wszechświat
Autor: Weronika Śliwa | dodano: 2012-09-27
Dziwne losy Wszechświata

Powstał w Wielkim Wybuchu i będzie się nieustannie rozszerzał? A może kolejny raz stworzyło go zderzenie dwóch kosmicznych membran? Szukający wyjaśnienia niezwykłych danych obserwacyjnych fizycy tworzą teorie, tłumaczące przeszłe i przyszłe losy naszego Wszechświata. 

Jak wiele wiemy o budowie Wszechświata? Złośliwi odparliby, że co najwyżej 4%. Najprawdopodobniej tyle właśnie jest w nim zwykłej materii, budującej galaktyki, gwiazdy i nas samych. Ciemna materia, składająca się z nieznanych nauce cząstek, to 23% Wszechświata. A reszta? Aż 73% to ciemna energia – coś, o czym fizycy wiedzą niemal tyle, co nic. Jak widać, jest co badać. Dla wyjaśnienia składu naszego świata powstają niezwykłe, poruszające wyobraźnię teorie.

Skąd jednak wiemy o istnieniu ciemnej materii i energii? Najnowsza historia poznawania świata rozpoczęła się w początkach XX wieku. To wtedy, wkrótce po ogłoszeniu przez Einsteina ogólnej teorii względności, zajęto się dociekaniami nad budową całego Wszechświata. Początkowo nie wiedziano nawet, czy jest on, jako całość, nieruchomy, czy też – co wydawało się znacznie mniej prawdopodobne – rozszerza się lub kurczy. Sam Einstein był przez jakiś czas zwolennikiem teorii nieruchomego Wszechświata. Ponieważ grawitacja szybko spowodowałaby jego zapadnięcie, wprowadził on do opisujących kosmos równań dodatkowy składnik odpychający, zwany stałą kosmologiczną. Wkrótce jednak, dzięki pomiarom ruchów galaktyk wykonanym przez Edwina Hubble’a, okazało się, że Wszechświat się rozszerza, a E instein uznał stałą kosmologiczną za swą największą życiową pomyłkę. Na podstawie obserwacji Hubble’a można było ustalić, że wszystkie galaktyki musiały kiedyś znajdować się w jednym punkcie.

Innymi słowy, Wszechświat kiedyś znajdował się w supergęstym i gorącym stanie, od którego rozpoczęło się nieustanne rozszerzanie. Hipoteza takiego Wielkiego Wybuchu wywołała sprzeciw wielu badaczy, zwolenników „odwiecznego” kosmosu. Zaproponowali więc wyjaśnienie mniej drastyczne: zgodnie z nim kosmos rozszerza się od zawsze. Jego gęstość musiałaby jednak wówczas stale maleć. Aby temu zapobiec, wprowadzono do fizyki kreację z niczego: od czasu do czasu w rozszerzającej się przestrzeni miałyby powstawać pojedyncze cząstki. Dziwne? Może, ale czy nieustanna kreacja niewielkich ilości materii jest dziwniejsza od jednorazowego powstania całego Wszechświata? Wśród nieustannych sporów konkurencyjna z Wielkim Wybuchem teoria stanu stacjonarnego utrzymała się aż do roku 1965.

To wtedy Arno Penzias i Robert Wilson, fizycy z laboratorium Bella, odkryli mikrofalowe promieniowanie tła – dobiegającą ze wszystkich kierunków nieba emisję, odpowiadającą promieniowaniu ciała doskonale czarnego o temperaturze 2,7 K. Powstanie tego promieniowania dało się wyjaśnić tylko za pomocą teorii Wielkiego Wybuchu. Zgodnie z nią młody Wszechświat musiał być niezwykle gorący i wypełniony promieniowaniem. Jego gwałtowne rozszerzanie spowodowało, że promieniowanie to ma dziś temperaturę kilku stopni powyżej zera bezwzględnego.

