wszechświat
Autor: Marek Oramus | dodano: 2012-07-09
Niczego dużego w kosmosie nie odkryjemy

Prof. dr hab. Józef Kaźmierczak, profesor zwyczajny w Instytucie Paleobiologii PAN w Warszawie, w którym przez wiele lat kierował Zakładem Biogeologii. Wykładowca środowiskowego Studium Doktoranckiego GEOBIOS przy Instytucie Paleobiologii PAN. Stypendysta Fundacji Alexandra von Humboldta i laureat programu MISTRZ Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w dziedzinie biologii i biomedycyny. Profesor i badacz wizytujący uniwersytetów w Montrealu, Hamburgu, Darmstadt, Getyndze i Tybindze. Współorganizator i uczestnik międzynarodowych ekspedycji geologicznych do Indonezji, Meksyku, Turcji, Grecji i Królestwa Tonga. Członek zespołu Europejskiej Agencji Kosmicznej Geomicropal, przygotowującego naukowy program poszukiwania dawnego życia na Marsie dla misji marsjańskiej ESA ExoMars w roku 2018. Autor ok. 100 prac naukowych.


Mówi się złośliwie, że astrobiologia to dyscyplina naukowa bez przedmiotu badań. Czy wiedza o ziemskiej biosferze nie ma tu żadnego znaczenia?
Może się wydawać, że astrobiologia nie jest dyscypliną naukową, ponieważ została zdefiniowana raczej jako program badawczy. Ma się zająć zagadnieniem, jak powstało życie, jak się rozwija i jaka jest jego przyszłość we Wszechświecie. Takie postawienie sprawy obejmuje wszystkie dziedziny nauki - w tym sensie każdy może zostać astrobiologiem. Ja jestem ze specjalizacji paleobiologiem, więc i moja wąska specjalizacja tutaj się przydaje. Idea była taka, żeby po krótkim okresie fascynacji SETI i zielonymi ludzikami wrócić do poważnego spojrzenia na te sprawy, potraktować Ziemię jak życionośny statek kosmiczny i wyobrazić sobie, że ktoś z zewnątrz patrzy, co się na nim znajduje. Szukamy możliwości złapania życia poza Ziemią na podstawie tego, czym tutaj dysponujemy. Podstawowym wymogiem w astrobiologii jest zatem multidyscyplinarność. Pismo „Astrobiology" też kieruje się tym kryterium i zamieszcza artykuły obejmujące szerokie spektrum dyscyplin, od robotyki, a więc zagadnień stricte technicznych, po rozważania filozoficzne, nie mówiąc o biologii, biochemii, biologii molekularnej, geologii, geochemii itd. Cała ziemska biosfera czy nawet biokosmosfera jest więc punktem wyjścia do rozważań astrobiologicznych.

W literaturze często spotyka się narzekania, że brak nam dobrej definicji życia. Dlaczego jest ona nieodzowna do skutecznych poszukiwań życia poza Ziemią?
To jest sprawa bardzo skomplikowana, napisano na ten temat całe tomy. Za definicję roboczą można uznać zdanie, że życie jest to dowolny układ chemiczny podlegający ewolucji darwinowskiej. No, może nie dowolny, ale tak została sprawa postawiona przez NASA i oficjalnie takie ujęcie pokazuje się już studentom: że życie to system reakcji chemicznych podlegających mutacji, rekombinacji i ewolucji. Z całego kontinuum procesów, jakie się złożyły na życie przez te wszystkie eony, uznajemy za system żywy właściwie tylko życie komórkowe. Nasza definicja obowiązywałaby więc dopiero od życia komórkowego, daleko po przekroczeniu owego progu między materią nieożywioną a ożywioną. Co się tam wcześniej działo, jak to przebiegało, nie wiemy, chociaż trwają próby zamknięcia tego procesu w modele matematyczne i naśladowania go z wykorzystaniem komputerów. Wydaje się też, że prawie już sięgamy po możliwość stworzenia sztucznego życia, ale nawet to niczego nie wyjaśnia. Jako paleobiolog mogę stwierdzić, że niezależnie od sukcesów tych poczynań nigdy nie odtworzymy warunków, w których życie powstawało na naszej planecie.

