człowiek
Autor: Małgorzata T. Załoga | dodano: 2012-09-03
Wszystkiemu winny móżdżek

Najpierw trudności z odwzorowywaniem liter (dlaczego „baba” to nie to co „bada”?). Potem kłopoty z powodu nieprzeczytanych lektur. No i oczywiście stale pały z dyktanda.  

Dyslektyk nie ma łatwego życia, zwłaszcza że niejednokrotnie uchodzi za nierozgarniętego (żeby użyć tylko najłagodniejszego z krążących po szkołach określeń). Pół biedy, jeśli pochodzi z wielkiego miasta i ma wykształconych rodziców, którzy wiedzą, że jego kłopoty nie są wynikiem lenistwa, lecz choroby. Najprawdopodobniej winne są mikrouszkodzenia móżdżku – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu Królowej w Belfaście, autorzy pracy opublikowanej przed kilku laty w medycznym tygodniku „Lancet”.

Choć bowiem dysleksja jest według międzynarodowej klasyfikacji zaburzeń (ICD-10) zaszufladkowana jako zaburzenie zdolności czytania, w praktyce pod tym określeniem kryje się rozległy i zróżnicowany zespół zaburzeń postrzegania, zapamiętywania i deficytu uwagi, z którymi wiążą się opóźnienia w nauce czytania, pisania, nierzadko trudności w matematyce, nauce języków obcych oraz… orientacji w czasie i przestrzeni. Niektórzy do tej listy dodają też problemy z utrzymaniem równowagi i koordynacją ruchów. U dziecka dyslektycznego funkcje słuchowe, wzrokowe i ruchowe, od których zależy umiejętność czytania i pisania, dojrzewają wolniej niż u jego rówieśników. Niekiedy bodźce zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, dotykowe) nie zapisują się w jego krótkoterminowej pamięci. Przy tym, jak niedawno wykazali badacze z University of Washington, podczas czytania czy pisania dyslektyk angażuje niemal pięciokrotnie większy obszar mózgu niż jego niedotknięty tą przypadłością rówieśnik. A to oznacza, że musi pracować o wiele ciężej, by wykonać zadanie, które innym przychodzi niemal bez wysiłku. Wszystkie te trudności nie mają przy tym związku z ogólnym poziomem inteligencji.

Dyslektycy są bystrzy, tylko w znormalizowanym systemie szkolnictwa trudno im było to „udowodnić”. Podkreśla to rolę WIEDZY w procesie kształcenia dzieci z dysleksją. Jeśli rodzice zdają sobie sprawę z trudności dziecka, starają się świadomie pomóc mu w opanowaniu umiejętności czytania i pisania. Bez postawienia właściwej diagnozy, dzieci te często są uznawane za „zdolnych leni” i karane za brak postępów, na który nie mają wpływu. Czasem jednak świadomość problemu staje się przykrywką dla nadużyć.

Lepsze wrogiem dobrego
Jeszcze 15 lat temu problem dysleksji był u nas niemal nieznany. Popularyzacją wiedzy na ten temat zajęło się Polskie Towarzystwo Dysleksji i środowiska naukowe. Jak się okazało – niezwykle skutecznie. W 1999 roku MEN wydało rozporządzenie1 dostosowujące wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb psychofizycznych i edukacyjnych każdego ucznia, co wyrównało szanse dzieci z dysleksją na egzaminach zewnętrznych. Polska zajęła czwarte miejsce na świecie pod względem praw dla takich uczniów2.

Dyslektycy odzyskali szansę wykazania się posiadaną wiedzą bez strachu o to, że ich handicap wpłynie na wyniki egzaminów. Niestety, nieprecyzyjne kryteria diagnostyczne sprawiły, że pojawiła się pokusa obniżenia wymogów także dla tych dzieci, u których problemy z nauką nie były wynikiem organicznych zaburzeń układu nerwowego. Już w pięć lat po zmianie przepisów w polskich szkołach odsetek uczniów z rozpoznaniem dysleksji przewyższył średnią europejską. Według danych Brytyjskiego Towarzystwa Dysleksji takich dzieci może być w społeczeństwie 4–10%3. Tymczasem z zestawień sporządzonych przez Centralną Komisję Egzaminacyjną w 2004 roku wynika, że w ponad 90 polskich powiatach odsetek uczniów z dysleksją przekroczył to magiczne 10%. W 14 z nich zaświadczenia o dysleksji przedstawiło 20% szóstoklasistów, a w Sopocie… prawie co drugi4. Znamienne, że „nadprodukcja” dyslektyków to prawie wyłącznie domena wielkich aglomeracji: Warszawy, Krakowa Trójmiasta czy Szczecina.