Mapa niewidzialnego
Po zwycięstwie teorii Wielkiego Wybuchu wydawało się, że losy Wszechświata mogą zależeć tylko od jego średniej gęstości: Wszechświat „lekki” rozszerzałby się w nieskończoność „ciężki” – z czasem zahamowałby i zaczął się kurczyć. Niestety, średnią gęstość Wszechświata zmierzyć niełatwo. W dodatku jej coraz dokładniejsze pomiary wskazywały, że jest ona zdumiewająco bliska wartości odpowiadającej trzeciemu, pośredniemu modelowi, o tzw. gęstości krytycznej – 9,9 · 10-30 g/cm3. Przełom w tych pomiarach nastąpił niedawno. Na podstawie wielu badań, w tym obserwacji supernowych typu Ia i mikrofalowego promieniowania tła, udało się ustalić, że łączna gęstość Wszechświata jest rzeczywiście bliska krytycznej.

Okazało się też, że zwykła materia wnosi do niej zaledwie czteroprocentowy wkład. Ruch materii w galaktykach i ich gromadach, a także zjawiska soczewkowania grawitacyjnego możemy wyjaśnić tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że oprócz znanych nam cząstek Wszechświat wypełnia także tajemnicza ciemna materia, oddziałująca ze zwykłą jedynie poprzez grawitację. Niestety, choć trwają już poszukiwania, na razie w laboratoriach nie odnaleźliśmy żadnych kandydatów na cząstki ciemnej materii. Wiemy jedynie, że z pewnością nie są to cząstki tworzące atomy. Te trudności skłoniły część badaczy do sformułowania teorii, zgodnie z którą ciemna materia nie istnieje. Za nietypowe wyniki obserwacji ma zamiast niej odpowiadać zmieniona druga zasada dynamiki Newtona – nieco inna od znanej dziś zależności pomiędzy siłą a przyspieszeniem. Takiej modyfikacji nie można jeszcze definitywnie odrzucić, ale o istnieniu ciemnej materii świadczy coraz więcej faktów, zwłaszcza obserwacje soczewkowania grawitacyjnego. Podczas soczewkowania przechodzące przez niewidoczne skupiska ciemnej materii promienie świetlne zakrzywiają swój bieg.

Niedawne obserwacje teleskopu Hubble’a doprowadziły już nawet do opracowania pierwszej dużej mapy niewidocznej materii. Tak jak badania odbitego w krzywym lustrze obrazu wskazują, jaki jest kształt zwierciadła, tak analiza obrazów galaktyk doprowadziła do oceny kształtu i wielkości skupisk ciemnej materii, przez które przebiegało światło w drodze do nas. Dodatkowo badacze wykorzystali dane zebrane przez największe teleskopy naziemne, które pozwoliły ustalić odległości obserwowanych galaktyk. Powstała dzięki badaniom teleskopu Hubble’a mapa obejmuje obszar ośmiokrotnie większy od powierzchni zajmowanej przez Księżyc w pełni i sięga do miejsc odległych o ponad 6 mld lat świetlnych. Na mapie ciemna materia układa się w struktury przypominające trójwymiarową sieć, w której „węzłach” znajdują się jej większe zgęszczenia. Potwierdza to model, zgodnie z którym w początkowo „dobrze wymieszanym” Wszechświecie ciemna materia zapadała się, tworząc kosmiczne sieci. Później, pod wpływem przyciągania grawitacyjnego, do obszarów znacznej jej koncentracji „spływała” zwykła materia, dziś tworząca galaktyki i ich gromady.

Rzeczywiście, porównanie rozkładu ciemnej materii z mapą widocznych na niebie galaktyk i gorącego gazu wskazuje, że gromady galaktyk i inne zgęszczenia kosmicznego gazu znajdują się na ogół w miejscach, w których ciemnej materii jest wyjątkowo dużo. Ciemna materia jest więc szkieletem, na którym osadzało się ciało widocznego gołym okiem Wszechświata. Na mapie są też jednak widoczne i inne obszary, w których widzimy sam „nieobrośnięty” galaktykami kosmiczny szkielet lub niemal pozbawione ciemnej materii galaktyki. Pochodzenie tych nietypowych rejonów być może wyjaśnią nowe pomiary, obejmujące 1000-krotnie większe fragmenty kosmosu.

