człowiek
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-16
Końska pułapka

Mulberry Street na Manhattanie w 1900 r.


Niektórzy z nostalgią mówią o czasach, gdy po ulicach miast zamiast samochodów jeździły powozy i konne tramwaje. Można o nich powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, że były ekologiczne i nieszkodliwe dla zdrowia.

Samochód obwiniamy dziś o to, że stał się głównym sprawcą zanieczyszczeń atmosferycznych. Zagraża zdrowiu, środowisku, niebezpiecznie ociepla klimat - lista zarzutów jest długa. Sporo w tym racji. Jednak większość z nas pewnie nie wie, jak poważne zagrożenie dla zdrowia i środowiska miejskiego stanowił poprzednik samochodu - koń.

W 1898 r. zorganizowano w Nowym Jorku pierwszą międzynarodową konferencję urbanistyczną. Nie rozmawiano jednak o planowaniu nowych dzielnic, wytyczaniu szlaków komunikacyjnych, użytkowaniu terenu czy też o miejskiej infrastrukturze technicznej. Dyskusję zdominował jeden temat, a mianowicie koński nawóz. Pod koniec XIX w. ten problem domagał się pilnego rozwiązania. W największych aglomeracjach szybciej przybywało koni niż ludzi. Mieszkańcy najbogatszych państw świata musieli dosłownie brodzić w odchodach, znosząc nieprzyjemne zapachy i oganiając się od nieznośnych much. Same konie cierpiały z powodu okrucieństwa ludzi i niedożywienia. Żyły krótko, wykonując pracę ponad siły.

W Europie i Ameryce Północnej pisano wiele na ten temat - zarówno w poważnych czasopismach naukowych, jak i w prasie codziennej. Coraz częściej postulowano wprowadzenie zakazu masowego wykorzystywania koni w miastach. To była jednak mrzonka. Konie od tysięcy lat były podstawowymi zwierzętami transportowymi, a XIX-wieczne miasta stały się od nich po prostu uzależnione. Zwierzęta te przewoziły ludzi i towary, a także wykonywały wiele ciężkich prac fizycznych.

Bez konia ani rusz

Sytuacja wyglądała na beznadziejną. Nie nadążano ze sprzątaniem miast. W 1894 r. londyński „Times" prognozował, że do 1950 r. każda większa ulica w stolicy Wielkiej Brytanii zostanie przykryta trzema metrami końskiego łajna. W Nowym Jorku przewidywano, że już w 1930 r. nawóz sięgnie drugiego piętra domów na Manhattanie. Podczas wspomnianej konferencji zastanawiano się, jak do tego nie dopuścić. Niestety, rozwiązania nie znaleziono. Spotkanie zaplanowane na 10 dni skończyło się już trzeciego.

Konie w mieście przeszkadzały już Juliuszowi Cezarowi. Zakazał on używania pojazdów konnych w starożytnym Rzymie od zmierzchu do świtu, by zmniejszyć hałas i liczbę wypadków. To jednak nic w porównaniu z tym, co działo się w pęczniejących od ludzi XIX-wiecznych miastach Ameryki i zachodniej Europy, które przeżywały okres błyskawicznego rozkwitu.

Rozwój kolei wcale nie złagodził problemu. Raczej go zaostrzył. Koleje przyczyniły się do wzrostu obrotów handlowych, tyle że na początku i końcu takiego łańcucha transportowego wciąż niezbędny był koń. To on dostarczał towary do pociągu i odbierał je stamtąd. W rezultacie im więcej produktów przewożono koleją, tym więcej potrzebowano zwierząt. Dlatego towarzystwa kolejowe dysponowały wielką liczbą koni.

W XIX w. pojawił się w miastach publiczny transport. Wcześniej ich mieszkańcy poruszali się niemal wyłącznie pieszo. Były owszem dorożki, karety, powozy, ale mieli je tylko bogaci ludzie. Również tylko oni mogli sobie pozwolić na drogie i nieliczne taksówki konne. W latach 20. i 30. XIX w. w miastach pojawiły się pierwsze omnibusy. Jeździły po stałych trasach wedle określonego harmonogramu. Cena przejazdu była rozsądna, więc chętnych z każdym rokiem przybywało. Dzięki omnibusom miasta mogły się rozrastać, lecz oznaczało to, że ludzie coraz bardziej uzależniali się od nowego środka transportu. W połowie XIX w. omnibusy przewoziły dziennie około 100 tys. mieszkańców Nowego Jorku, który wówczas składał się głównie z Manhattanu. Oczywiście do obsłużenia coraz gęstszej sieci komunikacji miejskiej potrzebowano mnóstwa koni. W największych miastach ich liczba szybko rosła.

