wszechświat
Autor: Adrian Markowski | dodano: 2012-07-05
Porażka nie wchodzi w grę

Rozmowa z Gene'em Kranzem, legendarnym dyrektorem kontroli lotów kosmicznych w NASA.

Gene Kranz pełnił kluczową rolę w amerykańskim programie załogowych lotów kosmicznych, w którym uczestniczył od zarania programu Mercury aż do ostatniego lotu statku Apollo i jeszcze przez wiele następnych lat. Jako kierownik w centrum kontroli lotów kosmicznych NASA, Kranz był naocznym świadkiem historycznych wydarzeń. Pomógł osiągnąć kosmos Alanowi Shepardowi i Johnowi Glennowi, a następnie objął stanowisko kierownika lotu w programie Gemini, który poprowadził do pełnego rozkwitu. Wspólnie ze swym zespołem podjął wyzwanie i zrealizował zawarte w słowach prezydenta Johna F. Kennedy'ego zobowiązanie, że nim skończą się lata 60. XX wieku, człowiek stanie na Księżycu. Kranz był kierownikiem lotu zarówno w misji Apollo 11, kiedy to Neil Armstrong wypełnił prezydencką obietnicę, jak i w misji Apollo 13. Stał na czele Zespołu Tygrysów, który musiał znaleźć sposób na bezpieczne ściągnięcie trzech astronautów Apollo 13 z powrotem na Ziemię (w filmie „Apollo 13" w postać Kranza wcielił się Ed Harris, nominowany za tę rolę do Oscara.)

Twoja praca dla agencji zaczęła się na początku lat 60., tuż przed pierwszym amerykańskim lotem załogowym, podczas którego Alan Shepard wzniósł się na prawie 200 km nad Ziemię w rakiecie Mercury-Redstone 3. Kim byli ludzie, którzy kładli podwaliny pod program kosmiczny?
Ludzie byli najrozmaitsi, ale tworzyli wspaniałą ekipę. Space Task Group, która pracowała nad programem Mercury, składała się zarówno z doświadczonych inżynierów lotniczych z NASA Langley Research Center, Kanadyjczyków i Brytyjczyków, tworzących zespół testowy projektu Avro Arrow, jak i studentów. Te trzy całkiem odmienne zespoły świetnie ze sobą współpracowały podczas lotów programu Mercury.

Miałem na myśli nie tyle zawodową proweniencję twórców programu Mercury, ile ich charaktery. Biorąc pod uwagę problemy, z którymi musieliście sobie wtedy radzić i fakt, że w końcu to wy, a nie Rosjanie, stanęliście na Księżycu, nie sposób nie dojść do wniosku, że za tymi dokonaniami musieli stać niezwykli ludzie.
Lata 50. i 60. były z pewnością ekscytujące. Pojawiły się ambitne wyzwania i odważni ludzie, którzy byli gotowi im sprostać. To przecież czasy eksperymentów, podczas których pułkownik John Paul Stap wytyczał granicę ludzkiej wytrzymałości na przeciążenia, a kapitan Joe Kittinger wykonywał skoki spadochronowe ze stratosfery, zbliżając się podczas swobodnego spadku do prędkości dźwięku. Takie osiągnięcia dały początek programowi lotów kosmicznych, a piloci i inżynierowie pokolenia lat 50. stali się astronautami i inżynierami programu Mercury.

Jaki wpływ na waszą pracę miał wyścig z Rosjanami? Czy wysłanie Amerykanina na orbitę, lądowanie na Księżycu traktowaliście jako naukowe i techniczne wyzwanie, czy też przede wszystkim element współzawodnictwa ze Związkiem Radzieckim?
To zależy. Każdy członek Space Task Group miał swoje własne motywacje. Starsi - co w tym wypadku oznacza, zbliżający się do czterdziestki - uważali się za wojowników czasów zimnej wojny. Dla nich to była po prostu kolejna bitwa. Przedstawiciele młodszych pokoleń patrzyli na to zupełnie inaczej. Czuli się pionierami, pierwszymi ludźmi, którzy mogą przeżyć kosmiczną przygodę. Chcieli rozwiązać techniczne problemy i sprawić, by kosmos stał się miejscem, gdzie można prowadzić badania i osiągnąć postęp w różnych dziedzinach.