Energia, której nie widać
Kosmolodzy zmagają się też z problemem jeszcze trudniejszym do wyjaśnienia. Już w latach 90. ubiegłego wieku wyniki pomiarów jasności i odległości supernowych wykazały, że od kilku miliardów lat Wszechświat zamiast powoli hamować, rozszerza się coraz szybciej. Za to przyspieszenie miałby odpowiadać kolejny składnik, zbliżony do wymyślonej przez Einsteina stałej kosmologicznej. Dziś nazywamy go ciemną energią. Ślady jej działania są widoczne już we Wszechświecie sprzed 9 mld lat. Wygląda więc na to, że choć hamujący początkowo swą ekspansję Wszechświat zaczął się ponownie rozpędzać dopiero 5–6 mld lat temu, ciemna energia istniała w nim niemal – a może po prostu? – od samego początku.

Dotychczasowe próby teoretycznego opisania własności ciemnej energii zazwyczaj prowadzą do wniosku, że tego odpychającego składnika Wszechświata powinno nie być wcale lub musiałoby go być znacznie więcej, niż obserwujemy – i to 10120 razy więcej! Nie wiemy też, czy z czasem ciemna energia będzie rozpędzała Wszechświat, czy tempo tego przyspieszania się nie zmieni. A może kiedyś ciemna energia „wyłączy się” i nasz świat znowu zacznie hamować? Na takie pytania nie mamy na razie odpowiedzi. A przecież bez nich nie zrozumiemy, jaki będzie kres naszego świata.

Koniec w lodzie i pustce
Jeżeli obserwowany dziś stan Wszechświata nie zmieni się w istotny sposób i jego ekspansja będzie nadal przyspieszała, czeka nas raczej ponury koniec. W skrajnym scenariuszu przyspieszająca ekspansja zerwie wszelkie istniejące między obiektami materialnymi więzy – zarówno grawitacyjne, jak i elektromagnetyczne czy jądrowe. Według jednego z modeli już na 60 mln lat przed końcem świata rozpadną się galaktyki.

Na trzy miesiące przez końcem z puchnącej przestrzeni znikną układy planetarne. W ciągu ostatnich sekund istnienia „zwykłego” świata rozpadną się gwiazdy i planety, a nawet pojedyncze atomy. Na szczęście do takiego końca pozostało nam jeszcze sporo czasu, mogłoby bowiem do niego dojść najwcześniej za około 20 mld lat. To zresztą niejedyna teoria dotycząca końca Wszechświata. Być może będzie się on z czasem rozszerzał na tyle wolno, że gwiazdy i planety – a nawet całe galaktyki – nie zostaną rozdzielone. Mimo to przyszłość nie będzie wyglądała zbyt różowo: Wszechświat będzie coraz chłodniejszy, a zapasy dostarczających gwiezdnej energii lekkich pierwiastków kiedyś się zużyją. Pozostaną tylko planety i stygnące, wypalone ślady dawnych gwiazd: białe karły, gwiazdy neutronowe i czarne dziury.

Z czasem czarne dziury wyparują i nieba nie będzie już rozświetlała nawet najsłabsza poświata. Czy taki proces da się jakoś powstrzymać lub odwrócić? Dziś wydaje się, że Wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność.

Wszechświat na płytce
Problemy, na które natrafia teoria Wielkiego Wybuchu, skłoniły badaczy do rozpatrywania innych, alternatywnych scenariuszy. Jedną z ciekawszych prób jest teoria Paula Steinhardta z Princeton i Neila Turoka z Cambridge. Już w 2002 roku badacze ci na łamach „Science” zaproponowali niestandardowy model, w którym Wszechświat cyklicznie rodzi się i umiera. Nasz świat ma w ich modelu formę czterowymiarowej membrany zwanej braną, zanurzonej w przestrzeni jedenastowymiarowej. Sześć wymiarów tej przestrzeni jest ciasno zwiniętych, a nasza czterowymiarowa brana porusza się tylko w pozostałym – jednym – wymiarze.