Powódź łajna

Amerykańscy historycy techniki Joel Tarr z Carnegie Mellon University w Pittsburghu i Clay McShane z Northeastern University w Bostonie napisali niedawno książkę, w której na przykładzie Nowego Jorku opisali, jak wyglądało życie miasta uzależnionego od koni. W 1890 r. na Manhattanie przebywało ponad 3 mln osób i blisko 150 tys. koni. Zwierzęta te ciężko pracowały przy transporcie ludzi i towarów. Załatwiały też swoje potrzeby. Każdy wydalał dziennie 10-12 kg odchodów. Łącznie w ciągu doby wszystkie nowojorskie konie „wytwarzały" około 1,5 tys. ton łajna. Miasto nie nadążało z jego usuwaniem. Odchody zwykle zgarniano na wielkie kopce. Wiatr i woda roznosiły je po okolicy. Mieszkańcy Manhattanu wciąż narzekali na drobiny zasuszonego końskiego łajna, które unosiły się w powietrzu. Te wszędobylskie okruchy łatwo przenikały do mieszkań, zanieczyszczały szyby wystawowe, osiadały na twarzy i ubraniu.

Stosy końskiego łajna potwornie cuchnęły, ale nie to było najgorsze. Nad każdym unosiła się chmara much, które przenosiły kilkanaście chorób zakaźnych, m.in. tyfus. Próbowano różnymi metodami walczyć z tymi owadami. Władze miasta zachęcały do zgłaszania rozmaitych racjonalizatorskich pomysłów na oczyszczanie ulic. Wciąż jednak najpopularniejsi byli ludzie, których w Londynie zwano „crossing sweepers". Miotłami i szuflami odgarniali odchody, gdy ktoś chciał przejść na drugą stronę ulicy. W Wielkiej Brytanii robili to biedacy z najniższych warstw społecznych, w Ameryce - osoby zatrudnione przez miasto. Dopiero po zbudowaniu mostu łączącego Manhattan z rolniczym przedmieściem Queens wzniesiono tam specjalne silosy, do których przewożono zwierzęce odchody. Zajmowali się tym licencjonowani wozacy.

Stopniowo uświadamiano sobie, że jest tylko jeden sposób na skuteczne pozbycie się „tyfusowych much": należało usunąć konie z miasta. Powodów, by to uczynić, było zresztą więcej. Może nie tak groźny dla zdrowia, ale dość dolegliwy był... hałas. Końskie kopyta oraz żelazne obręcze wozów i tramwajów konnych wydawały dźwięk, który w dużym natężeniu okazywał się trudny do wytrzymania. W Nowym Jorku i Bostonie pojawiły się nawet zarządzenia zakazujące ruchu konnego na niektórych ulicach. Zabroniono jeździć m.in. w pobliżu sądów i szpitali. W prasie codziennej lat 90. XIX w. powszechnie narzekano, że w godzinach szczytu hałas na głównych ulicach Manhattanu uniemożliwia spokojną pogawędkę.

