człowiek
Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-10-02
Powrót do Klondike

Jak sto lat temu, nad rzekę Jukon i jej kanadyjskie dopływy zjeżdżają tysiące poszukiwaczy złota. Gorączka ogarnęła cały świat. W Afryce, Azji, Australii i obu Amerykach miliony ludzi kopią i ryją w nadziei, że trafi im się grudka kruszcu, która odmieni ich los.

Nagłówki gazet ukazujących się w Seattle i San Francisco pewnego lipcowego poranka 1897 r. krzyczały: „Złoto! Złoto! Złoto!”. Do tych dwóch portów kilka dni wcześniej przypłynęły dwa parowce z Alaski. Wysiadło z nich 68 pasażerów. Dźwigali walizki, torby, pudełka oraz większe i mniejsze pojemniki, w których znajdowały się łącznie blisko dwie tony złota. Sprzedali je jubilerom i pośrednikom, w zamian dostając około miliona dolarów, które wówczas były warte 25 razy więcej niż dziś.

Zanim przybysze z Północy w ciągu jednego dnia stali się bogaczami, wcześniej spędzili kilka lat na Terytorium Jukonu – nowej, wówczas jeszcze nieformalnej jednostki administracyjnej wchodzącej w skład kanadyjskich Terytoriów Północno-Zachodnich. W jej krajobrazie przeważają góry. Tu znajduje się najwyższy szczyt Kanady – Logan (6000 m n.p.m.). Najważniejszym pasmem są Góry Nadbrzeżne wznoszące się majestatycznie nad Pacyfikiem. Ciągną się one aż od Kalifornii, a w Jukonie znajduje się ich północny kraniec. Z tego łańcucha wypływa rzeka, od której nazwę wzięło całe terytorium. Po pokonaniu ponad 3 tys. km uchodzi do odległego Morza Beringa, a w swoim górnym biegu przyjmuje liczne dopływy zaopatrywane w wodę przez tysiące bystrych strumieni. Jednym z takich górskich dopływów jest Klondike.

Terytorium Jukonu było odludną krainą. I taką zresztą pozostało. Na obszarze równym Hiszpanii żyje zaledwie 35 tys. ludzi. Większość mieszka w stolicy – Whitehorse. Pozostałe osady liczą od kilkudziesięciu do najwyżej tysiąca osób. Do największych należy Dawson, dawna stolica terytorium. Ulokowano ją u ujścia Klondike do Jukonu. Tu właśnie zaczęła się gorączka złota.

Wielki wyścig
Opowieści o skarbach ukrytych w górach Jukonu znane były już w latach 30. XX w. Traktowano je jak bajki. Niedostępną arktyczną krainę zamieszkiwały plemiona indiańskie zazdrośnie strzegące dostępu do swoich rewirów. Biali pojawiali się tu sporadycznie. Byli to łowcy skór, myśliwi i odkrywcy wysyłani przez brytyjskie kompanie handlowe. Eksploracji nie sprzyjała surowa przyroda. Pierwsi poszukiwacze złota pojawili się około 1880 r. Było ich około dwustu. Znajdowali niewielkie ilości kruszcu, na których nie dało się zbić wielkich fortun. Jednak obiecujących wieści, podobnie jak szukających przygód ludzi, z roku na rok przybywało. W 1895 r. na terenie Jukonu założono pierwszy posterunek policji, zbudowano też niewielki fort na potrzeby wojska. Rychło w czas – rok później – zaczęły się złote lata Klondike.

W połowie sierpnia 1896 r. George Carmack, który nad Jukon przybył 10 lat wcześniej, oraz jego indiańscy przyjaciele Skookum Jim i Tagish Charlie znaleźli bryłkę złota wielkości kciuka. Było to nad strumieniem, który Indianie zwali Króliczym Potokiem. Wkrótce przemianowano go na Bonanza. Wieść o odkryciu szybko się rozeszła nad Klondike. Dwa tygodnie później złota szukano już na całej długości Bonanzy, a także wzdłuż sąsiedniego potoku nazwanego Eldorado.

