ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-04
Powrót złego Boga

Pół wieku temu - 22 maja 1960 roku - w południowym Chile zanotowano najsilniejszy wstrząs sejsmiczny na Ziemi. Żyjący tu od tysięcy lat Indianie Mapuche wierzą, że tego dnia zwarły się ze sobą zły bóg oceanu Kai-Kai i dobry bóg lądu Tren-Tren. Nie pierwszy raz i nie ostatni.

Wojna między złymi i dobrymi bóstwami toczy się w Chile od niepamiętnych czasów. I toczyć się będzie jeszcze długo. Tak samo w Peru, Ekwadorze i Kolumbii, czyli wszędzie tam, gdzie olbrzymi łańcuch górski Andów zanurza się szybko w toń morską. Wzdłuż pacyficznych brzegów Ameryki Południowej, w odległości 100-200 km od kontynentu, dno oceanu przecina rysa - wąska, długa i bardzo głęboka. To Rów Peruwiańsko-Chilijski. Przy długości przekraczającej 6 tys. km ma on zaledwie 50-70 km szerokości i miejscami aż 8 km głębokości. Ta otchłań jest oddalona zaledwie 400 km od najwyższych szczytów Andów, które wznoszą się na wysokość prawie 7 km!

Nie ma drugiego miejsca na planecie, gdzie na tak krótkim dystansie różnica poziomów sięgałaby niemal 15 km. Nie ma też drugiego regionu Ziemi tak często nawiedzanego przez wstrząsy tektoniczne przekraczające osiem stopni w skali Richtera. Obliczono, że jedna trzecia całej energii sejsmicznej uwolnionej przez Ziemię w zeszłym stuleciu przypada na trzęsienia występujące wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. Trzęsienie, które dokładnie pół wieku temu zakołysało południowym Chile, miało w tym duży udział. Nastąpiło 22 maja 1960 roku około drugiej po południu czasu lokalnego. Jego epicentrum znajdowało się na północ od miasta Valdivia i dlatego ten kataklizm jest nazywany trzęsieniem Valdivia.

Ostatnie ostrzeżenie
Skorupa ziemska w Chile obudziła się już dobę wcześniej - ziemia zadrżała najpierw raz, potem drugi i trzeci. Te tzw. wstrząsy poprzedzające następowały w kilkugodzinnych odstępach. Skały przemieszczały się coraz bliżej powierzchni, a drżenia były coraz silniejsze i rozleglejsze. Ostatnie z nich zanotowano dosłownie na kilkanaście minut przed właściwym trzęsieniem, które odczuła cała planeta.

Nie od razu zdano sobie sprawę z rozmiarów kataklizmu. Wiedziano, że był silny, ale upłynęło wiele lat, zanim wydarzenie to zostało szczegółowo opisane na podstawie dokładnych analiz zapisów sejsmografów. Dopiero w latach 70. oszacowano np. ilość uwolnionej wówczas energii sejsmicznej. Wynosiła ok. 2,5 Gt trotylu, czyli była setki tysięcy razy większa niż bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. W 1974 roku Hiroo Kanamori i John Cipar, sejsmolodzy z California Institute of Technology w Pasadenie, szczegółowo odtworzyli przebieg zdarzeń bezpośrednio poprzedzających główny wstrząs. Dowodzili, że ok. 15 min wcześniej skały w głębi skorupy ziemskiej przesunęły się o 30 m. Jednak czyniły to powoli - ich wędrówka trwała 5-10 min. Dopiero w parę minut później kostki sejsmicznego domina runęły raptownie, przemieszczając się o 24 m w ciągu kilkudziesięciu sekund.
Tąpnięcie było tak gigantyczne, że zachwiało osią ziemską i zmniejszyło prędkość ruchu wirowego planety. Chile i Argentyna zostały podrzucone, a dno morskie w pobliżu chilijskiego wybrzeża podniosło się o kilka metrów, uruchamiając serię wielkich fal tsunami. Wstrząs powalił połowę domów w Valdivii. Zmiótł też z powierzchni ziemi wiele mniejszych miejscowości. Większość z nich zniszczyły fale wysokości przekraczającej 20 m. Ściana wody uderzyła z furią w ląd na długości ponad tysiąca kilometrów. Niektóre miejscowości nadmorskie, np. Corral i Puerto Saavedra, praktycznie przestały istnieć. W tym drugim miasteczku morze wdarło się w głąb lądu na odległość 3 km.

