człowiek
Autor: Magdalena Gawin | dodano: 2012-06-13
Jak medycyna odkrywała kobiety fin de siecle'u

(Na zdjęciu: ilustracje pochodzą ze Złotej Księgi Kobiecej: "Kobieta lekarką domową. Podręcznik lekarski do pielęgnowania zdrowia i lecznictwa w rodzinie, z szczególnem uwzględnieniem chorób kobiecych i dziecięcych, położnictwa i pielęgnowania dzieci" przez Dr. med. Annę Fischer-Dückelmann, praktyczną lekarkę w Dreznie. Na polskie przełożyła za zezwoleniem Autorki Teresa Jaroszewska z współudziałem Dr. A. Czarnowskiego. 3. (trzecie) wydanie. Z 460 illustracyami oryginalnemi, 35 tablicami i dodatkami kolorowymi, jako też portretem Autorki. Wiedeń. Anny Arming, Wilhelma Arminga Wwy księgarnia nakładowa i eksportowa. 1912)

W końcu XIX wieku czasopisma medyczne poświęcały coraz więcej miejsca anatomii, fizjologii i psychologii kobiet. Nie opisywały już prostych faz ich życia: rytmu dojrzewania, okresu ciąży, porodu i połogu, ale różne stany fizjologiczne, jak menstruację i świeżo odkryte kobiece schorzenie - groźną blednicę

Przypomnijmy sobie scenę z "Anny Kareniny" Lwa Tołstoja. Do słabowitej Kitty Szczerbackiej, poddanej nieskutecznej kuracji tranem i lapisem, rodzina wzywa lekarza, wschodzącą gwiazdę rosyjskiej medycyny. Wezwany medyk wyrzuca wszystkich z pokoju, bez ceregieli przystępuje do badania chorej, pouczając ją jednocześnie, że wstydliwość wobec lekarza jest przeżytkiem barbarzyństwa i obraża go osobiście. Nie ulega wątpliwości, że ten nowy gatunek lekarzy nie przypadł Tołstojowi do gustu. Podkreśla on bowiem nienaturalność całej sytuacji, w której nauka uzyskuje status wyższy od obyczaju, a przez to prawo do jego brutalnego łamania. Tołstoj, bystry obserwator, bezbłędnie wychwycił jaskrawą sprzeczność wieku "kolei, elektryczności i postępu", rozdźwięk między obyczajowym rygoryzmem a bezwstydną medycyną, która właśnie "odkryła" kobiety.

Od końca lat 70. XIX wieku sztuka, a przede wszystkim literatura, baczniej przyglądała się kobietom. Emil Zola opisał życie codzienne ekspedientek z paryskiego domu towarowego ("Wszystko dla pań") i losy kobiety upadłej ("Nana"). W Warszawie Bolesław Prus w 1889 roku ukończył "Lalkę", kilka lat później "Emancypantki", a Thomas Hardy kreślił portrety psychologiczne Tessy ("Tessa d'Urberville") i Sue ("Juda nieznany").

Zmiana postrzegania kobiet nie dotyczyła jedynie artystycznych kreacji, manifestowała się równie mocno w nauce. Psychiatria, neurologia, seksuologia, a nawet lombrozjańska antropologia skierowały uwagę na kobiety. Życie społeczne i nauka podążały jednak w dwóch przeciwnych kierunkach. Tendencje emancypacyjne stopniowo niwelowały różnice między płciami, natomiast badania naukowe - przeciwnie, wzmacniały je.

Pulchna znaczy zdrowa

Dla lekarzy domowych okres od lat 80. XIX wieku do pierwszych strzałów w Sarajewie mijał pod zdecydowaną dominacją blednicy, jak nazywano różne objawy niedokrwistości u kobiet. Dolegliwość rozpoznawano po potliwości rąk, senności, spadku wagi. Najczęściej chorowały na nią dojrzewające panienki, stąd zwano ją nawet "chorobą podlotków".

