człowiek
Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-07-05
W krzyżowym ogniu pytań

Ilustracja © Ela Waga

 

Czy z miejsc publicznych znikną krzyże, muzułmańskie chusty i jarmułki? Czy związki wyznaniowe będą płacić podatki? I jak to zrobić, żeby nikt nie poczuł się urażony?

„To wszystko, co dla ludzi znajduje się na dole, dla boga znajduje się na górze - i odwrotnie - to, co dla ludzi znajduje się na górze, dla boga jest na dole". Takie surowe prawo bóg Maior ogłosił mieszkańcom baśniowej Lailonii, opisanej przez Leszka Kołakowskiego. Minęły wieki, nim doszło do buntu Lailończyków przeciw absurdalnemu rozporządzeniu. W efekcie bóg Maior ogłosił swoją dymisję, niebo zaczęło opadać, piekło wznosić się, a gdy wpadły na siebie w połowie drogi, zupełnie się wymieszały. Lailonia to kraina, w której sacrum od profanum oddziela spróchniały płot. Wystarczy byle iskra, by wzniecić ognisty spór o tzw. zasadnicze sprawy. Brzmi znajomo?

Postawiony przez harcerzy pod Pałacem Prezydenckim krzyż podsycił ogólnokrajowy spór o to, czy potrzebujemy laickiego państwa. W porównaniu z doświadczeniami wielu innych europejskich demokracji Polacy dopiero rozpoczynają szeroką publiczną debatę nad formalnymi granicami między polityką a religią. Nad dyskusją już ciążą lokalne zaszłości historyczne i światopoglądowe - zaskakujące, jeśli zestawić je w opozycyjne pary. Z jednej strony znamy z lekcji historii wyidealizowany obraz tolerancyjnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdzie Żydzi i prześladowani przez kontrreformację protestanci znajdowali azyl. Z drugiej, w pamięci mamy rezolucję Parlamentu Europejskiego z 2006 roku, która gani m.in. Polskę za nasilenie się na jej terytorium rasizmu, antysemityzmu, ksenofobii i homofobii, do czego miały się przyczynić rosnące wówczas w siłę partie i środowiska narodowo-katolickie.

Religijność nie służy demokracji? Zdaniem Ronalda Ingleharta, szefa międzynarodowych badań World Values Survey, im mocniejsza w społeczeństwie pozycja religii (zwłaszcza katolicyzmu, prawosławia lub islamu), tym słabiej realizowane są zasady demokratycznego państwa. Z opracowanej przez badaczy mapy świata wynika, że w kultywowaniu tradycjonalnego pojęcia władzy (jako odpowiedzialności przed Bogiem i historią) bliżej Polsce do Indii niż do Słowacji, gdzie przeważa świecko-racjonalne rozumienie polityki (jako profesji). Jednak i nad Wisłą rozpoczęła się postmodernizacja, czyli proces odchodzenia coraz lepiej sytuowanego społeczeństwa od walki o wartości materialne na rzecz starań o innego typu dobro - swobodną ekspresję indywidualnych tożsamości. Wobec takich dążeń, religijne nakazy organizujące ludzką seksualność czy edukację coraz bardziej mierżą.

Nie oznacza to, że wiara jest skazana na całkowitą eliminację ze sfery publicznej. Według filozofa Charlesa Taylora we współczesnych społeczeństwach dominuje przekonanie o jednej globalnej laickiej nowoczesności. Tymczasem nowoczesności występują raczej w liczbie mnogiej, a laickość to niedokończony projekt, który wchodzi w skład naszego imaginarium społecznego, czyli pozwalającego nam codziennie funkcjonować wyobrażenia o społecznym ładzie. Problem w tym, że z pojęciem laickości wiąże się traumatogenna wizja społeczeństwa jako zbioru jednostek-atomów, odpowiadających za własny los. W obliczu nieprzewidzianych katastrof i klęsk świecka logika przestaje zdawać egzamin - na pole zawłaszczone przez politykę wkraczają religijnie napędzane emocje. I pomysł na laickość trzeba obmyślić na nowo. (...)