Początek znanego nam świata nastąpił, gdy nasza brana zderzyła się z inną. To superzderzenie spowodowało znany nam Wielki Wybuch. W przeciwieństwie do ortodoksyjnych modeli, wybuch wywołany zderzeniem bran charakteryzuje się tym, że w każdej chwili gęstość i temperatura materii były skończone. Po pewnym czasie, około stukrotnie dłuższym od dotychczasowego wieku Wszechświata, kolejne zderzenie bran może wywołać Wielki Krach. Dla nas świat się skończy, ale w tym samym zderzeniu powstanie przecież nowy wszechświat. Model bran, przypominający nieco stoicki model Wszechświata regularnie tworzonego i niszczonego przez ogień, określa się często jako model ekpyrotyczny, od greckiego słowa oznaczającego płomienie. Nie ma tu potrzeby wprowadzania ciemnej materii.

Obserwowane na niebie zjawiska da się wyjaśnić za pomocą oddziaływania grawitacyjnego z materią sąsiedniej brany. Coraz szybsze rozszerzanie się Wszechświata nie oznacza istnienia ciemnej energii, lecz jest związane z oddalaniem się od siebie obu bran. Steinhardt i Turok dowodzą, że ich model dobrze przewiduje nie tylko sam fakt coraz szybszego rozszerzania się Wszechświata, ale i tempo tego przyspieszenia, z czym większość konwencjonalnych teorii ma spory problem. Ich autorzy tłumaczą na ogół, że parametry obserwowanego Wszechświata są takie, a nie inne, ponieważ w innym wszechświecie nie moglibyśmy się pojawić i go badać. Nasz świat byłby więc unikatowym, nietypowym przypadkiem, którego powstanie było bardzo mało prawdopodobne. Steinhardt i Turok wyliczyli, że w ich scenariuszu wszechświaty o cechach podobnych do naszego pojawiają się tak często, że są wręcz pospolite. Nasz Wszechświat nie jest więc białym krukiem, lecz typowym, przeciętnym światem.

Porządek musi maleć?
Ta i inne koncepcje Wszechświata cyklicznego mają jednak swoje wady. Do niedawna nie umiały uporać się z problemem rosnącej entropii – miary uporządkowania świata. Druga zasada termodynamiki mówi, że entropia każdego izolowanego układu nie może maleć. Gdyby więc rosła przez wszystkie cykle odnawiającego się Wszechświata, kolejne kosmosy szybko stałyby się skrajnie nieuporządkowane i nie przypominałyby świata, w którym żyjemy. Taki wzrost oznaczałby też, że cofając się w przeszłość, dotarlibyśmy do pierwszego, wyjątkowo uporządkowanego Wszechświata i... Wielkiego Wybuchu – podobnego do tego, o którym mówi zwykła kosmologia.

Rozwiązanie tego problemu może jednak przynieść praca, której preprint opublikowano na łamach internetowego serwisu arxiv.org. Jej autorzy znaleźli sposób na opisanie wszechświata cyklicznego, w którym narosła po każdym kolejnym cyklu entropia ponownie maleje. Czy więc model „Wszechświata na płytce” ma teraz szanse w starciu z teorią Wielkiego Wybuchu? Choć dotyczące go prace publikuje się na łamach „Science” i innych cenionych w naukowym świecie czasopism, nie zdobył on dotąd uznania większości kosmologów.

Aby tak się stało, nowy model musi nie tylko wyjaśnić znane już dziś fakty, ale także przewidzieć zjawiska, których dotychczasowy nie opisuje. Planowane są kolejne kosmiczne misje, które będą w stanie zbadać niektóre przewidywania modelu bran, odmienne od przewidywań teorii Wielkiego Wybuchu. Zastosowanie teorii ekpyrotycznej pozwala przewidzieć pewne możliwe do wykrycia cechy mikrofalowego promieniowania tła. Kwestię prawdziwości teorii „świata na płytce” mogą też z czasem rozstrzygnąć pomiary fal grawitacyjnych wysyłanych we wczesnym Wszechświecie. Czy więc za parę lat teoria Wielkiego Wybuchu zwycięży, czy też okaże się, że nasz płaski świat porusza się w wielowymiarowej przestrzeni, czekając na kolejne zderzenie?