Definicja życia jest nieodzowna dlatego, że gdy się na nie natkniemy gdzieś w kosmosie, to rozpoznamy je na podstawie takich szlaków metabolicznych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, w takiej formule, jaką znamy tu, na Ziemi. Nasze spotkania astrobiologów kończą się czasami smutnym wnioskiem - że życie w odległym kosmosie będzie tak zaskakujące, że oszalejemy ze zdumienia. Brałem kiedyś udział w programie Wojciecha Manna „Duże dzieci", gdzie właśnie dzieci zapytano: co to znaczy żyć. Odpowiedź padła natychmiast: to znaczy poruszać się i przede wszystkim oddychać. Ośmioletni chłopiec właściwie ujął całą kwintesencję zagadnienia, w jaki sposób rozpoznawać życie. Oczywiście nie należy tego rozumieć dosłownie, ale domeną życia jest ruch i jakieś formy metabolizmu. Bez tych dwóch elementów trudno sobie wyobrazić formy żywe, niezależnie od tego, w jaki sposób powstały.

A czy kwestia nie sprowadza się do wyboru między narodzinami życia bezpośrednio na planecie a zstąpieniem na nią życia z kosmosu - i dopiero w warunkach planetarnych, jeśli te są sprzyjające, formy biologiczne rozwijają się dalej? A może realne są obie drogi?
Nastąpiło w tej chwili rozszczepienie opinii. Przez długi czas dominowała koncepcja jakichś stawków czy kałuży, w których pływy wywołane grawitacją Księżyca mieszają roztwory organiczne, powstają coraz bardziej skomplikowane związki chemiczne aż do wyłonienia się z tego pierwszych prymitywnych organizmów. Wszystko popsuło się w momencie, gdy w laboratoriach zajęto się meteorytami zwanymi chondrytami węglistymi, a sondy kosmiczne typu Giotto sięgnęły głów komet. Okazało się, że pełno tam elementów, które uznawaliśmy za niezbędne do powstania życia, że cała kuchnia chemiczna, nad którą męczył się Stanley Miller i inni, była już w kosmosie gotowa, i to w wielkich ilościach. Nasz wgląd w to jest w dalszym ciągu bardzo skromny; meteorytów węglistych mamy raptem dziewięć i większość z nich została po spadku mniej lub bardziej kontaminowana substancjami i mikroorganizmami ziemskimi. Nie przejął się tym słynny od paru miesięcy astrobiolog z NASA Richard Hoover, który powiedział: chrzanię wasze laboratoria, zabieram się po swojemu do tych meteorytów, dziś mamy niezłe mikroskopy elektronowe, ja to obejrzę jeszcze raz. Znalazł dojścia do tych meteorytów, ale efekt badawczy jego obserwacji jest wątpliwy: on twierdzi, że coś w nich znalazł, ale nikt tego nie bierze poważnie.

Ja nigdy nie potępiałem ani nie ignorowałem rozmaitych samouków, którzy obnosili się z szalonymi koncepcjami. Z historii nauki widać, że nie zawsze warsztatowcy, nie rutynowa armia naukowych roboli, tylko ci wariaci dość często, jak na skalę naukowych odkryć, podsuwali genialne pomysły - a co się w nauce najbardziej liczy?

Jest Pan zwolennikiem tezy, że życie jest w kosmosie powszechne: Życie to przymus, powstaje zawsze, gdy ma do tego sposobność. Skąd Pan bierze to przekonanie?
Przymus życia w kosmosie jest dla mnie prawie oczywisty. Właśnie dlatego, że wyjściowe substancje niezbędne dla życia na Ziemi, zwłaszcza związki węgla i obecność ciekłej wody, plus energia gwiazdy i wewnętrzna energia planety - to wszystko powtarza się w układach materii, którą obserwujemy we Wszechświecie. Wydaje się, że układy planetarne w kosmosie są normą, a wobec tego zawsze gdzieś znajdą się warunki, by życie tam powstało, jeśli tylko dać mu trochę czasu. A czego jak czego, ale czasu w istniejącym 13,7 mld lat Wszechświecie nie brakuje. I jeśli spojrzymy w niebo, wydaje się, że nie brakuje miejsc, gdzie życie mogłoby natrafić na dogodne dla swego rozwoju okoliczności. Teoretycznie nie można wykluczyć istnienia życia nawet na planetach gazowych, gdzie węgiel występuje w obfitości, bo są tam i metan, i etan. Na Tytanie, księżycu Saturna, mogłoby zawiązać się życie o bardzo zwolnionym metabolizmie z powodu panujących tam niskich temperatur. Na Ziemi cykl komórkowy trwa kilka sekund czy minut - tam ciągnąłby się latami. W wiecznej zmarzlinie syberyjskiej znaleziono i ożywiono bakterie sprzed wielu tysięcy lat. Zastanawiam się, co to znaczy „ożywiono" - może one żyją, tylko mają niezwykle wolny metabolizm. Na tej samej zasadzie nie rejestrujemy reakcji superszybkich. Tak drastycznie różne tempa procesów życiowych mogą nas wprowadzić w błąd, a nawet spowodować, że zupełnie przeoczymy takie nietypowe z naszego punktu widzenia formy życia.