A jakie były twoje motywacje?
Byłem pilotem myśliwca podczas wojny w Korei. Dla mnie program lotów kosmicznych służył temu, by zatknąć amerykańską flagę najwyżej, jak to możliwe. Podbój kosmosu zawsze był i będzie elementem polityki zagranicznej. Różnica między dzisiejszymi a tamtymi czasami jest tylko taka, że obecnie państwa widzą w kosmosie przede wszystkim źródło potencjalnych zysków. W kontekście potęgi militarnej czy nawet międzynarodowego prestiżu kosmos nie jest już istotny. Wtedy było odwrotnie, a ja stawiałem sobie za cel, by Amerykanie zatknęli swoją flagę najdalej i najwyżej, jak tylko się da.

Nie deprymowały was sukcesy Rosjan?
Ich dokonania były dla każdego z nas źródłem potężnej frustracji. W dodatku pracowaliśmy pod silną presją. Nasze media bardzo krytycznie odnosiły się do programu lotów kosmicznych, wciąż pytały: Kiedy wreszcie ich dościgniemy? A my ciągle pozostawaliśmy w tyle. Wszyscy członkowie Space Task Group czuli ogromne brzmię odpowiedzialności. Przecież chodziło nie tylko o to, by dogonić Rosjan, ale żeby ich prześcignąć.

Czy snuliście plany dotyczące przyszłości amerykańskich lotów kosmicznych? Pierwszym celem było umieszczenie statku kosmicznego na orbicie. Ten cel został osiągnięty przez Stany Zjednoczone w 1958 roku, jeszcze zanim dołączyłeś do NASA. Potem, w roku 1961 Al Shepard odbył pierwszy lot suborbitalny, a rok później John Glenn powtórzył wyczyn Jurija Gagarina. Lot na Księżyc wydawał się naturalną konsekwencją. Zastanawialiście się, co będzie dalej?
Nikt nie myślał o tak odległych sprawach. Jako naukowcy i inżynierowie, mieliśmy konkretne zadania do wykonania i nie w głowie nam były rozważania z pogranicza fantastyki. Podczas programu Mercury takim zadaniem było zastosowanie istniejącej wówczas techniki lotniczej do misji kosmicznych. Podczas programu Gemini chodziło o rozwój technik komputerowych, zastosowanie ogniw paliwowych, a także wielu innych rozwiązań technicznych, które miały zasadniczy wpływ na kształt programu Apollo. Podczas programu Gemini odbyło się pierwsze wyjście amerykańskiego astronauty w otwartą przestrzeń. Tak wyglądały nasze cele i koncentrowaliśmy się wyłącznie na ich sprawnej realizacji.

Przełom lat 60. i 70. to pasmo największych sukcesów amerykańskiego programu lotów kosmicznych. Jaka była twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że Apollo 17 będzie ostatnią księżycową misją?
Lata 1967-1972 pokazały, że jeśli Amerykanie o czymś zamarzą, to potrafią to zrealizować...

My mówimy podobnie o nas, Polakach. Tylko że nasze "Polak potrafi!" brzmi najczęściej nieco ironicznie.
Naprawdę pokazaliśmy światu, że chcieć to móc. Sukces programu Apollo był rezultatem ambitnej wizji prezydenta Johna F. Kennedy'ego i odpowiedzialności, którą przyjęliśmy, decydując, że będziemy tę wizję realizować. Sam sprowadzałem Gene'a Cernana na Ziemię, podczas ostatniej misji Apollo. Gene jest ostatnim człowiekiem, który pozostawił swoje ślady na Księżycu, i było to dokładnie 38 lat temu. Byłem wtedy przekonany, że program powinien być kontynuowany aż do Apollo 20. To przekonanie dzieliłem z wszystkimi pozostałymi członkami zespołu, który pracował w programie Apollo.