Więcej w specjalnym wydaniu miesięcznika „Wiedza i Życie" nr 05/2009 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
02/2020
01/2020
Kalendarium
Styczeń
29
W 1984 r. wystrzelono pierwszego satelitę z Kosmodromu Xichang w chińskiej prowincji Syczuan
Warto przeczytać
Jedząc mięso i jeżdżąc samochodem, też możesz uratować świat. Pożegnaj się tylko z każdorazowym spuszczaniem wody w toalecie. Dobra wiadomość: żeby ratować świat, wcale nie musisz zostać weganinem-cyklistą, myjącym się dwa razy w tygodniu.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Weronika Śliwa | dodano: 2012-09-27
Dziwne losy Wszechświata

Powstał w Wielkim Wybuchu i będzie się nieustannie rozszerzał? A może kolejny raz stworzyło go zderzenie dwóch kosmicznych membran? Szukający wyjaśnienia niezwykłych danych obserwacyjnych fizycy tworzą teorie, tłumaczące przeszłe i przyszłe losy naszego Wszechświata. 

Jak wiele wiemy o budowie Wszechświata? Złośliwi odparliby, że co najwyżej 4%. Najprawdopodobniej tyle właśnie jest w nim zwykłej materii, budującej galaktyki, gwiazdy i nas samych. Ciemna materia, składająca się z nieznanych nauce cząstek, to 23% Wszechświata. A reszta? Aż 73% to ciemna energia – coś, o czym fizycy wiedzą niemal tyle, co nic. Jak widać, jest co badać. Dla wyjaśnienia składu naszego świata powstają niezwykłe, poruszające wyobraźnię teorie.

Skąd jednak wiemy o istnieniu ciemnej materii i energii? Najnowsza historia poznawania świata rozpoczęła się w początkach XX wieku. To wtedy, wkrótce po ogłoszeniu przez Einsteina ogólnej teorii względności, zajęto się dociekaniami nad budową całego Wszechświata. Początkowo nie wiedziano nawet, czy jest on, jako całość, nieruchomy, czy też – co wydawało się znacznie mniej prawdopodobne – rozszerza się lub kurczy. Sam Einstein był przez jakiś czas zwolennikiem teorii nieruchomego Wszechświata. Ponieważ grawitacja szybko spowodowałaby jego zapadnięcie, wprowadził on do opisujących kosmos równań dodatkowy składnik odpychający, zwany stałą kosmologiczną. Wkrótce jednak, dzięki pomiarom ruchów galaktyk wykonanym przez Edwina Hubble’a, okazało się, że Wszechświat się rozszerza, a E instein uznał stałą kosmologiczną za swą największą życiową pomyłkę. Na podstawie obserwacji Hubble’a można było ustalić, że wszystkie galaktyki musiały kiedyś znajdować się w jednym punkcie.

Innymi słowy, Wszechświat kiedyś znajdował się w supergęstym i gorącym stanie, od którego rozpoczęło się nieustanne rozszerzanie. Hipoteza takiego Wielkiego Wybuchu wywołała sprzeciw wielu badaczy, zwolenników „odwiecznego” kosmosu. Zaproponowali więc wyjaśnienie mniej drastyczne: zgodnie z nim kosmos rozszerza się od zawsze. Jego gęstość musiałaby jednak wówczas stale maleć. Aby temu zapobiec, wprowadzono do fizyki kreację z niczego: od czasu do czasu w rozszerzającej się przestrzeni miałyby powstawać pojedyncze cząstki. Dziwne? Może, ale czy nieustanna kreacja niewielkich ilości materii jest dziwniejsza od jednorazowego powstania całego Wszechświata? Wśród nieustannych sporów konkurencyjna z Wielkim Wybuchem teoria stanu stacjonarnego utrzymała się aż do roku 1965.

To wtedy Arno Penzias i Robert Wilson, fizycy z laboratorium Bella, odkryli mikrofalowe promieniowanie tła – dobiegającą ze wszystkich kierunków nieba emisję, odpowiadającą promieniowaniu ciała doskonale czarnego o temperaturze 2,7 K. Powstanie tego promieniowania dało się wyjaśnić tylko za pomocą teorii Wielkiego Wybuchu. Zgodnie z nią młody Wszechświat musiał być niezwykle gorący i wypełniony promieniowaniem. Jego gwałtowne rozszerzanie spowodowało, że promieniowanie to ma dziś temperaturę kilku stopni powyżej zera bezwzględnego.