Leczenie polegało na leżeniu i pochłanianiu wielkich ilości kalorycznych posiłków. Zofia Ordyńska (1882-1972) wspominała, że dr Stanisław Pareński z Galicji, teść Tadeusza Boya-Żeleńskiego, jeden z najbardziej wziętych lekarzy domowych, a jednocześnie autorytet w wyciąganiu podlotków z blednicy, przepisywał swoim pacjentkom następującą dietę: na śniadanie dwie bułki z masłem, jajko na miękko i kakao, na obiad befsztyk po angielsku z kaszą perłową suto okraszoną tłuszczem plus surówka z kiszonej kapusty z cukrem i oliwą. Do tego pół butelki porteru (sic!). Na deser legumina. Potem obfity podwieczorek i kolacja, jabłka z dziurami od żelaznych gwoździ - co miało zwiększyć zawartość żelaza w owocach, smarowane nalewką spirytusową na młodych pędach sosnowych i parę łyżek płynnego suplementu z dużą zawartością żelaza. Jeśli chodzi o dietę, to lekarze z warszawskiego "Zdrowia", najpopularniejszego czasopisma medyczno-społecznego, zgadzali się z sugestiami Pareńskiego. Zalecali spożywanie dużej ilości pieczonego (nie smażonego) mięsa: befsztyków, rostbefów, pieczeni z rożna, baraniny, przy jednoczesnym ograniczeniu owoców i warzyw (które dopuszczano jedynie w małych ilościach jako dodatki do mięs), całkowitym wyeliminowaniu sałaty, kwaśnych przypraw i dresingów, co miało gwarantować pozytywny przebieg kuracji. Z napojów radzono pić gorącą czekoladę i mleko, unikać zaś herbaty i kawy. Leżenie mogło być przerywane nieforsownym spacerem, po którym poddająca się kuracji dziewczyna musiała wracać do łóżka. I tak przez cały miesiąc, aż do całkowitego ozdrowienia.

Kuracja kończyła się spektakularnym przytyciem. Na otyłość jednak patrzono inaczej niż teraz. Zaokrąglona pensjonarka, rumiana na twarzy, o mocnych biodrach i ramionach spełniała kryteria zdrowia i estetyki. Zwroty "dobrze wyglądać", "poprawić się" oznaczały po prostu pożądany stan przytycia. "Wtedy bowiem - pisała Jadwiga z Sikorskich Klemensiewiczowa - nie szczupłe i wiotkie, nad takimi się litowano, uważając je za chore - lecz silne, tęgie, zwaliste kobiety miały powodzenie; dlatego też musiano gorsetami utrzymywać w formie zbyt obfite kształty niewieście. Młode panny, kandydatki na żony powinny być tłuściutkie, pulchne, rumiane na twarzy, jak krew z mlekiem".

W aptece i drogeriach można było kupić rozmaite syropy "antyblednicze", o działaniu wzmacniającym. Sporządzano je na bazie lecytyny w stugramowych flakonach i reklamowano jako niezawodne środki na niedokrwistość i inne schorzenia: neurastenię, gruźlicę, moczówkę, uwiąd starczy i krzywicę.

Na łamach "Zdrowia" lekarze przestrzegali rodziców przed zaniedbaniem objawów młodzieńczej blednicy, która nieleczona miała prowadzić do gruźlicy, powikłań ginekologicznych i zaburzeń nerwowych. W medycznych poradnikach występowała nawet charakterystyczna zbitka: "nerwowość-niedokrwistość", lub "niedokrwistość--nerwowość-melancholia", sugerująca, że u podstaw chorób nerwowych, przede wszystkim histerii i neurastenii, leżą nieprawidłowości związane ze składem krwi. Zgodnie z wytycznymi włoskiego antropologa Cesarego Lombrosa, w poradnikach prezentowano portrety młodych kobiet, na których twarzach można było wyczytać rzekome stygmaty niedokrwistości i zaburzeń psychicznych. Blednica zaliczona została do chorób degenerujących gatunek ludzki, czyli powodujących bliżej niezbadane anomalie, przekazywane potomstwu w procesie dziedziczenia. Przed następstwami blednicy ostrzegała pisarka Gabriela Zapolska, twórczyni Uniwersytetu Latającego Jadwiga Szczawińska-Dawidowa oraz wybitna publicystka Iza Moszczeńska.