Gdzie w Układzie Słonecznym widzi Pan obecność życia? Podobno możemy spodziewać się go na Marsie, Tytanie, na Enceladusie, nawet na kometach?
Byłbym bardzo zadowolony, gdyby coś się udało znaleźć na Marsie. Na niedawnej konferencji astrobiologicznej w Maroku dyskutowaliśmy, jak się dobrać do marsjańskich skał czy osadów, żeby tam wykryć choćby najmniejsze skamieniałości. Mogłyby to być struktury bakteryjne, ale koniecznie z zachowanymi śladami budowy komórkowej. Maty bakteryjne, szczególnie sinicowe, tworzą często warstewkowane makroskopowe skamieniałości zwane stromatolitami. Szukanie takich struktur na Marsie polegałoby na przeglądaniu utworzonych tam najstarszych formacji skalnych, bo Mars, jeśli nawet miał swoje formy biologiczne, to chyba je w swojej późniejszej historii utracił, choć uważa się, że życie jest sprytne i w obliczu zmiany warunków, nawet na bardzo surowe, systemy żywe potrafią błyskawicznie wymyślić coś takiego, co pozwoli im przetrwać.

Mars spełnia wszystkie warunki wymagane do podtrzymania życia, może nie na powierzchni, ale tuż pod nią, gdyż zachowały się na nim miejsca z wodą, w których życie mogłoby nadal istnieć. Oprócz Marsa w grę wchodzi Tytan z jego zbiornikami ciekłego metanu i księżyc Jowisza Europa, podejrzewany o istnienie na nim jakichś form życia w podlodowym oceanie. Na liście są jeszcze Enceladus, Rea, nawet planetoida Ceres. Dzięki sondzie Cassini wrócił także do łask inny wielki księżyc Jowisza, Ganimedes. Z oglądu chemicznego komet wynika, że i tam istnieją elementy niezbędne dla życia. Trajektorie komet przebiegają blisko Słońca, niewykluczone zatem, że na niektórych mogłaby okresowo wystąpić nawet woda w stanie ciekłym. Komety są niesłychanie interesujące, a przecież mamy jeszcze w ewidencji meteory. Interesujący w konfiguracji astrobiologicznej okazuje się nasz Księżyc - powstały 4,3 mld lat temu w wyniku wybicia z Ziemi przez obiekt wielkości Marsa kawału materii, który uformował się potem w naszego satelitę. Ta materia z Ziemi oraz z tego przybysza, który w nią przyłożył, nadal na Księżycu jest, ale akurat nie tam, gdzie zbierali próbki skał astronauci amerykańscy. Ze względu na budowę Księżyca, brak erozji i ruchów tektonicznych jest tam gotowe muzeum, które może nam coś zaoferować w kwestii dotychczas zupełnie nierozpoznanej, czyli początków życia na Ziemi. Może jakieś najwcześniejsze formy tego życia, po których wszelki ślad na Ziemi dawno się zatarł, zachowały się na Srebrnym Globie? W amerykańskich wyprawach księżycowych takie myślenie było całkowicie pomijane, ale teraz wszystkie kraje dysponujące potencjałem kosmicznym o tym wiedzą i być może coś planują.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 06/2011 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
12/2019
11/2019
Kalendarium
Grudzień
16
W 1910 r. na lotnisku we francuskim Issy-les-Moulineaux swój pierwszy i jedyny lot odbył pierwszy na świecie samolot z silnikiem odrzutowym Coandă 1910.
Warto przeczytać
Lubimy myśleć o sobie jako o istotach wyjątkowych - ale czy naprawdę coś różni nas od zwierząt? Przecież nasza biologia jest taka sama. W oryginalnej i intrygującej podróży po świecie ziemskiego życia Adam Rutherford bada rozmaite cechy, które uznawano niegdyś za wyłącznie ludzkie, wykazując, że wcale takimi nie są.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Marek Oramus | dodano: 2012-07-09
Niczego dużego w kosmosie nie odkryjemy