To właśnie uderzenie fal morskich zabiło większość spośród około półtora tysiąca ofiar kataklizmu w Chile. Łączne straty materialne były olbrzymie - zostało zrujnowanych 130 tys. domów, a 2 mln ludzi zostało bez dachu nad głową. Jednak jak na rozmiary kataklizmu i zasięg zniszczeń, ofiar w ludziach nie było dużo. Znacznie słabsze trzęsienia potrafią przecież zabijać dziesiątki tysięcy ludzi. W tym przypadku jednak natura ostrzegła ludzi, inicjując wstrząsy poprzedzające szczególnie ten ostatni. Wiele osób zdołało uciec z domów, które wkrótce runęły. Przyroda zabrała ludziom wszystko, lecz większości z nich darowała życie.

Wąż dobry i wąż zły
Ale ludzie ginęli nie tylko w Chile. Piętnaście godzin po trzęsieniu fale tsunami dotarły do miasteczka Hilo na Hawaii - największej wyspie archipelagu Hawajów oddalonego od Chile o 10 tys. km. Do Hilo przybyło osiem fal. Dwie pierwsze pojawiły się 23 maja około południa czasu miejscowego. Miały jednak niewielkie rozmiary i nie wzbudziły podejrzeń. Po godzinie przyszła trzecia, najgorsza. Ściana wody wysokości 10 m wdarła się na kilometr w głąb lądu, obracając w ruinę centrum miasteczka. Zabiła 61 osób, raniła ponad dwieście.

Rozszalałe fale wędrowały dalej - przetaczały się przez kolejne wyspy Hawajów, wszędzie czyniły szkody, choć nie tak duże jak w Hilo. Następnie pognały w kierunku Japonii. Do japońskiej wyspy Honsiu dotarły siedem godzin później. Gdy wynurzyły się z morza, miały 5,5 m wysokości. Zniszczyły 1600 domów i zabiły 185 osób. Inna fala spustoszyła wybrzeża Filipin, gdzie liczba ofiar przekroczyła 30. Od tsunami ucierpiały też: Nowa Zelandia, Alaska, Kalifornia oraz wiele wysp pacyficznych. Ocean uspokoił się dopiero po trzech dniach.

Tymczasem w Chile trwał koncert żywiołów. W wyniku wstrząsu zapadł się bowiem spory fragment wybrzeża. W niektórych miejscach poziom gruntu obniżył się o półtora metra. Natychmiast wdzierało się tam morze, zalewając ulice i domy. W obudzonych przez trzęsienie Andach ruszyły w dół setki osuwisk - jedno z nich spiętrzyło jezioro Rinihue. Gdyby woda z niego nagle runęła w dół, zalałaby dolinę zamieszkałą przez 100 tys. ludzi. Cudem udało się usunąć część osuniętej ziemi i zapobiec katastrofie. Dwa dni po trzęsieniu drzemkę przerwał wulkan Cordón Caulle - tym razem jednak jego potężna erupcja nie wzbudziła większego zainteresowania. Ludzie mieli większe kłopoty. Największą grozę budziły wstrząsy wtórne - częste i silne. W ciągu dwóch tygodni naliczono ich ponad 20. Dni mijały, a ziemia nie chciała się uspokoić. W każdej chwili spodziewano się kolejnej tragedii. Indianie Mapuche, pierwotni mieszkańcy środkowego i południowego Chile, zaczęli mówić o wielkim gniewie boga oceanu.