Do pierwszych poszukiwaczy fortuna się uśmiechnęła. Kopali aż do późnej jesieni, dopóki grunt był odmarznięty, a wiosną następnego roku wyruszyli w długą podróż na południe. To od nich świat dowiedział się o złocie Klondike. Większość z tych pierwszych odkrywców nie powróciła nad Klondike (Carmack kupił sobie farmę w Modesto w środkowej Kalifornii), lecz niemal następnego dnia w ich w ślady podążyły dziesiątki tysięcy ludzi także liczących na łut szczęścia. 

W stadnym pędzie, który przeszedł do historii jako gorączka złota nad Klondike, udział wzięło ponad 100 tys. ludzi. Tyle podjęło próbę dotarcia do odległego kawałka Kanady. Ludzie porzucali dotychczasowe zajęcia, sprzedawali dobytek i wyruszali w drogę. Szacuje się, że cel osiągnęło 30–40 tys. z nich. Reszta się wycofała. Większość płynęła do małych przystani Skagway i Dyea w południowej części Alaski. Z Seattle, Vancouver i San Francisco wyruszano czym się dało – statkami pasażerskimi, węglowcami, barkami, kutrami rybackimi. Większość jednostek była przepełniona, a wiele z nich nie nadawało się do dłuższych podróży – zwano je pływającymi trumnami. Ale chętnych i tak nie brakowało.

Dalsza droga wiodła lądem – przez strome przełęcze Gór Nadbrzeżnych, gdzie znajdowały się kanadyjskie posterunki graniczne. Kanada wpuszczała tylko tych, którzy mieli ze sobą wyposażenie pozwalające im przetrwać rok w subarktycznym klimacie Jukonu. Każdy transportował więc około tony dobytku. Ludzie wnosili go sami, dziesiątki razy pokonując dystans między dnem doliny a przełęczami. Potem zaczęto zaprzęgać do tej morderczej pracy konie, które – jak relacjonował pisarz Jack London, świadek tych zdarzeń – „ginęły setkami niczym komary”.

Sznur ludzi i zwierząt sunął nieprzerwanie dzień i noc w kierunku Kanady, wydeptując w trawie i śniegu ścieżkę zwaną „złotymi schodami”. Pierwszej zimy przez dwie kanadyjskie przełęcze Chilkoot Pass i White Pass przeprawiło się 22 tys. osób. Następne miesiące spędzili w górach, czekając w namiotach, aż odmarznie Jukon, którymi mieli spłynąć do Dawson odległego o 800 km. Pomagali im w tym doświadczeni żeglarze, tacy jak Jack London, który w parę miesięcy zarobił 3000 dolarów, co jak na owe czasy było pokaźną sumą. 

Miasto Dawson założył zaledwie rok wcześniej rzutki biznesmen, który na pierwszą wiadomość o znalezieniu złota w dopływach Klondike wykupił teren u ujścia tej rzeki do Jukonu. Pod koniec 1897 r. mieszkało w nim już 5 tys. ludzi, rok później – było ich 25 tys. Większość przybyła na miejsce zbyt późno, aby móc samodzielnie szukać złota. Wszystkie działki w okolicy zostały już zajęte. Wkrótce więc największym marzeniem przeciętnego mieszkańca Dawson stało się znalezienie nie kruszcu, lecz pracy. Można ją było dostać u tych, którym się lepiej poszczęściło, lub też u najbardziej zaradnych – tych, którzy nie kopali w ziemi, lecz zaspokajali materialne, duchowe i cielesne potrzeby kopiących. Najsprytniejsi dorabiali się fortun na handlu działkami i nieruchomościami.

Wydobycie przemysłowe

Szczęśliwców, którzy wzbogacili się na znalezieniu złota, było niewielu. Spośród 15 tys. osób mających pozwolenie na poszukiwania co czwarta wykopała z ziemi kruszec, ale tylko kilkuset największych szczęściarzom trafiły się złotonośne działki. Ci stali się bogaczami, czasami jednodniowymi. Ponad połowa z nich przegrała lub przepiła swoje szczęście.

