ziemia
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Najcenniejsze jezioro

Jezioro Wostok jest ukryte pod prawie 4 km lodu. Szacuje się, że ma kilkaset metrów głębokości. Czerwona strzałka pokazuje kierunek przemieszczania się czaszy lodowej. Woda jeziorna przymarza od spodu do lądolodu w formie wielkich kryształów. Przez tę właśnie warstwę grubokrystalicznego lodu chcą się przebić Rosjanie.

 

Jego znalezienie uznano za jedno z największych odkryć geograficznych XX wieku. Rosyjscy badacze są o krok od dotarcia do jeziora Wostok - jednego z największych na Ziemi, lecz ukrytego pod czterema kilometrami lodu. W lutym zabrakło im 20 m. Wrócą w grudniu, by dokończyć dzieła.

Piętnaście lat temu - 20 czerwca 1996 roku - na okładce tygodnika „Nature" znalazła się mapa Antarktydy. W centrum kontynentu czerwonym kolorem zaznaczono brzegi dużego obiektu geograficznego. Pod mapą widniał podpis: GIGANTYCZNE JEZIORO POD ANTARKTYCZNYM LODEM. Z artykułu zamieszczonego w czasopiśmie można się było dowiedzieć, że mapa została wykonana w Millard Space Science Laboratory na University College of London, a stworzono ją na podstawie danych dostarczonych przez europejskiego satelitę ERS-1 wyposażonego w radar typu SAR, dzięki któremu można uzyskiwać bardzo dokładne, trójwymiarowe obrazy powierzchni Ziemi.

Instrument ten dojrzał z kosmosu coś, czego wcześniej nie dało się wypatrzyć z samolotu. Była to zadziwiająco płaska równina długości ponad 200 km i szerokości ponad 50 km. Lód wyglądał w tym miejscu, jakby został wyprasowany. Po zestawieniu wielu fragmentów układanki autorzy artykułu ogłosili, że pod lodem znajduje się gigantyczne jezioro.

Od razu zaczęto się zastanawiać, czy może tam istnieć życie. Londyński „Times" wiadomość o odkryciu opatrzył ilustracją z książki Julesa Verne'a „Podróż do wnętrza Ziemi". Jej bohaterowie - jak pamiętamy - docierają do podziemnego jeziora zamieszkanego przez nieznane gatunki zwierząt. Inne gazety pisały o „kapsule czasu" i „zaginionym świecie". Popularnonaukowy magazyn „New Scientist" zwracał natomiast uwagę, że odnalezienie pod antarktycznym lodem żywych organizmów zwiększałoby prawdopodobieństwo podobnych odkryć na innych globach Układu Słonecznego. Mniej więcej w tym samym czasie amerykańska sonda Galileo, która okrążała Jowisza, zbliżyła się do największych księżyców planety, w tym - do zamrożonej Europy. Natychmiast pojawiły się koncepcje wysłania tam sondy, która pod lodem poszukałaby śladów życia. Próbę generalną przeprowadzono by na Antarktydzie.

Wody najwyżej na metr
Informacja o odkryciu podlodowego jeziora nie zaskoczyła wtajemniczonych, choć zdumieni byli jego rozmiarami. Pierwsze podejrzenia, że pod lodem mogą się znajdować zbiorniki słodkiej wody, pojawiły się już w latach 60., kiedy to Rosjanie, Amerykanie i Brytyjczycy zaczęli prześwietlać Antarktydę, by zmierzyć grubość przykrywającej ją czaszy. Czynili to metodami sejsmicznymi oraz za pomocą fal radarowych. Wkrótce pojawiły się prace teoretyczne sugerujące, że lądolód antarktyczny może topnieć od spodu. Tak uważali m.in. rosyjski badacz Igor Zotikow i brytyjski glacjolog Gordon Robin.

Ten drugi był przez prawie ćwierć wieku - od 1958 do 1982 roku - dyrektorem Scott Polar Research Institute przy University of Cambridge. Przede wszystkim jednak należał do pionierów wykorzystania radarów w glacjologii. Z jego inicjatywy w 1967 roku ruszył wielki program prześwietlania antarktycznej czaszy lodowej wiązkami mikrofal. Uczestniczyli w nim także Amerykanie, którzy udostępnili swoją bazę McMurdo na skraju Lodowca Szelfowego Rossa, oraz samolot, który wykonał dziesiątki lotów z radarem na pokładzie. W ciągu 12 lat zbadano z powietrza około 50% kontynentu.

