wszechświat
Autor: Jarosław Włodarczyk | dodano: 2012-07-05
Gwiazdy tajemnicze wymarzone i odrzucone

Niebo południowe z Wielorybem (Cetus), Erydanem (Eridanus) i Rybą Południową (Piscis Notius). A. Dürer (Norymberga 1515).


Historia konstelacji kryje wiele nierozwikłanych zagadek, jest też zapisem ludzkich tęsknot, nieposkromionej fantazji i... poczucia humoru.
Rewolucja naukowa XVII wieku przekonała człowieka, że fizyka ziemska i fizyka niebieska nie różnią się od siebie. Dzięki temu najpierw astronomia, a potem astrofizyka mogły coraz dokładniej wyjaśniać naturę obiektów kosmicznych - ich ruchy, źródła energii czy przebieg życia - od komet po czarne dziury i gromady galaktyk. W ten sposób lepiej rozumiemy dziś wszechświat i jego liczoną w miliardach lat historię. Wszystko to jednak rozpoczęło się od ginącej w mrokach dziejów kontemplacji gwiazd świecących na nocnym niebie. Jak ujął to Owidiusz w swoich „Metamorfozach", opisując powstanie świata i ludzi: „Inne stworzenia wzrok spuszczają w ziemię, człowiek jedynie otrzymał postać wyniosłą, miał nakaz patrzeć w niebo, twarz zwracać ku gwiazdom" (tłum. Anna Kamieńska). Tak musiał narodzić się zwyczaj wyodrębniania figur gwiazdozbiorów. Nie oznacza to jednak, że wiemy, skąd wzięły się gwiazdozbiory, a w wielu wypadkach stajemy bezradni wobec zagadki wyborów, dokonywanych przez pierwszych uranografów. Kiedy zaś badamy rozwój niebieskiej kartografii, uwieczniony w źródłach pisanych, przekonujemy się, jak wielkie emocje czynność ta potrafiła niekiedy wzbudzać w astronomach oraz miłośnikach gwiazd i jak wiele zachodu wymagała.

Gwiezdne kontynenty
Pośród gwiazd można spotkać grupki konstelacji, które łączy bliska więź, sprawiając, że tworzą one coś w rodzaju niebiańskiej rodziny czy kontynentu. W związku z tym rodzi się jednak pytanie, dlaczego na przykład z bogatej w wydarzenia mitologii starożytnych Greków znaczący fragment nieba północnego zajęły akurat postacie związane z dziejami etiopskiej królewny Andromedy? Mamy tu bowiem - w obszarze ciągnącym się od bieguna aż do równika niebieskiego i jeszcze dalej - zarówno Andromedę, jak i jej nieszczęsnych rodziców, Cefeusza i Kasjopeję, którzy musieli przeznaczyć córkę na śmiertelną ofiarę. (Przypomnijmy, że z winy Kasjopei, która swoją urodą rzuciła wyzwanie boginiom, a te poprosiły o interwencję władcę mórz, Posejdona). Mamy herosa Perseusza, który przybył na Pegazie (skrzydlaty koń też, koniec końców, pozostał pośród gwiazd) i uratował Andromedę, zabijając zagrażającego jej potwora morskiego. Ten ostatni zresztą również trafił na sferę niebieską - jako Wieloryb. Historia właściwie banalna, a mimo to do jej uwiecznienia posłużyła niemal ćwiartka nieboskłonu, widocznego z wybrzeży Morza Śródziemnego.

Wieloryb z kolei zajmuje centralne miejsce pośród kilku gwiazdozbiorów o wodnej proweniencji: ponad nim znajdują się zodiakalne Ryby, na wschodzie szemrzą fale mitycznej rzeki Erydan, znanej Argonautom, na zachodzie towarzyszy Erydanowi Wodnik, a poniżej potwora morskiego odnajdujemy Rybę Południową - Prarybę, w której niektórzy widzą matkę Ryb. Cóż, wody Nilu, Eufratu i Tygrysu oraz akwen Morza Śródziemnego miały decydujący wpływ na rozwój kultur starożytnego Egiptu, Mezopotamii czy wreszcie Grecji, którym zawdzięczamy początki nauki o gwiazdach. Czy dlatego właśnie pierwsi uranografowie, o których nic nie wiemy, postanowili użyczyć wodom i istotom związanym z nimi tak rozległy fragment nieba?