Początek końca

Ciężko wiodło się też samym koniom. Ze względu na złe traktowanie i przepracowanie żyły średnio 3-4 lata. Trzymano je w kiepsko wyposażonych i słabo ogrzewanych barakach zbudowanych w tzw. końskich kwartałach po wschodniej stronie Manhattanu, a obok znajdowały się spichlerze przyciągające szczury i inne gryzonie roznoszące choroby. Wiele koni doznawało urazów i złamań na ulicznym bruku, który po deszczu stawał się śliski. Takie zwierzęta natychmiast zabijano, po czym porzucano. Zwykle upływało kilka dni, zanim zostały usunięte. Zdarzało się, że padlina leżała tygodniami. Widok martwego konia rozkładającego się na ulicy nie należał do rzadkości. W 1880 r., przeciętnym pod tym względem, zebrano z ulic Nowego Jorku około 15 tys. padłych koni. Zajmowały się tym ekipy wyposażone w specjalnie zaprojektowane pojazdy - z niskim zawieszeniem, aby ułatwić wciąganie kilkusetkilogramowego ciężaru. Niespecjalnie troszczono się jednak o to, gdzie ostatecznie trafi końskie truchło. Porzucano je w biedniejszych dzielnicach, wyrzucano na wysypiska, a czasami do East River. Sporą część padliny odbierały wybudowane w pobliżu miasta zakłady produkujące z końskiego surowca żelatynę, klej czy nawóz.

Konie zaczęły znikać z ulic Nowego Jorku w ostatniej dekadzie XIX w. po wprowadzeniu tramwajów elektrycznych. Podobnie było w innych dużych miastach Ameryki i Europy. Pojawienie się pojazdów zasilanych prądem uznano za wielki postęp - zarówno w technologii, jak i w ochronie zdrowia. Były one szybsze i miały większą moc (liczoną oczywiście w koniach parowych wymyślonych ponad wiek wcześniej przez Brytyjczyka Jamesa Watta). Miały też inne zalety. Nie roznosiły infekcji, nie zanieczyszczały ulic i powietrza miejskiego. Prąd zasilający trakcję elektryczną płynął z elektrowni węglowej zbudowanej z dala od centrum. Jednak wprowadzenie tramwajów elektrycznych nie podważyło pozycji koni. W Nowym Jorku ich liczba zmniejszyła się zaledwie o 20-30 tys. Nadal powszechnie wykorzystywano je do transportu towarów. W 1900 r. na Manhattanie wciąż pracowało ponad 100 tys. tych zwierząt.

Niska efektywność koni w przetwarzaniu energii na pracę miała też swój ekologiczny wymiar. Dorosłe zwierzę zjada rocznie około 3,5-4 t paszy, głównie owsa i siana. Pod koniec XIX w. żyło w miastach całej Ameryki około 3,5 mln koni. Wykarmienie takiej armii wiązało się z koniecznością karczowania lasów pod nowe pola. Poza tym jelita tych zwierząt produkują sporo metanu, średnio 20-25 kg rocznie. Jest to gaz cieplarniany 23 razy bardziej szkodliwy niż dwutlenek węgla. Zatem i konie  przyczyniały się do zwiększenia efektu cieplarnianego, co oczywiście 100 lat temu nikogo nie obchodziło.

Mechaniczny wygrywa

W końcu konie zostały zastąpione przez samochody osobowe. Nie stało się to z dnia na dzień. Pierwsze eksperymentalne pojazdy silnikowe pojawiły się w USA pod koniec XIX w. Nie wpuszczono ich jednak do miast. Uczyniono to dopiero w pierwszej dekadzie XX w. W 1907 r. samochodami jeździli już niektórzy nowojorscy lekarze i kupcy, oczywiście ci najbogatsi. Mniej więcej wtedy pojawiły się też w mieście pierwsze „mechaniczne taksówki". Konie wciąż były powszechnie wykorzystywane, ale ich „następcy", zamiast owsa karmieni benzyną, szybko zyskiwali na popularności. Sceptycy twierdzili co prawda, że samochody nie mają przyszłości, bo Amerykanie to naród kowbojów zakochanych w koniach. Ale już w 1915 r. po Nowym Jorku poruszało się więcej samochodów niż koni. Podobnie było w europejskich metropoliach - Londynie i Paryżu. Za oceanem przełomowe znaczenie miało uruchomienie masowej produkcji Forda T w zakładach w Detroit. Dzięki niskiej cenie był on dostępny nawet dla średnio zarabiającego mieszkańca Nowego Jorku.