Na początku lat 70. Robin i jego współpracownicy stwierdzili, że niektóre „błyski" radaru pokazują gromadzącą się pod lodowcem wodę. Wykryto ją m.in. w pobliżu rosyjskiej stacji Wostok. Naukowcy nie mieli pojęcia, że namierzyli wielkie jezioro. Ponieważ fale radarowe nie przenikają przez wodę, nie mogli określić głębokości zbiornika. Zakładali, że wynosi ona najwyżej metr lub dwa.

Również Rosjanom, którzy już w latach 1963-1964 wykonali w pobliżu stacji Wostok sondowania sejsmiczne, nie przyszło do głowy, aby w zakrzywieniach fal doszukiwać się obecności tak gigantycznego jeziora. Niektórzy z nich, jak szef grupy Andriej Kapica z Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa oraz wspomniany już Zotikow, który uczestniczył w tym „rajdzie" sejsmologów przez Antarktydę, podejrzewali jednak, że kilka kilometrów pod ich stopami może kryć się spora niespodzianka. Ale w latach 60. idea, że pod lądolodem mogą się gromadzić znaczne ilości wody, nie miała zwolenników. W wydanej parę lat temu książce Zotikow wspominał, jak z trudem obronił doktorat, w którym dowodził, że w pewnych warunkach jest to możliwe. Nadal jednak i on, i inni nie przypuszczali, że wody może być aż tyle. Okazało się to dopiero ćwierć wieku później.

Duże lepiej widać z daleka
W lipcu 1991 roku Europejska Agencja Kosmiczna posłała w kosmos satelitę ERS-1. Przez długie lata była to najlepsza sonda obserwująca planetę. Umieszczona na wysokości ok. 800 km, obiegała ziemski glob w 100 minut. Na lądach wypatrywała katastrofalnych zjawisk, mierzyła również temperaturę powierzchni mórz oraz wiejące ponad nimi wiatry, obserwowała też czasze lodowcowe Antarktydy i Grenlandii. Wysyłane przez nią fale radarowe przenikały przez chmury, co oznaczało, że obserwacje mogła prowadzić bez przerwy przez cały rok. Satelicie były obojętne pogoda i pory roku.

Nadsyłane przez ERS-1 obrazy były skrupulatnie analizowane przez badaczy reprezentujących dziesiątki dyscyplin i specjalności. Policzono potem, że na podstawie danych dostarczonych przez tę sondę napisano blisko 30 tys. prac naukowych. W tym gronie byli też Kapica i Robin. Pochylali się nad radarowymi mapami Antarktydy wykreślonymi przez ekspertów z Millard Space Science Laboratory. Szczególnie interesowały ich okolice stacji Wostok. Byli ciekawi, czy znajdą na mapach potwierdzenie swoich domysłów, hipotez i przeczuć sprzed ponad dwóch dekad. Dojrzeli to, czego szukali. Kapica wyciągnął z archiwów i jeszcze raz przeanalizował wyniki sondowań sejsmicznych. Sugerowały, że zbiornik może mieć setki metrów głębokości.

Sensacyjną wieść o odnalezieniu podlodowego zbiornika Rosjanie i Brytyjczycy podali w 1994 roku podczas spotkania Komitetu Naukowego Badań Antarktycznych (SCAR). Dwa lata zajęło opracowanie danych i napisanie publikacji, która następnie ukazała się w „Nature", odbijając się tak szerokim echem na świecie. Jezioro nazwano Wostok od znajdującej się ponad nim rosyjskiej stacji. Wyliczono, że jego powierzchnia wynosi ok. 14 tys. km2, co ulokowało je w pierwszej dwudziestce na świecie w tej kategorii. Natomiast jego objętość oszacowano na 5-6 tys. km3, co oznacza, że Wostok jest szóstym co do wielkości zbiornikiem wody słodkiej na Ziemi.