A potem nagle wszystko się skończyło. Latem 1899 r. gruchnęła wieść, że wielkie ilości złota znaleziono w osadzie Nome na zachodzie Alaski. W ciągu paru dni z Dawson wyjechało 8 tys. ludzi, szukać szczęścia w nowym miejscu. Gorączka nad Klondike błyskawicznie opadła. W Dawson pozostało kilka tysięcy osób. Poszukiwań jednak nie zaprzestano. Przeciwnie – prawdziwe złote żniwa dopiero się zaczęły, ale plon zebrały duże firmy. W 1900 r. przez Góry Nadbrzeżne poprowadzono tor kolejowy o długości 180 km – zaczynał się nad Pacyfikiem, kończył w Whitehorse nad Jukonem. Prowadził przez przełęcz White Pass – tę samą, która okazała się tak bezlitosna dla ludzi i zwierząt.

Transportem kolejowym wędrował ciężki sprzęt górniczy, dzięki któremu można było rozpocząć przemysłowe wydobycia złota z piasków i żwirów Klondike. Były to głównie urządzenia zwane dragami mogące w ciągu jednego dnia przepłukać setki ton aluwiów. Na zakup takich maszyn, z których największe miały rozmiary wielopiętrowego domu, stać było duże firmy. Odkupywały one działki od indywidualnych posiadaczy i przystępowały do prac górniczych.

Skutkiem ubocznym tej trwającej pół wieku działalności było zdewastowanie doliny Klondike i jej dopływów. Dlatego w latach 50. XX w. zakazano używania dragów. Nim to uczyniono, wypłukały z koryt potoków wpadających do Klondike około 600 t złota. Kilka urządzeń wciąż stoi tam, gdzie kiedyś pracowały – niektóre uznano za pomniki historii. O dawnej przeszłości przypominają też zarośnięte hałdy materiału przemielonego przez dragi i porzuconego w pobliżu koryt.

Gdy dragom wyłączono silniki, w rejonie nastała kojąca cisza. Przyroda szybko powróciła do pierwotnego stanu. Przez kilka następnych dekad poszukiwacze złota pojawiali się sporadycznie. Kruszcu szukano głównie na zwałowiskach górniczych i na niewielką skalę w dnach potoków. Wciąż jednak niektórzy wierzyli, że wyżej w górach – tam gdzie Klondike i sąsiednie dopływy Jukonu mają swoje źródła, na odkrycie czekają żyły skalne z pięknymi samorodkami.

Mieli rację, ale to okazało się dopiero kilkadziesiąt lat później. Chwilowo przybysze zadowalali się innym bogactwem tej ziemi, a mianowicie grzybami. Górskie lasy zachodniej Kanady obfitują w kurki, smardze i gąski, wysoko cenione na świecie – od Pekinu po Paryż. Wytrawni zbieracze przybywający nad Jukon potrafili zarobić w ciągu jednego sezonu dziesiątki tysięcy dolarów, pod warunkiem że wiedzieli, gdzie szukać grzybów i jak szybko dostarczyć je do punktu skupu.

Kolejna gorączka
Dla złota nie były to dobre czasy. Nikt się nim nie interesował jako inwestycją finansową, choć oczywiście wciąż je kupowali jubilerzy i odbiorcy przemysłowi (metal stosuje się m.in. w elektronice, stopach specjalnych, urządzeniach wykorzystywanych w kosmosie). Dopiero kilka lat temu nastał kryzys i wtedy złoto powróciło w wielkim stylu. Złoża uważane za nieekonomiczne stały się opłacalne. Skały zawierające znikome ilości kruszcu awansowały do rangi cennych rud. Technologia i wysokie ceny metalu sprawiły bowiem, że opłaca się wydobyć tonę skały, by wycisnąć z niej zaledwie gram złota.

Nad Klondike także powrócili poszukiwacze. Znów, jak sto lat temu, zaczęło się od szczęścia i uporu pojedynczych ludzi.

Więcej w miesięczniku „Wiedza i Życie" nr 08/2012 »
Drukuj »
Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany.
Aktualne numery
07/2020
06/2020
Kalendarium
Lipiec
10
W 1865 r. we Wrocławiu założono Ogród Zoologiczny.
Warto przeczytać
Nie tylko tabliczka mnożenia, ale i dzielenia może sama wchodzić do głowy! Pomogą w tym zabawne, wpadające w ucho wierszyki, które pozostają w głowach uczniów. Dzięki błyskotliwym skojarzeniom pozwalają łatwo i bez wysiłku nie tylko nauczyć się tabliczki dzielenia w zakresie do 100, ale także zrozumieć, czym jest dzielenie i dlaczego nie musi sprawiać najmniejszych kłopotów.

