ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2019-04-24
Czas piorunów

Fot. christianpinillo/Shutterstock.com

Następnym razem, gdy zobaczymy chmurę burzową, pomyślmy o niej jak o wielkiej, gnanej wiatrem elektrowni zbudowanej z cząsteczek wody i drobinek lodu.
 

Od maja do października przy ujściu rzeki Catatumbo do wielkiego jeziora Maracaibo w Wenezueli w każdą noc szaleje gigantyczna burza trwająca aż do rana. Istnieją na świecie inne miejsca faworyzowane przez burze, ale drugiego takiego fenomenu nie znajdziemy na globie. Niezwykłe zjawisko widać z odległości ok. 40 km. Odradza się co wieczór – zawsze w tym samym miejscu i z tak zadziwiającą regularnością, że miejscowi nazywają je latarnią Maracaibo. Notoryczna burza, podczas której niebo przeszywa kilkaset błyskawic na godzinę, ułatwia bowiem rybakom połowy, a statkom – żeglugę po olbrzymim zbiorniku.

Geneza burz nad Catatumbo ma związek z ukształtowaniem terenu. Rozległe jezioro Maracaibo w rzeczywistości nie jest jeziorem (choć kiedyś nim było), ale zatoką Morza Karaibskiego. Sąsiaduje z niebotycznymi pasmami Andów, wznoszącymi się na wysokość 5 km. Kiedy zapada noc, wysoko w górach zrywa się chłodny wiatr, który spływa w stronę jeziora i otaczających je olbrzymich mokradeł. Tu spotyka się z ciepłym i wilgotnym powietrzem rozgrzanym przez równikowe słońce. W strefie kontaktu obu mas powietrza błyskawicznie rozwijają się chmury, które rosną i rosną. Mniej więcej po godzinie od zachodu słońca uderza pierwszy piorun, potem kolejny i następny. Po kwadransie burza nad Catatumbo szaleje już na całego i trwa nawet przez 10 godz.

Zjawisko jest tak niezwykłe, że UNESCO zastanawia się, czy nie umieścić ujścia Catatumbo na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Szacuje się, że rocznie następuje tu ponad 500 tys. wyładowań atmosferycznych. Takie dziwo prawdziwy amator burz powinien koniecznie zobaczyć! Zresztą są tacy, którzy mu to umożliwią. Wiele lokalnych biur turystycznych organizuje wyprawy do starych wiosek rybackich zbudowanych na wodzie i mokradłach, takich jak Ologa i Congo. Tam można z bliska oglądać – i fotografować! – niezwykły burzowy spektakl.

 

W poszukiwaniu piorunów

 

Co jednak ciekawe, to nie Ameryka Południowa z jeziorem Maracaibo, ale Afryka jest najbardziej burzowym kontynentem na globie. Wyładowania atmosferyczne zdarzają się tam w pasach tropikalnych ulew występujących po obu stronach równika. Drugie po Catatumbo najczęściej nawiedzane przez pioruny miejsce to góry Mitumba na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga. W Azji z kolei najbardziej burzowo jest u podnóży Himalajów. Szczyt wyładowań przypada na lato i jesień, kiedy znad Oceanu Indyjskiego dociera tu ciepły i bardzo wilgotny monsun, z którym wiążą się też rekordowe, największe na świecie opady deszczu.

A w Europie? Satelitarne i naziemne systemy rejestracji wyładowań atmosferycznych zgodnie umieszczają na pierwszym miejscu północne Włochy. Szczególnie chętnie pioruny uderzają tam, gdzie ciepłe Morze Adriatyckie zbliża się do południowych stoków Alp. Jak widać, powtarza się tu, choć w znacznie mniejszej skali, sytuacja znana już z Catatumbo: z jednej strony ciepły zbiornik wodny z unoszącym się ponad nim wilgotnym powietrzem, z drugiej strony wysokie góry. Obecność Alp sprawia, że masy wilgotnego powietrza docierającego znad Adriatyku zostają zmuszone do uniesienia się na wysokość wielu kilometrów, co często kończy się ulewą i burzą. Niewiele mniej piorunów niż w północnych Włoszech uderza w leżącą po sąsiedzku małą Słowenię, a także w niedaleki półwysep Istria położony niemal w całości na terenie Chorwacji.

W Polsce najwięcej burz, tak jak w całej Europie, występuje oczywiście w ciepłych miesiącach roku, czyli mniej więcej od maja do września. Wtedy bowiem pojawiają się warunki do rozwoju potężnych chmur kłębiastych deszczowych typu cumulonimbus, które mogą osiągać wysokość ponad 10 km. To w tych chmurach – i tylko w nich – rodzą się pioruny. Aby jednak powstała taka chmura gigant, najpierw ciepłe i wilgotne powietrze musi ruszyć w górę. Może tak się stać w wyniku silnego ogrzania powierzchni gruntu (lub lustra wody) przez promienie słoneczne lub też wypchnięcia ciepłej masy powietrza przez chłodną. Zimą obie sytuacje zdarzają się rzadko w północnej połówce Europy. Z prostego powodu – niskich temperatur i słabego nasłonecznienia. Brakuje energii cieplnej, która napędzałaby rozwój chmur burzowych. Jakbyśmy nalali do garnka wody i postawili go na kuchence, ale zapomnieli włączyć palnik.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 05/2019 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2019
05/2019
Kalendarium
Maj
22
W 1980 r. wydano grę komputerową Pac-Man.
Warto przeczytać
Poznaj sekrety płuc i dowiedz się, jak oddychać, żeby żyć dłużej. Czy wiejskie powietrze na pewno jest zdrowe? Jak kasłać, żeby żyć dłużej?W jaki sposób kontrolować astmę i jaki sport może w tym pomóc?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2019-04-24
Czas piorunów

Fot. christianpinillo/Shutterstock.com

Następnym razem, gdy zobaczymy chmurę burzową, pomyślmy o niej jak o wielkiej, gnanej wiatrem elektrowni zbudowanej z cząsteczek wody i drobinek lodu.
 