(Źródłem wielu chorób kobiet: od nerwowości, melancholii, przez histerię, aż po ciężkie choroby psychiczne - miała być "niedobra" krew. Zgodnie z paradygmatem antropologii Cesarego Lombrosa stygmaty choroby wyciskały się na twarzach kobiet)

Wiele wskazuje na to, że na przełomie wieku XIX i XX zapanowała obsesja blednicy. Przyczyny tego zjawiska są złożone. Pierwsza to widoczny zwrot zainteresowania życiem codziennym i higieną kobiet w czasopiśmiennictwie społeczno-medycznym lekarzy. W 1910 roku Wacław Goździecki, znany higienista, relacjonował: "Dotychczas na kongresach higieny szkolnej zajmowano się przeważnie wychowywaniem chłopców, dziewczęta zaś zostawały w cieniu, zajmowały drugie i trzecie miejsce, jak gdyby w przyszłości jako kobiety dojrzałe miały odgrywać w życiu jedynie role podrzędne".

Epidemia blednicy to również efekt uboczny szukania przez lekarzy związku pomiędzy nieprawidłowościami w składzie krwi a chorobami nerwowymi u kobiet. Pod lupę brano nie tylko kobiety dojrzałe, ale przede wszystkim osoby młode, u których można było w porę wychwycić nieprawidłowości i zapobiec ich rozwojowi. Kolejną przyczyną blednicy był styl życia: brak ruchu, złe odżywianie się, noszenie ciasnego gorsetu, w który zakuwano już 15-letnie dziewczęta. Lekarze prowadzili kampanię przeciw gorsetom, demonstrowali, jak wyglądają ściśnięte fiszbinami żebra, przestrzegali przed gruźlicą, schorzeniami kręgosłupa. Wszystko na nic. Gorset pozwalał ukryć braki figury i kobiety broniły go, dopóki mogły.

Teorii na temat przyczyn blednicy w pierwszej dekadzie XX wieku było więcej. Uważano na przykład, że choroba dotyka lekkomyślne dziewczęta, forsujące nadmiernie młody organizm uciechami i pobudzeniem nerwów. Lekarze przestrzegali rodziców, aby nie wprowadzać córek zbyt wcześnie w świat życia towarzyskiego; wizyt, bali, opery i teatru. Jeden z higienistów karcił nauczycielki pozwalające uczennicom spisywać pamiętniki - miały one drażnić nerwy. Inny narzekał na przeciążenie dziewcząt nauką.
Wedle innej ówczesnej teorii blednica była wynikiem dysfunkcji cyklu miesiączkowego i bezwiednym przejawem budzącego się w dziewczętach seksualnego pożądania. Lekarze alarmowali, że dziewczęta oddają się grzechom tajemnym (masturbacji) równie często jak chłopcy. Na łamach "Zdrowia" rozpatrywano nałożenie na rodziców obowiązku wychowania seksualnego, aby zapobiec rozbudzeniu pożądania i namiętności u dziewcząt.

