człowiek
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-10
Gdzie jest Amundsen?

Roald Amundsen w swoim domu w Norwegii tuż przed wyruszeniem na Antarktydę w 1910 r.

We wrześniu 1910 r. Roald Amundsen nieoczekiwanie ogłosił, że zamierza jako pierwszy zdobyć biegun południowy. I zniknął bez wieści. Półtora roku później jego statek zawinął do Hobart na Tasmanii, a norweski polarnik oznajmił światu, że swój cel osiągnął i że stało się to 14 grudnia 1911 r. Mija właśnie sto lat od tych niezwykłych wydarzeń.

Dwudziestego pierwszego kwietnia 1911 r. Słońce pojawiło się po raz ostatni i na bardzo krótko. Następnego dnia zaczęła się najdłuższa noc, jaką do tej pory przyszło spędzić ludziom przebywającym na Antarktydzie. Dziewięciu uczestników wyprawy Amundsena nie obawiało się jednak nadchodzącej zimy. Zapasów żywności wystarczyłoby im na wiele lat. W ich chatce było ciepło i jasno. Mieli nawet wannę, w której każdy z nich mógł się wykąpać raz w tygodniu. „Prawdziwe sanatorium" - żartował Amundsen podczas jednego z wykładów, których setki wygłosił w pierwszych latach po zdobyciu bieguna południowego.

Jego drużyna wylądowała na Antarktydzie ponad trzy miesiące wcześniej, w połowie stycznia 1911 r. Za nimi była pięciomiesięczna podróż po trzech oceanach. Z portu w Kristiansand wypłynęli 10 sierpnia 1910 r. Tylko Amundsen i kilku wtajemniczonych wiedzieli, że celem ekspedycji jest Szósty Kontynent. Reszta była przekonana, że płyną do Arktyki okrężną drogą wokół przylądka Horn. Mieli dotrzeć do Cieśniny Beringa, a potem - już po lodzie - do bieguna północnego.

Prawdziwy plan Amundsen ujawnił uczestnikom wyprawy miesiąc po opuszczeniu Norwegii, podczas kilkudniowego postoju na Maderze. Dopiero teraz wyjaśniło się, dlaczego statkiem płynie także setka grenlandzkich psów pociągowych. Po cóż je wieźć z Norwegii, skoro identyczne można kupić na Alasce lub Syberii? Pytany o to dowódca szybko zmieniał temat. Na Maderze wszystko stało się jasne. Co nie znaczy, że zrozumiałe.

W pierwszej chwili towarzyszy Amundsena ogarnęła konsternacja. Czy człowiek, któremu powierzyli swoje życie, nie oszalał? Gdzie wylądujemy? Jaką trasą podążymy? Kto przyjdzie nam z pomocą w razie niepowodzenia? Nikt z tych, którzy popłynęli z Amundsenem, nie postawił wcześniej nogi na najzimniejszym kontynencie. On sam kilkanaście lat wcześniej brał udział w słynnej wyprawie statku Belgica, której uczestnicy, w tym dwaj polscy badacze, Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski, zimowali na oceanie w pobliżu Antarktydy. Ale jak kontynent wygląda od środka - nie miał pojęcia.

Taką wiedzę mieli wówczas tylko Brytyjczycy - Ernest Shackleton i Robert F. Scott. Pierwszy z nich półtora roku wcześniej był już prawie u celu. 9 stycznia 1909 r. wraz z trzema towarzyszami znalazł się zaledwie 180 km od bieguna południowego. Niestety, musieli zawrócić z powodu braku żywności. Zabrakło im kilkunastu dni. - Pomyślałem, że będziesz wolała żywego osła niż martwego lwa - powiedział potem swojej żonie Shackleton. Jego dzieła miał dokończyć Robert F. Scott, który zamierzał podążyć drogą wytyczoną przez poprzednika. Ku Antarktydzie wyruszył miesiąc przed Amundsenem, nie wiedząc, jaką niespodziankę szykuje mu norweski polarnik.

Kilku ludzi i setka psów
Amundsen jeszcze na początku 1909 r. rzeczywiście zamierzał zdobyć biegun północny. Ale uprzedził go Amerykanin Robert Peary. Wtedy po cichu zmienił plany. Wszystko dokładnie przygotował. Łaknął sukcesu i wybrał ludzi, którzy mieli mu w tym pomóc - silnych fizycznie, mistrzów w powożeniu psimi zaprzęgami, doskonałych narciarzy. Jednym z wybrańców był Olav Bjaaland, jeden z najlepszych wówczas narciarzy w Norwegii, a więc i na świecie. Ten, gdy usłyszał od Amundsena na Maderze, że Brytyjczycy mają mało psów i kiepsko jeżdżą na nartach, wykrzyknął entuzjastycznie: - A zatem będziemy tam pierwsi.

Wkrótce entuzjazm udzielił się pozostałym. Amundsen napisał listy do norweskiego króla, gazet w Oslo oraz do innego wielkiego polarnika Fridtjofa Nansena. Informował w nich o zmianie swoich planów. Czemu tak długo trzymał je w sekrecie? Był przekonany, że na taką brawurową eskapadę nie dostanie statku i pieniędzy. Tych i tak nie było za wiele. Aby sfinansować wyprawę, Amundsen pożyczył pieniądze pod zastaw domu. Postawił więc wszystko na jedną kartę - zwycięstwo oznaczało ordery, nagrody pieniężne, dochody z książek i odczytów, powrót z niczym byłby ruiną finansową.