W tradycyjnych wierzeniach tego prastarego ludu, obecnie stanowiącego ok. 5% populacji kraju, ważną rolę odgrywa potężne bóstwo morza Kai-Kai, którego wyobrażeniem jest wąż. Zazwyczaj utożsamia się go ze złymi mocami, od których los ludzki jest jednak mocno uzależniony. Przeciwwagę dla niego stanowi dobry bóg lądu zwany Tren-Tren, opiekun ludzi. On także występuje w wierzeniach pod postacią węża. Obie te moce toczą między sobą regularne wojny. W mitologii Mapuche stale powraca motyw wielkiej powodzi, którą w asyście trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów sprowadził Kai-Kai. Ludzie ocaleli dzięki dobremu wężowi, który wzniósł wielką górę, na której mogli się schronić. Jednak to nie wystarczyło - powodzie i trzęsienia ustały dopiero wtedy, gdy oceanowi złożono ofiarę z ludzi. Jeszcze pół wieku temu różne wersje tego mitu można było usłyszeć od Mapuche. Strażnikami tych wierzeń byli szamani (machi), a raczej szamanki, bo to głównie kobiety pełniły tę funkcję.

Zaraz po trzęsieniu ziemi w 1960 roku za namową machi w jednej z miejscowości zniszczonych przez tsunami i zalanych przez wody oceaniczne uśmiercono pięcioletniego chłopca. Odrąbano mu ręce i nogi, które wrzucono do morza, a okaleczone ciało pozostawiono na plaży, aby zabrał je przypływ.


Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 06/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1981 r. Amerykańskie Centrum Kontroli i Prewencji Chorób doniosło, że 5 homoseksualistów zapadło na rzadką odmianę zapalenia płuc. Był to pierwszy opis choroby, rok później nazwanej AIDS.
Warto przeczytać
Co by było, gdyby twój poziom inteligencji okazał się wyższy, niż ci się wydaje? Czy w twojej głowie kryje się geniusz, który tylko czeka, żeby się ujawnić? A może chciałbyś zażyć pigułkę, która zwiększy twój potencjał intelektualny?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-04
Powrót złego Boga

Pół wieku temu - 22 maja 1960 roku - w południowym Chile zanotowano najsilniejszy wstrząs sejsmiczny na Ziemi. Żyjący tu od tysięcy lat Indianie Mapuche wierzą, że tego dnia zwarły się ze sobą zły bóg oceanu Kai-Kai i dobry bóg lądu Tren-Tren. Nie pierwszy raz i nie ostatni.

Wojna między złymi i dobrymi bóstwami toczy się w Chile od niepamiętnych czasów. I toczyć się będzie jeszcze długo. Tak samo w Peru, Ekwadorze i Kolumbii, czyli wszędzie tam, gdzie olbrzymi łańcuch górski Andów zanurza się szybko w toń morską. Wzdłuż pacyficznych brzegów Ameryki Południowej, w odległości 100-200 km od kontynentu, dno oceanu przecina rysa - wąska, długa i bardzo głęboka. To Rów Peruwiańsko-Chilijski. Przy długości przekraczającej 6 tys. km ma on zaledwie 50-70 km szerokości i miejscami aż 8 km głębokości. Ta otchłań jest oddalona zaledwie 400 km od najwyższych szczytów Andów, które wznoszą się na wysokość prawie 7 km!

Nie ma drugiego miejsca na planecie, gdzie na tak krótkim dystansie różnica poziomów sięgałaby niemal 15 km. Nie ma też drugiego regionu Ziemi tak często nawiedzanego przez wstrząsy tektoniczne przekraczające osiem stopni w skali Richtera. Obliczono, że jedna trzecia całej energii sejsmicznej uwolnionej przez Ziemię w zeszłym stuleciu przypada na trzęsienia występujące wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej. Trzęsienie, które dokładnie pół wieku temu zakołysało południowym Chile, miało w tym duży udział. Nastąpiło 22 maja 1960 roku około drugiej po południu czasu lokalnego. Jego epicentrum znajdowało się na północ od miasta Valdivia i dlatego ten kataklizm jest nazywany trzęsieniem Valdivia.

