ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Rzeki podziału

Kuter na dnie Jeziora Aralskiego. Większość olbrzymiego niegdyś akwenu wyschła po tym, jak zabrano mu wody Amu-darii i Syr-darii. Znikły ławice ryb, pojawiły się wielbłądy.

Przecinają granice wielu krajów, stając się przyczyną konfliktów. To dlatego, że popyt na wodę rośnie błyskawicznie, a tej nie przybywa.

Do niedawna Mekong cieszył się sporą swobodą. Nie budowano na nim wielkich zapór, nie regulowano jego biegu, nie kontrolowano przepływu. Odwdzięczał się bogactwem ryb, które stanowią - obok ryżu - podstawę wyżywienia dziesiątek milionów ludzi zamieszkujących Półwysep Indochiński. Jednak dobre dni dla rzeki powoli się kończą. W połowie lat 90. w jej górnym biegu Chiny zbudowały zaporę Manwan, a w zeszłym roku zakończyły budowę kolejnej o nazwie Xiaowan. Następna już powstaje. To nie koniec. Planowana kaskada łącznie ośmiu zbiorników górnego Mekongu ma pomieścić połowę rocznego przepływu rzeki. (...)

Eksperci Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) w zeszłym roku opublikowali raport, w którym można przeczytać, że zlikwidowanie odwiecznych wylewów Mekongu doprowadzi do katastrofy ekologicznej i społecznej. Mekong ma ok. 4350 km długości. Jego źródła znajdują się we wschodniej części Wyżyny Tybetańskiej. Przez ponad 2 tys. km płynie przez terytorium Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie nosi nazwę Lancang. Następnie przepływa przez Birmę, Laos, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Przy ujściu tworzy wspaniałą deltę o długości i szerokości ok. 200 km. Pod względem bioróżnorodności ustępuje tylko Amazonce. Naliczono w nim ponad 1200 gatunków ryb. Blisko setka jest regularnie poławiana, stanowiąc główne źródło białka dla ok. 60 mln ludzi w regionie.

W połowie lat 90. XX wieku, gdy Chińczycy przedstawili swoje zamiary wobec Mekongu, cztery kraje - Wietnam, Laos, Kambodża i Tajlandia - stworzyły Mekong River Commission (MRC), która troszczy się o wspólne zarządzanie zasobami rzeki. Jednak Chiny nie należą do tej organizacji i nic nie wskazuje na to, aby miały zamiar się do niej zapisać. Eksperci MRC wielokrotnie, choć w dość łagodnej formie, przestrzegali przed konsekwencjami chińskich inwestycji w górnym odcinku rzeki. Autorzy raportu UNEP są mniej oszczędni w słowach. Ich zdaniem chińskie zapory mogą być szczególnie niebezpieczne dla mieszkańców biednej Kambodży, którzy dzięki Mekongowi nigdy nie głodowali. (...)

Dla kogo Eufrat?
Spornych rzek jest więcej. Należą do nich Tygrys i Eufrat. Źródła rzek znajdują się w Turcji. Kraj ten zbudował, szczególnie na Eufracie, wiele zapór, zbiorników i hydroelektrowni. Celem była aktywizacja gospodarcza zacofanej południowo-wschodniej części kraju. Turcja pobiera znaczną część wody z Eufratu do nawadniania milionów hektarów ziem na równinie Harran.

Tureckie plany i inwestycje nieraz były przedmiotem sporów i napięć przede wszystkim z Syrią, ale także z Irakiem. Oba państwa także korzystają z wód Eufratu i Tygrysu, ale są w gorszej sytuacji, bo leżą w dolnych odcinkach rzek. Wojna o wodę wisiała już w powietrzu. Było to w latach 70., kiedy na Eufracie powstały w tym samym czasie dwa zbiorniki: al-Thawra w Syrii i Keban w Turcji. Zbiegło się to z okresem kilkuletniej suszy w regionie. Irak oskarżył wtedy Syrię o pobieranie zbyt dużych ilości wody i zagroził zbombardowaniem syryjskiej zapory. Rozmieścił też wojska wzdłuż granicy z tym krajem. W ostatniej chwili konflikt został zażegnany dzięki mediacji Arabii Saudyjskiej.

Wynegocjowano wówczas, że Syria będzie zatrzymywała 40% wody płynącej Eufratem z Turcji, a resztę dostanie Irak. Przy okazji zakończenia przez Turcję tamy Atatürka (w latach 80. XX wieku) kraj ten uzgodnił z Syrią, że będzie oddawał jej nieco ponad połowę wody Eufratu. Problem w tym, że wiele z tych umów jest odmiennie interpretowanych przez każdą ze stron albo zwyczajnie naruszanych. Dopiero w zeszłym roku zgodzono się zbudować wspólny system monitorowania przepływu wody w rzekach. Kiedy on jednak powstanie, nie wiadomo. (...)