Przed opuszczeniem Madery zredagował jeszcze telegram do Scotta. Było to jedno zdanie: „Uprzejmie informuję, że zmierzam w kierunku Antarktydy". Brytyjczyk odebrał tę wiadomość w połowie października 1910 r. po zawinięciu do Melbourne w Australii. Stało się jasne, że ma rywala, choć pytany przez dziennikarzy konsekwentnie twierdził, że nie zamierza się ścigać z Norwegami i nie zredukuje bogatego programu naukowego ekspedycji. I rzeczywiście nie uczynił tego, zresztą ku niezadowoleniu niektórych członków jego wyprawy uważających, że należy sobie darować badania i skupić siły na rywalizacji z Norwegami.

Opinia publiczna źle przyjęła decyzję Amundsena. Ten jednak zerwał kontakt ze światem - do portów nie zawijał i gazet nie czytał. Prosto z Madery popłynął w kierunku Antarktydy. Dotarł do niej po czteromiesięcznym rejsie.

W połowie stycznia, a więc w środku antarktycznego lata, jego statek zbliżył się do urwistych ścian Lodowca Szelfowego Rossa. To największa na globie tafla lodu unosząca się na wodzie. Ma około 0,5 mln km2 i szerokość 800 km. Istnieje dzięki wielkim lodowcom spływającym z kontynentu. Jej grubość sięga kilkuset metrów.

Na zachodnim skraju tej lodowej płyty znajduje się zatoka McMurdo, gdzie bazy zakładali Brytyjczycy. Również Scott zamierzał w niej zamieszkać. Amundsen musiał szukać innego lokum. Wyboru dokonał wcześniej na podstawie lektury raportów Shackletona, który odkrył Zatokę Wielorybią, głęboko wrzynającą się w lodowiec Rossa. Nawet chciał się tam zatrzymać, ponieważ z niej w linii prostej najbliżej jest do bieguna południowego. W końcu jednak uznał, że lód jest niestabilny i popłynął do McMurdo. Właśnie na Zatokę Wielorybią postawił Amundsen. Nie tylko była bliżej bieguna niż obóz Scotta, ale też obfitowała w foki i pingwiny, które w ciągu kolejnego roku miały stać się podstawowym składnikiem diety dziewięciu Norwegów i ich 115 psów. Amundsen ocenił, że Shackleton nie docenił stabilności lodu zamykającego zatokę. Miał rację. Ten fragment lodowca Rossa, na którym stanęło obozowisko Norwegów, oderwał się i zmienił w górę lodową dopiero w 2000 r.

Amundsen zdejmuje spodnie
Drewniany dom powstał w dwa tygodnie. W pobliżu rozbito namioty dla psów i sprzętu. Wydrążono też w lodzie kilka dużych komór, które połączono korytarzami. W tych lodowych pokojach panowały względnie komfortowe warunki. Znajdowały się tu warsztaty, pomieszczenia gospodarcze, magazyny. Tu również pakowano skrzynie, które jeszcze przed zimą musiały zostać przewiezione do kilku punktów zaopatrzeniowych rozmieszczonych wzdłuż trasy przyszłej wędrówki ku biegunowi.

To był kluczowy element planu Amundsena. Od połowy lutego do połowy kwietnia założono na lodowcu trzy takie magazyny. Powstały na 80, 81 i 82 stopniu szerokości geograficznej południowej. Łącznie umieszczono w nich 3400 kg towaru, głównie żywności, drobnego sprzętu i paliwa łojowego. Odpowiedzialny za pakowanie, doświadczony Hjalmar Johansen, dawny towarzysz Nansena z wypraw arktycznych, sprawdzał każdą paczkę sucharów czy czekolady, a następnie układał je tak, aby zajmowały jak najmniej miejsca na saniach.

Amundsen dowodził dwiema głównymi wyprawami z transportami żywności. Podczas drugiej z nich, która trwała miesiąc, pokonano około tysiąca kilometrów. Norwegowie nie mieli pojęcia, jak wygląda lodowiec Rossa. Byli zaskoczeni, że jest taki równy i gładki. Psy świetnie sobie radziły. Ludzie także. Któregoś dnia, gdy temperatura podczas marszu wzrosła do łagodnych -11°C, Amundsen zdjął spodnie ze skóry renifera i pobiegł na nartach w kurtce i samej bieliźnie. Parę dni później zaczął jednak padać śnieg i przyszedł znacznie silniejszy mróz. Wtedy nie szło już tak gładko. Sanie grzęzły w śniegu, a psy szybko traciły siły. Osiem z nich padło. Nie udało się założyć czwartego punktu zaopatrzeniowego. To była nauczka. Dowódca postanowił zwiększyć liczbę psów w zaprzęgu z siedmiu do trzynastu, a przedtem w ciągu zimy zmniejszyć masę sań.

