ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Bezcenne skrawki lądów

Wysepka Peñón de Vélez de la Gomera jest własnością Hiszpanii, ale plaża jest już marokańska. Granica lądowa pomiędzy państwami ma tu długość kilkudziesięciu metrów


Same w sobie nie mają większego znaczenia, ważne jest morze wokół. Mowa o maleńkich wysepkach i ledwie wystających z oceanu skałkach, które są przyczyną niejednej międzynarodowej kłótni.

Najpierw dłuższa podróż palcem po mapie. Naszym celem jest północna część Morza Wschodniochińskiego. Znajduje się tu podwodna góra o nazwie Socotra. Wznosi się z płaskiego dna, które ma tu głębokość kilkudziesięciu metrów. Wieńczy ją płaski wierzchołek długości kilkuset metrów i dwukrotnie mniejszej szerokości. Powierzchnia tej naturalnej platformy jest ukryta kilka metrów poniżej lustra wody. Jednak dla Chin i Korei Południowej nie ma to większego znaczenia. Oba kraje są zdania, że Socotra jest lądem, wokół którego można ustanowić wyłączną strefę ekonomiczną. Różnią się natomiast co do tego, któremu z nich takie prawo przysługuje.

Możliwość ustanowienia własnej strefy ekonomicznej to nie lada gratka. Posiadające ją państwo ma wyłączne prawo do znajdujących się tu dóbr - od ryb w morzu po surowce mineralne pod jego dnem. Tylko jemu wolno prowadzić badania naukowe. Maksymalna szerokość strefy wynosi 200 mil morskich, a w pewnych sytuacjach - nawet więcej. Taką strefę można ustanowić zarówno wzdłuż wybrzeża, jak i wokół wyspy. Tak stanowi Konwencja Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza (UNCLOS), która została podpisana w 1982 roku, a weszła w życie 12 lat później. Czy oznacza to, że wyłączna strefa ekonomiczna należy się każdemu kawałkowi skały wystającemu z wody? Nie. Dokument wyraźnie odróżnia „wyspę" od „skały". Tylko temu pierwszemu lądowi przysługuje taki przywilej, tej drugiej - nie. Wyspa - wedle definicji przyjętej w dokumencie - to naturalnie powstały ląd nadający się do zamieszkania przez ludzi i prowadzenia działalności gospodarczej.

Tyle teoria. A praktyka? Na planecie toczy się mnóstwo sporów o drobne skałki wystające z morza, których właściciele na różne sposoby próbują dowieść, że są one wyspami. Gra jest warta świeczki. Na przykładzie Socotry widać, że lądem może być nawet to, co jest zalane wodą. Podwodna góra znajduje się około 150 km na południowy wschód od koreańskiej wyspy Jeju. Od chińskiego brzegu dzieli ją około 300 km, tyle samo - od wysp japońskich. Nazwa podwodnej wyniosłości pochodzi od brytyjskiego statku handlowego, który dostrzegł ją w 1900 roku. Jednak Koreańczycy nazywają ją od dawna Ieodo, a Chińczycy - Suyan.

Ci pierwsi dowodzą, że góra jest ich, ponieważ znajduje się najbliżej ich brzegu. W połowie lat 90. zbudowali w pobliżu stację badawczą Ieodo Ocean Research Station. Umieszczono ją 35 m nad wodą na platformie, którą posadowiono na głębokości 40 m. Na stacji są wykonywane pomiary meteorologiczne i oceanograficzne, są tu pokoiki dla naukowców i pracowników obsługi technicznej oraz lądowisko dla helikopterów. Badania naukowe - rzecz cenna, ale w tym przypadku jednym z powodów zbudowania stacji była bez wątpienia chęć pokazania sąsiadom, czyja jest Socotra. Sąsiedzi zareagowali po swojemu - Chiny od razu ogłosiły, że traktują stację jak nielegalną budowlę. Ich samoloty patrolowe latają nad nią regularnie, co wywołuje irytację Koreańczyków.

Pacyficzny kocioł
W przypadku Socotry wszystko kończy się na zgrzytaniu zębami. W regionie są jednak miejsca, gdzie spory dotyczące wyznaczenia granic wyłącznej strefy ekonomicznej są daleko ostrzejsze. Na morzach zachodniego Pacyfiku, sąsiadujących z kontynentem azjatyckim, więcej jest bowiem skałek, które za sprawą konwencji UNCLOS nagle stały się cenne. W południowej części tego samego Morza Wschodniochińskiego znajduje się grupa niewielkich bezludnych wysp Senkaku. Od końca XIX wieku kontrolę nad nimi sprawuje Japonia (z przerwą na lata 1945-1972, kiedy administrowali nimi Amerykanie), uznając je za część swojego terytorium i wytyczając wokół nich odpowiednio szeroką strefę ekonomiczną.