WSPÓŁPRACUJEMY
Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło

Autor: Andrzej Hołdys | dodano: 2012-10-02
Powrót do Klondike

Jak sto lat temu, nad rzekę Jukon i jej kanadyjskie dopływy zjeżdżają tysiące poszukiwaczy złota. Gorączka ogarnęła cały świat. W Afryce, Azji, Australii i obu Amerykach miliony ludzi kopią i ryją w nadziei, że trafi im się grudka kruszcu, która odmieni ich los.

Nagłówki gazet ukazujących się w Seattle i San Francisco pewnego lipcowego poranka 1897 r. krzyczały: „Złoto! Złoto! Złoto!”. Do tych dwóch portów kilka dni wcześniej przypłynęły dwa parowce z Alaski. Wysiadło z nich 68 pasażerów. Dźwigali walizki, torby, pudełka oraz większe i mniejsze pojemniki, w których znajdowały się łącznie blisko dwie tony złota. Sprzedali je jubilerom i pośrednikom, w zamian dostając około miliona dolarów, które wówczas były warte 25 razy więcej niż dziś.

Zanim przybysze z Północy w ciągu jednego dnia stali się bogaczami, wcześniej spędzili kilka lat na Terytorium Jukonu – nowej, wówczas jeszcze nieformalnej jednostki administracyjnej wchodzącej w skład kanadyjskich Terytoriów Północno-Zachodnich. W jej krajobrazie przeważają góry. Tu znajduje się najwyższy szczyt Kanady – Logan (6000 m n.p.m.). Najważniejszym pasmem są Góry Nadbrzeżne wznoszące się majestatycznie nad Pacyfikiem. Ciągną się one aż od Kalifornii, a w Jukonie znajduje się ich północny kraniec. Z tego łańcucha wypływa rzeka, od której nazwę wzięło całe terytorium. Po pokonaniu ponad 3 tys. km uchodzi do odległego Morza Beringa, a w swoim górnym biegu przyjmuje liczne dopływy zaopatrywane w wodę przez tysiące bystrych strumieni. Jednym z takich górskich dopływów jest Klondike.

Terytorium Jukonu było odludną krainą. I taką zresztą pozostało. Na obszarze równym Hiszpanii żyje zaledwie 35 tys. ludzi. Większość mieszka w stolicy – Whitehorse. Pozostałe osady liczą od kilkudziesięciu do najwyżej tysiąca osób. Do największych należy Dawson, dawna stolica terytorium. Ulokowano ją u ujścia Klondike do Jukonu. Tu właśnie zaczęła się gorączka złota.

Wielki wyścig
Opowieści o skarbach ukrytych w górach Jukonu znane były już w latach 30. XX w. Traktowano je jak bajki. Niedostępną arktyczną krainę zamieszkiwały plemiona indiańskie zazdrośnie strzegące dostępu do swoich rewirów. Biali pojawiali się tu sporadycznie. Byli to łowcy skór, myśliwi i odkrywcy wysyłani przez brytyjskie kompanie handlowe. Eksploracji nie sprzyjała surowa przyroda. Pierwsi poszukiwacze złota pojawili się około 1880 r. Było ich około dwustu. Znajdowali niewielkie ilości kruszcu, na których nie dało się zbić wielkich fortun. Jednak obiecujących wieści, podobnie jak szukających przygód ludzi, z roku na rok przybywało. W 1895 r. na terenie Jukonu założono pierwszy posterunek policji, zbudowano też niewielki fort na potrzeby wojska. Rychło w czas – rok później – zaczęły się złote lata Klondike.