Obsesyjnie planujący każdy detal Amundsen chciał być pewien, że w śniegu lub mgle nie pobłądzi. Dlatego każdy z trzech magazynów oznaczono flagami. Rozstawiono je na długości 10 km ze wschodu na zachód, czyli prostopadle do trasy marszu. Przed zimą zdołano jeszcze zgromadzić zapasy żywności. Pod koniec kwietnia 1911 r., gdy nad Zatoką Wielorybią zapadała noc polarna, Norwegowie mieli 60 tys. kg foczego mięsa.

Brytyjczycy klną jak szewcy
Tylko raz uczestnicy obu ekspedycji - brytyjskiej i norweskiej - spojrzeli sobie w oczy. Było to nieoczekiwane spotkanie. Rankiem 3 lutego 1911 r., a więc zanim jeszcze Amundsen i jego towarzysze rozpoczęli swoje wypady w głąb lodowca Rossa, w Zatoce Wielorybiej pojawił się statek Terra Nova należący do wyprawy Scotta. Znajdowało się na nim sześciu ludzi wysłanych przez dowódcę, by zbadać wybrzeże po wschodniej stronie lodowca Rossa. Płynąc wzdłuż jego krawędzi, ujrzeli okręt Norwegów. Sylwetka Frama - jednostki, na której do Arktyki wyprawiali się wcześniej Nansen i Otto Sverdrup - była im doskonale znana. Reakcji Brytyjczyków łatwo się domyśleć. Pokład wypełniły przekleństwa - „ciężkie i głośne", jak zanotował w pamiętniku jeden z oficerów.

Ludzie Scotta oczywiście wiedzieli, że Amundsen wziął sobie za cel biegun południowy, ale nie mieli najmniejszego pojęcia, gdzie on może się znajdować. Nikt tego nie wiedział. Jak wiadomo, Norweg po wypłynięciu z Madery zapadł się jak kamień w wodę. Spekulowano, że raczej podejmie próbę zdobycia bieguna od strony Oceanu Atlantyckiego, czyli z drugiej strony Antarktydy. Tymczasem okazało się, że przyczaił się zaledwie 600 km od McMurdo.

Brytyjczycy i Norwegowie zachowali się względem siebie kulturalnie. Z Frama przyszło zaproszenie na śniadanie, które zostało przyjęte. Potem była rewizyta w porze lunchu, po którym Brytyjczycy zobaczyli świeżo wybudowaną bazę Norwegów, a w niej - mnóstwo psów. Obejrzeli pokaz powożenia psich zaprzęgów, który wywarł na nich olbrzymie wrażenie. Zachowali jednak pokerowe miny i w zamian zaserwowali Norwegom opowieść o tym, jak doskonale spisują się przywiezione przez nich sanie z napędem silnikowym. Na koniec jedni i drudzy życzyli sobie nawzajem szczęścia, po czym Terra Nova podniosła kotwicę i pomknęła jak najszybciej do McMurdo, aby zanieść Scottowi wieści.

Fatalne skutki niecierpliwości
Myśl o tych saniach - cudownej broni Scotta - nie dawała spokoju Amundsenowi przez całą zimę. Dlatego chciał jak najszybciej wyruszyć ku biegunowi. Najchętniej wystartowałby już 24 sierpnia 1911 r., czyli w dniu, gdy słońce po raz pierwszy po czteromiesięcznej przerwie wyłoniło się znad horyzontu. Sądził bowiem, że - jak w Arktyce - z dnia na dzień będzie coraz cieplej. Ale dni mijały, a temperatury wciąż były bardzo niskie. Nocą spadały poniżej -50°C. Przed zbytnim pośpiechem ostrzegał doświadczony Johansen.Wędrówka w takim chłodzie byłaby zabójcza dla ludzi i zwierząt. Amundsen opóźnił więc wymarsz, choć widać było, że czyni to wbrew sobie. Nie chciał dać się wyprzedzić Scottowi.

W końcu nie wytrzymał. Kiedy 7 września temperatura podniosła się do -20°C, podjął decyzję o rozpoczęciu ataku na biegun. Następnego dnia ośmiu mężczyzn, czyli wszyscy z wyjątkiem kucharza Adolfa Lindstrøma, wyruszyło w drogę. Towarzyszyło im około 90 psów ciągnących siedmioro sań. Zaczął się najbardziej dramatyczny epizod wyprawy. Niewiele brakowało, a zakończyłby się tragedią, która zaciążyłaby nad całą ekspedycją.

Trzeciego dnia od wyruszenia temperatury znów spadły do -50°C. Straszliwy mróz zaczął się dobierać do kończyn ludzi i psów. Pojawiły się pierwsze odmrożenia. Zamarzł też kompas. Dalsza wędrówka byłaby szaleństwem, szczególnie że słońce skryło się w gęstej mgle i nie mogło wskazywać wędrowcom kierunku. Zarządzono odwrót. Ostatniego dnia Amundsen i dwaj inni uczestnicy wyprawy oddzielili się od reszty i pierwsi osiągnęli bazę około czwartej po południu, trzech następnych ludzi dotarło do Zatoki Wielorybiej po dwóch godzinach. Brakowało jednak dwójki - Johansena i najmniej doświadczonego Kristiana Prestruda. W końcu pojawili się po północy. Prestrud był przemarznięty i kompletnie wyczerpany. Zginąłby, gdyby nie silny jak tur Johansen.

