człowiek
Autor: Dariusz Chętkowski | dodano: 2012-08-24
Uczeń i belfer jak dwie krople wody

 

Nauczyciele i ich uczniowie świadczą nawzajem o sobie. Obserwując nauczyciela, można się domyślić, jacy są jego uczniowie. Widząc młodych ludzi, sporo da się wywnioskować o tych, którzy ich uczą. W poprawę szkoły muszą się więc zaangażować zarówno nauczyciele, jak i uczniowie.

Żaden nauczyciel nie jest od kołyski aż do grobu dobrym nauczycielem, podobnie jak żaden nie jest wiecznym nieudacznikiem. Każdy przeżywa wzloty i upadki. Chodzi o to, aby upadki trwały krótko, a wzloty długo. Niestety, bywa odwrotnie – sukces przelatuje niczym błyskawica, a klęska rozsiada się, nie zamierzając odejść. Dlaczego? Ruch kadrowy w szkołach jest minimalny. Dla wielu osób pierwsze miejsce pracy jest ostatnim. Nie tylko nikt dobry, czy też prawie nikt, nie pnie się w górę, ale także nikt niesprawny w zawodzie nie przenosi się z lepszej placówki do gorszej. Nic zatem dziwnego, że pracując wiele lat w tej samej szkole, po pewnym czasie nawet doskonały nauczyciel w końcu osiada na laurach.

Ile bowiem można grać pierwsze skrzypce w tym samym zespole? Natomiast współpracując przez wiele lat nawet z całkowitym antytalentem pedagogicznym, po pewnym czasie przyzwyczajamy się do niego, uznając, że tak już musi być, iż kolega lub koleżanka sobie wciąż nie radzi. Dana szkoła, stanowiąc „wieczne” miejsce pracy, powoli zmienia pracowników w ludzi niezdolnych do czynu, pozbawia ich ochoty do angażowania się w to, co robią. Jeśli wszyscy – i mistrzowie, i nieudacznicy – siedzą na tej samej grzędzie, to po co się wychylać i robić więcej? Dopiero „trzęsienie ziemi”, np. zmiana na stanowisku dyrektora lub śmierć ucznia, powoduje, że jedni dostają skrzydeł, inni budzą się z letargu, a jeszcze inni biją się w piersi, obiecując poprawę.

Krótkie wzloty i długie kryzysy
Uczniowie zachowują się podobnie
jak nauczyciele. Jednych interesuje wszystko. Są ambitni. Pracowici, pełni pasji. Gotowi są walczyć o dobre stopnie z każdego przedmiotu, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci. Tacy uczniowie znajdują się w fazie wzlotu. Ich przeciwieństwem są ci, którzy zobojętnieli na wszystko. Mogą być zagrożeni ze wszystkich przedmiotów, a zachowują się tak, jakby nie rozumieli, dokąd zmierzają. To uczniowie, którzy znajdują się w fazie upadku. Jednak młodzi ludzie, jak my wszyscy, się zmieniają. Nie trwają długo na swych pozycjach. Dobrą okazją do zmiany postawy może być pojawienie się nowego nauczyciela, ukończenie szkoły i wybór nowej – oczywiście chodzi o tę dobrą zmianę. Chociaż zdarza się czasem inaczej. To nieuniknione. Ważne, aby uczniowskie wzloty trwały długo, a upadki krótko. Niestety, z jakiegoś powodu jest odwrotnie: upadek przeciąga się w nieskończoność, a wzlot trwa mgnienie oka. Dlaczego? Dzieci zachowują się podobnie jak dorośli, tylko bardziej spontanicznie i przez to szczególnie widowiskowo.