Blednicę zatem można analizować jako trawiącą nastolatki przypadłość , a także sposób na zdyscyplinowanie i przywołanie do porządku niepokornych córek. Rozplenienie się tej osobliwej choroby u schyłku XIX wieku było odpowiedzią na wzrastającą w sferze publicznej, życiu społecznym i politycznym, samodzielność kobiet.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 03/2009 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
02/2020
01/2020
Kalendarium
Styczeń
28
W 1611 r. urodził się Jan Heweliusz, polski astronom
Warto przeczytać
Jak można zmieścić całą wiedzę ludzkości w jednej książce? Z pozoru wydaje się to niemożliwe, jednak wszystko stanie się jasne, jeśli dodamy, że tą książką jest poradnik dla podróżujących w czasie, którzy bezpowrotnie utknęli w odległej przeszłości.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Gawin | dodano: 2012-06-13
Jak medycyna odkrywała kobiety fin de siecle'u

(Na zdjęciu: ilustracje pochodzą ze Złotej Księgi Kobiecej: "Kobieta lekarką domową. Podręcznik lekarski do pielęgnowania zdrowia i lecznictwa w rodzinie, z szczególnem uwzględnieniem chorób kobiecych i dziecięcych, położnictwa i pielęgnowania dzieci" przez Dr. med. Annę Fischer-Dückelmann, praktyczną lekarkę w Dreznie. Na polskie przełożyła za zezwoleniem Autorki Teresa Jaroszewska z współudziałem Dr. A. Czarnowskiego. 3. (trzecie) wydanie. Z 460 illustracyami oryginalnemi, 35 tablicami i dodatkami kolorowymi, jako też portretem Autorki. Wiedeń. Anny Arming, Wilhelma Arminga Wwy księgarnia nakładowa i eksportowa. 1912)

W końcu XIX wieku czasopisma medyczne poświęcały coraz więcej miejsca anatomii, fizjologii i psychologii kobiet. Nie opisywały już prostych faz ich życia: rytmu dojrzewania, okresu ciąży, porodu i połogu, ale różne stany fizjologiczne, jak menstruację i świeżo odkryte kobiece schorzenie - groźną blednicę

Przypomnijmy sobie scenę z "Anny Kareniny" Lwa Tołstoja. Do słabowitej Kitty Szczerbackiej, poddanej nieskutecznej kuracji tranem i lapisem, rodzina wzywa lekarza, wschodzącą gwiazdę rosyjskiej medycyny. Wezwany medyk wyrzuca wszystkich z pokoju, bez ceregieli przystępuje do badania chorej, pouczając ją jednocześnie, że wstydliwość wobec lekarza jest przeżytkiem barbarzyństwa i obraża go osobiście. Nie ulega wątpliwości, że ten nowy gatunek lekarzy nie przypadł Tołstojowi do gustu. Podkreśla on bowiem nienaturalność całej sytuacji, w której nauka uzyskuje status wyższy od obyczaju, a przez to prawo do jego brutalnego łamania. Tołstoj, bystry obserwator, bezbłędnie wychwycił jaskrawą sprzeczność wieku "kolei, elektryczności i postępu", rozdźwięk między obyczajowym rygoryzmem a bezwstydną medycyną, która właśnie "odkryła" kobiety.

Od końca lat 70. XIX wieku sztuka, a przede wszystkim literatura, baczniej przyglądała się kobietom. Emil Zola opisał życie codzienne ekspedientek z paryskiego domu towarowego ("Wszystko dla pań") i losy kobiety upadłej ("Nana"). W Warszawie Bolesław Prus w 1889 roku ukończył "Lalkę", kilka lat później "Emancypantki", a Thomas Hardy kreślił portrety psychologiczne Tessy ("Tessa d'Urberville") i Sue ("Juda nieznany").

Zmiana postrzegania kobiet nie dotyczyła jedynie artystycznych kreacji, manifestowała się równie mocno w nauce. Psychiatria, neurologia, seksuologia, a nawet lombrozjańska antropologia skierowały uwagę na kobiety. Życie społeczne i nauka podążały jednak w dwóch przeciwnych kierunkach. Tendencje emancypacyjne stopniowo niwelowały różnice między płciami, natomiast badania naukowe - przeciwnie, wzmacniały je.

Pulchna znaczy zdrowa

Dla lekarzy domowych okres od lat 80. XIX wieku do pierwszych strzałów w Sarajewie mijał pod zdecydowaną dominacją blednicy, jak nazywano różne objawy niedokrwistości u kobiet. Dolegliwość rozpoznawano po potliwości rąk, senności, spadku wagi. Najczęściej chorowały na nią dojrzewające panienki, stąd zwano ją nawet "chorobą podlotków".