Następnego dnia podczas śniadania Johansen nie krył złości. Zarzucił Amundsenowi, że zawiódł jako przywódca, porzucając swoich ludzi w trudnych okolicznościach. - To była panika, a nie ekspedycja - stwierdził. Riposta Amundsena była dotkliwa: Johansen nie wziął udziału w wyprawie na biegun. On, Prestrud i najmłodszy, 28-letni cieśla Jørgen Stubberud zostali wysłani na dwumiesięczny rekonesans po dziewiczym Półwyspie Króla Edwarda VII.

Norwegowie i ich psy długo lizali rany po falstarcie, który niemal zakończył się tragedią. „Jeśli mamy wygrać, musimy być ostrożni, jeden fałszywy ruch i wszystko będzie stracone" - zanotował w swoim dzienniku Amundsen, który, jak widać, potrafił się szybko uczyć na błędach. Ponownie wyruszono w drogę na początku trzeciej dekady października, gdy wiosna na dobre zagościła już na Antarktydzie. W zakończonej sukcesem, wielokrotnie opisywanej wyprawie na biegun udział wzięło pięciu ludzi. Wyruszyli z czworgiem sań - każde ciągnęło 13 psów.

Zmierzali do celu najkrótszą drogą, znacząc przebytą trasę kopcami śniegu. Sprzyjała im pogoda i mieli wielkie zapasy prowiantu. W połowie listopada dotarli do podnóża potężnych Gór Transantarktycznych. Po trzech dniach znaleźli lodowiec, po którym wraz z psami wspięli się na wysokość 3 tys. m n.p.m. Na górze zastrzelili 24 zwierzęta, aby ich mięsem nakarmić pozostałe 18 czworonogów. Szybko opuścili miejsce nazwane Slakteri, czyli rzeźnią, aby nie patrzeć na krwawe plamy na śniegu. W okolice bieguna dotarli 14 grudnia 1911 r. Dzień wcześniej Bjaaland zanotował w dzienniku: „Czy zobaczymy tam angielską flagę? To niemożliwe. Boże, zmiłuj się nad nami". Nie zobaczyli. Wokół, aż po horyzont, widać było tylko lód i śnieg. Zatknęli norweską flagę na kopcu śniegu i rozbili mały namiot, w którym pozostawili list do Scotta, licząc na to, że jeśli nie oni, to Anglik poinformuje świat, kto był pierwszy.

Okrutny los Brytyjczyków
Scott dotarł do bieguna dopiero 17 stycznia 1912 r. Zabrał listy Norwegów, lecz nikomu ich nie doręczył. Szczęście mu nie sprzyjało. W drogę ruszył dopiero w listopadzie, aby oszczędzać delikatne koniki. Sanie motorowe, na które bardzo liczył, szybko się zepsuły. Konie nie radziły sobie w ciężkim terenie - część padło, resztę zastrzelono. Brytyjczycy mieli też psy, ale te odesłano do McMurdo przed wspinaczką na Góry Transantarktyczne, która okazała się upiornie ciężka. W końcu jednak pięciu ludzi, ciągnąc sanie, dotarło do bieguna. „Co za okropne miejsce" - napisał Scott w swoim dzienniku po zobaczeniu tam norweskiej flagi. Dwa dni później ruszyli w drogę powrotną, której kresu nie doczekali. Ciała trzech z nich, w tym Scotta, znaleziono w listopadzie 1912 r., a świat, w tym Amundsen, dowiedział się o tragedii dopiero w marcu 1913 r., gdy wyprawa ratunkowa powróciła do Nowej Zelandii.

Zamarznięte ciało Roberta Scotta wciąż znajduje się na Lodowcu Szelfowym Rossa. Ekspedycja ratunkowa zabrała wszystkie materiały, które znaleziono przy zmarłych. Po ludzi zamierzano powrócić w następnym roku, ale nigdy potem już ich nie odnaleziono. Lodowiec Rossa stale przesuwa się ku oceanowi. Dziś zamarznięte ciała brytyjskich polarników leżą zapewne pod dziesiątkami metrów świeżego lodu oraz około 50 km bliżej morza niż sto lat temu. Ich dokładna lokalizacja nie jest znana. Jednak pewnego dnia kawałek lodu, w którym się znajdują, odłamie się i popłynie w morze jako góra lodowa.

Nie wiadomo także, gdzie jest ciało Roalda Amundsena. Słynny Norweg zginął w Arktyce w 1928 r., lecąc na pomoc rozbitkom z włoskiego sterowca Italia, który spadł do morza na północ od Spitsbergenu. Amundsen wyleciał z Tromso na północy Norwegii. Ale do celu nigdy nie dotarł. Samolot, którym podróżował, rozbił się gdzieś na północnym Atlantyku. Jego ciała nigdy nie znaleziono, choć norweska marynarka wojenna szukała go wielokrotnie, ostatni raz - w 2009 r.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 01/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
06/2020
05/2020
Kalendarium
Czerwiec
5
W 1866 r. według obliczeń Pluton osiągnął aphelium swojej orbity. Następne takie zdarzenie będzie miało miejsce w sierpniu 2113 roku.
Warto przeczytać
Sądzisz, że świadomie kierujesz swoim życiem, podejmujesz racjonalne decyzje i z rozwagą kształtujesz swoje relacje z innymi? Jeśli tak, jesteś w błędzie. Słynny naukowiec, Leonard Mlodinow odkrywa przed czytelnikami zaskakujące i egzotyczne siły działające pod powierzchnią naszych umysłów

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-10
Gdzie jest Amundsen?

