człowiek
Autor: Paulina Wojciechowska | dodano: 2012-07-04
Żółta febra i globus Korczyńskiej

Rozmowa o chorobach to rozrywka z rodzaju „Księgi tysiąca i jednej nocy", powiedział kiedyś William Osler, kanadyjski lekarz zwany ojcem współczesnej medycyny. Istotnie, trudno o takie zgromadzenie towarzyskie, na którym kwestia chorób nie zostałaby poruszona. Ale niewielu zastanawia się, co to jest choroba. Tymczasem odpowiedź nie jest oczywista. Co więcej, próba odpowiedzi pociąga za sobą wiele innych pytań.

Choroba i zdrowie tworzą parę przeciwieństw (opozycję binarną), podobnie jak ciało-umysł czy pacjent-lekarz. Wielu badaczy zajmowało się tą dychotomią. Okazuje się, że o chorobie nie dałoby się mówić, gdybyśmy nie posiadali wizerunku pożądanego stanu zdrowia. Tak więc przeciwieństwem choroby na np. ospę jest stan bez zakażenia herpeswirusem VZV, przeciwieństwem zachorowania na raka jest zaś stan bez nowotworu. Jednak nie zawsze owe wizerunki stanu zdrowia i choroby są tak jednoznaczne. Przykładem jest homoseksualizm - dopiero w latach 70. ubiegłego wieku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne usunęło go z rejestru zaburzeń, przedtem klasyfikowano go w podkategorii socjopatycznych chorób osobowości. Tym samym za stan „zdrowy" i „pożądany" uznawano heteroseksualizm. Podobnie, jeśli przyjrzeć się obecnie uznawanym zaburzeniom osobowości, można dostrzec, że ich przeciwieństwo („zdrowie") bywa interesująco skorelowane z cechami cenionymi przez dominującą kulturę. Na przykład, w chorobach afektywnych za normę przyjmuje się stan, w którym jednostka ma zdolność kontroli nastroju i emocji. Z kolei uznanie za zaburzenie fobii społecznej czyni stanem pożądanym pewność siebie w sytuacjach społecznych. Jest to spójne z wartościami cenionymi w kulturze zachodniej, gdzie do cech mile widzianych należą pewność siebie, pewna doza przebojowości oraz indywidualistyczna swoboda wymagająca zachowywania dystansu i opanowania nawet w trudnych emocjonalnie sytuacjach, czyli minimalizująca zachowania prowadzące do samoodsłaniania się jednostki.

Ów mechanizm istnieje też w chorobach somatycznych, z tym że aby go dostrzec, trzeba nieco więcej wysiłku - choroby te, z racji swoich często dosyć wyraźnych objawów, postrzegane są zwykle w sposób o wiele bardziej arbitralny. Rozważmy choćby fenyloketonurię. Uważa się ją za chorobę genetyczną, ponieważ większość społeczeństwa nie ma mutacji w genie kodującym hydroksylazę fenyloalaninową. Wobec tego pożądanym stanem („zdrowia") jest stan bez fenyloketonurii.

Wyobraźmy sobie jednak, że mieszkamy na planecie, gdzie wszyscy mają mutację genu odpowiedzialną za fenyloketonurię - wtedy konieczna byłaby powszechna dieta bez fenyloalaniny i wówczas choroba ta byłaby uważana za środowiskową. Dieta z fenyloalaniną skutkowałaby chorobą, podobnie jak na Ziemi staje się chorym człowiek, który zje muchomora sromotnikowego. Zdrowym byłby człowiek z mutacją genu kodującego hydroksylazę fenyloalaninową, ale którego dieta nie zawiera fenyloalaniny - podobnie jak obecnie zdrowym jest człowiek, który nie zjadł muchomora sromotnikowego ani żadnego innego grzyba zawierającego amatoksyny. Po prostu nikt nie mógłby jeść produktów z fenyloalaniną i jeśliby je zjadł, zapadałby na chorobę.

Illness kontra disease
Ponieważ definicja choroby jako antytezy zdrowia może być zatem nieco wieloznaczna, we współczesnej biomedycynie choroba jest definiowana przez pryzmat patologii. I tak na przykład przewlekła obturacyjna choroba płuc jest definiowana jako zespół charakteryzujący się postępującym i niecałkowicie odwracalnym ograniczeniem przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Czasem jednak sami nie wiemy, że mamy już w sobie chorobę - jest tak w przypadku niektórych chorób genetycznych. Przykładem może tu być dziedziczona autosomalnie dominująco choroba Huntingtona, która uwidacznia się u osób, które przekroczyły 25 rok życia - wcześniej nosiciel genu odpowiedzialnego za tę chorobę nie będzie odczuwał jej skutków.