Prof. dr hab. Józef Kaźmierczak, profesor zwyczajny w Instytucie Paleobiologii PAN w Warszawie, w którym przez wiele lat kierował Zakładem Biogeologii. Wykładowca środowiskowego Studium Doktoranckiego GEOBIOS przy Instytucie Paleobiologii PAN. Stypendysta Fundacji Alexandra von Humboldta i laureat programu MISTRZ Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w dziedzinie biologii i biomedycyny. Profesor i badacz wizytujący uniwersytetów w Montrealu, Hamburgu, Darmstadt, Getyndze i Tybindze. Współorganizator i uczestnik międzynarodowych ekspedycji geologicznych do Indonezji, Meksyku, Turcji, Grecji i Królestwa Tonga. Członek zespołu Europejskiej Agencji Kosmicznej Geomicropal, przygotowującego naukowy program poszukiwania dawnego życia na Marsie dla misji marsjańskiej ESA ExoMars w roku 2018. Autor ok. 100 prac naukowych.


Mówi się złośliwie, że astrobiologia to dyscyplina naukowa bez przedmiotu badań. Czy wiedza o ziemskiej biosferze nie ma tu żadnego znaczenia?
Może się wydawać, że astrobiologia nie jest dyscypliną naukową, ponieważ została zdefiniowana raczej jako program badawczy. Ma się zająć zagadnieniem, jak powstało życie, jak się rozwija i jaka jest jego przyszłość we Wszechświecie. Takie postawienie sprawy obejmuje wszystkie dziedziny nauki - w tym sensie każdy może zostać astrobiologiem. Ja jestem ze specjalizacji paleobiologiem, więc i moja wąska specjalizacja tutaj się przydaje. Idea była taka, żeby po krótkim okresie fascynacji SETI i zielonymi ludzikami wrócić do poważnego spojrzenia na te sprawy, potraktować Ziemię jak życionośny statek kosmiczny i wyobrazić sobie, że ktoś z zewnątrz patrzy, co się na nim znajduje. Szukamy możliwości złapania życia poza Ziemią na podstawie tego, czym tutaj dysponujemy. Podstawowym wymogiem w astrobiologii jest zatem multidyscyplinarność. Pismo „Astrobiology" też kieruje się tym kryterium i zamieszcza artykuły obejmujące szerokie spektrum dyscyplin, od robotyki, a więc zagadnień stricte technicznych, po rozważania filozoficzne, nie mówiąc o biologii, biochemii, biologii molekularnej, geologii, geochemii itd. Cała ziemska biosfera czy nawet biokosmosfera jest więc punktem wyjścia do rozważań astrobiologicznych.

W literaturze często spotyka się narzekania, że brak nam dobrej definicji życia. Dlaczego jest ona nieodzowna do skutecznych poszukiwań życia poza Ziemią?
To jest sprawa bardzo skomplikowana, napisano na ten temat całe tomy. Za definicję roboczą można uznać zdanie, że życie jest to dowolny układ chemiczny podlegający ewolucji darwinowskiej. No, może nie dowolny, ale tak została sprawa postawiona przez NASA i oficjalnie takie ujęcie pokazuje się już studentom: że życie to system reakcji chemicznych podlegających mutacji, rekombinacji i ewolucji. Z całego kontinuum procesów, jakie się złożyły na życie przez te wszystkie eony, uznajemy za system żywy właściwie tylko życie komórkowe. Nasza definicja obowiązywałaby więc dopiero od życia komórkowego, daleko po przekroczeniu owego progu między materią nieożywioną a ożywioną. Co się tam wcześniej działo, jak to przebiegało, nie wiemy, chociaż trwają próby zamknięcia tego procesu w modele matematyczne i naśladowania go z wykorzystaniem komputerów. Wydaje się też, że prawie już sięgamy po możliwość stworzenia sztucznego życia, ale nawet to niczego nie wyjaśnia. Jako paleobiolog mogę stwierdzić, że niezależnie od sukcesów tych poczynań nigdy nie odtworzymy warunków, w których życie powstawało na naszej planecie.