Czy to wynik lepszej diagnostyki, czy raczej dążenie rodziców do zaoszczędzenia latoroślom egzaminacyjnych stresów? Niezależnie od przyczyny zaczyna pojawiać się problem wtórnej nierówności w ocenianiu postępów w nauce. Dyslektycy z mniejszych ośrodków najczęściej pozostają niezdiagnozowani i mają mniejsze szanse na kontynuowanie nauki, bo nikt nie rozpoznał u nich tej ułomności. Tymczasem w dużych miastach na łagodniejsze zasady oceniania „załapują” się także dzieci, którym po prostu nie chce się uczyć.

Opóźnione dojrzewanie szlaków
Dobry lekarz czy psycholog łatwo odróżni prawdziwego dyslektyka od dziecka, które kiepsko się uczy z innych powodów. Co więcej, okazuje się, że to zaburzenie można w miarę precyzyjnie rozpoznać na długo przed tym, zanim dziecko postawi w zeszycie pierwszą literę. To zaś jest niezwykle istotne, bo im wcześniej rozpocznie się usprawnianie mózgu dziecka, tym większe szanse, że w szkole będzie sobie radzić bez większych kłopotów. Zdaniem wielu naukowców późniejsze trudności w nauce czytania wiążą się ze zbyt długą obecnością u dzieci tzw. odruchów pierwotnych.

Te bezwarunkowe zestawy ruchów (np. odruch ssania czy odruch chwytny) pojawiają się w życiu płodowym i są niezbędne do przetrwania niemowlęcia w pierwszym okresie życia. W miarę jak układ nerwowy dojrzewa i podlega komplikacji albo samoistnie zanikają albo ulegają przekształceniu, które zupełnie zaciera ich pierwotną funkcję. Proces ten powinien zakończyć się do 12 miesiąca życia. Chodzi zwłaszcza o dojrzewanie móżdżku. Ta część mózgu była pierwotnie uważana wyłącznie za „centrum kontroli” skomplikowanych ruchów dowolnych i miejsce przechowywania wyuczonych schematów ruchowych (np. umiejętności jazdy na rowerze czy łyżwach). Okazuje się jednak, że pełni także istotną funkcję w przetwarzaniu wszelkich informacji związanych z procesem nabywania nowych umiejętności. Amerykańscy psycholodzy z Illinois potrafią przewidzieć rozwój dysleksji u dziecka już w 36 godzin po urodzeniu!

Prognozy opierają na wynikach pomiarów fal mózgowych, a ściślej porównaniu ich z tymi, które Trójmiasta czy Szczecina. Czy to wynik lepszej diagnostyki, czy raczej dążenie rodziców do zaoszczędzenia latoroślom egzaminacyjnych stresów? Niezależnie od przyczyny zaczyna pojawiać się problem wtórnej nierówności w ocenianiu postępów w nauce. Dyslektycy z mniejszych ośrodków najczęściej pozostają niezdiagnozowani i mają mniejsze szanse na kontynuowanie nauki, bo nikt nie rozpoznał u nich tej ułomności. Tymczasem w dużych miastach na łagodniejsze zasady oceniania „załapują” się także dzieci, którym po prostu nie chce się uczyć.

Opóźnione dojrzewanie szlaków
Dobry lekarz czy psycholog łatwo odróżni prawdziwego dyslektyka od dziecka, które kiepsko się uczy z innych powodów. Co więcej, okazuje się, że to zaburzenie można w miarę precyzyjnie rozpoznać na długo przed tym, zanim dziecko postawi w zeszycie pierwszą literę. To zaś jest niezwykle istotne, bo im wcześniej rozpocznie się usprawnianie mózgu dziecka, tym większe szanse, że w szkole będzie sobie radzić bez większych kłopotów. Zdaniem wielu naukowców późniejsze trudności w nauce czytania wiążą się ze zbyt długą obecnością u dzieci tzw. odruchów pierwotnych.