„Upadły” nauczyciel długo potrafi maskować swój stan całkowitego zniechęcenia, natomiast „upadły” uczeń ma trudności z ukryciem swojego stanu. Im uczeń młodszy, tym większe problemy. Dlatego nawet drobna niechęć wobec szkoły czy nauczyciela może wyglądać, jakby dziecko totalnie lekceważyło wszystko i wszystkich. Często jest więc tak, że zniechęcona młodzież rzuca się w oczy każdemu postronnemu obserwatorowi, a zniechęceni nauczyciele świetnie ukrywają się za plecami liderów. Abnegaci uczniowie nie potrafią schować się za plecami prymusów, a wśród nauczycieli taki system maskowania się świetnie funkcjonuje. Nieraz totalnie zniechęcony do pracy wychowawca czy pedagog ma za zadanie pomóc uczniowi, który przejawia lekką, wstępną fazę zniechęcenia. Wskutek takiej „pomocy” dziecko staje się rozdrażnione, a wychowawca zniechęca się jeszcze bardziej, bo przecież nic mu nie wychodzi. Wystarczy przeprowadzić w zespole nauczycieli danej szkoły prosty test psychologiczny, aby stwierdzić, że część pracowników raczej nie powinna udzielać uczniom pomocy, bo mogą zamiast pomóc, zaszkodzić.

Obiboki za plecami liderów
W szkole wystarczy kilku dobrych nauczycieli,
aby reszta mogła za nimi skryć swoje nieróbstwo. Tak zwana dobra szkoła to – jeśli chodzi o radę pedagogiczną – często taka, w której na kilku nauczycieli przeżywających kryzys zawodowy przypada jeden będący w okresie zawodowego szczytu. Pracuje on za pozostałych i szkoła jakoś sobie radzi, a nawet może cieszyć się dobrą opinią. Natomiast w przypadku uczniów jest odwrotnie. Wystarczy, że jeden uczeń odrzucający normy społecznego współżycia przypada na kilku uczniów przestrzegających zasad, a szkoła zaczyna być postrzegana jako zła i powoli przyciąga coraz więcej uczniów sprawiających problemy. W jednej szkole są zatem nieliczni dobrzy nauczyciele, w których cieniu funkcjonują źli nauczyciele, oraz mniej lub bardziej liczni dobrzy uczniowie, którzy cierpią z powodu nielicznych złych uczniów. Jeśli w taką szkołę nikt nie ingeruje, dany stan pogłębia się, np. coraz więcej złych nauczycieli ukrywa się ze swoim nieróbstwem za coraz mniejszą grupką nauczycieli bardzo dobrych, a dobrzy uczniowie w końcu nie mają w tej szkole racji bytu, gdyż źli nie pozwalają im na osiąganie postępów w nauce, tępiąc wszelką ambicję jako przejaw kujoństwa.

Źli nauczyciele, jeszcze gorsi uczniowie
Pogarszanie się jakości pracy nauczycieli
przebiega skrycie, ponieważ dorośli potrafią się maskować. Często nawet dyrekcja nie zdaje sobie sprawy, że to, co było, dawno już przeminęło, a nauczyciele znani z wybitnych osiągnięć to obecnie zwykłe obiboki. Oczywiście w końcu szydło wyjdzie z worka i dyrekcja zorientuje się, kto przykłada się do obowiązków, a kto nie. Natomiast przemiana na gorsze zespołu uczniowskiego przypomina filmowy horror pełen wybryków chuligańskich, aktów agresji, wreszcie prób samobójczych. Na początku ten i ów nauczyciel nie chce uwierzyć w to, co widzi, ale w końcu każdy zadaje sobie pytanie: Jak mogło dojść do czegoś takiego? Kto za to odpowiada? Skąd w uczniach te negatywne zmiany? Dlaczego jednak to ostatnie pytanie jest tak rzadko zadawane do zespołu nauczycieli? Przecież upadkowi uczniów musi towarzyszyć, a nawet go poprzedzać degeneracja części, a często wręcz większości nauczycieli w danej placówce edukacyjnej. Kiedy sprawni i pełni zapału pedagodzy nie są w stanie już pracować za całą resztę, naprawiać błędów wychowawczych i edukacyjnych popełnianych przez swoich „upadłych” kolegów, wtedy cała szkoła z hukiem upada. Nikt już bowiem nie hamuje młodzieży przed zniechęceniem, utratą ambicji i agresją.