Pierwsza z siedmiu glinianych tabliczek klinowych, zawierających akadyjski mit o stworzeniu świata i ludzi (co najmniej początek I tysiąclecia p.n.e.), rozpoczyna się słowami: „Gdy na górze niebo nie zostało nazwane, w dole ziemia nie miała imienia [...]" (tłum. Krystyna Łyczkowska). W przypadku grupy Andromedy i konstelacji wodnych wciąż pozostaje aktualne pytanie: no dobrze, ale co się działo dalej?!

Uranografia fantastyczna
Jednym z bardziej interesujących wątków w dziejach gwiazdozbiorów jest słabość uranografów do istot zmyślonych. Perseusz, który zrobił tyle dobrego dla Andromedy, a tym bardziej zapracowany po łokcie Herakles istnieli na pewno i na pewno zasłużyli na miejsce pośród gwiazd. Dlaczego jednak od średniowiecza po koniec XIX wieku, kiedy to wprowadzano nowe konstelacje i porządkowano stare, nie usunięto z nieboskłonu tak fantastycznych stworów, jak Koziorożec - na wpół koza, na wpół ryba, Centaur (kolejna hybryda, tym razem z udziałem człowieka i zwierzęcia kopytnego) czy Smok? Ba, jeszcze w wiekach średnich próbowano przemycić między gwiazdy Centaurzycę - z miernym skutkiem. Feniks wzbogacił listę konstelacji dopiero pod koniec XVI stulecia, za sprawą amsterdamskiego teologa i kartografa Petrusa Planciusa. W tym samym czasie ulokował się na niebie i pozostał tam już na zawsze Jednorożec, za co niektórzy czynią odpowiedzialnym Jacoba Bartscha z Lubania, zięcia sławnego Johannesa Keplera. Natomiast Cerber, trójgłowy pies strzegący królestwa umarłych, pojawił się w uścisku Heraklesa tylko na chwilę, w atlasie nieba Jana Heweliusza, „Firmamentum Sobiescianum sive Uranographia" (Gdańsk 1690).

Najbardziej chyba zdumiewa kuriozalność dwóch odwiecznych - niektórzy ich narodziny lokują w paleolicie - i najlepiej znanych gwiazdozbiorów, Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy. Tajemnicą bowiem pozostaje, dlaczego starożytni astronomowie wyposażyli je w imponujące, puszyste ogony, a nowożytni uczeni nie przeprowadzili odpowiedniej operacji, ażeby ów błąd naprawić. Honor tych ostatnich próbował ratować nieco ekscentryczny Anglik, John Hill, który w połowie XVIII wieku usiłował z zoologiczną precyzją umieścić na niebie nie tylko Dżdżownicę, Czarnego Ślimaka i Ropuchę, lecz także Uranoscopus - morską rybę, znaną z tego, że wzrok kieruje nieustannie ku niebu. Jednakże wciśnięta między starożytne Bliźnięta - Kastora i Polluksa - oraz Rysia, którego wprowadził wspomniany już gdański browarnik Heweliusz - nie zyskała ona aprobaty niebieskich kartografów.

Między nudą i polityką
Mimo wysiłków Hilla czasy oświecenia bywają uważane za niezbyt chlubny okres w dziejach uranografii. I to z dwóch powodów. Angielska popularyzatorka astronomii Agnes M. Clerke, znająca osobiście wielu astronomów końca XIX wieku, skrytykowała ich poprzedników za ulokowanie na firmamencie bezdusznych sekstansów, teleskopów, zegarów i innych narzędzi badawczych, za którymi nie szła żadna ciekawa legenda. Innymi słowy, nuda. Drugi powód jest mniej chwalebny, ale za to znacznie bardziej interesujący: lizusostwo i przekupstwo.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 10/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
01/2020
12/2019
Kalendarium
Styczeń
19
W 1965 r. rozpoczęła się bezzałogowa amerykańska misja kosmiczna Gemini 2.
Warto przeczytać
Lubimy myśleć o sobie jako o istotach wyjątkowych - ale czy naprawdę coś różni nas od zwierząt? Przecież nasza biologia jest taka sama. W oryginalnej i intrygującej podróży po świecie ziemskiego życia Adam Rutherford bada rozmaite cechy, które uznawano niegdyś za wyłącznie ludzkie, wykazując, że wcale takimi nie są.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Jarosław Włodarczyk | dodano: 2012-07-05
Gwiazdy tajemnicze wymarzone i odrzucone

Niebo południowe z Wielorybem (Cetus), Erydanem (Eridanus) i Rybą Południową (Piscis Notius). A. Dürer (Norymberga 1515).