Możliwa jest też sytuacja odwrotna - nawet z własnego doświadczenia łatwo byłoby nam przywołać z pamięci przykłady, kiedy to patologicznie nie można było stwierdzić, że z nami jest coś nie tak, ale jednak czuliśmy się „niewyraźnie". Istotnie, z tego właśnie powodu choroba jest definiowana jako pojęcie określające każde odstępstwo od zdrowia organizmu, podczas gdy zdrowie jest określane jako stan dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, umożliwiający prowadzenie produktywnego życia społecznego i ekonomicznego. W praktyce zatem medycyna, zajmując się chorobą, zajmuje się odstępstwem od owego dobrego samopoczucia, czyli samopoczuciem złym. Czy też inaczej: subiektywnym odczuciem choroby. W języku angielskim stosowane jest nawet rozróżnienie między disease, chorobą istniejącą ze ściśle medycznego punktu widzenia, a illness, czyli subiektywnym odczuciem choroby przez pacjenta. Wobec tego wszystkiego, jak można się spodziewać, nauka o klasyfikacji chorób, czyli nozologia, nie oferuje nam systemu jednolitego i podobnie jak etiologia chorób zmienia się w czasie. Klasyfikuje się zatem choroby ze względu na symptomy, przyczyny poza ciałem, mechanizm działania. Istnieje wreszcie taki byt jak syndrom - zbiór symptomów często bez wyraźnego mechanizmu powodującego np. syndrom chronicznego zmęczenia.

Jak tłumaczy się choroby
Rozważmy, jak można na różne sposoby tłumaczyć jedno zjawisko chorobowe, na przykładzie epidemii żółtej febry, która w roku 1793 opanowała Filadelfię i spowodowała śmierć kilku tysięcy osób, zmuszając George'a Washingtona do salwowania się ucieczką. Jej przyczyn doszukiwano się w niskim poziomie moralnym ludzi na nią zapadających: „przypisuję ją chorobliwym składnikom atmosfery, wskutek brudnych ulic, nie wietrzonych domostw i brudnych ludzi", pisał Charles Brockden-Brown. Przez jakiś czas uważano też żółtą febrę za chorobę wątroby, względnie krwiobiegu. Obecnie wiemy, że powoduje ją wirus z grupy flawiwirusów, którego, jak łatwo zgadnąć, ludzkie prowadzenie się zupełnie nic nie obchodzi. Dodajmy, że w historii medycyny nie jest to jedyny przykład tego rodzaju ludzkiej kreatywności.

Łatwo byłoby jednak ulec pokusie i wzruszyć ramionami, mówiąc sobie: tak było kiedyś, dziś takich dziwnych wytłumaczeń nikt nie wymyśla. Czy rzeczywiście? Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz lat nie więcej niż 20, i przypomnieć sobie, jak stygmatyzowano osoby zakażone HIV. Co więcej, nawet i obecnie można spotkać się z podziałem ofiar tego wirusa na zachorowania „zawinione" oraz „niezawinione". Zawinionymi miałyby więc być infekcje osób o bujnym życiu seksualnym, a niezawinionymi - zakażenie wiernej żony przez niewiernego męża lub na skutek transfuzji krwi, co, oczywiście, koliduje z jakąkolwiek logiką, gdyż wirusy nie stanowią części wymiaru sprawiedliwości i dlatego nie można chorób przez nie wywoływanych oceniać w kategoriach wyroków sądowych. Podobnie, przez długi czas alkoholizm był uznawany za chorobę osób o wątpliwych standardach moralnych, a i współcześnie w niektórych sferach społecznych panuje pogląd, że jest to problem innej - w domyśle „gorszej" - klasy. (...)

Lobbing pacjentów
Odpowiedzi na pytania, co i dlaczego jest chorobą oraz jakie są jej przyczyny, nie są takie proste. Podobnie jest z prawem do definiowania choroby i uznawania czegoś za chorobę. Generalnie, prerogatywy te znajdują się w gestii profesji medycznej. Ale medycy nie są odrębnym bytem zawieszonym w próżni. Nie zajmują się klasyfikacją niemych narzędzi - przedmiot ich zabiegów jest żywy. Nic więc dziwnego, że w mechanizmach uznawania chorób i ustalania ich etiologii pojawia się lobbing, np. ze strony osób, które starają się, aby uznano je za chore.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 07/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
03/2020
02/2020
Kalendarium
Luty
21
W 1936 r. uruchomiono kolej linową na Kasprowy Wierch
Warto przeczytać
Jedząc mięso i jeżdżąc samochodem, też możesz uratować świat. Pożegnaj się tylko z każdorazowym spuszczaniem wody w toalecie. Dobra wiadomość: żeby ratować świat, wcale nie musisz zostać weganinem-cyklistą, myjącym się dwa razy w tygodniu.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Paulina Wojciechowska | dodano: 2012-07-04
Żółta febra i globus Korczyńskiej