Niepoprawna religia
Dylematy laickości wynikają z tego, że jest ona zbudowana w dużej mierze na koncepcji wolności negatywnej, czyli wolności od nakazów, przymusu i jednej, hegemonicznej wizji kosmosu. Isaiah Berlin wiąże ją z zachodnimi nurtami liberalizmu i indywidualizmu. Tymczasem od lat 60. XX wieku, kiedy z byłych kolonii do Europy zaczęli masowo napływać imigranci, a w Ameryce Północnej emancypowała się ludność czarnoskóra, znów na znaczeniu zyskała idea wolności pozytywnej. Pod tą nazwą kryje się wolność do praktyk zbiorowych, głoszenia poglądów i dobrowolnego ograniczania swobody jednostki ze względu np. na wyznawaną przez nią religię. Taka wartość współgra z tzw. dyskursem winy Zachodu. W jego świetle kraje zachodnie mają moralny obowiązek zadośćuczynienia innym ludom za wieki ucisku i narzucania chrześcijaństwa. Rządy europejskie powinny więc nie tylko akceptować wielokulturową mozaikę obywateli, ale wręcz ułatwiać przybyszom praktykowanie ich kultów.

Na te postulaty nakłada się jeszcze jeden: poprawność polityczna. U swej genezy, sięgającej środowisk uniwersyteckich z lat 70. i 80. minionego wieku, miała ona chronić obrażane i marginalizowane w życiu publicznym mniejszości religijne, etniczne i seksualne. Nie trzeba było długo czekać, by tzw. dyskryminacja pozytywna (wyrównywanie szans mniejszości kosztem praw większości) stała się własną karykaturą. W Belgii nauczyciele muzułmańscy, a w Stanach Zjednoczonych ultrachrześcijańscy rodzice zażądali, by nie nauczać ich dzieci ewolucjonizmu, lecz jedynie kreacjonizmu. W pewnej szkole pod Sztokholmem zmieniono przebieg Dnia Świętej Łucji. Zwyczajowo korowód dzieci niosących światełka prowadzi najładniejsza dziewczynka, tym razem na czele postawiono czarnoskórego chłopca wątpliwej urody, ponieważ w Szwecji tępi się nie tylko rasizm i seksizm, ale także lookizm, czyli dyskryminację ze względu na wygląd. Dwa lata temu rada miejska Oksfordu zniosła publiczne obchody Bożego Narodzenia i zastąpiła je Zimowym Świętem Światła, by nie ranić uczuć niechrześcijan. Skutkiem tej decyzji była ekumeniczna solidarność - w obronie wielowiekowej tradycji stanęli również żydzi i muzułmanie. W zeszłym roku we włoskiej Cremonie w miejsce szkolnych jasełek ogłoszono święto świateł, wymyślone po to, by nie urazić uczęszczających do placówki dzieci innych wyznań.

Podobne przykłady można by mnożyć - trudno orzec, czy pomysłodawcom chodzi wciąż o laickość jako gwarancję wolności sumienia, czy już o laickość antyreligijną. Dochodzi do zatarcia konturów wielu kluczowych pojęć. Ilustracją postmodernistycznego pomieszania idei może być ubiegłoroczne referendum w Szwajcarii, kiedy 57% głosujących opowiedziało się przeciwko budowie minaretów przy meczetach (wyznawcy islamu stanowią niecałe 5% populacji tego kraju). Komentatorzy podzielili się na dwa obozy. Jedni widzieli „przebudzenie" wyborców i słuszną obronę neutralności światopoglądowej, która jest naczelną zasadą życia publicznego w Szwajcarii. Drudzy uważali, że głosy oddano na źle pojętą neutralność, bliższą ksenofobii i zagrażającą wolności wyznania oraz laickości sensu largo. Paradoksy i krótkowzroczność prób oddzielenia polityki od religii biorą się z tego, że zawsze są to działania w imię jakiejś polityki społecznej.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 10/2010 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
09/2020
08/2020
Kalendarium
Wrzesień
20
W 1966 r. wystrzelono amerykańską sondę księżycową Surveyor 2.
Warto przeczytać
Fizyka kwantowa jest dziwna. Reguły świata kwantowego, według których działa świat na poziomie atomów i cząstek subatomowych, nie są tymi samymi regułami, które obowiązują w dobrze znanym nam świecie codziennych doświadczeń - regułami, które kojarzymy ze zdrowym rozsądkiem.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Magdalena Nowicka | dodano: 2012-07-05
W krzyżowym ogniu pytań

Ilustracja © Ela Waga

 

Czy z miejsc publicznych znikną krzyże, muzułmańskie chusty i jarmułki? Czy związki wyznaniowe będą płacić podatki? I jak to zrobić, żeby nikt nie poczuł się urażony?