Roald Amundsen w swoim domu w Norwegii tuż przed wyruszeniem na Antarktydę w 1910 r.

We wrześniu 1910 r. Roald Amundsen nieoczekiwanie ogłosił, że zamierza jako pierwszy zdobyć biegun południowy. I zniknął bez wieści. Półtora roku później jego statek zawinął do Hobart na Tasmanii, a norweski polarnik oznajmił światu, że swój cel osiągnął i że stało się to 14 grudnia 1911 r. Mija właśnie sto lat od tych niezwykłych wydarzeń.

Dwudziestego pierwszego kwietnia 1911 r. Słońce pojawiło się po raz ostatni i na bardzo krótko. Następnego dnia zaczęła się najdłuższa noc, jaką do tej pory przyszło spędzić ludziom przebywającym na Antarktydzie. Dziewięciu uczestników wyprawy Amundsena nie obawiało się jednak nadchodzącej zimy. Zapasów żywności wystarczyłoby im na wiele lat. W ich chatce było ciepło i jasno. Mieli nawet wannę, w której każdy z nich mógł się wykąpać raz w tygodniu. „Prawdziwe sanatorium" - żartował Amundsen podczas jednego z wykładów, których setki wygłosił w pierwszych latach po zdobyciu bieguna południowego.

Jego drużyna wylądowała na Antarktydzie ponad trzy miesiące wcześniej, w połowie stycznia 1911 r. Za nimi była pięciomiesięczna podróż po trzech oceanach. Z portu w Kristiansand wypłynęli 10 sierpnia 1910 r. Tylko Amundsen i kilku wtajemniczonych wiedzieli, że celem ekspedycji jest Szósty Kontynent. Reszta była przekonana, że płyną do Arktyki okrężną drogą wokół przylądka Horn. Mieli dotrzeć do Cieśniny Beringa, a potem - już po lodzie - do bieguna północnego.

Prawdziwy plan Amundsen ujawnił uczestnikom wyprawy miesiąc po opuszczeniu Norwegii, podczas kilkudniowego postoju na Maderze. Dopiero teraz wyjaśniło się, dlaczego statkiem płynie także setka grenlandzkich psów pociągowych. Po cóż je wieźć z Norwegii, skoro identyczne można kupić na Alasce lub Syberii? Pytany o to dowódca szybko zmieniał temat. Na Maderze wszystko stało się jasne. Co nie znaczy, że zrozumiałe.

W pierwszej chwili towarzyszy Amundsena ogarnęła konsternacja. Czy człowiek, któremu powierzyli swoje życie, nie oszalał? Gdzie wylądujemy? Jaką trasą podążymy? Kto przyjdzie nam z pomocą w razie niepowodzenia? Nikt z tych, którzy popłynęli z Amundsenem, nie postawił wcześniej nogi na najzimniejszym kontynencie. On sam kilkanaście lat wcześniej brał udział w słynnej wyprawie statku Belgica, której uczestnicy, w tym dwaj polscy badacze, Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski, zimowali na oceanie w pobliżu Antarktydy. Ale jak kontynent wygląda od środka - nie miał pojęcia.

Taką wiedzę mieli wówczas tylko Brytyjczycy - Ernest Shackleton i Robert F. Scott. Pierwszy z nich półtora roku wcześniej był już prawie u celu. 9 stycznia 1909 r. wraz z trzema towarzyszami znalazł się zaledwie 180 km od bieguna południowego. Niestety, musieli zawrócić z powodu braku żywności. Zabrakło im kilkunastu dni. - Pomyślałem, że będziesz wolała żywego osła niż martwego lwa - powiedział potem swojej żonie Shackleton. Jego dzieła miał dokończyć Robert F. Scott, który zamierzał podążyć drogą wytyczoną przez poprzednika. Ku Antarktydzie wyruszył miesiąc przed Amundsenem, nie wiedząc, jaką niespodziankę szykuje mu norweski polarnik.

Kilku ludzi i setka psów
Amundsen jeszcze na początku 1909 r. rzeczywiście zamierzał zdobyć biegun północny. Ale uprzedził go Amerykanin Robert Peary. Wtedy po cichu zmienił plany. Wszystko dokładnie przygotował. Łaknął sukcesu i wybrał ludzi, którzy mieli mu w tym pomóc - silnych fizycznie, mistrzów w powożeniu psimi zaprzęgami, doskonałych narciarzy. Jednym z wybrańców był Olav Bjaaland, jeden z najlepszych wówczas narciarzy w Norwegii, a więc i na świecie. Ten, gdy usłyszał od Amundsena na Maderze, że Brytyjczycy mają mało psów i kiepsko jeżdżą na nartach, wykrzyknął entuzjastycznie: - A zatem będziemy tam pierwsi.

