ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2020-02-21
Apetyt na dreszcze

Fot. Wead/Shutterstock.com

Czynne wulkany zawsze przyciągały gapiów, ale dziś takich, którzy wdrapują się na nie, zaglądają do ich gorących kraterów, licząc na ekscytujące wrażenia, są dziesiątki tysięcy. Nowe zjawisko nazwano turystyką wulkaniczną.

Dziewiątego grudnia ub.r. w kraterze nowozelandzkiego wulkanu Whakaari znajdowało się 47 turystów, gdy ten nagle ożył. Konsekwencje erupcji okazały się tragiczne – 17 pechowców zginęło od razu lub zmarło w następnych dniach w wyniku głębokich poparzeń, ciał dwóch innych osób nie odnaleziono mimo dwutygodniowych poszukiwań; w styczniu większość spośród reszty poszkodowanych nadal przebywała w szpitalach w Nowej Zelandii z rozległymi poparzeniami skóry i jamy ustnej, a niektórzy z nich wciąż walczyli o życie.

Whakaari, zwany też Białą Wyspą (ang. White Island), wystaje z Oceanu Spokojnego w odległości ok. 50 km od brzegów Nowej Zelandii. Wznosi się na wysokość 321 m n.p.m., ale to tylko jedna czwarta jego całkowitego rozmiaru. Reszta wulkanicznego cielska skrywa się pod wodą, tworząc charakterystyczny stożek o łącznej wysokości ponad kilometra i średnicy u podstawy przekraczającej 10 km.

Nowa Zelandia to kraina wulkanów i zjawisk wulkanicznych. Mieszkańcy tego kraju przywykli do ich sąsiedztwa. Ba, ich największe miasto Auckland – dziś jest to półtoramilionowa aglomeracja – zbudowano na czynnym polu wulkanicznym, składającym się z kilkudziesięciu uśpionych stożków, co stanowi fenomen na skalę światową. Spośród wielu tamtejszych wulkanów kilka było szczególnie aktywnych w ostatnich stuleciach. Olbrzymi Ruapehu eksploduje średnio co 50 lat, a pomiędzy tymi dużymi erupcjami rejestruje się kilkadziesiąt mniejszych. Inny olbrzym Ngauruhoe (zagrał Górę Przeznaczenia we „Władcy pierścieni”) przez większą część XX w. budził się średnio co dziewięć lat, ale cztery dekady temu przysnął. Mniej więcej w tym samym czasie drzemkę przerwał Whakaari. Od 1975 r. eksploduje regularnie, robiąc sobie tylko krótkie przerwy na nabranie sił. Wielokrotnie wyrzucał pióropusze pyłów i gazów na wysokość 10 km oraz bombardował ocean wokół odłamkami świeżo zastygłej lawy.

 

Dobry wulkan to czynny wulkan

 

Dopóki Whakaari spał, dopóty nie wzbudzał większego zainteresowania. Zajmowali się nim jedynie wulkanolodzy. Dopiero kiedy się obudził, stał się atrakcją turystyczną – początkowo niewielką, z czasem – olbrzymią. W ostatnich latach jego wystający ponad wodę czubek tworzący wyspę o średnicy ok. 2 km odwiedzało rocznie jakieś 20 tys. ludzi. Przypływali niedużymi statkami, przylatywali helikopterami… Obie usługi oferowały lokalne agencje turystyczne. Pobyt na Whakaari trwał mniej więcej godzinę. W tym czasie turyści mogli zejść z przewodnikiem do wnętrza krateru, by obserwować rozmaite zjawiska wulkaniczne, m.in. wyziewy gazów takich jak dwutlenek węgla, dwutlenek siarki czy para wodna.

Jak wszystkie czynne nowozelandzkie wulkany, również i ten jest regularnie badany przez naukowców i monitorowany przez państwową służbę geofizyczną. Zainstalowano tu trzy kamery obserwujące dno krateru, a także sejsmograf rejestrujący drżenia skorupy ziemskiej i mikrofon podsłuchujący wewnętrzne życie wielkiej góry utworzonej z lawy i popiołu. To standardowa aparatura służąca do inwigilacji wulkanów. Dodatkowo co trzy miesiące pobiera się próbki wody, gazów i gleby oraz wykonuje pomiary deformacji gruntu. Na tej podstawie można ze sporą precyzją określić, w jakim nastroju jest wulkan i czy skłonność do wybuchu wzrosła u niego, czy zmalała w ostatnim czasie.

W listopadzie ub.r. wulkanolodzy z Nowej Zelandii podnieśli dla Whakaari poziom zagrożenia z jedynki na dwójkę w skali od 0 do 5, co m.in. oznaczało potencjalne ryzyko erupcji. To jednak nie zniechęciło turystów. Dlaczego? Zapewne wykaże to śledztwo. Być może część z nich po prostu nie śledziła komunikatów wulkanologicznych, a inni zaufali biurom turystycznym, uznając, że skoro nie zawiesiły rejsów, to zagrożenie nadal jest znikome. Warto jednak zwrócić uwagę na nowe zjawisko w masowej turystyce – w ciągu dwóch ostatnich dekad szybko przybywało osób zainteresowanych oglądaniem, najlepiej z niewielkiej odległości, czynnych wulkanów.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 03/2020 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
10/2020
09/2020
Kalendarium
Wrzesień
27
W 2008 r. Zhai Zhigang jako pierwszy Chińczyk odbył spacer kosmiczny.
Warto przeczytać
Nie tylko tabliczka mnożenia, ale i dzielenia może sama wchodzić do głowy! Pomogą w tym zabawne, wpadające w ucho wierszyki, które pozostają w głowach uczniów. Dzięki błyskotliwym skojarzeniom pozwalają łatwo i bez wysiłku nie tylko nauczyć się tabliczki dzielenia w zakresie do 100, ale także zrozumieć, czym jest dzielenie i dlaczego nie musi sprawiać najmniejszych kłopotów.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2020-02-21
Apetyt na dreszcze

Fot. Wead/Shutterstock.com

Czynne wulkany zawsze przyciągały gapiów, ale dziś takich, którzy wdrapują się na nie, zaglądają do ich gorących kraterów, licząc na ekscytujące wrażenia, są dziesiątki tysięcy. Nowe zjawisko nazwano turystyką wulkaniczną.