Te bezwarunkowe zestawy ruchów (np. odruch ssania czy odruch chwytny) pojawiają się w życiu płodowym i są niezbędne do przetrwania niemowlęcia w pierwszym okresie życia. W miarę jak układ nerwowy dojrzewa i podlega komplikacji albo samoistnie zanikają albo ulegają przekształceniu, które zupełnie zaciera ich pierwotną funkcję. Proces ten powinien zakończyć się do 12 miesiąca życia. Chodzi zwłaszcza o dojrzewanie móżdżku. Ta część mózgu była pierwotnie uważana wyłącznie za „centrum kontroli” skomplikowanych ruchów dowolnych i miejsce przechowywania wyuczonych schematów ruchowych (np. umiejętności jazdy na rowerze czy łyżwach).

Okazuje się jednak, że pełni także istotną funkcję w przetwarzaniu wszelkich informacji związanych z procesem nabywania nowych umiejętności. Amerykańscy psycholodzy z Illinois potrafią przewidzieć rozwój dysleksji u dziecka już w 36 godzin po urodzeniu! Prognozy opierają na wynikach pomiarów fal mózgowych, a ściślej porównaniu ich z tymi, którewypracowali też metodę jej leczenia. Metoda jest skuteczna, prosta i tania. A przy tym mogą ją stosować nie tylko dyplomowani psycholodzy czy logopedzi, ale także rodzice.

Powtarzaj ruch, aż dojrzeje
Kiedyś przypuszczano, że zanikanie odruchów pierwotnych to wynik dojrzewania mózgu i postępującej komplikacji połączeń nerwowych. Okazuje się jednak, że stereotypowe odruchy niemowlaków „pomagają” w tym dojrzewaniu, działając na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Kilka lat temu irlandzcy badacze wykazali, że dojrzewanie mózgu można przyspieszać przez powtarzanie charakterystycznych schematów ruchowych. Wystarczył zestaw prostych ćwiczeń odwzorowujących podstawowe odruchy (odruch Moro, odruch labiryntowy, ATNR i symetryczny odruch przy zwracaniu głowy).

Ćwiczenia były proste i można je było wykonywać w domu. Zabierały przeciętnie 10 minut dziennie. Po roku dzieci powtarzające w sposób świadomy odruchy pierwotne nadrabiały opóźnienia w czytaniu i pisaniu dużo szybciej niż ich dyslektyczni rówieśnicy, którzy nie ćwiczyli. Po 12 miesiącach nie tylko czytały i pisały dużo sprawniej. Także coraz trudniej było u nich wywołać przetrwały odruch ATNR. Jak z tego wynika, proces dojrzewania układu nerwowego u ludzi trwa dużo dłużej, niż pierwotnie przypuszczano i można nań wpływać prostymi metodami. I choć wyniki Brytyjczyków (a zwłaszcza to, że za nauczanie swojej metody pobierali wysokie honoraria) zakwestionowano, nie podważa się tego, że dysleksja rozwojowa to najpewniej wynik niedojrzałości układu nerwowego. Jeśli zatem, co wykazano całkiem niedawno w irlandzkich badaniach, proste ćwiczenia fizyczne mogą pomóc przyspieszyć ten proces – warto w nie zainwestować trochę czasu. Zwłaszcza, że dziecku przyda się odpoczynek od ślęczenia nad książkami.

Proste zabawy wyrabiające równowagę i koncentrację, takie jak wchodzenie tyłem po schodach, podrzucanie i łapanie woreczków z ziarnem albo kreślenie palcem ósemek podczas stania na jednej nodze, nie zastąpią sesji z profesjonalnym pedagogiem, który potrafi wzmacniać w dziecku umiejętności potrzebne specyficznie przy czytaniu i pisaniu. Mogą jednak z pewnością pomóc mu szybciej nadrobić zaległości. Niektóre bariery mogą się jednak okazać nie do pokonania. Dyslektycy mają np. ogromne trudności w wyrobieniu sobie trwałego charakteru pisma, nie mówiąc już o podpisie. Pewne drogi kariery są więc przed nimi zamknięte. Trudno byłoby im zostać np. księgowymi, bo banki odsyłałyby podpisywane przez nich czeki.

Więcej w specjalnym wydaniu miesięcznika „Wiedza i Życie" nr 01/2007 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
11/2019
10/2019
Kalendarium
Listopad
12

W 1901 r. włoski astronom Luigi Carnera odkrył planetoidę Caprera.
Warto przeczytać
Michael Hebb to współtwórca popularnego na Zachodzie ruchu, w ramach którego ludzie, znajomi lub nieznajomi, spotykają się przy stole, by porozmawiać o śmierci. Tak jak o życiu, normalnie. Gdybyś mógł przedłużyć swoje życie, to o jak długo? Jak wygląda dobra śmierć? Jak chciałbyś być wspominany?