Natychmiast zaczęto się zastanawiać nad genezą jeziora i jego obecnym stanem. Jak powstało? Kiedy? Jakie właściwości ma wypełniająca je woda? Dlaczego nie zamarzło? Czy jest w nim życie? Jak dawno zostało odizolowane od reszty ziemskiej biosfery? Pytań były setki.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 03/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
01/2020
12/2019
Kalendarium
Styczeń
19
7 lat temu Amerykańska sonda kosmiczna New Horizons została pomyślnie wystrzelona w kierunku Plutona.
Warto przeczytać
Książka o jednej z największych tajemnic ludzkiego mózgu. Czy sny są zwierciadłem naszej duszy?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-05
Najcenniejsze jezioro

Jezioro Wostok jest ukryte pod prawie 4 km lodu. Szacuje się, że ma kilkaset metrów głębokości. Czerwona strzałka pokazuje kierunek przemieszczania się czaszy lodowej. Woda jeziorna przymarza od spodu do lądolodu w formie wielkich kryształów. Przez tę właśnie warstwę grubokrystalicznego lodu chcą się przebić Rosjanie.

 

Jego znalezienie uznano za jedno z największych odkryć geograficznych XX wieku. Rosyjscy badacze są o krok od dotarcia do jeziora Wostok - jednego z największych na Ziemi, lecz ukrytego pod czterema kilometrami lodu. W lutym zabrakło im 20 m. Wrócą w grudniu, by dokończyć dzieła.

Piętnaście lat temu - 20 czerwca 1996 roku - na okładce tygodnika „Nature" znalazła się mapa Antarktydy. W centrum kontynentu czerwonym kolorem zaznaczono brzegi dużego obiektu geograficznego. Pod mapą widniał podpis: GIGANTYCZNE JEZIORO POD ANTARKTYCZNYM LODEM. Z artykułu zamieszczonego w czasopiśmie można się było dowiedzieć, że mapa została wykonana w Millard Space Science Laboratory na University College of London, a stworzono ją na podstawie danych dostarczonych przez europejskiego satelitę ERS-1 wyposażonego w radar typu SAR, dzięki któremu można uzyskiwać bardzo dokładne, trójwymiarowe obrazy powierzchni Ziemi.

Instrument ten dojrzał z kosmosu coś, czego wcześniej nie dało się wypatrzyć z samolotu. Była to zadziwiająco płaska równina długości ponad 200 km i szerokości ponad 50 km. Lód wyglądał w tym miejscu, jakby został wyprasowany. Po zestawieniu wielu fragmentów układanki autorzy artykułu ogłosili, że pod lodem znajduje się gigantyczne jezioro.

Od razu zaczęto się zastanawiać, czy może tam istnieć życie. Londyński „Times" wiadomość o odkryciu opatrzył ilustracją z książki Julesa Verne'a „Podróż do wnętrza Ziemi". Jej bohaterowie - jak pamiętamy - docierają do podziemnego jeziora zamieszkanego przez nieznane gatunki zwierząt. Inne gazety pisały o „kapsule czasu" i „zaginionym świecie". Popularnonaukowy magazyn „New Scientist" zwracał natomiast uwagę, że odnalezienie pod antarktycznym lodem żywych organizmów zwiększałoby prawdopodobieństwo podobnych odkryć na innych globach Układu Słonecznego. Mniej więcej w tym samym czasie amerykańska sonda Galileo, która okrążała Jowisza, zbliżyła się do największych księżyców planety, w tym - do zamrożonej Europy. Natychmiast pojawiły się koncepcje wysłania tam sondy, która pod lodem poszukałaby śladów życia. Próbę generalną przeprowadzono by na Antarktydzie.

Wody najwyżej na metr
Informacja o odkryciu podlodowego jeziora nie zaskoczyła wtajemniczonych, choć zdumieni byli jego rozmiarami. Pierwsze podejrzenia, że pod lodem mogą się znajdować zbiorniki słodkiej wody, pojawiły się już w latach 60., kiedy to Rosjanie, Amerykanie i Brytyjczycy zaczęli prześwietlać Antarktydę, by zmierzyć grubość przykrywającej ją czaszy. Czynili to metodami sejsmicznymi oraz za pomocą fal radarowych. Wkrótce pojawiły się prace teoretyczne sugerujące, że lądolód antarktyczny może topnieć od spodu. Tak uważali m.in. rosyjski badacz Igor Zotikow i brytyjski glacjolog Gordon Robin.

Ten drugi był przez prawie ćwierć wieku - od 1958 do 1982 roku - dyrektorem Scott Polar Research Institute przy University of Cambridge. Przede wszystkim jednak należał do pionierów wykorzystania radarów w glacjologii. Z jego inicjatywy w 1967 roku ruszył wielki program prześwietlania antarktycznej czaszy lodowej wiązkami mikrofal. Uczestniczyli w nim także Amerykanie, którzy udostępnili swoją bazę McMurdo na skraju Lodowca Szelfowego Rossa, oraz samolot, który wykonał dziesiątki lotów z radarem na pokładzie. W ciągu 12 lat zbadano z powietrza około 50% kontynentu.