Mapa niewidzialnego
Po zwycięstwie teorii Wielkiego Wybuchu wydawało się, że losy Wszechświata mogą zależeć tylko od jego średniej gęstości: Wszechświat „lekki” rozszerzałby się w nieskończoność „ciężki” – z czasem zahamowałby i zaczął się kurczyć. Niestety, średnią gęstość Wszechświata zmierzyć niełatwo. W dodatku jej coraz dokładniejsze pomiary wskazywały, że jest ona zdumiewająco bliska wartości odpowiadającej trzeciemu, pośredniemu modelowi, o tzw. gęstości krytycznej – 9,9 · 10-30 g/cm3. Przełom w tych pomiarach nastąpił niedawno. Na podstawie wielu badań, w tym obserwacji supernowych typu Ia i mikrofalowego promieniowania tła, udało się ustalić, że łączna gęstość Wszechświata jest rzeczywiście bliska krytycznej.

Okazało się też, że zwykła materia wnosi do niej zaledwie czteroprocentowy wkład. Ruch materii w galaktykach i ich gromadach, a także zjawiska soczewkowania grawitacyjnego możemy wyjaśnić tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że oprócz znanych nam cząstek Wszechświat wypełnia także tajemnicza ciemna materia, oddziałująca ze zwykłą jedynie poprzez grawitację. Niestety, choć trwają już poszukiwania, na razie w laboratoriach nie odnaleźliśmy żadnych kandydatów na cząstki ciemnej materii. Wiemy jedynie, że z pewnością nie są to cząstki tworzące atomy. Te trudności skłoniły część badaczy do sformułowania teorii, zgodnie z którą ciemna materia nie istnieje. Za nietypowe wyniki obserwacji ma zamiast niej odpowiadać zmieniona druga zasada dynamiki Newtona – nieco inna od znanej dziś zależności pomiędzy siłą a przyspieszeniem. Takiej modyfikacji nie można jeszcze definitywnie odrzucić, ale o istnieniu ciemnej materii świadczy coraz więcej faktów, zwłaszcza obserwacje soczewkowania grawitacyjnego. Podczas soczewkowania przechodzące przez niewidoczne skupiska ciemnej materii promienie świetlne zakrzywiają swój bieg.

Niedawne obserwacje teleskopu Hubble’a doprowadziły już nawet do opracowania pierwszej dużej mapy niewidocznej materii. Tak jak badania odbitego w krzywym lustrze obrazu wskazują, jaki jest kształt zwierciadła, tak analiza obrazów galaktyk doprowadziła do oceny kształtu i wielkości skupisk ciemnej materii, przez które przebiegało światło w drodze do nas. Dodatkowo badacze wykorzystali dane zebrane przez największe teleskopy naziemne, które pozwoliły ustalić odległości obserwowanych galaktyk. Powstała dzięki badaniom teleskopu Hubble’a mapa obejmuje obszar ośmiokrotnie większy od powierzchni zajmowanej przez Księżyc w pełni i sięga do miejsc odległych o ponad 6 mld lat świetlnych. Na mapie ciemna materia układa się w struktury przypominające trójwymiarową sieć, w której „węzłach” znajdują się jej większe zgęszczenia. Potwierdza to model, zgodnie z którym w początkowo „dobrze wymieszanym” Wszechświecie ciemna materia zapadała się, tworząc kosmiczne sieci. Później, pod wpływem przyciągania grawitacyjnego, do obszarów znacznej jej koncentracji „spływała” zwykła materia, dziś tworząca galaktyki i ich gromady.

Rzeczywiście, porównanie rozkładu ciemnej materii z mapą widocznych na niebie galaktyk i gorącego gazu wskazuje, że gromady galaktyk i inne zgęszczenia kosmicznego gazu znajdują się na ogół w miejscach, w których ciemnej materii jest wyjątkowo dużo. Ciemna materia jest więc szkieletem, na którym osadzało się ciało widocznego gołym okiem Wszechświata. Na mapie są też jednak widoczne i inne obszary, w których widzimy sam „nieobrośnięty” galaktykami kosmiczny szkielet lub niemal pozbawione ciemnej materii galaktyki. Pochodzenie tych nietypowych rejonów być może wyjaśnią nowe pomiary, obejmujące 1000-krotnie większe fragmenty kosmosu.