Koń zaczął w przyspieszonym tempie znikać z miast. Coraz częściej na ulicach stawiano więc znak zakazujący wjazdu konnym pojazdom. Pod koniec lat 20. XX w. konie praktycznie zniknęły z nowojorskich ulic - ku radości osób odpowiedzialnych za higienę i zdrowie publiczne. Lekarz Harold Bolce oszacował w 1908 r., że 20 tys. nowojorczyków umiera co roku od infekcji roznoszonych przez muchy zlatujące się do końskiego łajna. Jeden z raportów z tego okresu napisany na zamówienie burmistrza Nowego Jorku stwierdzał: „Koń w mieście stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi". Autorzy ekspertyzy dowodzili, że pył z drobinami odchodów tych zwierząt drażni oczy i płuca, a hałas osłabia układ nerwowy. Konie obwinione zostały nie tylko o tyfus, ale również o cholerę, czerwonkę i biegunkę niemowlęcą. Zabijały też w bardziej bezpośredni sposób. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę ich niewielką prędkość, ale pojazdy konne powodowały sporo wypadków śmiertelnych. Na przykład w 1900 r. w Nowym Jorku zginęło pod ich kołami 200 przechodniów. Dla porównania, w 2010 r. samochody zabiły 269 osób. Tyle że dziś Nowy Jork liczy ponad dwa razy więcej mieszkańców niż 100 lat temu.

Miasta faktycznie zyskały na pozbyciu się koni. „Ulice są czyste, muchy prawie zniknęły, podobnie jak roznoszone przez nie choroby, transport towarów stał się szybszy i tańszy, a dzięki samochodom ludzie mogą się wynieść z zatłoczonego do granic wytrzymałości Manhattanu" - pisano w entuzjastycznym tonie w połowie lat 20. XX w. w szanowanym czasopiśmie popularnonaukowym „Scientific American". Zaledwie parę lat później ten sam magazyn poinformował o pojawieniu się w śródmieściu Nowego Jorku, Chicago i Los Angeles pierwszego smogu, którego źródłem były spaliny samochodowe. Okazało się, że następcy prawdziwych koni - konie mechaniczne - także mają wady i potrafią zepsuć nam zdrowie. Historia zatoczyła koło.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 02/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
03/2020
02/2020
Kalendarium
Luty
21
W 2006 r. został wyniesiony na orbitę japoński teleskop promieniowania podczerwonego AKARI
Warto przeczytać
Firma Topf & Söhne produkuje urządzenia browarnicze i krematoria, a także instalacje do komór gazowych. Jej klientami są browary w wielu krajach na całym świecie.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-07-16
Końska pułapka

Mulberry Street na Manhattanie w 1900 r.


Niektórzy z nostalgią mówią o czasach, gdy po ulicach miast zamiast samochodów jeździły powozy i konne tramwaje. Można o nich powiedzieć wiele dobrego, ale nie to, że były ekologiczne i nieszkodliwe dla zdrowia.

Samochód obwiniamy dziś o to, że stał się głównym sprawcą zanieczyszczeń atmosferycznych. Zagraża zdrowiu, środowisku, niebezpiecznie ociepla klimat - lista zarzutów jest długa. Sporo w tym racji. Jednak większość z nas pewnie nie wie, jak poważne zagrożenie dla zdrowia i środowiska miejskiego stanowił poprzednik samochodu - koń.

W 1898 r. zorganizowano w Nowym Jorku pierwszą międzynarodową konferencję urbanistyczną. Nie rozmawiano jednak o planowaniu nowych dzielnic, wytyczaniu szlaków komunikacyjnych, użytkowaniu terenu czy też o miejskiej infrastrukturze technicznej. Dyskusję zdominował jeden temat, a mianowicie koński nawóz. Pod koniec XIX w. ten problem domagał się pilnego rozwiązania. W największych aglomeracjach szybciej przybywało koni niż ludzi. Mieszkańcy najbogatszych państw świata musieli dosłownie brodzić w odchodach, znosząc nieprzyjemne zapachy i oganiając się od nieznośnych much. Same konie cierpiały z powodu okrucieństwa ludzi i niedożywienia. Żyły krótko, wykonując pracę ponad siły.

W Europie i Ameryce Północnej pisano wiele na ten temat - zarówno w poważnych czasopismach naukowych, jak i w prasie codziennej. Coraz częściej postulowano wprowadzenie zakazu masowego wykorzystywania koni w miastach. To była jednak mrzonka. Konie od tysięcy lat były podstawowymi zwierzętami transportowymi, a XIX-wieczne miasta stały się od nich po prostu uzależnione. Zwierzęta te przewoziły ludzi i towary, a także wykonywały wiele ciężkich prac fizycznych.