Czy po zakończeniu programu Apollo atmosfera w NASA uległa zmianie? Czy program Skylab i późniejszy STS nie były już tylko "prozą życia", w porównaniu romantyzmem czasów, kiedy zdobywano Księżyc?
Program Apollo rzeczywiście wyznaczał romantyczną epokę lotów w kosmos. Jego cel był bardzo spektakularny. Ale nie wydaje mi się, by później duch NASA uległ jakieś dramatycznej zmianie. Każdy kolejny program niósł ze sobą nowe wyzwania. Skylab był pod każdym względem najlepszą stacją kosmiczną swoich czasów. Nagle badania wielu różnych dziedzin nauki mogły zostać przeniesione w przestrzeń kosmiczną. Program Skylab i późniejszy STS pokazały wyraźnie, że człowiek może żyć, pracować i eksperymentować w kosmosie.

Czy wysyłając załogę Apollo 11 na Księżyc, czułeś, że stajesz się częścią historii ludzkości?
Sądzę, że każdy, kto w ten czy inny sposób uczestniczył w programie, czuł, że każdy dzień jego pracy przejdzie nie tylko do historii Stanów Zjednoczonych, ale i historii badań kosmosu. Jednak najczęściej codzienna praca uniemożliwiała nam szersze spojrzenie. Dopiero kiedy misja dobiegła końca i mogliśmy wreszcie odetchnąć, docierała do nas świadomość, że zrobiliśmy coś bardzo ważnego.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 09/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
07/2020
06/2020
Kalendarium
Lipiec
7
W 1889 r. William Robert Brooks odkrył kometę 16P/Brooks.
Warto przeczytać
Natura szaleje. Gdy dojdziemy do podstawowych praw fizyki, do samego fundamentu, znajdziemy się w domenie szaleństwa i chaosu, gdzie wiedza staje się wyobraźnią i odwrotnie. To miejsce, w którym na każdym kroku czają się wszechświaty równoległe i zadziwiające paradoksy, a przedmioty nie muszą zważać na przestrzeń ani czas.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Adrian Markowski | dodano: 2012-07-05
Porażka nie wchodzi w grę

Rozmowa z Gene'em Kranzem, legendarnym dyrektorem kontroli lotów kosmicznych w NASA.

Gene Kranz pełnił kluczową rolę w amerykańskim programie załogowych lotów kosmicznych, w którym uczestniczył od zarania programu Mercury aż do ostatniego lotu statku Apollo i jeszcze przez wiele następnych lat. Jako kierownik w centrum kontroli lotów kosmicznych NASA, Kranz był naocznym świadkiem historycznych wydarzeń. Pomógł osiągnąć kosmos Alanowi Shepardowi i Johnowi Glennowi, a następnie objął stanowisko kierownika lotu w programie Gemini, który poprowadził do pełnego rozkwitu. Wspólnie ze swym zespołem podjął wyzwanie i zrealizował zawarte w słowach prezydenta Johna F. Kennedy'ego zobowiązanie, że nim skończą się lata 60. XX wieku, człowiek stanie na Księżycu. Kranz był kierownikiem lotu zarówno w misji Apollo 11, kiedy to Neil Armstrong wypełnił prezydencką obietnicę, jak i w misji Apollo 13. Stał na czele Zespołu Tygrysów, który musiał znaleźć sposób na bezpieczne ściągnięcie trzech astronautów Apollo 13 z powrotem na Ziemię (w filmie „Apollo 13" w postać Kranza wcielił się Ed Harris, nominowany za tę rolę do Oscara.)