W połowie sierpnia 1896 r. George Carmack, który nad Jukon przybył 10 lat wcześniej, oraz jego indiańscy przyjaciele Skookum Jim i Tagish Charlie znaleźli bryłkę złota wielkości kciuka. Było to nad strumieniem, który Indianie zwali Króliczym Potokiem. Wkrótce przemianowano go na Bonanza. Wieść o odkryciu szybko się rozeszła nad Klondike. Dwa tygodnie później złota szukano już na całej długości Bonanzy, a także wzdłuż sąsiedniego potoku nazwanego Eldorado.

Do pierwszych poszukiwaczy fortuna się uśmiechnęła. Kopali aż do późnej jesieni, dopóki grunt był odmarznięty, a wiosną następnego roku wyruszyli w długą podróż na południe. To od nich świat dowiedział się o złocie Klondike. Większość z tych pierwszych odkrywców nie powróciła nad Klondike (Carmack kupił sobie farmę w Modesto w środkowej Kalifornii), lecz niemal następnego dnia w ich w ślady podążyły dziesiątki tysięcy ludzi także liczących na łut szczęścia. 

W stadnym pędzie, który przeszedł do historii jako gorączka złota nad Klondike, udział wzięło ponad 100 tys. ludzi. Tyle podjęło próbę dotarcia do odległego kawałka Kanady. Ludzie porzucali dotychczasowe zajęcia, sprzedawali dobytek i wyruszali w drogę. Szacuje się, że cel osiągnęło 30–40 tys. z nich. Reszta się wycofała. Większość płynęła do małych przystani Skagway i Dyea w południowej części Alaski. Z Seattle, Vancouver i San Francisco wyruszano czym się dało – statkami pasażerskimi, węglowcami, barkami, kutrami rybackimi. Większość jednostek była przepełniona, a wiele z nich nie nadawało się do dłuższych podróży – zwano je pływającymi trumnami. Ale chętnych i tak nie brakowało.

Dalsza droga wiodła lądem – przez strome przełęcze Gór Nadbrzeżnych, gdzie znajdowały się kanadyjskie posterunki graniczne. Kanada wpuszczała tylko tych, którzy mieli ze sobą wyposażenie pozwalające im przetrwać rok w subarktycznym klimacie Jukonu. Każdy transportował więc około tony dobytku. Ludzie wnosili go sami, dziesiątki razy pokonując dystans między dnem doliny a przełęczami. Potem zaczęto zaprzęgać do tej morderczej pracy konie, które – jak relacjonował pisarz Jack London, świadek tych zdarzeń – „ginęły setkami niczym komary”.

Sznur ludzi i zwierząt sunął nieprzerwanie dzień i noc w kierunku Kanady, wydeptując w trawie i śniegu ścieżkę zwaną „złotymi schodami”. Pierwszej zimy przez dwie kanadyjskie przełęcze Chilkoot Pass i White Pass przeprawiło się 22 tys. osób. Następne miesiące spędzili w górach, czekając w namiotach, aż odmarznie Jukon, którymi mieli spłynąć do Dawson odległego o 800 km. Pomagali im w tym doświadczeni żeglarze, tacy jak Jack London, który w parę miesięcy zarobił 3000 dolarów, co jak na owe czasy było pokaźną sumą. 

Miasto Dawson założył zaledwie rok wcześniej rzutki biznesmen, który na pierwszą wiadomość o znalezieniu złota w dopływach Klondike wykupił teren u ujścia tej rzeki do Jukonu. Pod koniec 1897 r. mieszkało w nim już 5 tys. ludzi, rok później – było ich 25 tys. Większość przybyła na miejsce zbyt późno, aby móc samodzielnie szukać złota. Wszystkie działki w okolicy zostały już zajęte. Wkrótce więc największym marzeniem przeciętnego mieszkańca Dawson stało się znalezienie nie kruszcu, lecz pracy. Można ją było dostać u tych, którym się lepiej poszczęściło, lub też u najbardziej zaradnych – tych, którzy nie kopali w ziemi, lecz zaspokajali materialne, duchowe i cielesne potrzeby kopiących. Najsprytniejsi dorabiali się fortun na handlu działkami i nieruchomościami.

Wydobycie przemysłowe

Szczęśliwców, którzy wzbogacili się na znalezieniu złota, było niewielu. Spośród 15 tys. osób mających pozwolenie na poszukiwania co czwarta wykopała z ziemi kruszec, ale tylko kilkuset największych szczęściarzom trafiły się złotonośne działki. Ci stali się bogaczami, czasami jednodniowymi. Ponad połowa z nich przegrała lub przepiła swoje szczęście.