Energia, której nie widać
Kosmolodzy zmagają się też z problemem jeszcze trudniejszym do wyjaśnienia. Już w latach 90. ubiegłego wieku wyniki pomiarów jasności i odległości supernowych wykazały, że od kilku miliardów lat Wszechświat zamiast powoli hamować, rozszerza się coraz szybciej. Za to przyspieszenie miałby odpowiadać kolejny składnik, zbliżony do wymyślonej przez Einsteina stałej kosmologicznej. Dziś nazywamy go ciemną energią. Ślady jej działania są widoczne już we Wszechświecie sprzed 9 mld lat. Wygląda więc na to, że choć hamujący początkowo swą ekspansję Wszechświat zaczął się ponownie rozpędzać dopiero 5–6 mld lat temu, ciemna energia istniała w nim niemal – a może po prostu? – od samego początku.

Dotychczasowe próby teoretycznego opisania własności ciemnej energii zazwyczaj prowadzą do wniosku, że tego odpychającego składnika Wszechświata powinno nie być wcale lub musiałoby go być znacznie więcej, niż obserwujemy – i to 10120 razy więcej! Nie wiemy też, czy z czasem ciemna energia będzie rozpędzała Wszechświat, czy tempo tego przyspieszania się nie zmieni. A może kiedyś ciemna energia „wyłączy się” i nasz świat znowu zacznie hamować? Na takie pytania nie mamy na razie odpowiedzi. A przecież bez nich nie zrozumiemy, jaki będzie kres naszego świata.

Koniec w lodzie i pustce
Jeżeli obserwowany dziś stan Wszechświata nie zmieni się w istotny sposób i jego ekspansja będzie nadal przyspieszała, czeka nas raczej ponury koniec. W skrajnym scenariuszu przyspieszająca ekspansja zerwie wszelkie istniejące między obiektami materialnymi więzy – zarówno grawitacyjne, jak i elektromagnetyczne czy jądrowe. Według jednego z modeli już na 60 mln lat przed końcem świata rozpadną się galaktyki.

Na trzy miesiące przez końcem z puchnącej przestrzeni znikną układy planetarne. W ciągu ostatnich sekund istnienia „zwykłego” świata rozpadną się gwiazdy i planety, a nawet pojedyncze atomy. Na szczęście do takiego końca pozostało nam jeszcze sporo czasu, mogłoby bowiem do niego dojść najwcześniej za około 20 mld lat. To zresztą niejedyna teoria dotycząca końca Wszechświata. Być może będzie się on z czasem rozszerzał na tyle wolno, że gwiazdy i planety – a nawet całe galaktyki – nie zostaną rozdzielone. Mimo to przyszłość nie będzie wyglądała zbyt różowo: Wszechświat będzie coraz chłodniejszy, a zapasy dostarczających gwiezdnej energii lekkich pierwiastków kiedyś się zużyją. Pozostaną tylko planety i stygnące, wypalone ślady dawnych gwiazd: białe karły, gwiazdy neutronowe i czarne dziury.

Z czasem czarne dziury wyparują i nieba nie będzie już rozświetlała nawet najsłabsza poświata. Czy taki proces da się jakoś powstrzymać lub odwrócić? Dziś wydaje się, że Wszechświat będzie się rozszerzał w nieskończoność.

Wszechświat na płytce
Problemy, na które natrafia teoria Wielkiego Wybuchu, skłoniły badaczy do rozpatrywania innych, alternatywnych scenariuszy. Jedną z ciekawszych prób jest teoria Paula Steinhardta z Princeton i Neila Turoka z Cambridge. Już w 2002 roku badacze ci na łamach „Science” zaproponowali niestandardowy model, w którym Wszechświat cyklicznie rodzi się i umiera. Nasz świat ma w ich modelu formę czterowymiarowej membrany zwanej braną, zanurzonej w przestrzeni jedenastowymiarowej. Sześć wymiarów tej przestrzeni jest ciasno zwiniętych, a nasza czterowymiarowa brana porusza się tylko w pozostałym – jednym – wymiarze.