Leczenie polegało na leżeniu i pochłanianiu wielkich ilości kalorycznych posiłków. Zofia Ordyńska (1882-1972) wspominała, że dr Stanisław Pareński z Galicji, teść Tadeusza Boya-Żeleńskiego, jeden z najbardziej wziętych lekarzy domowych, a jednocześnie autorytet w wyciąganiu podlotków z blednicy, przepisywał swoim pacjentkom następującą dietę: na śniadanie dwie bułki z masłem, jajko na miękko i kakao, na obiad befsztyk po angielsku z kaszą perłową suto okraszoną tłuszczem plus surówka z kiszonej kapusty z cukrem i oliwą. Do tego pół butelki porteru (sic!). Na deser legumina. Potem obfity podwieczorek i kolacja, jabłka z dziurami od żelaznych gwoździ - co miało zwiększyć zawartość żelaza w owocach, smarowane nalewką spirytusową na młodych pędach sosnowych i parę łyżek płynnego suplementu z dużą zawartością żelaza. Jeśli chodzi o dietę, to lekarze z warszawskiego "Zdrowia", najpopularniejszego czasopisma medyczno-społecznego, zgadzali się z sugestiami Pareńskiego. Zalecali spożywanie dużej ilości pieczonego (nie smażonego) mięsa: befsztyków, rostbefów, pieczeni z rożna, baraniny, przy jednoczesnym ograniczeniu owoców i warzyw (które dopuszczano jedynie w małych ilościach jako dodatki do mięs), całkowitym wyeliminowaniu sałaty, kwaśnych przypraw i dresingów, co miało gwarantować pozytywny przebieg kuracji. Z napojów radzono pić gorącą czekoladę i mleko, unikać zaś herbaty i kawy. Leżenie mogło być przerywane nieforsownym spacerem, po którym poddająca się kuracji dziewczyna musiała wracać do łóżka. I tak przez cały miesiąc, aż do całkowitego ozdrowienia.

Kuracja kończyła się spektakularnym przytyciem. Na otyłość jednak patrzono inaczej niż teraz. Zaokrąglona pensjonarka, rumiana na twarzy, o mocnych biodrach i ramionach spełniała kryteria zdrowia i estetyki. Zwroty "dobrze wyglądać", "poprawić się" oznaczały po prostu pożądany stan przytycia. "Wtedy bowiem - pisała Jadwiga z Sikorskich Klemensiewiczowa - nie szczupłe i wiotkie, nad takimi się litowano, uważając je za chore - lecz silne, tęgie, zwaliste kobiety miały powodzenie; dlatego też musiano gorsetami utrzymywać w formie zbyt obfite kształty niewieście. Młode panny, kandydatki na żony powinny być tłuściutkie, pulchne, rumiane na twarzy, jak krew z mlekiem".

W aptece i drogeriach można było kupić rozmaite syropy "antyblednicze", o działaniu wzmacniającym. Sporządzano je na bazie lecytyny w stugramowych flakonach i reklamowano jako niezawodne środki na niedokrwistość i inne schorzenia: neurastenię, gruźlicę, moczówkę, uwiąd starczy i krzywicę.