Definicja życia jest nieodzowna dlatego, że gdy się na nie natkniemy gdzieś w kosmosie, to rozpoznamy je na podstawie takich szlaków metabolicznych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, w takiej formule, jaką znamy tu, na Ziemi. Nasze spotkania astrobiologów kończą się czasami smutnym wnioskiem - że życie w odległym kosmosie będzie tak zaskakujące, że oszalejemy ze zdumienia. Brałem kiedyś udział w programie Wojciecha Manna „Duże dzieci", gdzie właśnie dzieci zapytano: co to znaczy żyć. Odpowiedź padła natychmiast: to znaczy poruszać się i przede wszystkim oddychać. Ośmioletni chłopiec właściwie ujął całą kwintesencję zagadnienia, w jaki sposób rozpoznawać życie. Oczywiście nie należy tego rozumieć dosłownie, ale domeną życia jest ruch i jakieś formy metabolizmu. Bez tych dwóch elementów trudno sobie wyobrazić formy żywe, niezależnie od tego, w jaki sposób powstały.

A czy kwestia nie sprowadza się do wyboru między narodzinami życia bezpośrednio na planecie a zstąpieniem na nią życia z kosmosu - i dopiero w warunkach planetarnych, jeśli te są sprzyjające, formy biologiczne rozwijają się dalej? A może realne są obie drogi?
Nastąpiło w tej chwili rozszczepienie opinii. Przez długi czas dominowała koncepcja jakichś stawków czy kałuży, w których pływy wywołane grawitacją Księżyca mieszają roztwory organiczne, powstają coraz bardziej skomplikowane związki chemiczne aż do wyłonienia się z tego pierwszych prymitywnych organizmów. Wszystko popsuło się w momencie, gdy w laboratoriach zajęto się meteorytami zwanymi chondrytami węglistymi, a sondy kosmiczne typu Giotto sięgnęły głów komet. Okazało się, że pełno tam elementów, które uznawaliśmy za niezbędne do powstania życia, że cała kuchnia chemiczna, nad którą męczył się Stanley Miller i inni, była już w kosmosie gotowa, i to w wielkich ilościach. Nasz wgląd w to jest w dalszym ciągu bardzo skromny; meteorytów węglistych mamy raptem dziewięć i większość z nich została po spadku mniej lub bardziej kontaminowana substancjami i mikroorganizmami ziemskimi. Nie przejął się tym słynny od paru miesięcy astrobiolog z NASA Richard Hoover, który powiedział: chrzanię wasze laboratoria, zabieram się po swojemu do tych meteorytów, dziś mamy niezłe mikroskopy elektronowe, ja to obejrzę jeszcze raz. Znalazł dojścia do tych meteorytów, ale efekt badawczy jego obserwacji jest wątpliwy: on twierdzi, że coś w nich znalazł, ale nikt tego nie bierze poważnie.

Ja nigdy nie potępiałem ani nie ignorowałem rozmaitych samouków, którzy obnosili się z szalonymi koncepcjami. Z historii nauki widać, że nie zawsze warsztatowcy, nie rutynowa armia naukowych roboli, tylko ci wariaci dość często, jak na skalę naukowych odkryć, podsuwali genialne pomysły - a co się w nauce najbardziej liczy?