Początek znanego nam świata nastąpił, gdy nasza brana zderzyła się z inną. To superzderzenie spowodowało znany nam Wielki Wybuch. W przeciwieństwie do ortodoksyjnych modeli, wybuch wywołany zderzeniem bran charakteryzuje się tym, że w każdej chwili gęstość i temperatura materii były skończone. Po pewnym czasie, około stukrotnie dłuższym od dotychczasowego wieku Wszechświata, kolejne zderzenie bran może wywołać Wielki Krach. Dla nas świat się skończy, ale w tym samym zderzeniu powstanie przecież nowy wszechświat. Model bran, przypominający nieco stoicki model Wszechświata regularnie tworzonego i niszczonego przez ogień, określa się często jako model ekpyrotyczny, od greckiego słowa oznaczającego płomienie. Nie ma tu potrzeby wprowadzania ciemnej materii.

Obserwowane na niebie zjawiska da się wyjaśnić za pomocą oddziaływania grawitacyjnego z materią sąsiedniej brany. Coraz szybsze rozszerzanie się Wszechświata nie oznacza istnienia ciemnej energii, lecz jest związane z oddalaniem się od siebie obu bran. Steinhardt i Turok dowodzą, że ich model dobrze przewiduje nie tylko sam fakt coraz szybszego rozszerzania się Wszechświata, ale i tempo tego przyspieszenia, z czym większość konwencjonalnych teorii ma spory problem. Ich autorzy tłumaczą na ogół, że parametry obserwowanego Wszechświata są takie, a nie inne, ponieważ w innym wszechświecie nie moglibyśmy się pojawić i go badać. Nasz świat byłby więc unikatowym, nietypowym przypadkiem, którego powstanie było bardzo mało prawdopodobne. Steinhardt i Turok wyliczyli, że w ich scenariuszu wszechświaty o cechach podobnych do naszego pojawiają się tak często, że są wręcz pospolite. Nasz Wszechświat nie jest więc białym krukiem, lecz typowym, przeciętnym światem.

Porządek musi maleć?
Ta i inne koncepcje Wszechświata cyklicznego mają jednak swoje wady. Do niedawna nie umiały uporać się z problemem rosnącej entropii – miary uporządkowania świata. Druga zasada termodynamiki mówi, że entropia każdego izolowanego układu nie może maleć. Gdyby więc rosła przez wszystkie cykle odnawiającego się Wszechświata, kolejne kosmosy szybko stałyby się skrajnie nieuporządkowane i nie przypominałyby świata, w którym żyjemy. Taki wzrost oznaczałby też, że cofając się w przeszłość, dotarlibyśmy do pierwszego, wyjątkowo uporządkowanego Wszechświata i... Wielkiego Wybuchu – podobnego do tego, o którym mówi zwykła kosmologia.

Rozwiązanie tego problemu może jednak przynieść praca, której preprint opublikowano na łamach internetowego serwisu arxiv.org. Jej autorzy znaleźli sposób na opisanie wszechświata cyklicznego, w którym narosła po każdym kolejnym cyklu entropia ponownie maleje. Czy więc model „Wszechświata na płytce” ma teraz szanse w starciu z teorią Wielkiego Wybuchu? Choć dotyczące go prace publikuje się na łamach „Science” i innych cenionych w naukowym świecie czasopism, nie zdobył on dotąd uznania większości kosmologów.

Aby tak się stało, nowy model musi nie tylko wyjaśnić znane już dziś fakty, ale także przewidzieć zjawiska, których dotychczasowy nie opisuje. Planowane są kolejne kosmiczne misje, które będą w stanie zbadać niektóre przewidywania modelu bran, odmienne od przewidywań teorii Wielkiego Wybuchu. Zastosowanie teorii ekpyrotycznej pozwala przewidzieć pewne możliwe do wykrycia cechy mikrofalowego promieniowania tła. Kwestię prawdziwości teorii „świata na płytce” mogą też z czasem rozstrzygnąć pomiary fal grawitacyjnych wysyłanych we wczesnym Wszechświecie. Czy więc za parę lat teoria Wielkiego Wybuchu zwycięży, czy też okaże się, że nasz płaski świat porusza się w wielowymiarowej przestrzeni, czekając na kolejne zderzenie?