„To wszystko, co dla ludzi znajduje się na dole, dla boga znajduje się na górze - i odwrotnie - to, co dla ludzi znajduje się na górze, dla boga jest na dole". Takie surowe prawo bóg Maior ogłosił mieszkańcom baśniowej Lailonii, opisanej przez Leszka Kołakowskiego. Minęły wieki, nim doszło do buntu Lailończyków przeciw absurdalnemu rozporządzeniu. W efekcie bóg Maior ogłosił swoją dymisję, niebo zaczęło opadać, piekło wznosić się, a gdy wpadły na siebie w połowie drogi, zupełnie się wymieszały. Lailonia to kraina, w której sacrum od profanum oddziela spróchniały płot. Wystarczy byle iskra, by wzniecić ognisty spór o tzw. zasadnicze sprawy. Brzmi znajomo?

Postawiony przez harcerzy pod Pałacem Prezydenckim krzyż podsycił ogólnokrajowy spór o to, czy potrzebujemy laickiego państwa. W porównaniu z doświadczeniami wielu innych europejskich demokracji Polacy dopiero rozpoczynają szeroką publiczną debatę nad formalnymi granicami między polityką a religią. Nad dyskusją już ciążą lokalne zaszłości historyczne i światopoglądowe - zaskakujące, jeśli zestawić je w opozycyjne pary. Z jednej strony znamy z lekcji historii wyidealizowany obraz tolerancyjnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdzie Żydzi i prześladowani przez kontrreformację protestanci znajdowali azyl. Z drugiej, w pamięci mamy rezolucję Parlamentu Europejskiego z 2006 roku, która gani m.in. Polskę za nasilenie się na jej terytorium rasizmu, antysemityzmu, ksenofobii i homofobii, do czego miały się przyczynić rosnące wówczas w siłę partie i środowiska narodowo-katolickie.

Religijność nie służy demokracji? Zdaniem Ronalda Ingleharta, szefa międzynarodowych badań World Values Survey, im mocniejsza w społeczeństwie pozycja religii (zwłaszcza katolicyzmu, prawosławia lub islamu), tym słabiej realizowane są zasady demokratycznego państwa. Z opracowanej przez badaczy mapy świata wynika, że w kultywowaniu tradycjonalnego pojęcia władzy (jako odpowiedzialności przed Bogiem i historią) bliżej Polsce do Indii niż do Słowacji, gdzie przeważa świecko-racjonalne rozumienie polityki (jako profesji). Jednak i nad Wisłą rozpoczęła się postmodernizacja, czyli proces odchodzenia coraz lepiej sytuowanego społeczeństwa od walki o wartości materialne na rzecz starań o innego typu dobro - swobodną ekspresję indywidualnych tożsamości. Wobec takich dążeń, religijne nakazy organizujące ludzką seksualność czy edukację coraz bardziej mierżą.

Nie oznacza to, że wiara jest skazana na całkowitą eliminację ze sfery publicznej. Według filozofa Charlesa Taylora we współczesnych społeczeństwach dominuje przekonanie o jednej globalnej laickiej nowoczesności. Tymczasem nowoczesności występują raczej w liczbie mnogiej, a laickość to niedokończony projekt, który wchodzi w skład naszego imaginarium społecznego, czyli pozwalającego nam codziennie funkcjonować wyobrażenia o społecznym ładzie. Problem w tym, że z pojęciem laickości wiąże się traumatogenna wizja społeczeństwa jako zbioru jednostek-atomów, odpowiadających za własny los. W obliczu nieprzewidzianych katastrof i klęsk świecka logika przestaje zdawać egzamin - na pole zawłaszczone przez politykę wkraczają religijnie napędzane emocje. I pomysł na laickość trzeba obmyślić na nowo. (...)