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Małgorzata T. Załoga | dodano: 2012-09-03
Wszystkiemu winny móżdżek

Najpierw trudności z odwzorowywaniem liter (dlaczego „baba” to nie to co „bada”?). Potem kłopoty z powodu nieprzeczytanych lektur. No i oczywiście stale pały z dyktanda.  

Dyslektyk nie ma łatwego życia, zwłaszcza że niejednokrotnie uchodzi za nierozgarniętego (żeby użyć tylko najłagodniejszego z krążących po szkołach określeń). Pół biedy, jeśli pochodzi z wielkiego miasta i ma wykształconych rodziców, którzy wiedzą, że jego kłopoty nie są wynikiem lenistwa, lecz choroby. Najprawdopodobniej winne są mikrouszkodzenia móżdżku – twierdzą naukowcy z Uniwersytetu Królowej w Belfaście, autorzy pracy opublikowanej przed kilku laty w medycznym tygodniku „Lancet”.

Choć bowiem dysleksja jest według międzynarodowej klasyfikacji zaburzeń (ICD-10) zaszufladkowana jako zaburzenie zdolności czytania, w praktyce pod tym określeniem kryje się rozległy i zróżnicowany zespół zaburzeń postrzegania, zapamiętywania i deficytu uwagi, z którymi wiążą się opóźnienia w nauce czytania, pisania, nierzadko trudności w matematyce, nauce języków obcych oraz… orientacji w czasie i przestrzeni. Niektórzy do tej listy dodają też problemy z utrzymaniem równowagi i koordynacją ruchów. U dziecka dyslektycznego funkcje słuchowe, wzrokowe i ruchowe, od których zależy umiejętność czytania i pisania, dojrzewają wolniej niż u jego rówieśników. Niekiedy bodźce zmysłowe (słuchowe, wzrokowe, dotykowe) nie zapisują się w jego krótkoterminowej pamięci. Przy tym, jak niedawno wykazali badacze z University of Washington, podczas czytania czy pisania dyslektyk angażuje niemal pięciokrotnie większy obszar mózgu niż jego niedotknięty tą przypadłością rówieśnik. A to oznacza, że musi pracować o wiele ciężej, by wykonać zadanie, które innym przychodzi niemal bez wysiłku. Wszystkie te trudności nie mają przy tym związku z ogólnym poziomem inteligencji.

Dyslektycy są bystrzy, tylko w znormalizowanym systemie szkolnictwa trudno im było to „udowodnić”. Podkreśla to rolę WIEDZY w procesie kształcenia dzieci z dysleksją. Jeśli rodzice zdają sobie sprawę z trudności dziecka, starają się świadomie pomóc mu w opanowaniu umiejętności czytania i pisania. Bez postawienia właściwej diagnozy, dzieci te często są uznawane za „zdolnych leni” i karane za brak postępów, na który nie mają wpływu. Czasem jednak świadomość problemu staje się przykrywką dla nadużyć.

Lepsze wrogiem dobrego
Jeszcze 15 lat temu problem dysleksji był u nas niemal nieznany. Popularyzacją wiedzy na ten temat zajęło się Polskie Towarzystwo Dysleksji i środowiska naukowe. Jak się okazało – niezwykle skutecznie. W 1999 roku MEN wydało rozporządzenie1 dostosowujące wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb psychofizycznych i edukacyjnych każdego ucznia, co wyrównało szanse dzieci z dysleksją na egzaminach zewnętrznych. Polska zajęła czwarte miejsce na świecie pod względem praw dla takich uczniów2.