Wkrótce entuzjazm udzielił się pozostałym. Amundsen napisał listy do norweskiego króla, gazet w Oslo oraz do innego wielkiego polarnika Fridtjofa Nansena. Informował w nich o zmianie swoich planów. Czemu tak długo trzymał je w sekrecie? Był przekonany, że na taką brawurową eskapadę nie dostanie statku i pieniędzy. Tych i tak nie było za wiele. Aby sfinansować wyprawę, Amundsen pożyczył pieniądze pod zastaw domu. Postawił więc wszystko na jedną kartę - zwycięstwo oznaczało ordery, nagrody pieniężne, dochody z książek i odczytów, powrót z niczym byłby ruiną finansową.

Przed opuszczeniem Madery zredagował jeszcze telegram do Scotta. Było to jedno zdanie: „Uprzejmie informuję, że zmierzam w kierunku Antarktydy". Brytyjczyk odebrał tę wiadomość w połowie października 1910 r. po zawinięciu do Melbourne w Australii. Stało się jasne, że ma rywala, choć pytany przez dziennikarzy konsekwentnie twierdził, że nie zamierza się ścigać z Norwegami i nie zredukuje bogatego programu naukowego ekspedycji. I rzeczywiście nie uczynił tego, zresztą ku niezadowoleniu niektórych członków jego wyprawy uważających, że należy sobie darować badania i skupić siły na rywalizacji z Norwegami.

Opinia publiczna źle przyjęła decyzję Amundsena. Ten jednak zerwał kontakt ze światem - do portów nie zawijał i gazet nie czytał. Prosto z Madery popłynął w kierunku Antarktydy. Dotarł do niej po czteromiesięcznym rejsie.

W połowie stycznia, a więc w środku antarktycznego lata, jego statek zbliżył się do urwistych ścian Lodowca Szelfowego Rossa. To największa na globie tafla lodu unosząca się na wodzie. Ma około 0,5 mln km2 i szerokość 800 km. Istnieje dzięki wielkim lodowcom spływającym z kontynentu. Jej grubość sięga kilkuset metrów.

Na zachodnim skraju tej lodowej płyty znajduje się zatoka McMurdo, gdzie bazy zakładali Brytyjczycy. Również Scott zamierzał w niej zamieszkać. Amundsen musiał szukać innego lokum. Wyboru dokonał wcześniej na podstawie lektury raportów Shackletona, który odkrył Zatokę Wielorybią, głęboko wrzynającą się w lodowiec Rossa. Nawet chciał się tam zatrzymać, ponieważ z niej w linii prostej najbliżej jest do bieguna południowego. W końcu jednak uznał, że lód jest niestabilny i popłynął do McMurdo. Właśnie na Zatokę Wielorybią postawił Amundsen. Nie tylko była bliżej bieguna niż obóz Scotta, ale też obfitowała w foki i pingwiny, które w ciągu kolejnego roku miały stać się podstawowym składnikiem diety dziewięciu Norwegów i ich 115 psów. Amundsen ocenił, że Shackleton nie docenił stabilności lodu zamykającego zatokę. Miał rację. Ten fragment lodowca Rossa, na którym stanęło obozowisko Norwegów, oderwał się i zmienił w górę lodową dopiero w 2000 r.

Amundsen zdejmuje spodnie
Drewniany dom powstał w dwa tygodnie. W pobliżu rozbito namioty dla psów i sprzętu. Wydrążono też w lodzie kilka dużych komór, które połączono korytarzami. W tych lodowych pokojach panowały względnie komfortowe warunki. Znajdowały się tu warsztaty, pomieszczenia gospodarcze, magazyny. Tu również pakowano skrzynie, które jeszcze przed zimą musiały zostać przewiezione do kilku punktów zaopatrzeniowych rozmieszczonych wzdłuż trasy przyszłej wędrówki ku biegunowi.

To był kluczowy element planu Amundsena. Od połowy lutego do połowy kwietnia założono na lodowcu trzy takie magazyny. Powstały na 80, 81 i 82 stopniu szerokości geograficznej południowej. Łącznie umieszczono w nich 3400 kg towaru, głównie żywności, drobnego sprzętu i paliwa łojowego. Odpowiedzialny za pakowanie, doświadczony Hjalmar Johansen, dawny towarzysz Nansena z wypraw arktycznych, sprawdzał każdą paczkę sucharów czy czekolady, a następnie układał je tak, aby zajmowały jak najmniej miejsca na saniach.

Amundsen dowodził dwiema głównymi wyprawami z transportami żywności. Podczas drugiej z nich, która trwała miesiąc, pokonano około tysiąca kilometrów. Norwegowie nie mieli pojęcia, jak wygląda lodowiec Rossa. Byli zaskoczeni, że jest taki równy i gładki. Psy świetnie sobie radziły. Ludzie także. Któregoś dnia, gdy temperatura podczas marszu wzrosła do łagodnych -11°C, Amundsen zdjął spodnie ze skóry renifera i pobiegł na nartach w kurtce i samej bieliźnie. Parę dni później zaczął jednak padać śnieg i przyszedł znacznie silniejszy mróz. Wtedy nie szło już tak gładko. Sanie grzęzły w śniegu, a psy szybko traciły siły. Osiem z nich padło. Nie udało się założyć czwartego punktu zaopatrzeniowego. To była nauczka. Dowódca postanowił zwiększyć liczbę psów w zaprzęgu z siedmiu do trzynastu, a przedtem w ciągu zimy zmniejszyć masę sań.