Bez konia ani rusz

Sytuacja wyglądała na beznadziejną. Nie nadążano ze sprzątaniem miast. W 1894 r. londyński „Times" prognozował, że do 1950 r. każda większa ulica w stolicy Wielkiej Brytanii zostanie przykryta trzema metrami końskiego łajna. W Nowym Jorku przewidywano, że już w 1930 r. nawóz sięgnie drugiego piętra domów na Manhattanie. Podczas wspomnianej konferencji zastanawiano się, jak do tego nie dopuścić. Niestety, rozwiązania nie znaleziono. Spotkanie zaplanowane na 10 dni skończyło się już trzeciego.

Konie w mieście przeszkadzały już Juliuszowi Cezarowi. Zakazał on używania pojazdów konnych w starożytnym Rzymie od zmierzchu do świtu, by zmniejszyć hałas i liczbę wypadków. To jednak nic w porównaniu z tym, co działo się w pęczniejących od ludzi XIX-wiecznych miastach Ameryki i zachodniej Europy, które przeżywały okres błyskawicznego rozkwitu.

Rozwój kolei wcale nie złagodził problemu. Raczej go zaostrzył. Koleje przyczyniły się do wzrostu obrotów handlowych, tyle że na początku i końcu takiego łańcucha transportowego wciąż niezbędny był koń. To on dostarczał towary do pociągu i odbierał je stamtąd. W rezultacie im więcej produktów przewożono koleją, tym więcej potrzebowano zwierząt. Dlatego towarzystwa kolejowe dysponowały wielką liczbą koni.

W XIX w. pojawił się w miastach publiczny transport. Wcześniej ich mieszkańcy poruszali się niemal wyłącznie pieszo. Były owszem dorożki, karety, powozy, ale mieli je tylko bogaci ludzie. Również tylko oni mogli sobie pozwolić na drogie i nieliczne taksówki konne. W latach 20. i 30. XIX w. w miastach pojawiły się pierwsze omnibusy. Jeździły po stałych trasach wedle określonego harmonogramu. Cena przejazdu była rozsądna, więc chętnych z każdym rokiem przybywało. Dzięki omnibusom miasta mogły się rozrastać, lecz oznaczało to, że ludzie coraz bardziej uzależniali się od nowego środka transportu. W połowie XIX w. omnibusy przewoziły dziennie około 100 tys. mieszkańców Nowego Jorku, który wówczas składał się głównie z Manhattanu. Oczywiście do obsłużenia coraz gęstszej sieci komunikacji miejskiej potrzebowano mnóstwa koni. W największych miastach ich liczba szybko rosła.

Powódź łajna

Amerykańscy historycy techniki Joel Tarr z Carnegie Mellon University w Pittsburghu i Clay McShane z Northeastern University w Bostonie napisali niedawno książkę, w której na przykładzie Nowego Jorku opisali, jak wyglądało życie miasta uzależnionego od koni. W 1890 r. na Manhattanie przebywało ponad 3 mln osób i blisko 150 tys. koni. Zwierzęta te ciężko pracowały przy transporcie ludzi i towarów. Załatwiały też swoje potrzeby. Każdy wydalał dziennie 10-12 kg odchodów. Łącznie w ciągu doby wszystkie nowojorskie konie „wytwarzały" około 1,5 tys. ton łajna. Miasto nie nadążało z jego usuwaniem. Odchody zwykle zgarniano na wielkie kopce. Wiatr i woda roznosiły je po okolicy. Mieszkańcy Manhattanu wciąż narzekali na drobiny zasuszonego końskiego łajna, które unosiły się w powietrzu. Te wszędobylskie okruchy łatwo przenikały do mieszkań, zanieczyszczały szyby wystawowe, osiadały na twarzy i ubraniu.