Historia konstelacji kryje wiele nierozwikłanych zagadek, jest też zapisem ludzkich tęsknot, nieposkromionej fantazji i... poczucia humoru.
Rewolucja naukowa XVII wieku przekonała człowieka, że fizyka ziemska i fizyka niebieska nie różnią się od siebie. Dzięki temu najpierw astronomia, a potem astrofizyka mogły coraz dokładniej wyjaśniać naturę obiektów kosmicznych - ich ruchy, źródła energii czy przebieg życia - od komet po czarne dziury i gromady galaktyk. W ten sposób lepiej rozumiemy dziś wszechświat i jego liczoną w miliardach lat historię. Wszystko to jednak rozpoczęło się od ginącej w mrokach dziejów kontemplacji gwiazd świecących na nocnym niebie. Jak ujął to Owidiusz w swoich „Metamorfozach", opisując powstanie świata i ludzi: „Inne stworzenia wzrok spuszczają w ziemię, człowiek jedynie otrzymał postać wyniosłą, miał nakaz patrzeć w niebo, twarz zwracać ku gwiazdom" (tłum. Anna Kamieńska). Tak musiał narodzić się zwyczaj wyodrębniania figur gwiazdozbiorów. Nie oznacza to jednak, że wiemy, skąd wzięły się gwiazdozbiory, a w wielu wypadkach stajemy bezradni wobec zagadki wyborów, dokonywanych przez pierwszych uranografów. Kiedy zaś badamy rozwój niebieskiej kartografii, uwieczniony w źródłach pisanych, przekonujemy się, jak wielkie emocje czynność ta potrafiła niekiedy wzbudzać w astronomach oraz miłośnikach gwiazd i jak wiele zachodu wymagała.

Gwiezdne kontynenty
Pośród gwiazd można spotkać grupki konstelacji, które łączy bliska więź, sprawiając, że tworzą one coś w rodzaju niebiańskiej rodziny czy kontynentu. W związku z tym rodzi się jednak pytanie, dlaczego na przykład z bogatej w wydarzenia mitologii starożytnych Greków znaczący fragment nieba północnego zajęły akurat postacie związane z dziejami etiopskiej królewny Andromedy? Mamy tu bowiem - w obszarze ciągnącym się od bieguna aż do równika niebieskiego i jeszcze dalej - zarówno Andromedę, jak i jej nieszczęsnych rodziców, Cefeusza i Kasjopeję, którzy musieli przeznaczyć córkę na śmiertelną ofiarę. (Przypomnijmy, że z winy Kasjopei, która swoją urodą rzuciła wyzwanie boginiom, a te poprosiły o interwencję władcę mórz, Posejdona). Mamy herosa Perseusza, który przybył na Pegazie (skrzydlaty koń też, koniec końców, pozostał pośród gwiazd) i uratował Andromedę, zabijając zagrażającego jej potwora morskiego. Ten ostatni zresztą również trafił na sferę niebieską - jako Wieloryb. Historia właściwie banalna, a mimo to do jej uwiecznienia posłużyła niemal ćwiartka nieboskłonu, widocznego z wybrzeży Morza Śródziemnego.

Wieloryb z kolei zajmuje centralne miejsce pośród kilku gwiazdozbiorów o wodnej proweniencji: ponad nim znajdują się zodiakalne Ryby, na wschodzie szemrzą fale mitycznej rzeki Erydan, znanej Argonautom, na zachodzie towarzyszy Erydanowi Wodnik, a poniżej potwora morskiego odnajdujemy Rybę Południową - Prarybę, w której niektórzy widzą matkę Ryb. Cóż, wody Nilu, Eufratu i Tygrysu oraz akwen Morza Śródziemnego miały decydujący wpływ na rozwój kultur starożytnego Egiptu, Mezopotamii czy wreszcie Grecji, którym zawdzięczamy początki nauki o gwiazdach. Czy dlatego właśnie pierwsi uranografowie, o których nic nie wiemy, postanowili użyczyć wodom i istotom związanym z nimi tak rozległy fragment nieba?