Tego z kolei nie akceptują Chiny i Tajwan. Znów „winowajcą", choć nie jedynym, jest konwencja UNCLOS, według której strefę ekonomiczną można jeszcze powiększyć o szelf kontynentalny, jeśli jest on szerszy. Powołując się na ten zapis, Chiny dowodzą, że należy im się niemal całe szelfowe Morze Wschodniochińskie. Według ich interpretacji ów szelf kończy się na rowie tektonicznym Okinawy przebiegającym w bezpośrednim sąsiedztwie japońskiego archipelagu Riukiu ciągnącego się na długości ponad 1000 km.

Ale japońscy geolodzy są innego zdania. Twierdzą, że szelf ciągnie się dalej ku Pacyfikowi, a zarówno rów Okinawy, jak i archipelag Riukiu stanowią jego część zwaną skłonem kontynentalnym. Zatem granicę stref ekonomicznych należy poprowadzić w połowie odległości między Chinami a Japonią, uwzględniając w tym wyspy Senkaku. W tym przypadku znaczna część Morza Wschodniochińskiego przypada Japonii, włącznie z całym rowem Okinawy, gdzie - jak się przypuszcza - znajdują się spore zasoby surowców energetycznych i metali. Próby sił powtarzają się tu regularnie. Ostatnia, głośna miała miejsce we wrześniu 2010 roku, gdy japońska łódź patrolowa aresztowała chiński kuter próbujący łowić ryby w pobliżu Senkaku. Przez kilka tygodni, do momentu uwolnienia kapitana trawlera, trwała pomiędzy Chinami a Japonią bardzo ostra wymiana zdań.

Równie gorące spory toczą się o koralowe archipelagi na Morzu Południowochińskim. Jeden z nich nazywa się po angielsku Spratly i składa się z kilkuset raf, atoli i skałek. Ich łączna powierzchnia wynosi mniej niż 4 km2, a rozrzucone są na obszarze większym niż Polska. Same w sobie te drobiny lądu nie mają żadnego znaczenia, ale rywalizacja o nie trwa w najlepsze pomiędzy Chinami, Tajwanem, Wietnamem, Malezją, Filipinami i Brunei. Chodzi oczywiście o możliwość ustanawiania wyłącznych stref ekonomicznych, z których można by pozyskiwać zasoby, nie dopuszczając doń innych.

Na największej wysepce noszącej nazwę Itu Aba, która ma półtora kilometra długości i 400 m szerokości, przebywa stale kilkuset tajwańskich żołnierzy. Dwa lata temu zbudowano tam pas startowy, na którym mogą lądować ciężkie samoloty transportowe. Oczywiście pozostałe kraje zaangażowane w spór natychmiast zaprotestowały. Najgłośniej Wietnam zajmujący sąsiednią wysepkę Namiyt. Niezadowoleni byli też Filipińczycy zajmujący drugą pod względem wielkości (37 ha) wysepkę noszącą nazwę Pagasa lub Thitu. Protestowali, choć sami mają na niej pas startowy.

Łącznie okupowanych jest około 40 fragmentów archipelagu. Czasami rywale niemal patrzą sobie w oczy. Dystans zaledwie 3 km dzieli bliźniacze wysepki Northeast Cay i Southwest Cay. Pierwszą zajmują Filipińczycy, nazywając ją Parola. Na drugiej przebywają z kolei Wietnamczycy - dla nich jest to Song Tu Tay. Jak widać, spór toczy się tu nawet na terminy geograficzne. Każde państwo przybywa z własną listą nazw dla wysp, atoli, skałek, raf, lagun, zatoczek. Przykładem jest niewielka 13-hektarowa wysepka Spratly, od której nazwę wziął cały archipelag. Mieszka tam przez ponad 1000 Wietnamczyków (głównie żołnierzy), którzy przebywają tu od połowy lat 70. XX wieku. Oni zwą swoją zdobycz Truong Sa.

Chiny pojawiły się na tym archipelagu pod koniec lat 80., zajmując kilka raf. Większość z nich ledwie wystaje z wody. Mimo to toczyły się o nie regularne boje z wojskami wietnamskimi. Wkrótce na jednej z raf Fiercy Cross powstało nabrzeże dla statków, lądowisko dla helikopterów, schrony przeciwlotnicze oraz stacja oceanograficzna wyposażona w łączność satelitarną. Badania naukowe są tylko listkiem figowym. Podobnie jak pozostałe kraje, Chiny chcą wykroić dla siebie kawałek Morza Południowochińskiego.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 02/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
10/2020
09/2020
Kalendarium
Wrzesień
27
W 1918 r. urodził się Martin Ryle, brytyjski fizyk, astronom, laureat nagrody Nobla. Uważany jest za odkrywcę kwazarów i współodkrywcę pulsarów.
Warto przeczytać
Fizyka kwantowa jest dziwna. Reguły świata kwantowego, według których działa świat na poziomie atomów i cząstek subatomowych, nie są tymi samymi regułami, które obowiązują w dobrze znanym nam świecie codziennych doświadczeń - regułami, które kojarzymy ze zdrowym rozsądkiem.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Bezcenne skrawki lądów