Na początku lat 70. Robin i jego współpracownicy stwierdzili, że niektóre „błyski" radaru pokazują gromadzącą się pod lodowcem wodę. Wykryto ją m.in. w pobliżu rosyjskiej stacji Wostok. Naukowcy nie mieli pojęcia, że namierzyli wielkie jezioro. Ponieważ fale radarowe nie przenikają przez wodę, nie mogli określić głębokości zbiornika. Zakładali, że wynosi ona najwyżej metr lub dwa.

Również Rosjanom, którzy już w latach 1963-1964 wykonali w pobliżu stacji Wostok sondowania sejsmiczne, nie przyszło do głowy, aby w zakrzywieniach fal doszukiwać się obecności tak gigantycznego jeziora. Niektórzy z nich, jak szef grupy Andriej Kapica z Moskiewskiego Uniwersytetu im. Łomonosowa oraz wspomniany już Zotikow, który uczestniczył w tym „rajdzie" sejsmologów przez Antarktydę, podejrzewali jednak, że kilka kilometrów pod ich stopami może kryć się spora niespodzianka. Ale w latach 60. idea, że pod lądolodem mogą się gromadzić znaczne ilości wody, nie miała zwolenników. W wydanej parę lat temu książce Zotikow wspominał, jak z trudem obronił doktorat, w którym dowodził, że w pewnych warunkach jest to możliwe. Nadal jednak i on, i inni nie przypuszczali, że wody może być aż tyle. Okazało się to dopiero ćwierć wieku później.

Duże lepiej widać z daleka
W lipcu 1991 roku Europejska Agencja Kosmiczna posłała w kosmos satelitę ERS-1. Przez długie lata była to najlepsza sonda obserwująca planetę. Umieszczona na wysokości ok. 800 km, obiegała ziemski glob w 100 minut. Na lądach wypatrywała katastrofalnych zjawisk, mierzyła również temperaturę powierzchni mórz oraz wiejące ponad nimi wiatry, obserwowała też czasze lodowcowe Antarktydy i Grenlandii. Wysyłane przez nią fale radarowe przenikały przez chmury, co oznaczało, że obserwacje mogła prowadzić bez przerwy przez cały rok. Satelicie były obojętne pogoda i pory roku.

Nadsyłane przez ERS-1 obrazy były skrupulatnie analizowane przez badaczy reprezentujących dziesiątki dyscyplin i specjalności. Policzono potem, że na podstawie danych dostarczonych przez tę sondę napisano blisko 30 tys. prac naukowych. W tym gronie byli też Kapica i Robin. Pochylali się nad radarowymi mapami Antarktydy wykreślonymi przez ekspertów z Millard Space Science Laboratory. Szczególnie interesowały ich okolice stacji Wostok. Byli ciekawi, czy znajdą na mapach potwierdzenie swoich domysłów, hipotez i przeczuć sprzed ponad dwóch dekad. Dojrzeli to, czego szukali. Kapica wyciągnął z archiwów i jeszcze raz przeanalizował wyniki sondowań sejsmicznych. Sugerowały, że zbiornik może mieć setki metrów głębokości.

Sensacyjną wieść o odnalezieniu podlodowego zbiornika Rosjanie i Brytyjczycy podali w 1994 roku podczas spotkania Komitetu Naukowego Badań Antarktycznych (SCAR). Dwa lata zajęło opracowanie danych i napisanie publikacji, która następnie ukazała się w „Nature", odbijając się tak szerokim echem na świecie. Jezioro nazwano Wostok od znajdującej się ponad nim rosyjskiej stacji. Wyliczono, że jego powierzchnia wynosi ok. 14 tys. km2, co ulokowało je w pierwszej dwudziestce na świecie w tej kategorii. Natomiast jego objętość oszacowano na 5-6 tys. km3, co oznacza, że Wostok jest szóstym co do wielkości zbiornikiem wody słodkiej na Ziemi.

Natychmiast zaczęto się zastanawiać nad genezą jeziora i jego obecnym stanem. Jak powstało? Kiedy? Jakie właściwości ma wypełniająca je woda? Dlaczego nie zamarzło? Czy jest w nim życie? Jak dawno zostało odizolowane od reszty ziemskiej biosfery? Pytań były setki.