Niepoprawna religia
Dylematy laickości wynikają z tego, że jest ona zbudowana w dużej mierze na koncepcji wolności negatywnej, czyli wolności od nakazów, przymusu i jednej, hegemonicznej wizji kosmosu. Isaiah Berlin wiąże ją z zachodnimi nurtami liberalizmu i indywidualizmu. Tymczasem od lat 60. XX wieku, kiedy z byłych kolonii do Europy zaczęli masowo napływać imigranci, a w Ameryce Północnej emancypowała się ludność czarnoskóra, znów na znaczeniu zyskała idea wolności pozytywnej. Pod tą nazwą kryje się wolność do praktyk zbiorowych, głoszenia poglądów i dobrowolnego ograniczania swobody jednostki ze względu np. na wyznawaną przez nią religię. Taka wartość współgra z tzw. dyskursem winy Zachodu. W jego świetle kraje zachodnie mają moralny obowiązek zadośćuczynienia innym ludom za wieki ucisku i narzucania chrześcijaństwa. Rządy europejskie powinny więc nie tylko akceptować wielokulturową mozaikę obywateli, ale wręcz ułatwiać przybyszom praktykowanie ich kultów.

Na te postulaty nakłada się jeszcze jeden: poprawność polityczna. U swej genezy, sięgającej środowisk uniwersyteckich z lat 70. i 80. minionego wieku, miała ona chronić obrażane i marginalizowane w życiu publicznym mniejszości religijne, etniczne i seksualne. Nie trzeba było długo czekać, by tzw. dyskryminacja pozytywna (wyrównywanie szans mniejszości kosztem praw większości) stała się własną karykaturą. W Belgii nauczyciele muzułmańscy, a w Stanach Zjednoczonych ultrachrześcijańscy rodzice zażądali, by nie nauczać ich dzieci ewolucjonizmu, lecz jedynie kreacjonizmu. W pewnej szkole pod Sztokholmem zmieniono przebieg Dnia Świętej Łucji. Zwyczajowo korowód dzieci niosących światełka prowadzi najładniejsza dziewczynka, tym razem na czele postawiono czarnoskórego chłopca wątpliwej urody, ponieważ w Szwecji tępi się nie tylko rasizm i seksizm, ale także lookizm, czyli dyskryminację ze względu na wygląd. Dwa lata temu rada miejska Oksfordu zniosła publiczne obchody Bożego Narodzenia i zastąpiła je Zimowym Świętem Światła, by nie ranić uczuć niechrześcijan. Skutkiem tej decyzji była ekumeniczna solidarność - w obronie wielowiekowej tradycji stanęli również żydzi i muzułmanie. W zeszłym roku we włoskiej Cremonie w miejsce szkolnych jasełek ogłoszono święto świateł, wymyślone po to, by nie urazić uczęszczających do placówki dzieci innych wyznań.

Podobne przykłady można by mnożyć - trudno orzec, czy pomysłodawcom chodzi wciąż o laickość jako gwarancję wolności sumienia, czy już o laickość antyreligijną. Dochodzi do zatarcia konturów wielu kluczowych pojęć. Ilustracją postmodernistycznego pomieszania idei może być ubiegłoroczne referendum w Szwajcarii, kiedy 57% głosujących opowiedziało się przeciwko budowie minaretów przy meczetach (wyznawcy islamu stanowią niecałe 5% populacji tego kraju). Komentatorzy podzielili się na dwa obozy. Jedni widzieli „przebudzenie" wyborców i słuszną obronę neutralności światopoglądowej, która jest naczelną zasadą życia publicznego w Szwajcarii. Drudzy uważali, że głosy oddano na źle pojętą neutralność, bliższą ksenofobii i zagrażającą wolności wyznania oraz laickości sensu largo. Paradoksy i krótkowzroczność prób oddzielenia polityki od religii biorą się z tego, że zawsze są to działania w imię jakiejś polityki społecznej.