Wysepka Peñón de Vélez de la Gomera jest własnością Hiszpanii, ale plaża jest już marokańska. Granica lądowa pomiędzy państwami ma tu długość kilkudziesięciu metrów


Same w sobie nie mają większego znaczenia, ważne jest morze wokół. Mowa o maleńkich wysepkach i ledwie wystających z oceanu skałkach, które są przyczyną niejednej międzynarodowej kłótni.

Najpierw dłuższa podróż palcem po mapie. Naszym celem jest północna część Morza Wschodniochińskiego. Znajduje się tu podwodna góra o nazwie Socotra. Wznosi się z płaskiego dna, które ma tu głębokość kilkudziesięciu metrów. Wieńczy ją płaski wierzchołek długości kilkuset metrów i dwukrotnie mniejszej szerokości. Powierzchnia tej naturalnej platformy jest ukryta kilka metrów poniżej lustra wody. Jednak dla Chin i Korei Południowej nie ma to większego znaczenia. Oba kraje są zdania, że Socotra jest lądem, wokół którego można ustanowić wyłączną strefę ekonomiczną. Różnią się natomiast co do tego, któremu z nich takie prawo przysługuje.

Możliwość ustanowienia własnej strefy ekonomicznej to nie lada gratka. Posiadające ją państwo ma wyłączne prawo do znajdujących się tu dóbr - od ryb w morzu po surowce mineralne pod jego dnem. Tylko jemu wolno prowadzić badania naukowe. Maksymalna szerokość strefy wynosi 200 mil morskich, a w pewnych sytuacjach - nawet więcej. Taką strefę można ustanowić zarówno wzdłuż wybrzeża, jak i wokół wyspy. Tak stanowi Konwencja Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza (UNCLOS), która została podpisana w 1982 roku, a weszła w życie 12 lat później. Czy oznacza to, że wyłączna strefa ekonomiczna należy się każdemu kawałkowi skały wystającemu z wody? Nie. Dokument wyraźnie odróżnia „wyspę" od „skały". Tylko temu pierwszemu lądowi przysługuje taki przywilej, tej drugiej - nie. Wyspa - wedle definicji przyjętej w dokumencie - to naturalnie powstały ląd nadający się do zamieszkania przez ludzi i prowadzenia działalności gospodarczej.

Tyle teoria. A praktyka? Na planecie toczy się mnóstwo sporów o drobne skałki wystające z morza, których właściciele na różne sposoby próbują dowieść, że są one wyspami. Gra jest warta świeczki. Na przykładzie Socotry widać, że lądem może być nawet to, co jest zalane wodą. Podwodna góra znajduje się około 150 km na południowy wschód od koreańskiej wyspy Jeju. Od chińskiego brzegu dzieli ją około 300 km, tyle samo - od wysp japońskich. Nazwa podwodnej wyniosłości pochodzi od brytyjskiego statku handlowego, który dostrzegł ją w 1900 roku. Jednak Koreańczycy nazywają ją od dawna Ieodo, a Chińczycy - Suyan.

Ci pierwsi dowodzą, że góra jest ich, ponieważ znajduje się najbliżej ich brzegu. W połowie lat 90. zbudowali w pobliżu stację badawczą Ieodo Ocean Research Station. Umieszczono ją 35 m nad wodą na platformie, którą posadowiono na głębokości 40 m. Na stacji są wykonywane pomiary meteorologiczne i oceanograficzne, są tu pokoiki dla naukowców i pracowników obsługi technicznej oraz lądowisko dla helikopterów. Badania naukowe - rzecz cenna, ale w tym przypadku jednym z powodów zbudowania stacji była bez wątpienia chęć pokazania sąsiadom, czyja jest Socotra. Sąsiedzi zareagowali po swojemu - Chiny od razu ogłosiły, że traktują stację jak nielegalną budowlę. Ich samoloty patrolowe latają nad nią regularnie, co wywołuje irytację Koreańczyków.

Pacyficzny kocioł
W przypadku Socotry wszystko kończy się na zgrzytaniu zębami. W regionie są jednak miejsca, gdzie spory dotyczące wyznaczenia granic wyłącznej strefy ekonomicznej są daleko ostrzejsze. Na morzach zachodniego Pacyfiku, sąsiadujących z kontynentem azjatyckim, więcej jest bowiem skałek, które za sprawą konwencji UNCLOS nagle stały się cenne. W południowej części tego samego Morza Wschodniochińskiego znajduje się grupa niewielkich bezludnych wysp Senkaku. Od końca XIX wieku kontrolę nad nimi sprawuje Japonia (z przerwą na lata 1945-1972, kiedy administrowali nimi Amerykanie), uznając je za część swojego terytorium i wytyczając wokół nich odpowiednio szeroką strefę ekonomiczną.