A potem nagle wszystko się skończyło. Latem 1899 r. gruchnęła wieść, że wielkie ilości złota znaleziono w osadzie Nome na zachodzie Alaski. W ciągu paru dni z Dawson wyjechało 8 tys. ludzi, szukać szczęścia w nowym miejscu. Gorączka nad Klondike błyskawicznie opadła. W Dawson pozostało kilka tysięcy osób. Poszukiwań jednak nie zaprzestano. Przeciwnie – prawdziwe złote żniwa dopiero się zaczęły, ale plon zebrały duże firmy. W 1900 r. przez Góry Nadbrzeżne poprowadzono tor kolejowy o długości 180 km – zaczynał się nad Pacyfikiem, kończył w Whitehorse nad Jukonem. Prowadził przez przełęcz White Pass – tę samą, która okazała się tak bezlitosna dla ludzi i zwierząt.

Transportem kolejowym wędrował ciężki sprzęt górniczy, dzięki któremu można było rozpocząć przemysłowe wydobycia złota z piasków i żwirów Klondike. Były to głównie urządzenia zwane dragami mogące w ciągu jednego dnia przepłukać setki ton aluwiów. Na zakup takich maszyn, z których największe miały rozmiary wielopiętrowego domu, stać było duże firmy. Odkupywały one działki od indywidualnych posiadaczy i przystępowały do prac górniczych.

Skutkiem ubocznym tej trwającej pół wieku działalności było zdewastowanie doliny Klondike i jej dopływów. Dlatego w latach 50. XX w. zakazano używania dragów. Nim to uczyniono, wypłukały z koryt potoków wpadających do Klondike około 600 t złota. Kilka urządzeń wciąż stoi tam, gdzie kiedyś pracowały – niektóre uznano za pomniki historii. O dawnej przeszłości przypominają też zarośnięte hałdy materiału przemielonego przez dragi i porzuconego w pobliżu koryt.

Gdy dragom wyłączono silniki, w rejonie nastała kojąca cisza. Przyroda szybko powróciła do pierwotnego stanu. Przez kilka następnych dekad poszukiwacze złota pojawiali się sporadycznie. Kruszcu szukano głównie na zwałowiskach górniczych i na niewielką skalę w dnach potoków. Wciąż jednak niektórzy wierzyli, że wyżej w górach – tam gdzie Klondike i sąsiednie dopływy Jukonu mają swoje źródła, na odkrycie czekają żyły skalne z pięknymi samorodkami.

Mieli rację, ale to okazało się dopiero kilkadziesiąt lat później. Chwilowo przybysze zadowalali się innym bogactwem tej ziemi, a mianowicie grzybami. Górskie lasy zachodniej Kanady obfitują w kurki, smardze i gąski, wysoko cenione na świecie – od Pekinu po Paryż. Wytrawni zbieracze przybywający nad Jukon potrafili zarobić w ciągu jednego sezonu dziesiątki tysięcy dolarów, pod warunkiem że wiedzieli, gdzie szukać grzybów i jak szybko dostarczyć je do punktu skupu.

Kolejna gorączka
Dla złota nie były to dobre czasy. Nikt się nim nie interesował jako inwestycją finansową, choć oczywiście wciąż je kupowali jubilerzy i odbiorcy przemysłowi (metal stosuje się m.in. w elektronice, stopach specjalnych, urządzeniach wykorzystywanych w kosmosie). Dopiero kilka lat temu nastał kryzys i wtedy złoto powróciło w wielkim stylu. Złoża uważane za nieekonomiczne stały się opłacalne. Skały zawierające znikome ilości kruszcu awansowały do rangi cennych rud. Technologia i wysokie ceny metalu sprawiły bowiem, że opłaca się wydobyć tonę skały, by wycisnąć z niej zaledwie gram złota.

Nad Klondike także powrócili poszukiwacze. Znów, jak sto lat temu, zaczęło się od szczęścia i uporu pojedynczych ludzi.