Twoja praca dla agencji zaczęła się na początku lat 60., tuż przed pierwszym amerykańskim lotem załogowym, podczas którego Alan Shepard wzniósł się na prawie 200 km nad Ziemię w rakiecie Mercury-Redstone 3. Kim byli ludzie, którzy kładli podwaliny pod program kosmiczny?
Ludzie byli najrozmaitsi, ale tworzyli wspaniałą ekipę. Space Task Group, która pracowała nad programem Mercury, składała się zarówno z doświadczonych inżynierów lotniczych z NASA Langley Research Center, Kanadyjczyków i Brytyjczyków, tworzących zespół testowy projektu Avro Arrow, jak i studentów. Te trzy całkiem odmienne zespoły świetnie ze sobą współpracowały podczas lotów programu Mercury.

Miałem na myśli nie tyle zawodową proweniencję twórców programu Mercury, ile ich charaktery. Biorąc pod uwagę problemy, z którymi musieliście sobie wtedy radzić i fakt, że w końcu to wy, a nie Rosjanie, stanęliście na Księżycu, nie sposób nie dojść do wniosku, że za tymi dokonaniami musieli stać niezwykli ludzie.
Lata 50. i 60. były z pewnością ekscytujące. Pojawiły się ambitne wyzwania i odważni ludzie, którzy byli gotowi im sprostać. To przecież czasy eksperymentów, podczas których pułkownik John Paul Stap wytyczał granicę ludzkiej wytrzymałości na przeciążenia, a kapitan Joe Kittinger wykonywał skoki spadochronowe ze stratosfery, zbliżając się podczas swobodnego spadku do prędkości dźwięku. Takie osiągnięcia dały początek programowi lotów kosmicznych, a piloci i inżynierowie pokolenia lat 50. stali się astronautami i inżynierami programu Mercury.

Jaki wpływ na waszą pracę miał wyścig z Rosjanami? Czy wysłanie Amerykanina na orbitę, lądowanie na Księżycu traktowaliście jako naukowe i techniczne wyzwanie, czy też przede wszystkim element współzawodnictwa ze Związkiem Radzieckim?
To zależy. Każdy członek Space Task Group miał swoje własne motywacje. Starsi - co w tym wypadku oznacza, zbliżający się do czterdziestki - uważali się za wojowników czasów zimnej wojny. Dla nich to była po prostu kolejna bitwa. Przedstawiciele młodszych pokoleń patrzyli na to zupełnie inaczej. Czuli się pionierami, pierwszymi ludźmi, którzy mogą przeżyć kosmiczną przygodę. Chcieli rozwiązać techniczne problemy i sprawić, by kosmos stał się miejscem, gdzie można prowadzić badania i osiągnąć postęp w różnych dziedzinach.

A jakie były twoje motywacje?
Byłem pilotem myśliwca podczas wojny w Korei. Dla mnie program lotów kosmicznych służył temu, by zatknąć amerykańską flagę najwyżej, jak to możliwe. Podbój kosmosu zawsze był i będzie elementem polityki zagranicznej. Różnica między dzisiejszymi a tamtymi czasami jest tylko taka, że obecnie państwa widzą w kosmosie przede wszystkim źródło potencjalnych zysków. W kontekście potęgi militarnej czy nawet międzynarodowego prestiżu kosmos nie jest już istotny. Wtedy było odwrotnie, a ja stawiałem sobie za cel, by Amerykanie zatknęli swoją flagę najdalej i najwyżej, jak tylko się da.

Nie deprymowały was sukcesy Rosjan?
Ich dokonania były dla każdego z nas źródłem potężnej frustracji. W dodatku pracowaliśmy pod silną presją. Nasze media bardzo krytycznie odnosiły się do programu lotów kosmicznych, wciąż pytały: Kiedy wreszcie ich dościgniemy? A my ciągle pozostawaliśmy w tyle. Wszyscy członkowie Space Task Group czuli ogromne brzmię odpowiedzialności. Przecież chodziło nie tylko o to, by dogonić Rosjan, ale żeby ich prześcignąć.