Gdy do szkoły, w której wydarzyła się tragedia, wchodzi inspekcja, ze zdumienia przeciera oczy, bo tyle znajduje nauczycielskich uchybień. Jeżeli więc w szkole pojawiają się u młodzieży niepokojące zachowania, należy założyć, że tak samo budzące niepokój, tylko trudne do zauważenia, są zachowania nauczycieli. Dlatego działania edukacyjno-wychowawcze w szkole należy prowadzić dwutorowo. Pracować równolegle z nauczycielami (np. szkolenia prowadzone przez dyrektora, liderów lub wyspecjalizowanych edukatorów) i uczniami (np. praca resocjalizacyjna prowadzona przez wszystkich nauczycieli). Przeciwdziałanie agresji młodych ludzi nie daje pożądanych rezultatów, jeśli ogranicza się do pracy wychowawczej wyłącznie z nimi samymi. O wiele trwalsze efekty można uzyskać, gdy uda się zachęcić do zmian całą społeczność szkoły. Przede wszystkim należy zainteresować tych, którzy ciągną szkołę w dół – nauczycieli obiboków i uczniów abnegatów. Nauczyciele liderzy i ambitni uczniowie, którzy i tak są pełni zapału, sami się chętnie włączą. Placówki uznawane dziś za dobre nie spadły z nieba. Stały się takimi, bo podjęły trud dokonania pozywanych zmian. Podobnie rzecz się ma z nauczycielami. Każdy zna przykłady szkół dobrych i złych, belfrów świetnych i fatalnych. Warto się z nimi zapoznać, aby wiedzieć, czego należy unikać, a co powinno się zrobić, aby osiągnąć sukces.

Więcej w specjalnym wydaniu miesięcznika „Wiedza i Życie" nr 01/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2019
10/2019
Kalendarium
Listopad
12

W 1901 r. włoski astronom Luigi Carnera odkrył planetoidę Caprera.
Warto przeczytać
Lubimy myśleć o sobie jako o istotach wyjątkowych - ale czy naprawdę coś różni nas od zwierząt? Przecież nasza biologia jest taka sama. W oryginalnej i intrygującej podróży po świecie ziemskiego życia Adam Rutherford bada rozmaite cechy, które uznawano niegdyś za wyłącznie ludzkie, wykazując, że wcale takimi nie są.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Dariusz Chętkowski | dodano: 2012-08-24
Uczeń i belfer jak dwie krople wody

 

Nauczyciele i ich uczniowie świadczą nawzajem o sobie. Obserwując nauczyciela, można się domyślić, jacy są jego uczniowie. Widząc młodych ludzi, sporo da się wywnioskować o tych, którzy ich uczą. W poprawę szkoły muszą się więc zaangażować zarówno nauczyciele, jak i uczniowie.

Żaden nauczyciel nie jest od kołyski aż do grobu dobrym nauczycielem, podobnie jak żaden nie jest wiecznym nieudacznikiem. Każdy przeżywa wzloty i upadki. Chodzi o to, aby upadki trwały krótko, a wzloty długo. Niestety, bywa odwrotnie – sukces przelatuje niczym błyskawica, a klęska rozsiada się, nie zamierzając odejść. Dlaczego? Ruch kadrowy w szkołach jest minimalny. Dla wielu osób pierwsze miejsce pracy jest ostatnim. Nie tylko nikt dobry, czy też prawie nikt, nie pnie się w górę, ale także nikt niesprawny w zawodzie nie przenosi się z lepszej placówki do gorszej. Nic zatem dziwnego, że pracując wiele lat w tej samej szkole, po pewnym czasie nawet doskonały nauczyciel w końcu osiada na laurach.