Tego z kolei nie akceptują Chiny i Tajwan. Znów „winowajcą", choć nie jedynym, jest konwencja UNCLOS, według której strefę ekonomiczną można jeszcze powiększyć o szelf kontynentalny, jeśli jest on szerszy. Powołując się na ten zapis, Chiny dowodzą, że należy im się niemal całe szelfowe Morze Wschodniochińskie. Według ich interpretacji ów szelf kończy się na rowie tektonicznym Okinawy przebiegającym w bezpośrednim sąsiedztwie japońskiego archipelagu Riukiu ciągnącego się na długości ponad 1000 km.

Ale japońscy geolodzy są innego zdania. Twierdzą, że szelf ciągnie się dalej ku Pacyfikowi, a zarówno rów Okinawy, jak i archipelag Riukiu stanowią jego część zwaną skłonem kontynentalnym. Zatem granicę stref ekonomicznych należy poprowadzić w połowie odległości między Chinami a Japonią, uwzględniając w tym wyspy Senkaku. W tym przypadku znaczna część Morza Wschodniochińskiego przypada Japonii, włącznie z całym rowem Okinawy, gdzie - jak się przypuszcza - znajdują się spore zasoby surowców energetycznych i metali. Próby sił powtarzają się tu regularnie. Ostatnia, głośna miała miejsce we wrześniu 2010 roku, gdy japońska łódź patrolowa aresztowała chiński kuter próbujący łowić ryby w pobliżu Senkaku. Przez kilka tygodni, do momentu uwolnienia kapitana trawlera, trwała pomiędzy Chinami a Japonią bardzo ostra wymiana zdań.

Równie gorące spory toczą się o koralowe archipelagi na Morzu Południowochińskim. Jeden z nich nazywa się po angielsku Spratly i składa się z kilkuset raf, atoli i skałek. Ich łączna powierzchnia wynosi mniej niż 4 km2, a rozrzucone są na obszarze większym niż Polska. Same w sobie te drobiny lądu nie mają żadnego znaczenia, ale rywalizacja o nie trwa w najlepsze pomiędzy Chinami, Tajwanem, Wietnamem, Malezją, Filipinami i Brunei. Chodzi oczywiście o możliwość ustanawiania wyłącznych stref ekonomicznych, z których można by pozyskiwać zasoby, nie dopuszczając doń innych.

Na największej wysepce noszącej nazwę Itu Aba, która ma półtora kilometra długości i 400 m szerokości, przebywa stale kilkuset tajwańskich żołnierzy. Dwa lata temu zbudowano tam pas startowy, na którym mogą lądować ciężkie samoloty transportowe. Oczywiście pozostałe kraje zaangażowane w spór natychmiast zaprotestowały. Najgłośniej Wietnam zajmujący sąsiednią wysepkę Namiyt. Niezadowoleni byli też Filipińczycy zajmujący drugą pod względem wielkości (37 ha) wysepkę noszącą nazwę Pagasa lub Thitu. Protestowali, choć sami mają na niej pas startowy.

Łącznie okupowanych jest około 40 fragmentów archipelagu. Czasami rywale niemal patrzą sobie w oczy. Dystans zaledwie 3 km dzieli bliźniacze wysepki Northeast Cay i Southwest Cay. Pierwszą zajmują Filipińczycy, nazywając ją Parola. Na drugiej przebywają z kolei Wietnamczycy - dla nich jest to Song Tu Tay. Jak widać, spór toczy się tu nawet na terminy geograficzne. Każde państwo przybywa z własną listą nazw dla wysp, atoli, skałek, raf, lagun, zatoczek. Przykładem jest niewielka 13-hektarowa wysepka Spratly, od której nazwę wziął cały archipelag. Mieszka tam przez ponad 1000 Wietnamczyków (głównie żołnierzy), którzy przebywają tu od połowy lat 70. XX wieku. Oni zwą swoją zdobycz Truong Sa.

Chiny pojawiły się na tym archipelagu pod koniec lat 80., zajmując kilka raf. Większość z nich ledwie wystaje z wody. Mimo to toczyły się o nie regularne boje z wojskami wietnamskimi. Wkrótce na jednej z raf Fiercy Cross powstało nabrzeże dla statków, lądowisko dla helikopterów, schrony przeciwlotnicze oraz stacja oceanograficzna wyposażona w łączność satelitarną. Badania naukowe są tylko listkiem figowym. Podobnie jak pozostałe kraje, Chiny chcą wykroić dla siebie kawałek Morza Południowochińskiego.