Na łamach "Zdrowia" lekarze przestrzegali rodziców przed zaniedbaniem objawów młodzieńczej blednicy, która nieleczona miała prowadzić do gruźlicy, powikłań ginekologicznych i zaburzeń nerwowych. W medycznych poradnikach występowała nawet charakterystyczna zbitka: "nerwowość-niedokrwistość", lub "niedokrwistość--nerwowość-melancholia", sugerująca, że u podstaw chorób nerwowych, przede wszystkim histerii i neurastenii, leżą nieprawidłowości związane ze składem krwi. Zgodnie z wytycznymi włoskiego antropologa Cesarego Lombrosa, w poradnikach prezentowano portrety młodych kobiet, na których twarzach można było wyczytać rzekome stygmaty niedokrwistości i zaburzeń psychicznych. Blednica zaliczona została do chorób degenerujących gatunek ludzki, czyli powodujących bliżej niezbadane anomalie, przekazywane potomstwu w procesie dziedziczenia. Przed następstwami blednicy ostrzegała pisarka Gabriela Zapolska, twórczyni Uniwersytetu Latającego Jadwiga Szczawińska-Dawidowa oraz wybitna publicystka Iza Moszczeńska.

(Źródłem wielu chorób kobiet: od nerwowości, melancholii, przez histerię, aż po ciężkie choroby psychiczne - miała być "niedobra" krew. Zgodnie z paradygmatem antropologii Cesarego Lombrosa stygmaty choroby wyciskały się na twarzach kobiet)

Wiele wskazuje na to, że na przełomie wieku XIX i XX zapanowała obsesja blednicy. Przyczyny tego zjawiska są złożone. Pierwsza to widoczny zwrot zainteresowania życiem codziennym i higieną kobiet w czasopiśmiennictwie społeczno-medycznym lekarzy. W 1910 roku Wacław Goździecki, znany higienista, relacjonował: "Dotychczas na kongresach higieny szkolnej zajmowano się przeważnie wychowywaniem chłopców, dziewczęta zaś zostawały w cieniu, zajmowały drugie i trzecie miejsce, jak gdyby w przyszłości jako kobiety dojrzałe miały odgrywać w życiu jedynie role podrzędne".

Epidemia blednicy to również efekt uboczny szukania przez lekarzy związku pomiędzy nieprawidłowościami w składzie krwi a chorobami nerwowymi u kobiet. Pod lupę brano nie tylko kobiety dojrzałe, ale przede wszystkim osoby młode, u których można było w porę wychwycić nieprawidłowości i zapobiec ich rozwojowi. Kolejną przyczyną blednicy był styl życia: brak ruchu, złe odżywianie się, noszenie ciasnego gorsetu, w który zakuwano już 15-letnie dziewczęta. Lekarze prowadzili kampanię przeciw gorsetom, demonstrowali, jak wyglądają ściśnięte fiszbinami żebra, przestrzegali przed gruźlicą, schorzeniami kręgosłupa. Wszystko na nic. Gorset pozwalał ukryć braki figury i kobiety broniły go, dopóki mogły.

Teorii na temat przyczyn blednicy w pierwszej dekadzie XX wieku było więcej. Uważano na przykład, że choroba dotyka lekkomyślne dziewczęta, forsujące nadmiernie młody organizm uciechami i pobudzeniem nerwów. Lekarze przestrzegali rodziców, aby nie wprowadzać córek zbyt wcześnie w świat życia towarzyskiego; wizyt, bali, opery i teatru. Jeden z higienistów karcił nauczycielki pozwalające uczennicom spisywać pamiętniki - miały one drażnić nerwy. Inny narzekał na przeciążenie dziewcząt nauką.
Wedle innej ówczesnej teorii blednica była wynikiem dysfunkcji cyklu miesiączkowego i bezwiednym przejawem budzącego się w dziewczętach seksualnego pożądania. Lekarze alarmowali, że dziewczęta oddają się grzechom tajemnym (masturbacji) równie często jak chłopcy. Na łamach "Zdrowia" rozpatrywano nałożenie na rodziców obowiązku wychowania seksualnego, aby zapobiec rozbudzeniu pożądania i namiętności u dziewcząt.

Blednicę zatem można analizować jako trawiącą nastolatki przypadłość , a także sposób na zdyscyplinowanie i przywołanie do porządku niepokornych córek. Rozplenienie się tej osobliwej choroby u schyłku XIX wieku było odpowiedzią na wzrastającą w sferze publicznej, życiu społecznym i politycznym, samodzielność kobiet.