Ile bowiem można grać pierwsze skrzypce w tym samym zespole? Natomiast współpracując przez wiele lat nawet z całkowitym antytalentem pedagogicznym, po pewnym czasie przyzwyczajamy się do niego, uznając, że tak już musi być, iż kolega lub koleżanka sobie wciąż nie radzi. Dana szkoła, stanowiąc „wieczne” miejsce pracy, powoli zmienia pracowników w ludzi niezdolnych do czynu, pozbawia ich ochoty do angażowania się w to, co robią. Jeśli wszyscy – i mistrzowie, i nieudacznicy – siedzą na tej samej grzędzie, to po co się wychylać i robić więcej? Dopiero „trzęsienie ziemi”, np. zmiana na stanowisku dyrektora lub śmierć ucznia, powoduje, że jedni dostają skrzydeł, inni budzą się z letargu, a jeszcze inni biją się w piersi, obiecując poprawę.

Krótkie wzloty i długie kryzysy
Uczniowie zachowują się podobnie
jak nauczyciele. Jednych interesuje wszystko. Są ambitni. Pracowici, pełni pasji. Gotowi są walczyć o dobre stopnie z każdego przedmiotu, jakby chodziło o sprawę życia i śmierci. Tacy uczniowie znajdują się w fazie wzlotu. Ich przeciwieństwem są ci, którzy zobojętnieli na wszystko. Mogą być zagrożeni ze wszystkich przedmiotów, a zachowują się tak, jakby nie rozumieli, dokąd zmierzają. To uczniowie, którzy znajdują się w fazie upadku. Jednak młodzi ludzie, jak my wszyscy, się zmieniają. Nie trwają długo na swych pozycjach. Dobrą okazją do zmiany postawy może być pojawienie się nowego nauczyciela, ukończenie szkoły i wybór nowej – oczywiście chodzi o tę dobrą zmianę. Chociaż zdarza się czasem inaczej. To nieuniknione. Ważne, aby uczniowskie wzloty trwały długo, a upadki krótko. Niestety, z jakiegoś powodu jest odwrotnie: upadek przeciąga się w nieskończoność, a wzlot trwa mgnienie oka. Dlaczego? Dzieci zachowują się podobnie jak dorośli, tylko bardziej spontanicznie i przez to szczególnie widowiskowo.

„Upadły” nauczyciel długo potrafi maskować swój stan całkowitego zniechęcenia, natomiast „upadły” uczeń ma trudności z ukryciem swojego stanu. Im uczeń młodszy, tym większe problemy. Dlatego nawet drobna niechęć wobec szkoły czy nauczyciela może wyglądać, jakby dziecko totalnie lekceważyło wszystko i wszystkich. Często jest więc tak, że zniechęcona młodzież rzuca się w oczy każdemu postronnemu obserwatorowi, a zniechęceni nauczyciele świetnie ukrywają się za plecami liderów. Abnegaci uczniowie nie potrafią schować się za plecami prymusów, a wśród nauczycieli taki system maskowania się świetnie funkcjonuje. Nieraz totalnie zniechęcony do pracy wychowawca czy pedagog ma za zadanie pomóc uczniowi, który przejawia lekką, wstępną fazę zniechęcenia. Wskutek takiej „pomocy” dziecko staje się rozdrażnione, a wychowawca zniechęca się jeszcze bardziej, bo przecież nic mu nie wychodzi. Wystarczy przeprowadzić w zespole nauczycieli danej szkoły prosty test psychologiczny, aby stwierdzić, że część pracowników raczej nie powinna udzielać uczniom pomocy, bo mogą zamiast pomóc, zaszkodzić.