Czy snuliście plany dotyczące przyszłości amerykańskich lotów kosmicznych? Pierwszym celem było umieszczenie statku kosmicznego na orbicie. Ten cel został osiągnięty przez Stany Zjednoczone w 1958 roku, jeszcze zanim dołączyłeś do NASA. Potem, w roku 1961 Al Shepard odbył pierwszy lot suborbitalny, a rok później John Glenn powtórzył wyczyn Jurija Gagarina. Lot na Księżyc wydawał się naturalną konsekwencją. Zastanawialiście się, co będzie dalej?
Nikt nie myślał o tak odległych sprawach. Jako naukowcy i inżynierowie, mieliśmy konkretne zadania do wykonania i nie w głowie nam były rozważania z pogranicza fantastyki. Podczas programu Mercury takim zadaniem było zastosowanie istniejącej wówczas techniki lotniczej do misji kosmicznych. Podczas programu Gemini chodziło o rozwój technik komputerowych, zastosowanie ogniw paliwowych, a także wielu innych rozwiązań technicznych, które miały zasadniczy wpływ na kształt programu Apollo. Podczas programu Gemini odbyło się pierwsze wyjście amerykańskiego astronauty w otwartą przestrzeń. Tak wyglądały nasze cele i koncentrowaliśmy się wyłącznie na ich sprawnej realizacji.

Przełom lat 60. i 70. to pasmo największych sukcesów amerykańskiego programu lotów kosmicznych. Jaka była twoja reakcja, kiedy dowiedziałeś się, że Apollo 17 będzie ostatnią księżycową misją?
Lata 1967-1972 pokazały, że jeśli Amerykanie o czymś zamarzą, to potrafią to zrealizować...

My mówimy podobnie o nas, Polakach. Tylko że nasze "Polak potrafi!" brzmi najczęściej nieco ironicznie.
Naprawdę pokazaliśmy światu, że chcieć to móc. Sukces programu Apollo był rezultatem ambitnej wizji prezydenta Johna F. Kennedy'ego i odpowiedzialności, którą przyjęliśmy, decydując, że będziemy tę wizję realizować. Sam sprowadzałem Gene'a Cernana na Ziemię, podczas ostatniej misji Apollo. Gene jest ostatnim człowiekiem, który pozostawił swoje ślady na Księżycu, i było to dokładnie 38 lat temu. Byłem wtedy przekonany, że program powinien być kontynuowany aż do Apollo 20. To przekonanie dzieliłem z wszystkimi pozostałymi członkami zespołu, który pracował w programie Apollo.

Czy po zakończeniu programu Apollo atmosfera w NASA uległa zmianie? Czy program Skylab i późniejszy STS nie były już tylko "prozą życia", w porównaniu romantyzmem czasów, kiedy zdobywano Księżyc?
Program Apollo rzeczywiście wyznaczał romantyczną epokę lotów w kosmos. Jego cel był bardzo spektakularny. Ale nie wydaje mi się, by później duch NASA uległ jakieś dramatycznej zmianie. Każdy kolejny program niósł ze sobą nowe wyzwania. Skylab był pod każdym względem najlepszą stacją kosmiczną swoich czasów. Nagle badania wielu różnych dziedzin nauki mogły zostać przeniesione w przestrzeń kosmiczną. Program Skylab i późniejszy STS pokazały wyraźnie, że człowiek może żyć, pracować i eksperymentować w kosmosie.

Czy wysyłając załogę Apollo 11 na Księżyc, czułeś, że stajesz się częścią historii ludzkości?
Sądzę, że każdy, kto w ten czy inny sposób uczestniczył w programie, czuł, że każdy dzień jego pracy przejdzie nie tylko do historii Stanów Zjednoczonych, ale i historii badań kosmosu. Jednak najczęściej codzienna praca uniemożliwiała nam szersze spojrzenie. Dopiero kiedy misja dobiegła końca i mogliśmy wreszcie odetchnąć, docierała do nas świadomość, że zrobiliśmy coś bardzo ważnego.