Ostatnie ostrzeżenie
Skorupa ziemska w Chile obudziła się już dobę wcześniej - ziemia zadrżała najpierw raz, potem drugi i trzeci. Te tzw. wstrząsy poprzedzające następowały w kilkugodzinnych odstępach. Skały przemieszczały się coraz bliżej powierzchni, a drżenia były coraz silniejsze i rozleglejsze. Ostatnie z nich zanotowano dosłownie na kilkanaście minut przed właściwym trzęsieniem, które odczuła cała planeta.

Nie od razu zdano sobie sprawę z rozmiarów kataklizmu. Wiedziano, że był silny, ale upłynęło wiele lat, zanim wydarzenie to zostało szczegółowo opisane na podstawie dokładnych analiz zapisów sejsmografów. Dopiero w latach 70. oszacowano np. ilość uwolnionej wówczas energii sejsmicznej. Wynosiła ok. 2,5 Gt trotylu, czyli była setki tysięcy razy większa niż bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. W 1974 roku Hiroo Kanamori i John Cipar, sejsmolodzy z California Institute of Technology w Pasadenie, szczegółowo odtworzyli przebieg zdarzeń bezpośrednio poprzedzających główny wstrząs. Dowodzili, że ok. 15 min wcześniej skały w głębi skorupy ziemskiej przesunęły się o 30 m. Jednak czyniły to powoli - ich wędrówka trwała 5-10 min. Dopiero w parę minut później kostki sejsmicznego domina runęły raptownie, przemieszczając się o 24 m w ciągu kilkudziesięciu sekund.
Tąpnięcie było tak gigantyczne, że zachwiało osią ziemską i zmniejszyło prędkość ruchu wirowego planety. Chile i Argentyna zostały podrzucone, a dno morskie w pobliżu chilijskiego wybrzeża podniosło się o kilka metrów, uruchamiając serię wielkich fal tsunami. Wstrząs powalił połowę domów w Valdivii. Zmiótł też z powierzchni ziemi wiele mniejszych miejscowości. Większość z nich zniszczyły fale wysokości przekraczającej 20 m. Ściana wody uderzyła z furią w ląd na długości ponad tysiąca kilometrów. Niektóre miejscowości nadmorskie, np. Corral i Puerto Saavedra, praktycznie przestały istnieć. W tym drugim miasteczku morze wdarło się w głąb lądu na odległość 3 km.

To właśnie uderzenie fal morskich zabiło większość spośród około półtora tysiąca ofiar kataklizmu w Chile. Łączne straty materialne były olbrzymie - zostało zrujnowanych 130 tys. domów, a 2 mln ludzi zostało bez dachu nad głową. Jednak jak na rozmiary kataklizmu i zasięg zniszczeń, ofiar w ludziach nie było dużo. Znacznie słabsze trzęsienia potrafią przecież zabijać dziesiątki tysięcy ludzi. W tym przypadku jednak natura ostrzegła ludzi, inicjując wstrząsy poprzedzające szczególnie ten ostatni. Wiele osób zdołało uciec z domów, które wkrótce runęły. Przyroda zabrała ludziom wszystko, lecz większości z nich darowała życie.