Obsesyjnie planujący każdy detal Amundsen chciał być pewien, że w śniegu lub mgle nie pobłądzi. Dlatego każdy z trzech magazynów oznaczono flagami. Rozstawiono je na długości 10 km ze wschodu na zachód, czyli prostopadle do trasy marszu. Przed zimą zdołano jeszcze zgromadzić zapasy żywności. Pod koniec kwietnia 1911 r., gdy nad Zatoką Wielorybią zapadała noc polarna, Norwegowie mieli 60 tys. kg foczego mięsa.

Brytyjczycy klną jak szewcy
Tylko raz uczestnicy obu ekspedycji - brytyjskiej i norweskiej - spojrzeli sobie w oczy. Było to nieoczekiwane spotkanie. Rankiem 3 lutego 1911 r., a więc zanim jeszcze Amundsen i jego towarzysze rozpoczęli swoje wypady w głąb lodowca Rossa, w Zatoce Wielorybiej pojawił się statek Terra Nova należący do wyprawy Scotta. Znajdowało się na nim sześciu ludzi wysłanych przez dowódcę, by zbadać wybrzeże po wschodniej stronie lodowca Rossa. Płynąc wzdłuż jego krawędzi, ujrzeli okręt Norwegów. Sylwetka Frama - jednostki, na której do Arktyki wyprawiali się wcześniej Nansen i Otto Sverdrup - była im doskonale znana. Reakcji Brytyjczyków łatwo się domyśleć. Pokład wypełniły przekleństwa - „ciężkie i głośne", jak zanotował w pamiętniku jeden z oficerów.

Ludzie Scotta oczywiście wiedzieli, że Amundsen wziął sobie za cel biegun południowy, ale nie mieli najmniejszego pojęcia, gdzie on może się znajdować. Nikt tego nie wiedział. Jak wiadomo, Norweg po wypłynięciu z Madery zapadł się jak kamień w wodę. Spekulowano, że raczej podejmie próbę zdobycia bieguna od strony Oceanu Atlantyckiego, czyli z drugiej strony Antarktydy. Tymczasem okazało się, że przyczaił się zaledwie 600 km od McMurdo.

Brytyjczycy i Norwegowie zachowali się względem siebie kulturalnie. Z Frama przyszło zaproszenie na śniadanie, które zostało przyjęte. Potem była rewizyta w porze lunchu, po którym Brytyjczycy zobaczyli świeżo wybudowaną bazę Norwegów, a w niej - mnóstwo psów. Obejrzeli pokaz powożenia psich zaprzęgów, który wywarł na nich olbrzymie wrażenie. Zachowali jednak pokerowe miny i w zamian zaserwowali Norwegom opowieść o tym, jak doskonale spisują się przywiezione przez nich sanie z napędem silnikowym. Na koniec jedni i drudzy życzyli sobie nawzajem szczęścia, po czym Terra Nova podniosła kotwicę i pomknęła jak najszybciej do McMurdo, aby zanieść Scottowi wieści.

Fatalne skutki niecierpliwości
Myśl o tych saniach - cudownej broni Scotta - nie dawała spokoju Amundsenowi przez całą zimę. Dlatego chciał jak najszybciej wyruszyć ku biegunowi. Najchętniej wystartowałby już 24 sierpnia 1911 r., czyli w dniu, gdy słońce po raz pierwszy po czteromiesięcznej przerwie wyłoniło się znad horyzontu. Sądził bowiem, że - jak w Arktyce - z dnia na dzień będzie coraz cieplej. Ale dni mijały, a temperatury wciąż były bardzo niskie. Nocą spadały poniżej -50°C. Przed zbytnim pośpiechem ostrzegał doświadczony Johansen.Wędrówka w takim chłodzie byłaby zabójcza dla ludzi i zwierząt. Amundsen opóźnił więc wymarsz, choć widać było, że czyni to wbrew sobie. Nie chciał dać się wyprzedzić Scottowi.

W końcu nie wytrzymał. Kiedy 7 września temperatura podniosła się do -20°C, podjął decyzję o rozpoczęciu ataku na biegun. Następnego dnia ośmiu mężczyzn, czyli wszyscy z wyjątkiem kucharza Adolfa Lindstrøma, wyruszyło w drogę. Towarzyszyło im około 90 psów ciągnących siedmioro sań. Zaczął się najbardziej dramatyczny epizod wyprawy. Niewiele brakowało, a zakończyłby się tragedią, która zaciążyłaby nad całą ekspedycją.

Trzeciego dnia od wyruszenia temperatury znów spadły do -50°C. Straszliwy mróz zaczął się dobierać do kończyn ludzi i psów. Pojawiły się pierwsze odmrożenia. Zamarzł też kompas. Dalsza wędrówka byłaby szaleństwem, szczególnie że słońce skryło się w gęstej mgle i nie mogło wskazywać wędrowcom kierunku. Zarządzono odwrót. Ostatniego dnia Amundsen i dwaj inni uczestnicy wyprawy oddzielili się od reszty i pierwsi osiągnęli bazę około czwartej po południu, trzech następnych ludzi dotarło do Zatoki Wielorybiej po dwóch godzinach. Brakowało jednak dwójki - Johansena i najmniej doświadczonego Kristiana Prestruda. W końcu pojawili się po północy. Prestrud był przemarznięty i kompletnie wyczerpany. Zginąłby, gdyby nie silny jak tur Johansen.