Stosy końskiego łajna potwornie cuchnęły, ale nie to było najgorsze. Nad każdym unosiła się chmara much, które przenosiły kilkanaście chorób zakaźnych, m.in. tyfus. Próbowano różnymi metodami walczyć z tymi owadami. Władze miasta zachęcały do zgłaszania rozmaitych racjonalizatorskich pomysłów na oczyszczanie ulic. Wciąż jednak najpopularniejsi byli ludzie, których w Londynie zwano „crossing sweepers". Miotłami i szuflami odgarniali odchody, gdy ktoś chciał przejść na drugą stronę ulicy. W Wielkiej Brytanii robili to biedacy z najniższych warstw społecznych, w Ameryce - osoby zatrudnione przez miasto. Dopiero po zbudowaniu mostu łączącego Manhattan z rolniczym przedmieściem Queens wzniesiono tam specjalne silosy, do których przewożono zwierzęce odchody. Zajmowali się tym licencjonowani wozacy.

Stopniowo uświadamiano sobie, że jest tylko jeden sposób na skuteczne pozbycie się „tyfusowych much": należało usunąć konie z miasta. Powodów, by to uczynić, było zresztą więcej. Może nie tak groźny dla zdrowia, ale dość dolegliwy był... hałas. Końskie kopyta oraz żelazne obręcze wozów i tramwajów konnych wydawały dźwięk, który w dużym natężeniu okazywał się trudny do wytrzymania. W Nowym Jorku i Bostonie pojawiły się nawet zarządzenia zakazujące ruchu konnego na niektórych ulicach. Zabroniono jeździć m.in. w pobliżu sądów i szpitali. W prasie codziennej lat 90. XIX w. powszechnie narzekano, że w godzinach szczytu hałas na głównych ulicach Manhattanu uniemożliwia spokojną pogawędkę.

Początek końca

Ciężko wiodło się też samym koniom. Ze względu na złe traktowanie i przepracowanie żyły średnio 3-4 lata. Trzymano je w kiepsko wyposażonych i słabo ogrzewanych barakach zbudowanych w tzw. końskich kwartałach po wschodniej stronie Manhattanu, a obok znajdowały się spichlerze przyciągające szczury i inne gryzonie roznoszące choroby. Wiele koni doznawało urazów i złamań na ulicznym bruku, który po deszczu stawał się śliski. Takie zwierzęta natychmiast zabijano, po czym porzucano. Zwykle upływało kilka dni, zanim zostały usunięte. Zdarzało się, że padlina leżała tygodniami. Widok martwego konia rozkładającego się na ulicy nie należał do rzadkości. W 1880 r., przeciętnym pod tym względem, zebrano z ulic Nowego Jorku około 15 tys. padłych koni. Zajmowały się tym ekipy wyposażone w specjalnie zaprojektowane pojazdy - z niskim zawieszeniem, aby ułatwić wciąganie kilkusetkilogramowego ciężaru. Niespecjalnie troszczono się jednak o to, gdzie ostatecznie trafi końskie truchło. Porzucano je w biedniejszych dzielnicach, wyrzucano na wysypiska, a czasami do East River. Sporą część padliny odbierały wybudowane w pobliżu miasta zakłady produkujące z końskiego surowca żelatynę, klej czy nawóz.

Konie zaczęły znikać z ulic Nowego Jorku w ostatniej dekadzie XIX w. po wprowadzeniu tramwajów elektrycznych. Podobnie było w innych dużych miastach Ameryki i Europy. Pojawienie się pojazdów zasilanych prądem uznano za wielki postęp - zarówno w technologii, jak i w ochronie zdrowia. Były one szybsze i miały większą moc (liczoną oczywiście w koniach parowych wymyślonych ponad wiek wcześniej przez Brytyjczyka Jamesa Watta). Miały też inne zalety. Nie roznosiły infekcji, nie zanieczyszczały ulic i powietrza miejskiego. Prąd zasilający trakcję elektryczną płynął z elektrowni węglowej zbudowanej z dala od centrum. Jednak wprowadzenie tramwajów elektrycznych nie podważyło pozycji koni. W Nowym Jorku ich liczba zmniejszyła się zaledwie o 20-30 tys. Nadal powszechnie wykorzystywano je do transportu towarów. W 1900 r. na Manhattanie wciąż pracowało ponad 100 tys. tych zwierząt.