Wąż dobry i wąż zły
Ale ludzie ginęli nie tylko w Chile. Piętnaście godzin po trzęsieniu fale tsunami dotarły do miasteczka Hilo na Hawaii - największej wyspie archipelagu Hawajów oddalonego od Chile o 10 tys. km. Do Hilo przybyło osiem fal. Dwie pierwsze pojawiły się 23 maja około południa czasu miejscowego. Miały jednak niewielkie rozmiary i nie wzbudziły podejrzeń. Po godzinie przyszła trzecia, najgorsza. Ściana wody wysokości 10 m wdarła się na kilometr w głąb lądu, obracając w ruinę centrum miasteczka. Zabiła 61 osób, raniła ponad dwieście.

Rozszalałe fale wędrowały dalej - przetaczały się przez kolejne wyspy Hawajów, wszędzie czyniły szkody, choć nie tak duże jak w Hilo. Następnie pognały w kierunku Japonii. Do japońskiej wyspy Honsiu dotarły siedem godzin później. Gdy wynurzyły się z morza, miały 5,5 m wysokości. Zniszczyły 1600 domów i zabiły 185 osób. Inna fala spustoszyła wybrzeża Filipin, gdzie liczba ofiar przekroczyła 30. Od tsunami ucierpiały też: Nowa Zelandia, Alaska, Kalifornia oraz wiele wysp pacyficznych. Ocean uspokoił się dopiero po trzech dniach.

Tymczasem w Chile trwał koncert żywiołów. W wyniku wstrząsu zapadł się bowiem spory fragment wybrzeża. W niektórych miejscach poziom gruntu obniżył się o półtora metra. Natychmiast wdzierało się tam morze, zalewając ulice i domy. W obudzonych przez trzęsienie Andach ruszyły w dół setki osuwisk - jedno z nich spiętrzyło jezioro Rinihue. Gdyby woda z niego nagle runęła w dół, zalałaby dolinę zamieszkałą przez 100 tys. ludzi. Cudem udało się usunąć część osuniętej ziemi i zapobiec katastrofie. Dwa dni po trzęsieniu drzemkę przerwał wulkan Cordón Caulle - tym razem jednak jego potężna erupcja nie wzbudziła większego zainteresowania. Ludzie mieli większe kłopoty. Największą grozę budziły wstrząsy wtórne - częste i silne. W ciągu dwóch tygodni naliczono ich ponad 20. Dni mijały, a ziemia nie chciała się uspokoić. W każdej chwili spodziewano się kolejnej tragedii. Indianie Mapuche, pierwotni mieszkańcy środkowego i południowego Chile, zaczęli mówić o wielkim gniewie boga oceanu.

W tradycyjnych wierzeniach tego prastarego ludu, obecnie stanowiącego ok. 5% populacji kraju, ważną rolę odgrywa potężne bóstwo morza Kai-Kai, którego wyobrażeniem jest wąż. Zazwyczaj utożsamia się go ze złymi mocami, od których los ludzki jest jednak mocno uzależniony. Przeciwwagę dla niego stanowi dobry bóg lądu zwany Tren-Tren, opiekun ludzi. On także występuje w wierzeniach pod postacią węża. Obie te moce toczą między sobą regularne wojny. W mitologii Mapuche stale powraca motyw wielkiej powodzi, którą w asyście trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów sprowadził Kai-Kai. Ludzie ocaleli dzięki dobremu wężowi, który wzniósł wielką górę, na której mogli się schronić. Jednak to nie wystarczyło - powodzie i trzęsienia ustały dopiero wtedy, gdy oceanowi złożono ofiarę z ludzi. Jeszcze pół wieku temu różne wersje tego mitu można było usłyszeć od Mapuche. Strażnikami tych wierzeń byli szamani (machi), a raczej szamanki, bo to głównie kobiety pełniły tę funkcję.

Zaraz po trzęsieniu ziemi w 1960 roku za namową machi w jednej z miejscowości zniszczonych przez tsunami i zalanych przez wody oceaniczne uśmiercono pięcioletniego chłopca. Odrąbano mu ręce i nogi, które wrzucono do morza, a okaleczone ciało pozostawiono na plaży, aby zabrał je przypływ.