliśmy na pomoc, tyle że warunki były tak straszne, że długo szliśmy na miejsce wypadku. Śnieżyca, zawierucha, sakramencki mróz. Łatwo nie było. Na szczęście psy szybko oznaczyły zasypanego, który, jak się okazało, wygrał los na loterii. Śnieg wbił go pod skałę, obok potoku, dlatego miał dostęp do powietrza. Leżał odwrócony do góry nogami, jedną ręką mógł trochę ruszać, kiedy więc ratownik wbił sondę lawinową, chcąc go dokładnie namierzyć, natychmiast ją złapał i zaczął nią nerwowo szarpać. Ratownik, zaskoczony niespodziewaną reakcją z dołu, o mało z przerażenia nie wyzionął ducha. Nigdy wcześniej nie zdarzyła mu się taka bezpośrednia interakcja z zasypanym, ten z kolei bał się, że sondujący go ominie. Uratowany okazał się ratownikiem, który szedł z kolegą do Chaty Téry’ego. Miał ze sobą radio i wszystko przez nie słyszał, wiedział więc, że po niego idziemy, i jak potem powiedział, to trzymało go przy życiu.
Miał szczęście, bo wtedy na szkoleniu było chyba ze 20 psów lawinowych i wszyscy ruszyli na lawinisko. Leżał 2 m pod śniegiem. Te opowieści pokazują, że cuda się zdarzają, ale należy je rozpatrywać właśnie w kategorii cudów. Zdecydowana większość porwanych przez lawiny ginie z powodu zbyt późno nadchodzącej pomocy, mimo że teraz mamy już narzędzia, by szybko zasypanego odnaleźć i jak najszybciej odkopać. Nieprzypadkowo używam tu pierwszej osoby liczby mnogiej, wracam bowiem do idei ratowania ofiar przez świadków wypadku, którymi możemy być także my. Wszyscy zatem w razie konieczności możemy pomóc, jeśli będziemy wiedzieć jak i jeśli będziemy do tego przygotowani.

Fragmenty pochodzą z książki Beaty Sabały-Zielińskiej „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”, Prószyński i S-ka, data wydania 30 października.