Niska efektywność koni w przetwarzaniu energii na pracę miała też swój ekologiczny wymiar. Dorosłe zwierzę zjada rocznie około 3,5-4 t paszy, głównie owsa i siana. Pod koniec XIX w. żyło w miastach całej Ameryki około 3,5 mln koni. Wykarmienie takiej armii wiązało się z koniecznością karczowania lasów pod nowe pola. Poza tym jelita tych zwierząt produkują sporo metanu, średnio 20-25 kg rocznie. Jest to gaz cieplarniany 23 razy bardziej szkodliwy niż dwutlenek węgla. Zatem i konie  przyczyniały się do zwiększenia efektu cieplarnianego, co oczywiście 100 lat temu nikogo nie obchodziło.

Mechaniczny wygrywa

W końcu konie zostały zastąpione przez samochody osobowe. Nie stało się to z dnia na dzień. Pierwsze eksperymentalne pojazdy silnikowe pojawiły się w USA pod koniec XIX w. Nie wpuszczono ich jednak do miast. Uczyniono to dopiero w pierwszej dekadzie XX w. W 1907 r. samochodami jeździli już niektórzy nowojorscy lekarze i kupcy, oczywiście ci najbogatsi. Mniej więcej wtedy pojawiły się też w mieście pierwsze „mechaniczne taksówki". Konie wciąż były powszechnie wykorzystywane, ale ich „następcy", zamiast owsa karmieni benzyną, szybko zyskiwali na popularności. Sceptycy twierdzili co prawda, że samochody nie mają przyszłości, bo Amerykanie to naród kowbojów zakochanych w koniach. Ale już w 1915 r. po Nowym Jorku poruszało się więcej samochodów niż koni. Podobnie było w europejskich metropoliach - Londynie i Paryżu. Za oceanem przełomowe znaczenie miało uruchomienie masowej produkcji Forda T w zakładach w Detroit. Dzięki niskiej cenie był on dostępny nawet dla średnio zarabiającego mieszkańca Nowego Jorku.

Koń zaczął w przyspieszonym tempie znikać z miast. Coraz częściej na ulicach stawiano więc znak zakazujący wjazdu konnym pojazdom. Pod koniec lat 20. XX w. konie praktycznie zniknęły z nowojorskich ulic - ku radości osób odpowiedzialnych za higienę i zdrowie publiczne. Lekarz Harold Bolce oszacował w 1908 r., że 20 tys. nowojorczyków umiera co roku od infekcji roznoszonych przez muchy zlatujące się do końskiego łajna. Jeden z raportów z tego okresu napisany na zamówienie burmistrza Nowego Jorku stwierdzał: „Koń w mieście stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi". Autorzy ekspertyzy dowodzili, że pył z drobinami odchodów tych zwierząt drażni oczy i płuca, a hałas osłabia układ nerwowy. Konie obwinione zostały nie tylko o tyfus, ale również o cholerę, czerwonkę i biegunkę niemowlęcą. Zabijały też w bardziej bezpośredni sposób. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę ich niewielką prędkość, ale pojazdy konne powodowały sporo wypadków śmiertelnych. Na przykład w 1900 r. w Nowym Jorku zginęło pod ich kołami 200 przechodniów. Dla porównania, w 2010 r. samochody zabiły 269 osób. Tyle że dziś Nowy Jork liczy ponad dwa razy więcej mieszkańców niż 100 lat temu.

Miasta faktycznie zyskały na pozbyciu się koni. „Ulice są czyste, muchy prawie zniknęły, podobnie jak roznoszone przez nie choroby, transport towarów stał się szybszy i tańszy, a dzięki samochodom ludzie mogą się wynieść z zatłoczonego do granic wytrzymałości Manhattanu" - pisano w entuzjastycznym tonie w połowie lat 20. XX w. w szanowanym czasopiśmie popularnonaukowym „Scientific American". Zaledwie parę lat później ten sam magazyn poinformował o pojawieniu się w śródmieściu Nowego Jorku, Chicago i Los Angeles pierwszego smogu, którego źródłem były spaliny samochodowe. Okazało się, że następcy prawdziwych koni - konie mechaniczne - także mają wady i potrafią zepsuć nam zdrowie. Historia zatoczyła koło.