Dyslektycy odzyskali szansę wykazania się posiadaną wiedzą bez strachu o to, że ich handicap wpłynie na wyniki egzaminów. Niestety, nieprecyzyjne kryteria diagnostyczne sprawiły, że pojawiła się pokusa obniżenia wymogów także dla tych dzieci, u których problemy z nauką nie były wynikiem organicznych zaburzeń układu nerwowego. Już w pięć lat po zmianie przepisów w polskich szkołach odsetek uczniów z rozpoznaniem dysleksji przewyższył średnią europejską. Według danych Brytyjskiego Towarzystwa Dysleksji takich dzieci może być w społeczeństwie 4–10%3. Tymczasem z zestawień sporządzonych przez Centralną Komisję Egzaminacyjną w 2004 roku wynika, że w ponad 90 polskich powiatach odsetek uczniów z dysleksją przekroczył to magiczne 10%. W 14 z nich zaświadczenia o dysleksji przedstawiło 20% szóstoklasistów, a w Sopocie… prawie co drugi4. Znamienne, że „nadprodukcja” dyslektyków to prawie wyłącznie domena wielkich aglomeracji: Warszawy, Krakowa Trójmiasta czy Szczecina.

Czy to wynik lepszej diagnostyki, czy raczej dążenie rodziców do zaoszczędzenia latoroślom egzaminacyjnych stresów? Niezależnie od przyczyny zaczyna pojawiać się problem wtórnej nierówności w ocenianiu postępów w nauce. Dyslektycy z mniejszych ośrodków najczęściej pozostają niezdiagnozowani i mają mniejsze szanse na kontynuowanie nauki, bo nikt nie rozpoznał u nich tej ułomności. Tymczasem w dużych miastach na łagodniejsze zasady oceniania „załapują” się także dzieci, którym po prostu nie chce się uczyć.

Opóźnione dojrzewanie szlaków
Dobry lekarz czy psycholog łatwo odróżni prawdziwego dyslektyka od dziecka, które kiepsko się uczy z innych powodów. Co więcej, okazuje się, że to zaburzenie można w miarę precyzyjnie rozpoznać na długo przed tym, zanim dziecko postawi w zeszycie pierwszą literę. To zaś jest niezwykle istotne, bo im wcześniej rozpocznie się usprawnianie mózgu dziecka, tym większe szanse, że w szkole będzie sobie radzić bez większych kłopotów. Zdaniem wielu naukowców późniejsze trudności w nauce czytania wiążą się ze zbyt długą obecnością u dzieci tzw. odruchów pierwotnych.

Te bezwarunkowe zestawy ruchów (np. odruch ssania czy odruch chwytny) pojawiają się w życiu płodowym i są niezbędne do przetrwania niemowlęcia w pierwszym okresie życia. W miarę jak układ nerwowy dojrzewa i podlega komplikacji albo samoistnie zanikają albo ulegają przekształceniu, które zupełnie zaciera ich pierwotną funkcję. Proces ten powinien zakończyć się do 12 miesiąca życia. Chodzi zwłaszcza o dojrzewanie móżdżku. Ta część mózgu była pierwotnie uważana wyłącznie za „centrum kontroli” skomplikowanych ruchów dowolnych i miejsce przechowywania wyuczonych schematów ruchowych (np. umiejętności jazdy na rowerze czy łyżwach). Okazuje się jednak, że pełni także istotną funkcję w przetwarzaniu wszelkich informacji związanych z procesem nabywania nowych umiejętności. Amerykańscy psycholodzy z Illinois potrafią przewidzieć rozwój dysleksji u dziecka już w 36 godzin po urodzeniu!

Prognozy opierają na wynikach pomiarów fal mózgowych, a ściślej porównaniu ich z tymi, które Trójmiasta czy Szczecina. Czy to wynik lepszej diagnostyki, czy raczej dążenie rodziców do zaoszczędzenia latoroślom egzaminacyjnych stresów? Niezależnie od przyczyny zaczyna pojawiać się problem wtórnej nierówności w ocenianiu postępów w nauce. Dyslektycy z mniejszych ośrodków najczęściej pozostają niezdiagnozowani i mają mniejsze szanse na kontynuowanie nauki, bo nikt nie rozpoznał u nich tej ułomności. Tymczasem w dużych miastach na łagodniejsze zasady oceniania „załapują” się także dzieci, którym po prostu nie chce się uczyć.

Opóźnione dojrzewanie szlaków
Dobry lekarz czy psycholog łatwo odróżni prawdziwego dyslektyka od dziecka, które kiepsko się uczy z innych powodów. Co więcej, okazuje się, że to zaburzenie można w miarę precyzyjnie rozpoznać na długo przed tym, zanim dziecko postawi w zeszycie pierwszą literę. To zaś jest niezwykle istotne, bo im wcześniej rozpocznie się usprawnianie mózgu dziecka, tym większe szanse, że w szkole będzie sobie radzić bez większych kłopotów. Zdaniem wielu naukowców późniejsze trudności w nauce czytania wiążą się ze zbyt długą obecnością u dzieci tzw. odruchów pierwotnych.