Obiboki za plecami liderów
W szkole wystarczy kilku dobrych nauczycieli,
aby reszta mogła za nimi skryć swoje nieróbstwo. Tak zwana dobra szkoła to – jeśli chodzi o radę pedagogiczną – często taka, w której na kilku nauczycieli przeżywających kryzys zawodowy przypada jeden będący w okresie zawodowego szczytu. Pracuje on za pozostałych i szkoła jakoś sobie radzi, a nawet może cieszyć się dobrą opinią. Natomiast w przypadku uczniów jest odwrotnie. Wystarczy, że jeden uczeń odrzucający normy społecznego współżycia przypada na kilku uczniów przestrzegających zasad, a szkoła zaczyna być postrzegana jako zła i powoli przyciąga coraz więcej uczniów sprawiających problemy. W jednej szkole są zatem nieliczni dobrzy nauczyciele, w których cieniu funkcjonują źli nauczyciele, oraz mniej lub bardziej liczni dobrzy uczniowie, którzy cierpią z powodu nielicznych złych uczniów. Jeśli w taką szkołę nikt nie ingeruje, dany stan pogłębia się, np. coraz więcej złych nauczycieli ukrywa się ze swoim nieróbstwem za coraz mniejszą grupką nauczycieli bardzo dobrych, a dobrzy uczniowie w końcu nie mają w tej szkole racji bytu, gdyż źli nie pozwalają im na osiąganie postępów w nauce, tępiąc wszelką ambicję jako przejaw kujoństwa.

Źli nauczyciele, jeszcze gorsi uczniowie
Pogarszanie się jakości pracy nauczycieli
przebiega skrycie, ponieważ dorośli potrafią się maskować. Często nawet dyrekcja nie zdaje sobie sprawy, że to, co było, dawno już przeminęło, a nauczyciele znani z wybitnych osiągnięć to obecnie zwykłe obiboki. Oczywiście w końcu szydło wyjdzie z worka i dyrekcja zorientuje się, kto przykłada się do obowiązków, a kto nie. Natomiast przemiana na gorsze zespołu uczniowskiego przypomina filmowy horror pełen wybryków chuligańskich, aktów agresji, wreszcie prób samobójczych. Na początku ten i ów nauczyciel nie chce uwierzyć w to, co widzi, ale w końcu każdy zadaje sobie pytanie: Jak mogło dojść do czegoś takiego? Kto za to odpowiada? Skąd w uczniach te negatywne zmiany? Dlaczego jednak to ostatnie pytanie jest tak rzadko zadawane do zespołu nauczycieli? Przecież upadkowi uczniów musi towarzyszyć, a nawet go poprzedzać degeneracja części, a często wręcz większości nauczycieli w danej placówce edukacyjnej. Kiedy sprawni i pełni zapału pedagodzy nie są w stanie już pracować za całą resztę, naprawiać błędów wychowawczych i edukacyjnych popełnianych przez swoich „upadłych” kolegów, wtedy cała szkoła z hukiem upada. Nikt już bowiem nie hamuje młodzieży przed zniechęceniem, utratą ambicji i agresją.

Gdy do szkoły, w której wydarzyła się tragedia, wchodzi inspekcja, ze zdumienia przeciera oczy, bo tyle znajduje nauczycielskich uchybień. Jeżeli więc w szkole pojawiają się u młodzieży niepokojące zachowania, należy założyć, że tak samo budzące niepokój, tylko trudne do zauważenia, są zachowania nauczycieli. Dlatego działania edukacyjno-wychowawcze w szkole należy prowadzić dwutorowo. Pracować równolegle z nauczycielami (np. szkolenia prowadzone przez dyrektora, liderów lub wyspecjalizowanych edukatorów) i uczniami (np. praca resocjalizacyjna prowadzona przez wszystkich nauczycieli). Przeciwdziałanie agresji młodych ludzi nie daje pożądanych rezultatów, jeśli ogranicza się do pracy wychowawczej wyłącznie z nimi samymi. O wiele trwalsze efekty można uzyskać, gdy uda się zachęcić do zmian całą społeczność szkoły. Przede wszystkim należy zainteresować tych, którzy ciągną szkołę w dół – nauczycieli obiboków i uczniów abnegatów. Nauczyciele liderzy i ambitni uczniowie, którzy i tak są pełni zapału, sami się chętnie włączą. Placówki uznawane dziś za dobre nie spadły z nieba. Stały się takimi, bo podjęły trud dokonania pozywanych zmian. Podobnie rzecz się ma z nauczycielami. Każdy zna przykłady szkół dobrych i złych, belfrów świetnych i fatalnych. Warto się z nimi zapoznać, aby wiedzieć, czego należy unikać, a co powinno się zrobić, aby osiągnąć sukces.