Od maja do października przy ujściu rzeki Catatumbo do wielkiego jeziora Maracaibo w Wenezueli w każdą noc szaleje gigantyczna burza trwająca aż do rana. Istnieją na świecie inne miejsca faworyzowane przez burze, ale drugiego takiego fenomenu nie znajdziemy na globie. Niezwykłe zjawisko widać z odległości ok. 40 km. Odradza się co wieczór – zawsze w tym samym miejscu i z tak zadziwiającą regularnością, że miejscowi nazywają je latarnią Maracaibo. Notoryczna burza, podczas której niebo przeszywa kilkaset błyskawic na godzinę, ułatwia bowiem rybakom połowy, a statkom – żeglugę po olbrzymim zbiorniku.

Geneza burz nad Catatumbo ma związek z ukształtowaniem terenu. Rozległe jezioro Maracaibo w rzeczywistości nie jest jeziorem (choć kiedyś nim było), ale zatoką Morza Karaibskiego. Sąsiaduje z niebotycznymi pasmami Andów, wznoszącymi się na wysokość 5 km. Kiedy zapada noc, wysoko w górach zrywa się chłodny wiatr, który spływa w stronę jeziora i otaczających je olbrzymich mokradeł. Tu spotyka się z ciepłym i wilgotnym powietrzem rozgrzanym przez równikowe słońce. W strefie kontaktu obu mas powietrza błyskawicznie rozwijają się chmury, które rosną i rosną. Mniej więcej po godzinie od zachodu słońca uderza pierwszy piorun, potem kolejny i następny. Po kwadransie burza nad Catatumbo szaleje już na całego i trwa nawet przez 10 godz.

Zjawisko jest tak niezwykłe, że UNESCO zastanawia się, czy nie umieścić ujścia Catatumbo na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Szacuje się, że rocznie następuje tu ponad 500 tys. wyładowań atmosferycznych. Takie dziwo prawdziwy amator burz powinien koniecznie zobaczyć! Zresztą są tacy, którzy mu to umożliwią. Wiele lokalnych biur turystycznych organizuje wyprawy do starych wiosek rybackich zbudowanych na wodzie i mokradłach, takich jak Ologa i Congo. Tam można z bliska oglądać – i fotografować! – niezwykły burzowy spektakl.

 

W poszukiwaniu piorunów

 

Co jednak ciekawe, to nie Ameryka Południowa z jeziorem Maracaibo, ale Afryka jest najbardziej burzowym kontynentem na globie. Wyładowania atmosferyczne zdarzają się tam w pasach tropikalnych ulew występujących po obu stronach równika. Drugie po Catatumbo najczęściej nawiedzane przez pioruny miejsce to góry Mitumba na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga. W Azji z kolei najbardziej burzowo jest u podnóży Himalajów. Szczyt wyładowań przypada na lato i jesień, kiedy znad Oceanu Indyjskiego dociera tu ciepły i bardzo wilgotny monsun, z którym wiążą się też rekordowe, największe na świecie opady deszczu.

A w Europie? Satelitarne i naziemne systemy rejestracji wyładowań atmosferycznych zgodnie umieszczają na pierwszym miejscu północne Włochy. Szczególnie chętnie pioruny uderzają tam, gdzie ciepłe Morze Adriatyckie zbliża się do południowych stoków Alp. Jak widać, powtarza się tu, choć w znacznie mniejszej skali, sytuacja znana już z Catatumbo: z jednej strony ciepły zbiornik wodny z unoszącym się ponad nim wilgotnym powietrzem, z drugiej strony wysokie góry. Obecność Alp sprawia, że masy wilgotnego powietrza docierającego znad Adriatyku zostają zmuszone do uniesienia się na wysokość wielu kilometrów, co często kończy się ulewą i burzą. Niewiele mniej piorunów niż w północnych Włoszech uderza w leżącą po sąsiedzku małą Słowenię, a także w niedaleki półwysep Istria położony niemal w całości na terenie Chorwacji.

W Polsce najwięcej burz, tak jak w całej Europie, występuje oczywiście w ciepłych miesiącach roku, czyli mniej więcej od maja do września. Wtedy bowiem pojawiają się warunki do rozwoju potężnych chmur kłębiastych deszczowych typu cumulonimbus, które mogą osiągać wysokość ponad 10 km. To w tych chmurach – i tylko w nich – rodzą się pioruny. Aby jednak powstała taka chmura gigant, najpierw ciepłe i wilgotne powietrze musi ruszyć w górę. Może tak się stać w wyniku silnego ogrzania powierzchni gruntu (lub lustra wody) przez promienie słoneczne lub też wypchnięcia ciepłej masy powietrza przez chłodną. Zimą obie sytuacje zdarzają się rzadko w północnej połówce Europy. Z prostego powodu – niskich temperatur i słabego nasłonecznienia. Brakuje energii cieplnej, która napędzałaby rozwój chmur burzowych. Jakbyśmy nalali do garnka wody i postawili go na kuchence, ale zapomnieli włączyć palnik.