Rozmowa o chorobach to rozrywka z rodzaju „Księgi tysiąca i jednej nocy", powiedział kiedyś William Osler, kanadyjski lekarz zwany ojcem współczesnej medycyny. Istotnie, trudno o takie zgromadzenie towarzyskie, na którym kwestia chorób nie zostałaby poruszona. Ale niewielu zastanawia się, co to jest choroba. Tymczasem odpowiedź nie jest oczywista. Co więcej, próba odpowiedzi pociąga za sobą wiele innych pytań.

Choroba i zdrowie tworzą parę przeciwieństw (opozycję binarną), podobnie jak ciało-umysł czy pacjent-lekarz. Wielu badaczy zajmowało się tą dychotomią. Okazuje się, że o chorobie nie dałoby się mówić, gdybyśmy nie posiadali wizerunku pożądanego stanu zdrowia. Tak więc przeciwieństwem choroby na np. ospę jest stan bez zakażenia herpeswirusem VZV, przeciwieństwem zachorowania na raka jest zaś stan bez nowotworu. Jednak nie zawsze owe wizerunki stanu zdrowia i choroby są tak jednoznaczne. Przykładem jest homoseksualizm - dopiero w latach 70. ubiegłego wieku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne usunęło go z rejestru zaburzeń, przedtem klasyfikowano go w podkategorii socjopatycznych chorób osobowości. Tym samym za stan „zdrowy" i „pożądany" uznawano heteroseksualizm. Podobnie, jeśli przyjrzeć się obecnie uznawanym zaburzeniom osobowości, można dostrzec, że ich przeciwieństwo („zdrowie") bywa interesująco skorelowane z cechami cenionymi przez dominującą kulturę. Na przykład, w chorobach afektywnych za normę przyjmuje się stan, w którym jednostka ma zdolność kontroli nastroju i emocji. Z kolei uznanie za zaburzenie fobii społecznej czyni stanem pożądanym pewność siebie w sytuacjach społecznych. Jest to spójne z wartościami cenionymi w kulturze zachodniej, gdzie do cech mile widzianych należą pewność siebie, pewna doza przebojowości oraz indywidualistyczna swoboda wymagająca zachowywania dystansu i opanowania nawet w trudnych emocjonalnie sytuacjach, czyli minimalizująca zachowania prowadzące do samoodsłaniania się jednostki.

Ów mechanizm istnieje też w chorobach somatycznych, z tym że aby go dostrzec, trzeba nieco więcej wysiłku - choroby te, z racji swoich często dosyć wyraźnych objawów, postrzegane są zwykle w sposób o wiele bardziej arbitralny. Rozważmy choćby fenyloketonurię. Uważa się ją za chorobę genetyczną, ponieważ większość społeczeństwa nie ma mutacji w genie kodującym hydroksylazę fenyloalaninową. Wobec tego pożądanym stanem („zdrowia") jest stan bez fenyloketonurii.

Wyobraźmy sobie jednak, że mieszkamy na planecie, gdzie wszyscy mają mutację genu odpowiedzialną za fenyloketonurię - wtedy konieczna byłaby powszechna dieta bez fenyloalaniny i wówczas choroba ta byłaby uważana za środowiskową. Dieta z fenyloalaniną skutkowałaby chorobą, podobnie jak na Ziemi staje się chorym człowiek, który zje muchomora sromotnikowego. Zdrowym byłby człowiek z mutacją genu kodującego hydroksylazę fenyloalaninową, ale którego dieta nie zawiera fenyloalaniny - podobnie jak obecnie zdrowym jest człowiek, który nie zjadł muchomora sromotnikowego ani żadnego innego grzyba zawierającego amatoksyny. Po prostu nikt nie mógłby jeść produktów z fenyloalaniną i jeśliby je zjadł, zapadałby na chorobę.

Illness kontra disease
Ponieważ definicja choroby jako antytezy zdrowia może być zatem nieco wieloznaczna, we współczesnej biomedycynie choroba jest definiowana przez pryzmat patologii. I tak na przykład przewlekła obturacyjna choroba płuc jest definiowana jako zespół charakteryzujący się postępującym i niecałkowicie odwracalnym ograniczeniem przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Czasem jednak sami nie wiemy, że mamy już w sobie chorobę - jest tak w przypadku niektórych chorób genetycznych. Przykładem może tu być dziedziczona autosomalnie dominująco choroba Huntingtona, która uwidacznia się u osób, które przekroczyły 25 rok życia - wcześniej nosiciel genu odpowiedzialnego za tę chorobę nie będzie odczuwał jej skutków.