Bitwa o Nil
Brak troski o wodę zarzucają też sobie wzajemnie kraje z dorzecza Nilu. Rzeka ta wydaje się potężna z pokładu statku turystycznego, ale w rzeczywistości jest niewielka. Prowadzi 15 razy mniej wody niż Kongo i 50 razy mniej niż Amazonka. Nie ma szans, aby zaspokoiła potrzeby wszystkich ludzi mieszkających w jej dorzeczu. Łącznie w krajach, przez które przepływa Nil, żyje bowiem blisko 300 mln ludzi. Pół wieku temu było ich 70--80 mln. Za kolejne pół wieku będzie 700 mln. Ludzie ci będą potrzebowali mnóstwa wody do picia, utrzymania higieny i uprawy roli. Jeśli jej zabraknie, nie będzie mowy o szybkim rozwoju ekonomicznym, który położyłby kres klęskom głodu.

Dlatego kraje leżące nad Nilem coraz ostrzej kłócą się o to, który z nich może korzystać z największej afrykańskiej rzeki. Obecnie tylko Egipt i Sudan mają prawo pozyskiwać wodę do nawadniania pól i konsumpcji, reszta ma zakaz. To pozostałość z czasów faraonów. Władcy antycznego Egiptu nieraz za pomocą oręża upominali sąsiadów, aby ci nie ważyli się umniejszać zasobów wodnych rzeki. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że otrzymali ją od bogów na wyłączność, a każdy, kto nie zgadzał się z tą opinią, był traktowany jak śmiertelny wróg.

Podobnie uważali wszyscy kolejni władcy tej krainy. Pod koniec XIX wieku dolinę dolnego i środkowego Nilu podporządkowali sobie Brytyjczycy - w ich ręce wpadł najpierw Egipt, a potem Sudan. Natychmiast zaczęli planować wielkie prace irygacyjne i tamę na Nilu w pobliżu Asuanu, aby zatrzymać wody powodziowe i wykorzystywać je przez cały rok do nawadniania pól bawełny, tak pożądanej przez angielskie zakłady włókiennicze. Zaporę zbudowali na początku XX wieku. Wzorem faraonów zapewnili też sobie wyłączność na wodę z Nilu. W 1959 roku niepodległe państwa Egipt i Sudan znów podzieliły między siebie wszystkie wody w Nilu. Roczny przepływ oszacowały na 84 km3, odjęły od tego 10 km3 strat związanych z parowaniem, a pozostałą część rozdysponowały następująco: Egipt - 55,5 km3 wody, Sudan - 18,5 km3. Dla reszty nie przewidziano nawet kropli. (...)

Ostatnio jednak odlegli sąsiedzi z południa doszli do wniosku, że pora, aby Egipt podzielił się z nimi rzeką. Mowa o siedmiu krajach leżących w górnym odcinku rzeki i jej dopływów. Są to: Uganda, Kenia, Tanzania, Rwanda, Burundi, Demokratyczna Republika Konga i przede wszystkim Etiopia.

Ta ostatnia uważa się za szczególnie poszkodowaną. Zachodnia część tego kraju leży na wyżynie, z której spływają liczne rzeki zasilające Nil. Dzięki wyżynnemu położeniu i żyznym wulkanicznym glebom kraj ten ma dogodny dla rolnictwa klimat. Ma też największe w Afryce zasoby wody, których jednak nie może wykorzystać. Teoretycznie mógłby się nie oglądać na umowy, których nie jest stroną. Ale to grozi wybuchem wojny z Egiptem.

Próby znalezienia porozumienia na razie się nie powiodły. W maju tego roku pięć krajów - Etiopia, Kenia, Tanzania, Kenia i Rwanda - podpisało umowę, w której nie ma wyraźnie określonych przydziałów wody w Nilu. Jest w niej tylko ogólny zapis mówiący, że żaden kraj nie będzie szkodził drugiemu. Rozdziałem wody zajmie się międzynarodowa komisja. Zatem koniec z hegemonią Egiptu i Sudanu. Oba państwa wydają jednak coraz groźniejsze pomruki. Egipt tłumaczy, że poza Nilem nie ma innych źródeł wody, podczas gdy inne kraje mają coś, co jest dla niego niedostępne, czyli deszcz. Dlatego nie może ustąpić.


Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 10/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2020
08/2020
Kalendarium
Wrzesień
20
W 1970 r. radziecka sonda Łuna 16 wylądowała na Księżycu.
Warto przeczytać
Sztuczna inteligencja to kolejna publikacja wydana wz oksfordzkiej serii „Krótkie Wprowadzenie”, która w zwięzły i przystępny sposób prezentuje wybrane zagadnienia.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Rzeki podziału

Kuter na dnie Jeziora Aralskiego. Większość olbrzymiego niegdyś akwenu wyschła po tym, jak zabrano mu wody Amu-darii i Syr-darii. Znikły ławice ryb, pojawiły się wielbłądy.

Przecinają granice wielu krajów, stając się przyczyną konfliktów. To dlatego, że popyt na wodę rośnie błyskawicznie, a tej nie przybywa.

Do niedawna Mekong cieszył się sporą swobodą. Nie budowano na nim wielkich zapór, nie regulowano jego biegu, nie kontrolowano przepływu. Odwdzięczał się bogactwem ryb, które stanowią - obok ryżu - podstawę wyżywienia dziesiątek milionów ludzi zamieszkujących Półwysep Indochiński. Jednak dobre dni dla rzeki powoli się kończą. W połowie lat 90. w jej górnym biegu Chiny zbudowały zaporę Manwan, a w zeszłym roku zakończyły budowę kolejnej o nazwie Xiaowan. Następna już powstaje. To nie koniec. Planowana kaskada łącznie ośmiu zbiorników górnego Mekongu ma pomieścić połowę rocznego przepływu rzeki. (...)

Eksperci Programu Narodów Zjednoczonych ds. Środowiska (UNEP) w zeszłym roku opublikowali raport, w którym można przeczytać, że zlikwidowanie odwiecznych wylewów Mekongu doprowadzi do katastrofy ekologicznej i społecznej. Mekong ma ok. 4350 km długości. Jego źródła znajdują się we wschodniej części Wyżyny Tybetańskiej. Przez ponad 2 tys. km płynie przez terytorium Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie nosi nazwę Lancang. Następnie przepływa przez Birmę, Laos, Tajlandię, Kambodżę i Wietnam. Przy ujściu tworzy wspaniałą deltę o długości i szerokości ok. 200 km. Pod względem bioróżnorodności ustępuje tylko Amazonce. Naliczono w nim ponad 1200 gatunków ryb. Blisko setka jest regularnie poławiana, stanowiąc główne źródło białka dla ok. 60 mln ludzi w regionie.

W połowie lat 90. XX wieku, gdy Chińczycy przedstawili swoje zamiary wobec Mekongu, cztery kraje - Wietnam, Laos, Kambodża i Tajlandia - stworzyły Mekong River Commission (MRC), która troszczy się o wspólne zarządzanie zasobami rzeki. Jednak Chiny nie należą do tej organizacji i nic nie wskazuje na to, aby miały zamiar się do niej zapisać. Eksperci MRC wielokrotnie, choć w dość łagodnej formie, przestrzegali przed konsekwencjami chińskich inwestycji w górnym odcinku rzeki. Autorzy raportu UNEP są mniej oszczędni w słowach. Ich zdaniem chińskie zapory mogą być szczególnie niebezpieczne dla mieszkańców biednej Kambodży, którzy dzięki Mekongowi nigdy nie głodowali. (...)

Dla kogo Eufrat?
Spornych rzek jest więcej. Należą do nich Tygrys i Eufrat. Źródła rzek znajdują się w Turcji. Kraj ten zbudował, szczególnie na Eufracie, wiele zapór, zbiorników i hydroelektrowni. Celem była aktywizacja gospodarcza zacofanej południowo-wschodniej części kraju. Turcja pobiera znaczną część wody z Eufratu do nawadniania milionów hektarów ziem na równinie Harran.

Tureckie plany i inwestycje nieraz były przedmiotem sporów i napięć przede wszystkim z Syrią, ale także z Irakiem. Oba państwa także korzystają z wód Eufratu i Tygrysu, ale są w gorszej sytuacji, bo leżą w dolnych odcinkach rzek. Wojna o wodę wisiała już w powietrzu. Było to w latach 70., kiedy na Eufracie powstały w tym samym czasie dwa zbiorniki: al-Thawra w Syrii i Keban w Turcji. Zbiegło się to z okresem kilkuletniej suszy w regionie. Irak oskarżył wtedy Syrię o pobieranie zbyt dużych ilości wody i zagroził zbombardowaniem syryjskiej zapory. Rozmieścił też wojska wzdłuż granicy z tym krajem. W ostatniej chwili konflikt został zażegnany dzięki mediacji Arabii Saudyjskiej.