Pierwsza z siedmiu glinianych tabliczek klinowych, zawierających akadyjski mit o stworzeniu świata i ludzi (co najmniej początek I tysiąclecia p.n.e.), rozpoczyna się słowami: „Gdy na górze niebo nie zostało nazwane, w dole ziemia nie miała imienia [...]" (tłum. Krystyna Łyczkowska). W przypadku grupy Andromedy i konstelacji wodnych wciąż pozostaje aktualne pytanie: no dobrze, ale co się działo dalej?!

Uranografia fantastyczna
Jednym z bardziej interesujących wątków w dziejach gwiazdozbiorów jest słabość uranografów do istot zmyślonych. Perseusz, który zrobił tyle dobrego dla Andromedy, a tym bardziej zapracowany po łokcie Herakles istnieli na pewno i na pewno zasłużyli na miejsce pośród gwiazd. Dlaczego jednak od średniowiecza po koniec XIX wieku, kiedy to wprowadzano nowe konstelacje i porządkowano stare, nie usunięto z nieboskłonu tak fantastycznych stworów, jak Koziorożec - na wpół koza, na wpół ryba, Centaur (kolejna hybryda, tym razem z udziałem człowieka i zwierzęcia kopytnego) czy Smok? Ba, jeszcze w wiekach średnich próbowano przemycić między gwiazdy Centaurzycę - z miernym skutkiem. Feniks wzbogacił listę konstelacji dopiero pod koniec XVI stulecia, za sprawą amsterdamskiego teologa i kartografa Petrusa Planciusa. W tym samym czasie ulokował się na niebie i pozostał tam już na zawsze Jednorożec, za co niektórzy czynią odpowiedzialnym Jacoba Bartscha z Lubania, zięcia sławnego Johannesa Keplera. Natomiast Cerber, trójgłowy pies strzegący królestwa umarłych, pojawił się w uścisku Heraklesa tylko na chwilę, w atlasie nieba Jana Heweliusza, „Firmamentum Sobiescianum sive Uranographia" (Gdańsk 1690).

Najbardziej chyba zdumiewa kuriozalność dwóch odwiecznych - niektórzy ich narodziny lokują w paleolicie - i najlepiej znanych gwiazdozbiorów, Małej i Wielkiej Niedźwiedzicy. Tajemnicą bowiem pozostaje, dlaczego starożytni astronomowie wyposażyli je w imponujące, puszyste ogony, a nowożytni uczeni nie przeprowadzili odpowiedniej operacji, ażeby ów błąd naprawić. Honor tych ostatnich próbował ratować nieco ekscentryczny Anglik, John Hill, który w połowie XVIII wieku usiłował z zoologiczną precyzją umieścić na niebie nie tylko Dżdżownicę, Czarnego Ślimaka i Ropuchę, lecz także Uranoscopus - morską rybę, znaną z tego, że wzrok kieruje nieustannie ku niebu. Jednakże wciśnięta między starożytne Bliźnięta - Kastora i Polluksa - oraz Rysia, którego wprowadził wspomniany już gdański browarnik Heweliusz - nie zyskała ona aprobaty niebieskich kartografów.

Między nudą i polityką
Mimo wysiłków Hilla czasy oświecenia bywają uważane za niezbyt chlubny okres w dziejach uranografii. I to z dwóch powodów. Angielska popularyzatorka astronomii Agnes M. Clerke, znająca osobiście wielu astronomów końca XIX wieku, skrytykowała ich poprzedników za ulokowanie na firmamencie bezdusznych sekstansów, teleskopów, zegarów i innych narzędzi badawczych, za którymi nie szła żadna ciekawa legenda. Innymi słowy, nuda. Drugi powód jest mniej chwalebny, ale za to znacznie bardziej interesujący: lizusostwo i przekupstwo.