Możliwa jest też sytuacja odwrotna - nawet z własnego doświadczenia łatwo byłoby nam przywołać z pamięci przykłady, kiedy to patologicznie nie można było stwierdzić, że z nami jest coś nie tak, ale jednak czuliśmy się „niewyraźnie". Istotnie, z tego właśnie powodu choroba jest definiowana jako pojęcie określające każde odstępstwo od zdrowia organizmu, podczas gdy zdrowie jest określane jako stan dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego, umożliwiający prowadzenie produktywnego życia społecznego i ekonomicznego. W praktyce zatem medycyna, zajmując się chorobą, zajmuje się odstępstwem od owego dobrego samopoczucia, czyli samopoczuciem złym. Czy też inaczej: subiektywnym odczuciem choroby. W języku angielskim stosowane jest nawet rozróżnienie między disease, chorobą istniejącą ze ściśle medycznego punktu widzenia, a illness, czyli subiektywnym odczuciem choroby przez pacjenta. Wobec tego wszystkiego, jak można się spodziewać, nauka o klasyfikacji chorób, czyli nozologia, nie oferuje nam systemu jednolitego i podobnie jak etiologia chorób zmienia się w czasie. Klasyfikuje się zatem choroby ze względu na symptomy, przyczyny poza ciałem, mechanizm działania. Istnieje wreszcie taki byt jak syndrom - zbiór symptomów często bez wyraźnego mechanizmu powodującego np. syndrom chronicznego zmęczenia.

Jak tłumaczy się choroby
Rozważmy, jak można na różne sposoby tłumaczyć jedno zjawisko chorobowe, na przykładzie epidemii żółtej febry, która w roku 1793 opanowała Filadelfię i spowodowała śmierć kilku tysięcy osób, zmuszając George'a Washingtona do salwowania się ucieczką. Jej przyczyn doszukiwano się w niskim poziomie moralnym ludzi na nią zapadających: „przypisuję ją chorobliwym składnikom atmosfery, wskutek brudnych ulic, nie wietrzonych domostw i brudnych ludzi", pisał Charles Brockden-Brown. Przez jakiś czas uważano też żółtą febrę za chorobę wątroby, względnie krwiobiegu. Obecnie wiemy, że powoduje ją wirus z grupy flawiwirusów, którego, jak łatwo zgadnąć, ludzkie prowadzenie się zupełnie nic nie obchodzi. Dodajmy, że w historii medycyny nie jest to jedyny przykład tego rodzaju ludzkiej kreatywności.

Łatwo byłoby jednak ulec pokusie i wzruszyć ramionami, mówiąc sobie: tak było kiedyś, dziś takich dziwnych wytłumaczeń nikt nie wymyśla. Czy rzeczywiście? Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz lat nie więcej niż 20, i przypomnieć sobie, jak stygmatyzowano osoby zakażone HIV. Co więcej, nawet i obecnie można spotkać się z podziałem ofiar tego wirusa na zachorowania „zawinione" oraz „niezawinione". Zawinionymi miałyby więc być infekcje osób o bujnym życiu seksualnym, a niezawinionymi - zakażenie wiernej żony przez niewiernego męża lub na skutek transfuzji krwi, co, oczywiście, koliduje z jakąkolwiek logiką, gdyż wirusy nie stanowią części wymiaru sprawiedliwości i dlatego nie można chorób przez nie wywoływanych oceniać w kategoriach wyroków sądowych. Podobnie, przez długi czas alkoholizm był uznawany za chorobę osób o wątpliwych standardach moralnych, a i współcześnie w niektórych sferach społecznych panuje pogląd, że jest to problem innej - w domyśle „gorszej" - klasy. (...)

Lobbing pacjentów
Odpowiedzi na pytania, co i dlaczego jest chorobą oraz jakie są jej przyczyny, nie są takie proste. Podobnie jest z prawem do definiowania choroby i uznawania czegoś za chorobę. Generalnie, prerogatywy te znajdują się w gestii profesji medycznej. Ale medycy nie są odrębnym bytem zawieszonym w próżni. Nie zajmują się klasyfikacją niemych narzędzi - przedmiot ich zabiegów jest żywy. Nic więc dziwnego, że w mechanizmach uznawania chorób i ustalania ich etiologii pojawia się lobbing, np. ze strony osób, które starają się, aby uznano je za chore.