Dziewiątego grudnia ub.r. w kraterze nowozelandzkiego wulkanu Whakaari znajdowało się 47 turystów, gdy ten nagle ożył. Konsekwencje erupcji okazały się tragiczne – 17 pechowców zginęło od razu lub zmarło w następnych dniach w wyniku głębokich poparzeń, ciał dwóch innych osób nie odnaleziono mimo dwutygodniowych poszukiwań; w styczniu większość spośród reszty poszkodowanych nadal przebywała w szpitalach w Nowej Zelandii z rozległymi poparzeniami skóry i jamy ustnej, a niektórzy z nich wciąż walczyli o życie.

Whakaari, zwany też Białą Wyspą (ang. White Island), wystaje z Oceanu Spokojnego w odległości ok. 50 km od brzegów Nowej Zelandii. Wznosi się na wysokość 321 m n.p.m., ale to tylko jedna czwarta jego całkowitego rozmiaru. Reszta wulkanicznego cielska skrywa się pod wodą, tworząc charakterystyczny stożek o łącznej wysokości ponad kilometra i średnicy u podstawy przekraczającej 10 km.

Nowa Zelandia to kraina wulkanów i zjawisk wulkanicznych. Mieszkańcy tego kraju przywykli do ich sąsiedztwa. Ba, ich największe miasto Auckland – dziś jest to półtoramilionowa aglomeracja – zbudowano na czynnym polu wulkanicznym, składającym się z kilkudziesięciu uśpionych stożków, co stanowi fenomen na skalę światową. Spośród wielu tamtejszych wulkanów kilka było szczególnie aktywnych w ostatnich stuleciach. Olbrzymi Ruapehu eksploduje średnio co 50 lat, a pomiędzy tymi dużymi erupcjami rejestruje się kilkadziesiąt mniejszych. Inny olbrzym Ngauruhoe (zagrał Górę Przeznaczenia we „Władcy pierścieni”) przez większą część XX w. budził się średnio co dziewięć lat, ale cztery dekady temu przysnął. Mniej więcej w tym samym czasie drzemkę przerwał Whakaari. Od 1975 r. eksploduje regularnie, robiąc sobie tylko krótkie przerwy na nabranie sił. Wielokrotnie wyrzucał pióropusze pyłów i gazów na wysokość 10 km oraz bombardował ocean wokół odłamkami świeżo zastygłej lawy.

 

Dobry wulkan to czynny wulkan

 

Dopóki Whakaari spał, dopóty nie wzbudzał większego zainteresowania. Zajmowali się nim jedynie wulkanolodzy. Dopiero kiedy się obudził, stał się atrakcją turystyczną – początkowo niewielką, z czasem – olbrzymią. W ostatnich latach jego wystający ponad wodę czubek tworzący wyspę o średnicy ok. 2 km odwiedzało rocznie jakieś 20 tys. ludzi. Przypływali niedużymi statkami, przylatywali helikopterami… Obie usługi oferowały lokalne agencje turystyczne. Pobyt na Whakaari trwał mniej więcej godzinę. W tym czasie turyści mogli zejść z przewodnikiem do wnętrza krateru, by obserwować rozmaite zjawiska wulkaniczne, m.in. wyziewy gazów takich jak dwutlenek węgla, dwutlenek siarki czy para wodna.

Jak wszystkie czynne nowozelandzkie wulkany, również i ten jest regularnie badany przez naukowców i monitorowany przez państwową służbę geofizyczną. Zainstalowano tu trzy kamery obserwujące dno krateru, a także sejsmograf rejestrujący drżenia skorupy ziemskiej i mikrofon podsłuchujący wewnętrzne życie wielkiej góry utworzonej z lawy i popiołu. To standardowa aparatura służąca do inwigilacji wulkanów. Dodatkowo co trzy miesiące pobiera się próbki wody, gazów i gleby oraz wykonuje pomiary deformacji gruntu. Na tej podstawie można ze sporą precyzją określić, w jakim nastroju jest wulkan i czy skłonność do wybuchu wzrosła u niego, czy zmalała w ostatnim czasie.

W listopadzie ub.r. wulkanolodzy z Nowej Zelandii podnieśli dla Whakaari poziom zagrożenia z jedynki na dwójkę w skali od 0 do 5, co m.in. oznaczało potencjalne ryzyko erupcji. To jednak nie zniechęciło turystów. Dlaczego? Zapewne wykaże to śledztwo. Być może część z nich po prostu nie śledziła komunikatów wulkanologicznych, a inni zaufali biurom turystycznym, uznając, że skoro nie zawiesiły rejsów, to zagrożenie nadal jest znikome. Warto jednak zwrócić uwagę na nowe zjawisko w masowej turystyce – w ciągu dwóch ostatnich dekad szybko przybywało osób zainteresowanych oglądaniem, najlepiej z niewielkiej odległości, czynnych wulkanów.