Następnego dnia podczas śniadania Johansen nie krył złości. Zarzucił Amundsenowi, że zawiódł jako przywódca, porzucając swoich ludzi w trudnych okolicznościach. - To była panika, a nie ekspedycja - stwierdził. Riposta Amundsena była dotkliwa: Johansen nie wziął udziału w wyprawie na biegun. On, Prestrud i najmłodszy, 28-letni cieśla Jørgen Stubberud zostali wysłani na dwumiesięczny rekonesans po dziewiczym Półwyspie Króla Edwarda VII.

Norwegowie i ich psy długo lizali rany po falstarcie, który niemal zakończył się tragedią. „Jeśli mamy wygrać, musimy być ostrożni, jeden fałszywy ruch i wszystko będzie stracone" - zanotował w swoim dzienniku Amundsen, który, jak widać, potrafił się szybko uczyć na błędach. Ponownie wyruszono w drogę na początku trzeciej dekady października, gdy wiosna na dobre zagościła już na Antarktydzie. W zakończonej sukcesem, wielokrotnie opisywanej wyprawie na biegun udział wzięło pięciu ludzi. Wyruszyli z czworgiem sań - każde ciągnęło 13 psów.

Zmierzali do celu najkrótszą drogą, znacząc przebytą trasę kopcami śniegu. Sprzyjała im pogoda i mieli wielkie zapasy prowiantu. W połowie listopada dotarli do podnóża potężnych Gór Transantarktycznych. Po trzech dniach znaleźli lodowiec, po którym wraz z psami wspięli się na wysokość 3 tys. m n.p.m. Na górze zastrzelili 24 zwierzęta, aby ich mięsem nakarmić pozostałe 18 czworonogów. Szybko opuścili miejsce nazwane Slakteri, czyli rzeźnią, aby nie patrzeć na krwawe plamy na śniegu. W okolice bieguna dotarli 14 grudnia 1911 r. Dzień wcześniej Bjaaland zanotował w dzienniku: „Czy zobaczymy tam angielską flagę? To niemożliwe. Boże, zmiłuj się nad nami". Nie zobaczyli. Wokół, aż po horyzont, widać było tylko lód i śnieg. Zatknęli norweską flagę na kopcu śniegu i rozbili mały namiot, w którym pozostawili list do Scotta, licząc na to, że jeśli nie oni, to Anglik poinformuje świat, kto był pierwszy.

Okrutny los Brytyjczyków
Scott dotarł do bieguna dopiero 17 stycznia 1912 r. Zabrał listy Norwegów, lecz nikomu ich nie doręczył. Szczęście mu nie sprzyjało. W drogę ruszył dopiero w listopadzie, aby oszczędzać delikatne koniki. Sanie motorowe, na które bardzo liczył, szybko się zepsuły. Konie nie radziły sobie w ciężkim terenie - część padło, resztę zastrzelono. Brytyjczycy mieli też psy, ale te odesłano do McMurdo przed wspinaczką na Góry Transantarktyczne, która okazała się upiornie ciężka. W końcu jednak pięciu ludzi, ciągnąc sanie, dotarło do bieguna. „Co za okropne miejsce" - napisał Scott w swoim dzienniku po zobaczeniu tam norweskiej flagi. Dwa dni później ruszyli w drogę powrotną, której kresu nie doczekali. Ciała trzech z nich, w tym Scotta, znaleziono w listopadzie 1912 r., a świat, w tym Amundsen, dowiedział się o tragedii dopiero w marcu 1913 r., gdy wyprawa ratunkowa powróciła do Nowej Zelandii.

Zamarznięte ciało Roberta Scotta wciąż znajduje się na Lodowcu Szelfowym Rossa. Ekspedycja ratunkowa zabrała wszystkie materiały, które znaleziono przy zmarłych. Po ludzi zamierzano powrócić w następnym roku, ale nigdy potem już ich nie odnaleziono. Lodowiec Rossa stale przesuwa się ku oceanowi. Dziś zamarznięte ciała brytyjskich polarników leżą zapewne pod dziesiątkami metrów świeżego lodu oraz około 50 km bliżej morza niż sto lat temu. Ich dokładna lokalizacja nie jest znana. Jednak pewnego dnia kawałek lodu, w którym się znajdują, odłamie się i popłynie w morze jako góra lodowa.

Nie wiadomo także, gdzie jest ciało Roalda Amundsena. Słynny Norweg zginął w Arktyce w 1928 r., lecąc na pomoc rozbitkom z włoskiego sterowca Italia, który spadł do morza na północ od Spitsbergenu. Amundsen wyleciał z Tromso na północy Norwegii. Ale do celu nigdy nie dotarł. Samolot, którym podróżował, rozbił się gdzieś na północnym Atlantyku. Jego ciała nigdy nie znaleziono, choć norweska marynarka wojenna szukała go wielokrotnie, ostatni raz - w 2009 r.