Jest Pan zwolennikiem tezy, że życie jest w kosmosie powszechne: Życie to przymus, powstaje zawsze, gdy ma do tego sposobność. Skąd Pan bierze to przekonanie?
Przymus życia w kosmosie jest dla mnie prawie oczywisty. Właśnie dlatego, że wyjściowe substancje niezbędne dla życia na Ziemi, zwłaszcza związki węgla i obecność ciekłej wody, plus energia gwiazdy i wewnętrzna energia planety - to wszystko powtarza się w układach materii, którą obserwujemy we Wszechświecie. Wydaje się, że układy planetarne w kosmosie są normą, a wobec tego zawsze gdzieś znajdą się warunki, by życie tam powstało, jeśli tylko dać mu trochę czasu. A czego jak czego, ale czasu w istniejącym 13,7 mld lat Wszechświecie nie brakuje. I jeśli spojrzymy w niebo, wydaje się, że nie brakuje miejsc, gdzie życie mogłoby natrafić na dogodne dla swego rozwoju okoliczności. Teoretycznie nie można wykluczyć istnienia życia nawet na planetach gazowych, gdzie węgiel występuje w obfitości, bo są tam i metan, i etan. Na Tytanie, księżycu Saturna, mogłoby zawiązać się życie o bardzo zwolnionym metabolizmie z powodu panujących tam niskich temperatur. Na Ziemi cykl komórkowy trwa kilka sekund czy minut - tam ciągnąłby się latami. W wiecznej zmarzlinie syberyjskiej znaleziono i ożywiono bakterie sprzed wielu tysięcy lat. Zastanawiam się, co to znaczy „ożywiono" - może one żyją, tylko mają niezwykle wolny metabolizm. Na tej samej zasadzie nie rejestrujemy reakcji superszybkich. Tak drastycznie różne tempa procesów życiowych mogą nas wprowadzić w błąd, a nawet spowodować, że zupełnie przeoczymy takie nietypowe z naszego punktu widzenia formy życia.

Gdzie w Układzie Słonecznym widzi Pan obecność życia? Podobno możemy spodziewać się go na Marsie, Tytanie, na Enceladusie, nawet na kometach?
Byłbym bardzo zadowolony, gdyby coś się udało znaleźć na Marsie. Na niedawnej konferencji astrobiologicznej w Maroku dyskutowaliśmy, jak się dobrać do marsjańskich skał czy osadów, żeby tam wykryć choćby najmniejsze skamieniałości. Mogłyby to być struktury bakteryjne, ale koniecznie z zachowanymi śladami budowy komórkowej. Maty bakteryjne, szczególnie sinicowe, tworzą często warstewkowane makroskopowe skamieniałości zwane stromatolitami. Szukanie takich struktur na Marsie polegałoby na przeglądaniu utworzonych tam najstarszych formacji skalnych, bo Mars, jeśli nawet miał swoje formy biologiczne, to chyba je w swojej późniejszej historii utracił, choć uważa się, że życie jest sprytne i w obliczu zmiany warunków, nawet na bardzo surowe, systemy żywe potrafią błyskawicznie wymyślić coś takiego, co pozwoli im przetrwać.

Mars spełnia wszystkie warunki wymagane do podtrzymania życia, może nie na powierzchni, ale tuż pod nią, gdyż zachowały się na nim miejsca z wodą, w których życie mogłoby nadal istnieć. Oprócz Marsa w grę wchodzi Tytan z jego zbiornikami ciekłego metanu i księżyc Jowisza Europa, podejrzewany o istnienie na nim jakichś form życia w podlodowym oceanie. Na liście są jeszcze Enceladus, Rea, nawet planetoida Ceres. Dzięki sondzie Cassini wrócił także do łask inny wielki księżyc Jowisza, Ganimedes. Z oglądu chemicznego komet wynika, że i tam istnieją elementy niezbędne dla życia. Trajektorie komet przebiegają blisko Słońca, niewykluczone zatem, że na niektórych mogłaby okresowo wystąpić nawet woda w stanie ciekłym. Komety są niesłychanie interesujące, a przecież mamy jeszcze w ewidencji meteory. Interesujący w konfiguracji astrobiologicznej okazuje się nasz Księżyc - powstały 4,3 mld lat temu w wyniku wybicia z Ziemi przez obiekt wielkości Marsa kawału materii, który uformował się potem w naszego satelitę. Ta materia z Ziemi oraz z tego przybysza, który w nią przyłożył, nadal na Księżycu jest, ale akurat nie tam, gdzie zbierali próbki skał astronauci amerykańscy. Ze względu na budowę Księżyca, brak erozji i ruchów tektonicznych jest tam gotowe muzeum, które może nam coś zaoferować w kwestii dotychczas zupełnie nierozpoznanej, czyli początków życia na Ziemi. Może jakieś najwcześniejsze formy tego życia, po których wszelki ślad na Ziemi dawno się zatarł, zachowały się na Srebrnym Globie? W amerykańskich wyprawach księżycowych takie myślenie było całkowicie pomijane, ale teraz wszystkie kraje dysponujące potencjałem kosmicznym o tym wiedzą i być może coś planują.