Te bezwarunkowe zestawy ruchów (np. odruch ssania czy odruch chwytny) pojawiają się w życiu płodowym i są niezbędne do przetrwania niemowlęcia w pierwszym okresie życia. W miarę jak układ nerwowy dojrzewa i podlega komplikacji albo samoistnie zanikają albo ulegają przekształceniu, które zupełnie zaciera ich pierwotną funkcję. Proces ten powinien zakończyć się do 12 miesiąca życia. Chodzi zwłaszcza o dojrzewanie móżdżku. Ta część mózgu była pierwotnie uważana wyłącznie za „centrum kontroli” skomplikowanych ruchów dowolnych i miejsce przechowywania wyuczonych schematów ruchowych (np. umiejętności jazdy na rowerze czy łyżwach).

Okazuje się jednak, że pełni także istotną funkcję w przetwarzaniu wszelkich informacji związanych z procesem nabywania nowych umiejętności. Amerykańscy psycholodzy z Illinois potrafią przewidzieć rozwój dysleksji u dziecka już w 36 godzin po urodzeniu! Prognozy opierają na wynikach pomiarów fal mózgowych, a ściślej porównaniu ich z tymi, którewypracowali też metodę jej leczenia. Metoda jest skuteczna, prosta i tania. A przy tym mogą ją stosować nie tylko dyplomowani psycholodzy czy logopedzi, ale także rodzice.

Powtarzaj ruch, aż dojrzeje
Kiedyś przypuszczano, że zanikanie odruchów pierwotnych to wynik dojrzewania mózgu i postępującej komplikacji połączeń nerwowych. Okazuje się jednak, że stereotypowe odruchy niemowlaków „pomagają” w tym dojrzewaniu, działając na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Kilka lat temu irlandzcy badacze wykazali, że dojrzewanie mózgu można przyspieszać przez powtarzanie charakterystycznych schematów ruchowych. Wystarczył zestaw prostych ćwiczeń odwzorowujących podstawowe odruchy (odruch Moro, odruch labiryntowy, ATNR i symetryczny odruch przy zwracaniu głowy).

Ćwiczenia były proste i można je było wykonywać w domu. Zabierały przeciętnie 10 minut dziennie. Po roku dzieci powtarzające w sposób świadomy odruchy pierwotne nadrabiały opóźnienia w czytaniu i pisaniu dużo szybciej niż ich dyslektyczni rówieśnicy, którzy nie ćwiczyli. Po 12 miesiącach nie tylko czytały i pisały dużo sprawniej. Także coraz trudniej było u nich wywołać przetrwały odruch ATNR. Jak z tego wynika, proces dojrzewania układu nerwowego u ludzi trwa dużo dłużej, niż pierwotnie przypuszczano i można nań wpływać prostymi metodami. I choć wyniki Brytyjczyków (a zwłaszcza to, że za nauczanie swojej metody pobierali wysokie honoraria) zakwestionowano, nie podważa się tego, że dysleksja rozwojowa to najpewniej wynik niedojrzałości układu nerwowego. Jeśli zatem, co wykazano całkiem niedawno w irlandzkich badaniach, proste ćwiczenia fizyczne mogą pomóc przyspieszyć ten proces – warto w nie zainwestować trochę czasu. Zwłaszcza, że dziecku przyda się odpoczynek od ślęczenia nad książkami.

Proste zabawy wyrabiające równowagę i koncentrację, takie jak wchodzenie tyłem po schodach, podrzucanie i łapanie woreczków z ziarnem albo kreślenie palcem ósemek podczas stania na jednej nodze, nie zastąpią sesji z profesjonalnym pedagogiem, który potrafi wzmacniać w dziecku umiejętności potrzebne specyficznie przy czytaniu i pisaniu. Mogą jednak z pewnością pomóc mu szybciej nadrobić zaległości. Niektóre bariery mogą się jednak okazać nie do pokonania. Dyslektycy mają np. ogromne trudności w wyrobieniu sobie trwałego charakteru pisma, nie mówiąc już o podpisie. Pewne drogi kariery są więc przed nimi zamknięte. Trudno byłoby im zostać np. księgowymi, bo banki odsyłałyby podpisywane przez nich czeki.