Wynegocjowano wówczas, że Syria będzie zatrzymywała 40% wody płynącej Eufratem z Turcji, a resztę dostanie Irak. Przy okazji zakończenia przez Turcję tamy Atatürka (w latach 80. XX wieku) kraj ten uzgodnił z Syrią, że będzie oddawał jej nieco ponad połowę wody Eufratu. Problem w tym, że wiele z tych umów jest odmiennie interpretowanych przez każdą ze stron albo zwyczajnie naruszanych. Dopiero w zeszłym roku zgodzono się zbudować wspólny system monitorowania przepływu wody w rzekach. Kiedy on jednak powstanie, nie wiadomo. (...)

Bitwa o Nil
Brak troski o wodę zarzucają też sobie wzajemnie kraje z dorzecza Nilu. Rzeka ta wydaje się potężna z pokładu statku turystycznego, ale w rzeczywistości jest niewielka. Prowadzi 15 razy mniej wody niż Kongo i 50 razy mniej niż Amazonka. Nie ma szans, aby zaspokoiła potrzeby wszystkich ludzi mieszkających w jej dorzeczu. Łącznie w krajach, przez które przepływa Nil, żyje bowiem blisko 300 mln ludzi. Pół wieku temu było ich 70--80 mln. Za kolejne pół wieku będzie 700 mln. Ludzie ci będą potrzebowali mnóstwa wody do picia, utrzymania higieny i uprawy roli. Jeśli jej zabraknie, nie będzie mowy o szybkim rozwoju ekonomicznym, który położyłby kres klęskom głodu.

Dlatego kraje leżące nad Nilem coraz ostrzej kłócą się o to, który z nich może korzystać z największej afrykańskiej rzeki. Obecnie tylko Egipt i Sudan mają prawo pozyskiwać wodę do nawadniania pól i konsumpcji, reszta ma zakaz. To pozostałość z czasów faraonów. Władcy antycznego Egiptu nieraz za pomocą oręża upominali sąsiadów, aby ci nie ważyli się umniejszać zasobów wodnych rzeki. Starożytni Egipcjanie wierzyli, że otrzymali ją od bogów na wyłączność, a każdy, kto nie zgadzał się z tą opinią, był traktowany jak śmiertelny wróg.

Podobnie uważali wszyscy kolejni władcy tej krainy. Pod koniec XIX wieku dolinę dolnego i środkowego Nilu podporządkowali sobie Brytyjczycy - w ich ręce wpadł najpierw Egipt, a potem Sudan. Natychmiast zaczęli planować wielkie prace irygacyjne i tamę na Nilu w pobliżu Asuanu, aby zatrzymać wody powodziowe i wykorzystywać je przez cały rok do nawadniania pól bawełny, tak pożądanej przez angielskie zakłady włókiennicze. Zaporę zbudowali na początku XX wieku. Wzorem faraonów zapewnili też sobie wyłączność na wodę z Nilu. W 1959 roku niepodległe państwa Egipt i Sudan znów podzieliły między siebie wszystkie wody w Nilu. Roczny przepływ oszacowały na 84 km3, odjęły od tego 10 km3 strat związanych z parowaniem, a pozostałą część rozdysponowały następująco: Egipt - 55,5 km3 wody, Sudan - 18,5 km3. Dla reszty nie przewidziano nawet kropli. (...)

Ostatnio jednak odlegli sąsiedzi z południa doszli do wniosku, że pora, aby Egipt podzielił się z nimi rzeką. Mowa o siedmiu krajach leżących w górnym odcinku rzeki i jej dopływów. Są to: Uganda, Kenia, Tanzania, Rwanda, Burundi, Demokratyczna Republika Konga i przede wszystkim Etiopia.

Ta ostatnia uważa się za szczególnie poszkodowaną. Zachodnia część tego kraju leży na wyżynie, z której spływają liczne rzeki zasilające Nil. Dzięki wyżynnemu położeniu i żyznym wulkanicznym glebom kraj ten ma dogodny dla rolnictwa klimat. Ma też największe w Afryce zasoby wody, których jednak nie może wykorzystać. Teoretycznie mógłby się nie oglądać na umowy, których nie jest stroną. Ale to grozi wybuchem wojny z Egiptem.

Próby znalezienia porozumienia na razie się nie powiodły. W maju tego roku pięć krajów - Etiopia, Kenia, Tanzania, Kenia i Rwanda - podpisało umowę, w której nie ma wyraźnie określonych przydziałów wody w Nilu. Jest w niej tylko ogólny zapis mówiący, że żaden kraj nie będzie szkodził drugiemu. Rozdziałem wody zajmie się międzynarodowa komisja. Zatem koniec z hegemonią Egiptu i Sudanu. Oba państwa wydają jednak coraz groźniejsze pomruki. Egipt tłumaczy, że poza Nilem nie ma innych źródeł wody, podczas gdy inne kraje mają coś, co jest dla niego niedostępne, czyli deszcz. Dlatego nie może ustąpić.